Klejnot Serca - rozdział 8 (fantasy, romans)

Rozdział 8

 

- Witaj słoneczko - przywitał się Liam.

- Nie jestem już twoim słoneczkiem - powiedziała zimno i chciała obok niego przejść, ale zagrodził jej drogę.

- No co ty, byliśmy przecież kiedyś szczęśliwi. Nie mów, że teraz interesuje cię ten czarnowłosy palant. - Położył rękę na jej ramieniu, niby w poufałym geście, ale nią wstrząsnął dreszcz, szybko zrzuciła jego dłoń i spojrzała na niego zimno.

- Nie twój zasrany interes. Przepuść mnie. - Z jego twarzy zniknął uśmiech, natomiast w oczach pojawił się zimny błysk. Dziewczyna cofnęła się ze strachu.

- Nie myśl, że pozwolę komuś zabrać to, co należy do mnie - wycedził przez zęby i złapał ją za ramiona.

- Puszczaj! Nie chcę mieć z tobą nic do czynienia, brzydzę się tobą!

- Zaraz zmienisz zdanie kochaniutka. W końcu zawsze otrzymuję to, czego pragnę.

- Ale nie mnie! Puść mówię! - Szarpała się, próbując wyrwać. Zamachnęła się także nogą, chcąc go kopnąć, ale z łatwością uniknął jej ciosu.

- Nie słyszałeś co do ciebie mówi?! - Sol niemal się rozpłakała z ulgi, słysząc głos Marco.

- A ty co? Znalazł się obrońca niewinnych? To nie twoja sprawa, więc grzecznie stąd wyjdź. Później będziesz mógł się zabawić. Byłem pierwszy w kolejce, więc...

Nie zdążył dokończyć, gdyż znalazł się nagle w powietrzu, uniesiony jedną ręką przez czarnowłosego. Sol wstrzymała oddech widząc jego siłę i prężące się mięśnie, widoczne nawet spod warstwy ubrania. Chłopak chwilę wisiał, młócąc bez sensu nogami i próbując się uwolnić, po czym odrzucony jednym machnięciem, przeleciał przez całą długość pomieszczenia, uderzając z impetem o ścianę. Marco natychmiast znalazł się przy nim, po czym uderzył go prosto w twarz. Właśnie miał zamiar znów mu przyłożyć, kiedy poczuł małą dłoń na łopatce. Odwrócił się i ujrzał Sol, kiwającą smutno głową.

- Nie warto - powiedziała cicho. - Po prostu go stąd wyrzuć, tylko tak, żeby nikt nie widział. Nie chcę psuć zabawy pozostałym.

- Dobrze.

Jego spojrzenie momentalnie złagodniało. Pocałował ją jeszcze tylko w czoło i wyszedł, niosąc delikwenta za karmany. Wyrzucił go przez płot za domem, a następnie, dla większej satysfakcji, kopnął dla popędu jeszcze silnie w tyłek, tak, że tamten niemal się przewrócił.

- Jeżeli kiedykolwiek dowiem się, że zbliżyłeś się do Sol na odległość bliższą niż dwadzieścia metrów, będziesz miał ze mną do czynienia - powiedział zimno na odchodne, a następnie wrócił do kuchni.

Dziewczyny jednak już nie było. Obszedł cały dom, ale jej nie znalazł. Zaniepokojony wyszedł w końcu na podwórze, żeby zapytać Suzanne czy jej nie widziała, kiedy zobaczył ją siedzącą obok Grubego i śpiewającą do granej przez niego melodii. Nie wiedział, co to za utwór, gdyż nie znał się zbytnio na muzyce ludzkiej, ale jeśli tak miałyby brzmieć wszystkie piosenki, to on wolał już chyba w ogóle ich nie słuchać. Podeszła do niego brązowowłosa i zaśmiała się, widząc jego minę.

- O Sol można powiedzieć wiele dobrych rzeczy, ale talent do śpiewania do nich nie należy.

- Jej ogromne zalety i wspaniały charakter zdecydowanie rekompensują ten mały mankament - odrzekł z uśmiechem.

- Kochasz ją prawda? - Chłopak zmieszany odwrócił głowę i lekko się zaczerwienił.

- Aż tak to widać? - odparł zakłopotany

- Nie, chyba że umie się dostrzegać takie rzeczy - powiedziała z uśmiechem.

- Całe szczęście. - Wydał z siebie westchnienie ulgi. - Nie chciałbym, żeby dowiedziała się co do niej czuję, zanim sama nie będzie pewna jak mnie postrzega.

- Uwierz mi, że ona doskonale wie jak cię postrzegać - stwierdziła tajemniczo, a kiedy spojrzał na nią z zainteresowaniem i zamiarem wyciągnięcia czegoś, dodała. - Na mnie nie licz, sam musisz się tego dowiedzieć.

- Sadystka - burknął zawiedziony, ale jednocześnie i zadowolony. Jej słowa świadczyły bowiem o tym, że nie był rudowłosej tak całkiem obojętny.

Ona tylko się roześmiała i odeszła do Gabriela, który znów zaczął się wygłupiać. Tym razem zdejmował z siebie ciuchy i zamierzał skakać przez ognisko, podżegany w dodatku przez wcale nie mniej pijanych, kompanów.

- Ty blond pacanie! - usłyszał - Chcesz się zapalić?! Ubieraj się natychmiast, a jak nie, to zaraz przyniosę wiadro lodowatej wody, żeby trochę ostudzić twój zapał!

- Tak jest, kapralu - zasalutował chłopak i zatoczył się na dziewczynę, przez co o mało, razem nie wylądowali na ziemi.

- Czas, żebyś w końcu się położył - jęknęła, uginając się pod dużo większym od niej ciężarem. - Sol, Marco! Pomóżcie mi zaciągnąć tego durnia do łóżka.

Rudowłosa poszła rozłożyć kanapę w salonie, a Marco wraz z Suzanne wspólnymi siłami zaciągnęli, wciąż się opierającego Gabriela do domu. Rzucili go na posłanie i nawet nie zdążyli rozebrać, a on już spał. Teraz czekało ich trudniejsze zadanie. Nieprzytomnej osobie jest dwa razy ciężej zdjąć ubranie, niż nawet najbardziej pijanej, ale świadomej. Na dodatek mężczyzna był wysoki i ważył chyba z tonę.

- Słono mi jutro za to zapłacisz - rzekł mściwie Marco, z trudem ściągając z niego kurtkę.

Kiedy już wszystko było gotowe, zamknęli drzwi i wrócili do znajomych. Była piąta rano, więc wszyscy zaczęli się zbierać. Pożegnali się i wyszli, a oni wrócili do środka.

- Nie ma sensu, żebym szła teraz do siebie. Mogę u ciebie nocować, nie? - spytała Suz.

- Jasne. Możesz spać w pokoju gościnnym, pościel jest czysta, więc nie muszę ci niczego dawać.

- Super, to do zobaczenia rano - powiedziała, machając im ręką na pożegnanie i wchodząc do pomieszczenia.

Tymczasem Marco i Sol wreszcie znaleźli się w jej sypialni i dziewczyna odetchnęła z ulgą. Nie było aż tak źle, pominąwszy incydent z Liamem. No tak – pomyślała. - Marco należą się wyjaśnienia. Westchnęła ciężko, bo nie miała ochoty znów do tego wracać. Ścieliła łóżko i zastanawiała się jak mu to wszystko powiedzieć, kiedy się odezwał.

- Możemy dzisiaj znów spać razem?

Spojrzała na niego zaskoczona.

- W sumie, czemu nie - odpowiedziała zmieszana.

Tym razem wszystko odbywało się mniej naturalnie. Oboje byli skrępowani i nie wiedzieli jak się zachować. Rudowłosa poszła pierwsza do łazienki i wzięła prysznic, następnie przyszykowała czyste ręczniki i położyła się, czekając na mężczyznę. Kiedy wyszedł z łazienki miał na sobie tylko bokserki. Dziewczyna aż wstrzymała oddech z wrażenia. Wprawdzie widziała już go, prawie nagiego, kiedy opatrywała jego rany, jednak teraz było inaczej. Stał przed nią zdrowy i w pełni sił, a jego uroda mogła przyprawić o szybsze bicie serca, dziewczyny od dwunastego do siedemdziesiątego roku życia. Szczupła, zgrabna sylwetka, wspaniałe mięśnie, prężące się pod skórą przy każdym ruchu, oraz miękki chód, przywodzący na myśl czającego się drapieżnika, sprawiały, że dziewczynie zrobiło się miękko w nogach. Kiedy się obok niej położył, przytuliła się i z przyjemnością wciągnęła jego zapach.

- Może teraz mi powiesz, co to był za dupek?

Westchnęła ciężko z rezygnacją. Nawet, żeby nie wiem jak chciała, to nie da się już dłużej przeciągać wymigiwania od odpowiedzi, on nie odpuści. Tylko co miała mu powiedzieć? Że kiedyś była totalną idiotką? Że uwierzyła i zakochała się w osobie, która w ogóle na to nie zasługiwała?

- No więc? - wyrwał ją z gonitwy myśli.

- To był Liam. Nie był zaproszony na ognisko, ale widocznie przekonał kogoś, żeby go zabrał ze sobą.

- Czemu nie powiedziałaś od razu? Wyrzuciłbym go na zbity pysk.

- Nie chciałam robić zamieszania przy wszystkich. Tym bardziej, że oprócz Suz, nikt tak naprawdę nie wie co się stało. Wszyscy są przekonani, że rozstaliśmy się, gdyż on wyjechał uczyć się do innego miasta.

- Czyli, że byliście kiedyś razem?

- Tak.

W chłopaku, aż się wszystko zagotowało. Na myśl, że Sol kochała, i była kiedyś z innym wezbrała w nim ogromna zazdrość. Czyżby nadal coś do niego czuła? Niemożliwe, jeśli by tak było, nie bałaby się go i nie kazała wynosić. W takim razie, co się stało? Powtórzył pytanie na głos.

- Na początku byłam niesamowicie szczęśliwa i zakochana. Wszystko widziałam w różowych barwach, a Liam był dla mnie uosobieniem ideału. Jednak z czasem wszystko się zmieniło. Zaczęłam zauważać, że wcale nie jest taki super jak mi się wydawało, wykorzystywał mnie i próbował wciągnąć w swoje ciemne sprawy. Przez cały czas namawiał mnie na seks, mówiąc, że jeśli naprawdę go kocham to z nim to zrobię. W końcu skończyło się na tym, że kiedy kolejny raz zdecydowanie odmówiłam, usiłował mnie zgwałcić. To było na dwa dni przed jego wyjazdem. Prawie mu się udało, ale w chwili jego nieuwagi, kopnęłam go z całej siły w krocze i uciekłam. Nikomu o tym nie mówiłam, tylko Suz coś tam wspomniałam, ale też nie wszystko. Wyjechał dwa dni później i tyle. Nie widziałam go aż do dzisiaj.

- A to pieprzony skurwysyn.

Sol zobaczyła w jego oczach taką żądzę mordu, że się przeraziła, że zaraz ruszy za tamtym, żeby tym razem go zabić. Objęła go szybko ramionami i przytuliła się mocno, żeby nie próbował wstać..

- To było dawno temu, to już jest za mną, nie warto się tym przejmować.

- Nie warto?! Ten chuj chciał cię skrzywdzić nawet teraz! Gdybym nie wkroczył, kto wie co by się stało!

Zaczęła drżeć, przypominając sobie tamte wydarzenia, a on objął ją mocniej, jakby chciał ją chronić, nawet przed wspomnieniami.

- Ale nic się nie stało - powiedziała z naciskiem. - A on dostał taką nauczkę, że na pewno więcej się do mnie nie zbliży.

- Powinienem był go zabić!

- Ale nie zabiłeś i dobrze. Nie chciałabym, żebyś miał problemy przez taką gnidę.

- No dobrze. - Rozluźnił się trochę, a następnie roześmiał pod nosem i zapytał. - Myślałaś, że taki mikrus jak ty, powstrzyma mnie uściskiem?

- Oż ty! - Użyła całej siły, żeby zepchnąć go z łóżka, a kiedy wylądował na podłodze z przekomiczną miną, spytała. - Nieźle, jak na takiego mikrusa co?

- Zaraz ci pokażę co może zrobić, taki wielkolud jak ja, dla takiego małego krasnala. - Poderwał się, rzucił na nią i zaczął łaskotać.

- Ha, ha, ha, o matko przestań już ha, ha, ha, poddaje się, poddaję, ha, ha, ha.

- I co? Dalej twierdzisz, że dasz mi radę? - zapytał nie zaprzestając tortur.

- Nie, hahaha, ty jesteś silniejszy, oh przestań już, hahaha.

- No! - rzekł z satysfakcją. Pochylił się nad nią i spojrzał jej prosto w oczy. - I lepiej, żebyś nie zapomniała tej lekcji.

Klęczał tuż nad nią, a ręce oparł po obu stronach jej głowy. Nagle, całe rozbawienie sprzed chwili zniknęło i zapanowała pełna napięcia cisza. Tym razem na pewno nikt nam nie przeszkodzi - zdążyło jej jeszcze przemknąć przez myśl, zanim poczuła jego usta na swoich. Na początku pocałunek był delikatny jak muśnięcie motyla, a kiedy westchnęła cichutko, przycisnął wargi i pocałował ją z taką namiętnością, że dziewczyna myślała, że zaraz zemdleje, od doznawanych wrażeń. Momentalnie zrobiło jej się gorąco, a całe ciało ogarnął płomień namiętności. Całowała się już wcześniej, ale nigdy jeszcze nie czuła czegoś takiego. Miała wrażenie że cały świat zniknął, zostali tylko oni i to co się między nimi działo. Objęła go ramionami i przyciągnęła do siebie, przejeżdżając delikatnie paznokciami po jego plecach, chcąc czuć go całym ciałem, ale nagle chłopak przerwał pocałunek. Otworzyła powieki i spojrzała na niego nieprzytomnym wzrokiem. To, co ujrzała w jego oczach, sprawiło, że zadrżała.

- Nie patrz tak na mnie skarbie, bo stracę ostatnie resztki woli, jakie mi jeszcze zostały - powiedział, a następnie odsunął się i położył obok.

- Chciałam...

- Ćśśśś – wyszeptał, przytulając ją. - Zamknij teraz oczy i śpij.

Dziewczyna wykonała polecenie, i wbrew temu co na początku sądziła, niemal natychmiast zasnęła. Na jej wargach igrał uśmiech.

 

***

 

Obudziły ją promienie słońca świecące prosto w oczy. Wyciągnęła rękę, żeby objąć Marco, ale miejsce obok niej było puste. Otworzyła powieki i rozejrzała się po sypialni, ale tam też jego nie było. Spojrzała na zegarek stojący na szafce nocnej i natychmiast poderwała się do góry. To już była trzynasta?! Wyskoczyła z łóżka i ruszyła do łazienki. Szybko umyła zęby, przeczesała włosy, które sterczały na wszystkie strony, zrobiła lekki makijaż i przebrała się z pidżamy. Włożyła czarne leginsy na trzy czwarte i ulubioną tunikę, koloru morskiej toni. Ruszyła na dół w poszukiwaniu przyjaciół. Jeszcze na schodach usłyszała surowy głos Suzanne.

- Tak się właśnie kończy libacja alkoholowa.

- Auć, możesz mówić trochę ciszej. Głowa mi pęka!

- Dobrze ci tak, trzeba było tyle nie pić.

- Skąd mogłem wiedzieć, że tak to się skończy?

- Trzeba było posłuchać mądrzejszych od siebie, a nie się wydurniiać.

Wchodząc do salonu, zauważyła, że przyjaciółka przykłada zimny kompres do czoła blondyna, uśmiechając się przy tym triumfująco.

- Suz, zlituj się nad biedakiem, nigdy przecież nie miał styczności z alkoholem.

- Witaj, dobrze ci się spało? Po twoim uśmiechu wnioskuję, że znakomicie - odparła z wszystko wiedzącą miną. Rudowłosa lekko się zaczerwieniła.

- Całkiem dobrze. Skoro wcześniej wstaliście, dlaczego nikt mnie nie obudził?

- Należał ci się porządny odpoczynek. Przez ostatnie dwie doby, praktycznie nic nie spałaś.

- Tak samo jak wy, nie rozumiem w czym jestem lepsza od was. Na dodatek widzę, że zdążyliście już posprzątać - stwierdziła z lekką złością, wyglądając przez okno.

- Owszem, ja namówiłam cię na tą imprezę, więc postanowiłam ci się jakoś zrekompensować.

- Wystarczy, że zapłaciłaś za większość zakupów, nie musiałaś jeszcze porządkować sama tego całego bałaganu.

- Nie robiłam tego sama, pomógł mi Marco.

Chociaż wiedziała, że to głupie, poczuła zazdrość o czas który spędziła z nim koleżanka.

- Właśnie, a gdzie on się podziewa?

- Jest w kuchni, zmywa naczynia.

Przeszła na tył domu i stanęła w progu, patrząc, jak czarnowłosy stoi przy zlewie i kończy czyścić ostatnie już talerze. Była trochę skrępowana wczorajszymi wydarzeniami. Jak mają się teraz zachowywać? Przytulać i całować przy Gabrielu i Suzanne, czy raczej ograniczyć się do czułości, kiedy będą sami? Spoglądając na ukochanego doznawała całej gamy uczuć, od dumy po drżenie w kolanach. Liam był jej pierwszym prawdziwym chłopakiem. Wydawało jej się wtedy, że go kocha, ale to nie umywało się nawet do tego, czego doświadczała przy Marco. Kochała go nad życie i miała nadzieję, że on czuje do niej to samo. Będzie musiała go kiedyś o to zapytać, ale na pewno nie teraz. Było za wcześnie na wyznania miłości i obietnice po grób. Czekało ich jeszcze dużo wyzwań. Sannici nie odpuszczą, a oni będą musieli stawić im czoła, bez komplikacji, w postaci uczuć. To mogłoby zburzyć ich ocenę sytuacji i przeszkadzać w podejmowaniu decyzji i szacowaniu zagrożenia. Podeszła do chłopaka, cicho stąpając, a następnie objęła go od tyłu ramionami.

- Dzień dobry.

Obrócił się i pocałował ją w czoło.

- Dobrze spałaś?

- Chyba powinieneś to wiedzieć najlepiej - odparła lekko się czerwieniąc. On się tylko uśmiechnął i odwrócił, żeby dokończyć zmywanie.

- Jadłeś już coś?

- Tak, razem z Suz zjedliśmy resztkę wczorajszego kurczaka i sałatkę.

Znów ta diabelska zazdrość.

- A Gabriel?

- Kiedy ostatnim razem go widziałem, rzygał dalej niż widział, więc szczerze wątpię czy będzie miał chęć coś zjeść.

Dziewczyna uśmiechnęła się tylko i przygotowała sobie na szybko kanapki. Potem powiedziała przyjaciołom, że na jutro ma jeszcze sporo materiału do przepisania, a kiedy machnęli ręką, żeby się nimi nie przejmowała, poszła na górę i resztę dnia spędziła na przepisywaniu notatek. Z małymi przerwami, zdążyła przepisać wszystko z trzech przedmiotów. Czasem zaglądała do niej Suzanne, żeby chwilę pogadać, kilka razy był też Marco, ale nie przeszkadzali jej zbyt długo, żeby mogła się skupić. Kiedy dała sobie już spokój, była dwudziesta. Przyjaciółka poszła już do domu, ciągnąc za sobą ubolewającego nad swym losem Gabriela, a Marco znalazła siedzącego w salonie i pogrążonego w lekturze.

- Co czytasz?

- Dziecko na niebie, Jonathana Carrolla.

- Ciekawy wybór. To jeden z moich ulubionych autorów.

- Naprawdę? No cóż, pisze naprawdę ciekawie.

- Owszem. Jutro wybieram się na zajęcia, jeśli byś się nudził, możesz iść do Suzanne i...

- Nawet nie myśl, że puszczę cię samą.

- Co? Ale dlaczego?

- Dlatego, że grozi ci niebezpieczeństwo, więc nawet nie próbuj ze mną polemizować.

- Oh, no dobrze - mruknęła z rezygnacją. Wiedziała, że jak się uprze, to nie ma przebacz.

- Jutro muszę wstać o piątej, więc dobrze by było, żebym położyła się już teraz. Jeśli nie chcesz się jeszcze kłaść, możesz tu zostać i ...

Umilkła kiedy wstał. Pisnęła cicho, gdy wziął ją na ręce i ruszył do przedpokoju. Wniósł ją po schodach na górę i postawił dopiero w łazience. Sytuacja z wczoraj się powtórzyła. Najpierw ona wzięła prysznic, potem on, z tą różnicą, że kiedy wyszedł z łazienki zobaczył Sol pogrążoną w głębokim śnie. Uśmiechnął się, a następnie położył tuż obok niej.

 

***

Sol zmarszczyła brwi, słysząc denerwujący, wbijający się w mózg dźwięk. Machnęła ręką zniecierpliwiona, chcąc zrzucić budzik ze stolika, ale uderzyła w coś miękkiego. Miała taki piękny sen, a tu takie paskudne przebudzenie. Zaraz! Sen? Usiadła natychmiast na łóżku. Czyżby zasnęła?! No nie! Jak to się w ogóle stało? Pamiętała, że leżała w łóżku, czekając, aż Marco wyjdzie z łazienki, a potem...nic. Do diabła! Popatrzyła na postać leżącą obok niej. Wyglądał tak uroczo, kiedy spał. Jego rysy złagodniały, a na ustach czaił się uśmiech. Musiał być nieźle zmęczony, skoro nie obudził go ani budzik, ani jej gwałtowne wstanie. Spojrzała na chłopaka z czułością ostatni raz, a potem po cichu udała się do łazienki. Pierwszy raz nie śpieszyła się do wyjścia. Spokojnie się ubrała, umalowała i znalazła jeszcze czas na ogolenie nóg. Uśmiechając się ruszyła na dół i przygotowała dla nich śniadanie. Może zostawić go, niech sobie pośpi, a ona sama pójdzie do szkoły. Nie, nie wybaczyłby jej gdyby wyszła sama. Ruszyła z powrotem na górę. Znalazła się przy posłaniu i skierowała wzrok na śpiącego. No cóż, jak trzeba to trzeba, wolała go zbudzić niż potem narazić się na wyrzuty, że poszła sama.

- Marco. - Nie zareagował. - Marco! - Potrząsnęła jego ramieniem.

- Co? Jak? - Zapytał nieprzytomny.

- Ale z ciebie obrońca. Mogłoby nas napaść stado Sannitów, a ty byś niczego nie zauważył.

Zaśmiała się.

- Już czas wychodzić?

- Masz jeszcze jakieś piętnaście minut na ubranie się i zjedzenie śniadania.

- Dlaczego nie obudziłaś mnie wcześniej?

- Tak słodko spałeś, że postanowiłam dać ci jeszcze chwilę odpoczynku.

- Cieszę się że się o mnie troszczysz - rzekł z uśmiechem, który sprawił, że zmiękły jej kolana.

- Ty się ubierz, a ja w tym czasie zejdę na dół.

Szybko się uwinęli i po dziesięciu minutach byli już w drodze. Kiedy znaleźli się pod uczelnią, dziewczynie zrobiło się przykro, że nie będzie go widzieć prawie cały dzień.

- Idź do domu, nie ma sensu, żebyś czekał na mnie przez cały dzień. Kończę zajęcia o szesnastej, więc dopiero o tej możesz tutaj przyjść.

Marco chyba odczytał z jej twarzy żal, bo pochylił się nad nią i namiętnie pocałował.

- Będę na pewno. Czas szybko minie, zobaczysz - stwierdził, a następnie odwrócił się i odszedł. Dziewczyna z ciężkim westchnieniem ruszyła do wejścia.

 

***

Przez cały dzień nie mogła się skupić. Na dodatek Heather widziała ją z Marco i zasypała pytaniami skąd go zna, i czy jest bratem Gabriela, bo są podobni. Przez cały dzień nie dawała jej spokoju, tak, że dziewczyna o wpół do szesnastej miała już wszystkiego serdecznie po dziurki w nosie. Skserowała notatki Amandy w sekretariacie i oddała zeszyty. Stwierdziła, że nie ma sensu tego wszystkiego przepisywać. Wolała już wydać pieniądze, chociaż to i tak były groszowe sprawy. Dziwiła się sobie, czemu nie wpadła na ten pomysł wcześniej. Może dlatego, że u nich w wiosce nie było ksero, więc wszystkie lekcje, na których się nie było, należało przepisywać ręcznie. Ostatni kwadrans dłużył jej się niemiłosiernie. Co chwila spoglądała z niecierpliwością na zegarek i stwierdzała, że dopiero minęła minuta. Kiedy w końcu profesor ogłosił koniec zajęć mało nie wyrwała z ławki i nie pobiegła do wyjścia. Ruszyła szybkim krokiem, a kiedy wyszła przed szkołę i zobaczyła ukochanego, na jej twarzy pojawił się ogromny uśmiech. Jednak, kiedy się do niego zbliżyła, zauważyła, że on wcale nie ma zadowolonej miny.

- Coś się stało? - zapytała niepewnie.

- Skontaktowała się z nami starszyzna. Chcą się z tobą spotkać.

Wyraz twarzy Marco, nie nastawił jej zbyt pozytywnie do tego spotkania. Widać było, że jest spięty i niezbyt zadowolony z zaistniałej sytuacji. Ruszając z miejsca zapytała.

- Czy to źle?

- Ależ skąd. W sumie, to nawet dobrze. Zostaną podjęte decyzje dotyczące działań, które należy podjąć w najbliższym czasie, oraz jak dalej potoczą się twoje losy.

- To czemu masz minę, jakbyś szedł na szafot?

Westchnął z rezygnacją.

- Gdyż może zdarzyć się tak, że twoją ochroną zajmie się ktoś inny, bardziej odpowiedni. Jestem tylko marną płotką w wielkim stawie. Mogą uznać, że się do tego nie nadaję, w szczególności zważywszy, na ostatnie wydarzenia, kiedy ściągnąłem na ciebie stado wrogów.

- Nie mogą cię ode mnie zabrać!

- Muszę cię rozczarować, ale niestety mogą.

- Niech no tylko spróbują. Nie wykonam żadnego ich polecenia, nie zrobię nic w waszej sprawie i nie stanę przeciwko Sannitom, jeśli tylko cię ode mnie odstawią - powiedziała z mocą, zdecydowana spełnić swoje groźby.

Uśmiechnął się czule widząc, że gotowa jest na wszystko, byle tylko go przy sobie zatrzymać. Nie chciał wzbudzać w niej strachu, ale obawiał się, że to nie wystarczy. Jednak jeśli Gabriel stanąłby po ich stronie, to mają szansę. Tylko czy będzie on w stanie cokolwiek zrobić? Na to pytanie nie znał odpowiedzi, ale spróbować warto. Resztę drogi przebyli w milczeniu, każde bijąc się ze swoimi myślami. W końcu dotarli pod jej dom, a następnie weszli do środka. Czekali już tam na nich Suzanne i Gabriel. Wchodząc głębiej zauważyła, że stoi tam ktoś jeszcze. Podchodząc bliżej zobaczyła najpiękniejszą kobietę na ziemi. Widać było od razu, że jest tego samego pochodzenia co mężczyźni. Nie była tak wysoka jak on, ani tak umięśniona, ale miała ten sam odcień skóry, oraz lekko spiczaste ucho, za które zatknęła kosmyki. Czarne, sięgające poniżej pasa, lekko falujące włosy, były tak gęste i błyszczące, jak z jakiejś reklamy. Szczupła, zgrabna sylwetka, odziana w sukienkę, odsłaniała długie, kształtne nogi. Twarz miała egzotyczną i tajemniczą, przywodzącą na myśl dalekie kraje. Duże, wyraziste, lekko skośne oczy i pełne czerwone usta dopełniały całości. Rudowłosa patrząc na nią, poczuła się nagle mała, niezgrabna i brzydka. Tamta ruszyła w ich kierunku płynnym, lekkim krokiem, kręcąc zachęcająco biodrami, a następnie zarzuciła ręce na ramiona Marco i pocałowała w policzek, z głośnym cmoknięciem.

 

- Nareszcie wróciłeś! Co tak długo? - Spytała, jednocześnie spoglądając nieprzyjaźnie na Sol. - To ona?

- Ta ona ma imię - rzuciła z przekąsem. - Jestem Sol - Wyciągnęła rękę do powitania.

- Jak miło. - Popatrzyła tylko i znów zwróciła się do czarnowłosego - To kiedy wyruszamy? Starsi strasznie chcą poznać "wybrankę".

Ostatnie słowo powiedziała z taką kpiną i jawną niechęcią, skierowaną przeciwko niej, że zaczęła się zastanawiać, czy tę dwójkę coś łączy. Marco zdecydowanie zdjął jej ramiona ze swoich i gwałtownie ją odsunął.

- Przestań robić przedstawienie. Wyruszymy jutro, nie zamierzam ryzykować podróży nocą.

- Zastanawiałeś się, ile czasu zajmie nam dotarcie tam, skoro "ona" nie potrafi nawet tak prostej rzeczy, jak migotanie*?

W tym momencie wtrącił się Gabriel.

- Będziemy ją nieść na zmianę. Może nie dotrzemy na miejsce tak szybko jak zwykle, ale będziemy wcześniej, niż gdybyśmy mieli przemierzyć całą trasę w tempie ludzkim.

- Jeśli myślisz, że będę ją nieść, to...

- Nie musisz, zajmiemy się tym z Marco - odpowiedział chłodno.

- Jak sobie chcecie - odfuknęła i ruszyła do salonu dostojnym krokiem.

Sol natomiast poszła do kuchni, żeby przygotować jakiś posiłek. Marco patrzył na nią z niepokojem. Odkąd weszli do domu, dziwnie się zachowywała. Czyżby to miało związek z nowo przybyłą? Podążył za nią i stanął w progu przyglądając się jej krzątaninie. Wiedział, że zdawała sobie sprawę z jego obecności, mimo to nie odezwała się jednak nawet słowem, udając, że go nie widzi.

- Długo masz jeszcze zamiar mnie ignorować?

Drgnęła, słysząc jego głos.

- Nie wiem o co ci chodzi.

- Nie udawaj, dziwnie się zachowujesz. Chodzi o Vivienne?

- Tak ma na imię? Nie. To bardzo sympatyczna dziewczyna.

Prawie ugryzła się w język, wypowiadając to zdanie. Nie będzie z nim o tym rozmawiać. Widząc ich razem zdała sobie sprawę, że coś ich łączyło. Może mieli przerwę, ale ich związek nie ulegał wątpliwości. Najprawdopodobniej chłopak się nią zainteresował, gdyż nie miał akurat nikogo innego pod bokiem. Teraz, kiedy ta dziewczyna się tu zjawiła, na pewno znów się zejdą. Nawet nie próbowała się łudzić, że może wybierze ją. Jak mogła z nią konkurować? Przy tamtej wyglądała jak kopciuszek. Skoro już się pobawił, to niech wraca do niej. Jej serce właśnie rozpadło się na kawałki i nie chciała, żeby to zauważył.

- Nie chcesz mówić, to nie. Jak zmienisz zdanie, to wiesz gdzie mnie znaleźć.

Wyszedł z kuchni i ruszył na górę. Nie miał ochoty przebywać teraz z resztą towarzystwa. Musiał pobyć sam.

Jeśli nie chodzi o Vivienne, to w takim razie o co? Dlaczego się tak dziwnie zachowywała? W momencie, kiedy wyszła ze szkoły, była taka radosna. Dopiero po wiadomościach na temat spotkania ze starszymi przycichła. Może więc to, leży jej na żołądku? Dzisiaj wieczorem uspokoi ją, że nie ma czego się bać. Nie pozwoli ich rozdzielić, żeby nie wiem co.

Sol chciało się płakać, ale nie mogła teraz pozwolić sobie na słabość. Nie tutaj, nie przy nich. Zawołała Suzanne.

- Tak? - zapytała wchodząc. Widząc jej minę spojrzała zaniepokojona - Stało się coś?

- Nie, nic. Słuchaj, potrzebuję spaceru. Mogłabyś przez jakiś czas, zająć czymś naszych gości? Niedługo wrócę. Po prostu muszę się przejść.

- Pójdę z tobą, jeśli chcesz. Nic im nie będzie jeśli zostaną sami.

- Nie obraź się, ale potrzebuję teraz trochę samotności.

Przyjaciółka popatrzyła na nią z obawą, ale w końcu kiwnęła głową. Skoro nie będzie się oddalać, nic złego jej nie groziło.

- No dobrze. - Westchnęła z rezygnacją. - Ale nie chodź zbyt długo.

- Nie będę, dziękuję. - Przytuliła koleżankę i cmoknęła w policzek.

Zarzuciła na siebie kurtkę,czapkę i szalik, a następnie wyszła niezauważona tylnymi drzwiami. Ruszyła swoją stałą trasą nad jezioro. To było miejsce, do którego udawała się, kiedy było jej źle. Taka oaza, w której czuła się bezpieczna, wyciszona i spokojna. Szła raźnym, szybkim krokiem. Mijała domy, w których paliły się światła, widać było ludzkie postacie, a gdzieniegdzie w ogrodach bawiły się jeszcze dzieci, obrzucając się opadłymi liśćmi i bawiąc w berka. Odprężyła się wychodząc poza granice wsi. Do tej pory wciąż miała w sobie obawę, że jednak ktoś z gości zauważy jej nieobecność i zatrzyma. Kiedy opuściła w końcu tereny zabudowane, odetchnęła z ulgą i spokojnie ruszyła dalej. Z każdym krokiem, emocje powoli zaczęły opadać, a dziewczyna zaczęła cieszyć się otaczającym ją pięknem. Księżyc świecił w pełni, oświetlając drogę, a mokra trawa i drzewa, pięknie błyszczały w jego blasku. W powietrzu czuło się nadchodzącą zimę. Było mroźno, lecz jej to nie przeszkadzało. Wręcz odwrotnie. Chłód orzeźwiał jej umysł i rozjaśniał myśli.

Jak on mógł?! Miał w swoim świecie taką piękność na skinienie, a zalecał się do niej i całował jakby nigdy nic! Bawił się nią i jej uczuciami. Pozwalał wierzyć, że to, co między nimi się działo, jest czymś poważnym i trwałym. Najwidoczniej, bez względu na pochodzenie i kulturę, faceci są wszędzie tacy sami.

Do tej pory była smutna, cierpiała i zbierało się jej na płacz, ale teraz poczuła wzbierającą w niej złość. Nie pozwoli, żeby ją ranił! Nie będzie się dalej zabawiać jej kosztem! Ma swoją dumę i nie będzie błagać o uczucie. Niech sobie idzie do tej hebanowej dziewuchy, a ją zostawi w spokoju. Podjąwszy taką decyzję, od razu poczuła się lepiej. Jest silna, jakoś poradzi sobie ze złamanym sercem, ale nie pozwoli się tak traktować! Rozejrzawszy się stwierdziła, że znajduje się już nad jeziorem. Usiadła na brzegu i spoglądając w mroczną toń uspokoiła zmysły. Kochała wodę i pływanie. Szkoda, że było za zimno na kąpiel, trudno. Latem to sobie odrobi. Wtem usłyszała za sobą jakiś szelest. Wstała i odwróciła się zaniepokojona. Ujrzała wyłaniającą się zza drzewa postać. Już miała posłać Marco do diabła, kiedy zauważyła, że to nie on. Mężczyzna był niższy i nie tak dobrze zbudowany. Nagle na jego twarz padło światło księżyca, a kiedy zorientowała się kto przed nią stoi, zamarła.

 

***

- Jak to nie wiesz gdzie ona jest?! - zaryczał Marco, na biedną Suzanne.

- No nie wiem. Poprosiła mnie, żebym zajęła się wami, bo potrzebuje się przejść. Powiedziała, że niedługo wróci.

- Czy ty już do reszty zgłupiałaś? Mało ci jeszcze było ostatnich wydarzeń?! Nie wiesz, że grozi jej śmiertelne niebezpieczeństwo?! Pozwoliłaś jej iść samej, kiedy czyha na nią tyle niebezpieczeństw?!

Dziewczyna się rozpłakała.

- Daj jej spokój - stanął w obronie błękitnookiej Gabriel, a kiedy tamten spiorunował go wzrokiem, dodał. - To nie jej wina, gdyby chciała i tak by wyszła, nie informując nikogo, a tak przynajmniej mamy jakieś informacje.

- Nie rozumiem o co ta cała afera - wtrąciła się Vivienne. - Wyszła na spacer, wielkie mi co. Na pewno niedługo wróci.

- Ty, to się lepiej nawet nie odzywaj - zgasił ją Marco, a tamta wyszła obrażona z pomieszczenia. - Jak dawno temu wyszła?

- Nie wiem, godzinę, może dłużej - wychlipała.

- Godzinę?! - wykrzyknął znów czarnowłosy.

- Możesz się zamknąć?! - rozkazał Gabriel, przytulając dziewczynę. - Twoje krzyki na nic się teraz nie zdadzą, ani tym bardziej, nie pomogą. Suzanne popatrz na mnie. - Zwrócił się do niej, a kiedy dziewczyna podniosła na niego oczy pełne łez, zapytał łagodnie. - Czy wiesz może, gdzie mogłaby się udać? Znasz jakieś miejsce, w które lubi chodzić?

- Jest takie jedno. Często chodzimy tam razem.

- Konkrety Suz - warknął Marco, ale umilkł, kiedy przyjaciel zgromił go spojrzeniem.

- Jakieś sześć kilometrów stąd, w lesie, znajduje się niewielkie jezioro. Mogę was tam zaprowadzić.

- Za dużo nam to zajmie czasu, musimy wyruszyć sami.

Siknął na blondyna i właśnie był w drodze do wyjścia, kiedy dziewczyna zatrzymała go słowami.

- Sami możecie mieć problemy ze znalezieniem tego miejsca, a nie ma czasu na poszukiwania.

- Ma rację Marco. Musimy ją wziąć ze sobą. Wezmę ją na barana, będzie szybciej.

- No dobra, ale jak coś się będzie działo, usuń się i nie wchodź w drogę.

- Jasne - rzekła, a następnie wszyscy troje ruszyli do wyjścia.

 

***

 

Sol patrzyła z lękiem, na postać stojącą przed nią.

- Liam! Co ty tu robisz?!

- Wyszedłem na spacer. Nie mogę?

- Możesz, ale czemu mam wrażenie, że nie znalazłeś się tutaj przypadkiem?

- Nie mam pojęcia - odrzekł z kpiną.

- Jeżeli nie chcesz, żeby Marco sprał cię tak jak ostatnio, radzę ci stąd iść.

- Widzisz, nie boję się tego twojego chłoptasia. Poza tym obserwuję cię odkąd przechodziłaś przez wioskę. Przyszłaś tutaj zupełnie sama. Kto ci teraz pomoże?

Zrobił krok w jej stronę, a ona odruchowo się cofnęła.

- Jeśli mnie tkniesz, on cię zabije!

- Nie dowie się kto to był, ani nawet, że coś ci się stało. Nie ma ciała, nie ma dowodów, czyż nie?

- Chcesz mnie zabić? - Spytała z niedowierzaniem.

- Nie mam zamiaru iść do więzienia, a chce dokończyć to co zacząłem dawno temu. Tym razem mi się nie wymkniesz, pszczółko.

To zdrobnienie, którym ją kiedyś nazywał, sprawiło, że przeraziła się jeszcze bardziej. Nie mogła uwierzyć w to co właśnie się działo. Czy on naprawdę zamierzał ją zamordować?

- Wiedziałam, że masz na sumieniu różne sprawki, ale nigdy bym nie podejrzewała, że jesteś mordercą.

- Wielu rzeczy o mnie jeszcze nie wiesz. Gdyby nie to, że zaczęło się robić gorąco, nigdy bym nie wrócił do tej zapadłej dziury, ale policja zaczęła coś podejrzewać, więc musiałem zniknąć na jakiś czas.

- Zabiłeś już kogoś? - Spytała z przerażeniem, coraz bardziej uświadamiając sobie niebezpieczeństwo, w którym się znalazła.

- Może - odpowiedział z nonszalancją.

Ten spokój i zimne spojrzenie sprawiły, że dotarło do niej, że ma do czynienia z psychopatą. Musi mu uciec. Tylko jak? Za nią był spad do wody, nawet jeśli by skoczyła w bok, to i tak z łatwością by ją złapał. Rozejrzała się na boki w poszukiwaniu jakiejś broni.

- Szukasz drogi ucieczki? Nie uda ci się to. Jesteśmy tu całkiem sami - wypowiadając ostatnie zdanie, rzucił się ku niej.

 

***

 

- Daleko jeszcze? - zapytał z niecierpliwością Maro.

- Nie, jeszcze tylko kawałek.

Podczas drogi dowiedział się w końcu, jak udało się im pokonać Sannitów, a właściwie, to jak udało się to Sol. Dlaczego to przed nim ukrywała? Bała się, że to go wystraszy, lub zmieni o niej zdanie? Czemu mu o tym nie opowiedziała? Nawet jeśli wtedy udało się jej obronić, nie znaczy, że teraz znów się tak stanie. Czemu wyszła sama? Przecież wiedziała jak to się może skończyć, tym bardziej, po ostatnich wydarzeniach. Czy ona niczego nie potrafi się nauczyć? Boże, oby tylko zdążyli na czas. Nagle usłyszeli krzyk. Rzucili się w tamtą stronę.

Sol upadła na ziemię, a na niej znalazł się napastnik. Przypomniało jej się, jak ostatnim razem próbował ją zgwałcić. Krzyknęła i próbowała go z siebie zrzucić, ale nie miała dość siły. Brutalnie ją pocałował, za co ugryzła go w wargę. Poderwał głowę z wrzaskiem.

- Ty głupia suko! - krzyknął i uderzył ją w twarz.

Dziewczynie zrobiło się ciemno przed oczami, ale dalej za wszelką cenę próbowała go z siebie zepchnąć. Boże, czy tak właśnie skończy się jej życie? Nie zasługiwała na nic więcej? Zamroczona ostatkiem sił jeszcze się broniła, ale nie mogła go nawet kopnąć, gdyż siedział jej na nogach. Wtem poczuła, że ciężar zniknął i zobaczyła nad sobą Marco, który trzymając za kurtkę mężczyznę, stał zionąc wściekłością i nienawiścią.

- Ty śmieciu! - walnął go w twarz tak mocno, że rudowłosa usłyszała trzask łamanej kości. Następnie odrzucił jak szmacianą lalkę, na przynajmniej dwadzieścia metrów, a chłopak uderzył z hukiem o drzewo. Dopadł do niego i zaczął go okładać, a kiedy Gabriel próbował go odepchnąć, odtrącił go i znów okładał pięściami nieprzytomnego już napastnika. W końcu blondyn siłą go od niego odciągnął.

- Wystarczy! - krzyknął. - On nie żyje!

Dopiero kiedy to powiedział, zielonooka zauważyła, że tamten leży pod dziwnym kątem. Odwróciła wzrok. Nie chciała patrzeć ani na martwego, ani na jej obrońcę. Podniosła się i otrzepała ubranie, widząc, że jest w liściach i trawie. Podczas tej czynności zauważyła, że obok niej znajduje się przerażona Suzanne. Spoglądała ze strachem to na nią, to na ciało mordercy, a następnie na Marco i Gabriela. Wodziła tak wzrokiem i otwierała usta, nie wiedząc co powiedzieć. Sol zlitowała się nad nią i wzięła ją pod rękę, bez słowa ruszając w drogę powrotną. Obok niej natychmiast pojawił się czarnowłosy. Wyciągnął ręce, jakby chciał wziąć ją w ramiona, ale ona tylko go odepchnęła.

- Nie dotykaj mnie! - powiedziała wściekła i zostawiając osłupiałego mężczyznę ruszyła dalej.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (4)

  • Cicho_sza 4 miesiące temu
    Jestem i tu.
    No to się narobiło! Marco nie zapanował nad rządzą mordu! Sądząc po zakończeniu Sol delikatnie mówiąc nie jest zachwycona takim obrotem spraw 🤷
    Czekam na c.d.
  • Cicho_sza 4 miesiące temu
    A to ci psikus słownikowy, żądzą mordu, oczywiście 😂
  • DarthNatala 3 miesiące temu
    :D Super się rozwija. Tyle w jednym rozdziale. Na pewno wrócę po więcej. Marco :* Ale teraz ją zawiódł. Dzięki za prace :D
  • Tooyaa 3 miesiące temu
    Dziękuję za czytanie, cieszę się, że się podoba :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania