Klejnot Serca - rozdział 13

Rozdział 13

 

Następnego dnia Sol obudziła się z okropnym bólem głowy. Próbując wstać z łóżka jęknęła, łapiąc się za skronie i opadła z powrotem na poduszki. Czuła, jakby w głowie ktoś włączył młot pneumatyczny, który zaraz przebije się przez czaszkę na zewnątrz. Postanowiła poleżeć, z nadzieją, że w końcu minie. Usłyszała pukanie do drzwi.

- Proszę!

Skrzywiła się, bo na podniesiony głos, udręka się wzmogła. Do pokoju wszedł służący w liberii, niosąc tacę ze śniadaniem.

- Dzień dobry. - Uśmiechnął się promiennie. - Przyniosłem śniadanie. Gdzie mogę je postawić?

Wskazała ręką, stojący obok łóżka stolik i położyła się delikatnie na pościeli.

- Czy wszystko w porządku? - spytał zaniepokojony.

- Tak. Tylko trochę boli mnie głowa, ale to nic takiego.

- Mogę przysłać medyka.

- Nie trzeba. Muszę tylko poleżeć, a na pewno minie. Dziękuję za posiłek.

Sługa ukłonił się, a następnie wyszedł, zostawiając ją samą. Zaczęła myśleć o dzisiejszym balu. Czy miała w swojej szafie coś odpowiedniego na tą okazję? Mogłaby włożyć sukienkę, którą miała na sobie na promie, ale nie wiedziała, czy nie potrzebuje jednak czegoś bardziej oficjalnego. Zajrzy później do Marco lub Gabriela, może oni coś poradzą. Czuła się naprawdę koszmarnie, z żalem postanowiła zrezygnować z jedzenia, na rzecz porządnego, leczniczego snu.

 

***

 

Marco postanowił zajrzeć do Sol. Była już godzina dwunasta, niedługo czas na obiad, a ona jeszcze nie wychyliła nosa z pokoju. Zapukał, a nie słysząc odpowiedzi, wszedł do środka. Rozejrzał się i ze zdziwieniem stwierdził, że wciąż leży w łóżku. Podszedł z czułym uśmiechem, zauważając wystygły, nietknięty posiłek. Pochylił się ku niej gotów nabijać, że zbyt serio potraktowała jego uwagę o odpoczynku, kiedy zauważył, że twarz ma mokrą od potu, a policzki nienaturalnie zaczerwienione. Z niepokojem dotknął jej czoła, potwierdzając swoje obawy. Było rozpalone. Wyszedł z pomieszczenia, szybkim krokiem kierując się do apartamentów zajmowanych przez Gabriela. Wpadł jak burza do pomieszczenia, zastając przyjaciela, ubierającego się do obiadu.

- Sol jest chora!

- Co? - Spojrzał na niego zdziwiony, dopinając w pośpiechy ostatnie guziki koszuli.

- Ma gorączkę i nie reaguje na bodźce. Trzeba wezwać nadwornego medyka.

Gabriel zadzwonił od razu dzwonkiem, a kiedy pojawiła się pokojówka, kazał natychmiast przysłać lekarza do pokoju wybranki. Szybko znaleźli się u dziewczyny i zaniepokojeni próbowali obudzić.

- Sol? Sol! - Marco potrząsał nią, ona jednak tylko jęknęła i pokręciła głową. Włosy oblepiły mokrą buzię, a chłopakowi ścisnęło się serce.

- Co teraz zrobimy? - Popatrzył zrozpaczony na blondyna.

- Zaraz przyjdzie lekarz. Poczekajmy na jego opinię.

W momencie, w którym to mówił, wszedł doktor, a razem z nim przewodniczący starszyzny.

- Co się stało? - spytali jednocześnie.

- Sol ma gorączkę - odparł Gabe, widząc, że przyjaciel nie jest w stanie nic powiedzieć.

Konował podszedł do leżącej, zbadał ją, mierząc tętno, temperaturę, reakcję źrenic oraz osłuchując płuca.

- Trzydzieści dziewięć i pół stopnia - stwierdził ponuro. - Źrenice reagują, ale dziewczyna jest nieprzytomna. Możliwe, że choroba spowodowana jest przemęczeniem. Długa podróż, do tego niebezpieczeństwo i nadmiar wrażeń... Organizm w ten sposób odreagowuje. Podam leki i za dwie godziny przyjdę sprawdzić czy jest poprawa. Na razie nie wolno jej przegrzewać, więc nie przesadzajcie z okryciami, jednak kiedy nadejdą dreszcze, należy zapewnić ciepło.

- Trzeba będzie odwołać bal - westchnął Angus.

- Tylko to cię obchodzi?! - zdenerwował się Marco. - Że trzeba odwołać bal?!

- Oczywiście, że nie. Zależy mi na zdrowiu wybranki tak jak wam.

- Interesuje cię tylko z tego powodu, że nią jest. A ona jest nie tylko wybranką, to wspaniała kobieta i nie pozwolę, żebyście ją wykorzystywali. - Ruszył wściekły w jego kierunku, gotów zaatakować, kiedy powstrzymała go dłoń, położona na ramieniu.

- Uspokój się, to nie jest niczyja wina.

Spojrzał na przyjaciela, ze złością strącając jego rękę, pozostał jednak na miejscu.

Angus wyszedł razem z doktorem. Jego mina nie świadczyła o niczym dobrym, ale mężczyźni mieli teraz ważniejsze sprawy na głowie. Marco patrzył przerażony na dziewczynę, która zaczęła się rzucać, rozkopując przykrycia i zwalając poduszki na ziemię. Położył je z powrotem na łóżku i delikatnie nakrył kocem. Wyrzucał sobie, że tak gonili, żeby tu dotrzeć. Nie zastanawiali się nad tym, że jest tylko człowiekiem, a co za tym idzie, jest bardziej krucha i mniej odporna od nich. Dlaczego wczoraj nic nie zauważył? Przecież widać było, że jest zmęczona. Już samo to, że zasnęła w wannie, powinno dać mu do myślenia.

- Nie zadręczaj się. To nie twoja wina.

- Czyżby? Mogłem zauważyć, zrobić coś...

- Nic nie mogłeś. Nie możemy wszystkiego przewidzieć.

- Ale...

- Żadnych ale. Daj spokój. Zamiast się zadręczać, bądź przy niej. Tylko to jest teraz ważne.

Marco postawił jedno z krzeseł przy łóżku i usiadł na nim, gotowy pomóc w każdej chwili. Gabriel musiał wyjść na spotkanie z doradcami. Pochylił się nad Sol i pocałował w mokre włosy. Zauważył, że ma spierzchnięte usta, więc wziął szklankę i nalał do niej wody, ze stojącego na tacy dzbanka. Podał płyn łyżeczką, a ona chciwie przełykała, nawilżając spragnione gardło. W końcu odwróciła głowę, więc odstawił napój i opadł na siedzenie. Minęła z godzina, kiedy dziewczyna usiadła gwałtownie na łóżku, patrząc szklistymi oczami przed siebie.

- Nie! Zostaw mnie! - Wyciągnęła ręce przed siebie, próbując odepchnąć niewidzialnego napastnika - Marco! Marco, gdzie jesteś?! Ratunku! - Krzyczała w amoku. Chłopak przycisnął ją do pościeli, blokując ręce, żeby nie zrobiła sobie krzywdy. Rzucała się, próbując go z siebie zrzucić.

- Ciii, jestem tutaj, jestem przy tobie - wyszeptał jej do ucha.

- Marco... - uspokoiła się, słysząc jego głos.

Co jakiś czas podawał dziewczynie wodę oraz wycierał mokrą buzię. Jeszcze dwa razy krzyczała i wpatrywała się w coś, czego nie mógł zobaczyć. Za każdym razem przemawiał do niej i uspokajał. Tymczasem pojawiły się dreszcze. Zaczęła się trząść, a zęby szczękały uderzając o siebie. Wziął kilka koców przygotowanych wcześniej i okrył starannie po czubek głowy. Ona jednak zaraz wszystko z siebie zrzuciła. Próbował kilka razy, aż w końcu położył się przy niej obejmując ją i uniemożliwiając jakiekolwiek ruchy.

W takiej pozycji zastał ich doktor,nic się jednak nie odezwał, tylko podszedł i zmierzył temperaturę. Zmarszczył brwi, patrząc na termometr.

- Coś się stało? - spytał zaniepokojony czarnowłosy.

- Po lekach, które podałem gorączka powinna spaść, tymczasem wciąż rośnie. Teraz ma już czterdzieści i sześć.

- Jak to w ogóle możliwe?

- Nie wiem, wiem natomiast, że jeśli nie zareaguje na leczenie, może to się źle skończyć - odparł i otworzył swoją torbę w poszukiwaniu innych leków. Wyjął jakąś ampułkę i wciągnął jej zawartość do strzykawki. - Podwiń jej rękaw. - Rozkazał, po czym wstrzyknął lek dożylnie. - Przyjdę za godzinę i sprawdzę, jak reaguje na nowe farmaceutyki. Przyniosłem kompresy, przykładaj je do czoła i zmieniaj co jakiś czas wodę. Jeśli coś się będzie działo, wezwij mnie natychmiast.

Po tych słowach wyszedł, zostawiając go samego. Po chwili pojawili się Gabriel i Vivienne.

- I jak? - spytali z niepokojem.

- Niedobrze - odparł bezbarwnie. - Nie reaguje na leczenie, a temperatura wzrosła.

Patrzył z rozpaczą na ukochaną. Gabriel podszedł, kładąc mu rękę na ramieniu.

- Będzie dobrze, zobaczysz. Królewski lekarz jest najlepszy, nie raz radził sobie w trudnych przypadkach. Na pewno ją uleczy.

- Nie widziałeś jego miny, kiedy zobaczył, że leki nie przyniosły rezultatu.

- Tym razem na pewno pomogą, nie martw się.

Jednak nie pomogły. Po godzinie okazało się, że temperatura ciała wzrosła o kolejne pół stopnia. Lekarz powiedział, że jeśli wzrośnie do czterdziestu dwóch, enzymy w jej ciele zetną się, przez co większość procesów życiowych zacznie się zatrzymywać i wkrótce nastąpi zgon. Kiedy to usłyszał, Marco uderzył z całej siły w ścianę, robiąc w niej dziurę. Po chwili wybiegł gwałtownie z komnaty, a następnie z pałacu.

- Pójdę za nim, a ty zostań przy niej - powiedział Gabriel do Viviene i ruszył za przyjacielem.

Znalazł go, w ich kiedyś ulubionym miejscu, nad wodospadem. Był to zaciszny zakątek w ogrodach, niewidoczny z zewnątrz, ponieważ z jednej strony otaczała go skała, a z drugiej porastały wysokie krzewy. Huk spadającej wody zagłuszył jego kroki. Marco siedział na trawie, oparty głową o skałę, a jego ramiona i plecy drżały od płaczu. Widok przyjaciela, pogrążonego w takiej rozpaczy, wstrząsnął nim do głębi. Jeszcze nigdy nie widział go w takim stanie. Sam też głęboko przeżywał to wszystko, jednak wiedział, że on czuje się sto razy gorzej. W końcu kochał do szaleństwa tą małą, kruchą dziewczynę, a teraz powoli umierała, a oni nic nie mogli zrobić. Blondyn podszedł do niego, a następnie usiadł obok i czekał. W końcu szloch ustał. Czarnowłosy, dostrzegając władcę, poczuł się nieswojo. Nigdy nie okazywał słabości, nawet kiedy umarli rodzice. Był zły, wyładowywał się na wszystkim i wszystkich, ale nie płakał, nigdy. A teraz jego kompan widział go w chwili słabości. Nic się nie odezwał, tylko położył mu rękę na ramieniu, pokazując swoje wsparcie.

- Dzięki przyjacielu. - Uśmiechnął się ledwo dostrzegalnie.

- Nie ma za co. Wracajmy.

Podnieśli się i ruszyli w kierunku zamku, z każdym krokiem przyspieszając, jakby bojąc się, że przyjdą za późno. Nagle Marco przystanął.

- Liquidheart!

- Co Liquidheart?

- Przecież uzdrowił mnie, więc dlaczego miałby nie uzdrowić Sol!

- Tak, tylko że wtedy to ona użyła jego mocy. Teraz nie jest w stanie.

- Nie, ale może zrobi to, za pomocą kogoś innego, dla dobra swej właścicielki!

- Myślisz? - spytał, a w jego głosie po raz pierwszy zabrzmiała nadzieja.

- A masz lepszy pomysł?

- Nie, warto spróbować.

Uczepili się tej myśli jak tonący brzytwy i biegiem ruszyli do zamku. W mgnieniu oka znaleźli się z powrotem w pokoju. Vivienne przykładała właśnie zimny kompres do jej czoła.

- I jak?

- Bez zmian.

Czarnowłosy podszedł do łóżka, odrzucił kołdrę i rozchylił dekolt pidżamy, jednak naszyjnika tam nie było. Patrzył przez chwilę, nie rozumiejąc co to znaczy.

- Nie ma go – wyszeptał. - Nie ma go. - Powiedział, tym razem głośniej.

- Jak to nie ma?! - Niemal wrzasnął Gabriel. - Przecież nigdy się z nim nie rozstaje!

- Nie panikujcie - uspakajała ich koleżanka. - Może go gdzieś odłożyła, na przykład pod poduszkę, materac, lub do szuflady - rozejrzała się po pomieszczeniu, szukając naszyjnika, jednak nigdzie go nie dostrzegła. Zaczęli w panice przeszukiwać pokój, jednak nigdzie go nie znaleźli. Marco zajrzał do szkatułki myśląc, że może odłożyła klejnot z resztą biżuterii, ale tam też go nie było. Przeszukali cały apartament, lecz po kamieniu nie było nawet śladu. Zadzwonili dzwonkiem po służącego i kazali wezwać natychmiast Angusa. Po chwili pojawił się zaniepokojony.

- Coś się stało? Czy jej stan się pogorszył?

- Tak, ale nie o to chodzi - odparł Gabriel poważnym tonem. - Natychmiast zarządź zamknięcie wszystkich przejść, niech nikt nie opuści Arawii.

- Ale co się stało?

- Ktoś ukradł Liquidheart!

- Ależ nikt go nie ukradł - odparł, tym razem spokojnie.

- Jak to?

- Ja go mam. Przyszedłem wczoraj do Sol i poprosiłem, żeby mi go oddała, bym mógł go schować do sejfu. Na balu, wśród tylu osób, byłby zbyt narażony na kradzież.

- Czyli, że przez cały ten czas leżał bezpieczny w sejfie? - Wszyscy odetchnęli z ulgą.

- Dlaczego mnie o tym nie poinformowano?! - spytał ostro władca.

- Uznałem, że nie ma takiej potrzeby, wybranka o wszystkim wiedziała.

- Tak, ale przecież leży nieprzytomna i jest bliska śmierci! Będziesz się musiał srogo z tego tłumaczyć. A teraz natychmiast go tutaj przynieś!

- Tak jest, Wasza Wysokość.

Po chwili wrócił z klejnotem, który jarzył się ciepłym blaskiem. Marco wziął go i założył ukochanej na szyję. Proszę zadziałaj - błagał w duchu. Po chwili tak samo jak w jego przypadku, kamień zaczął świecić się zielonym światłem, które otuliło swym blaskiem drobną postać leżącą na łóżku. Na ich oczach rumieńce zniknęły, a skóra nabrała zdrowego odcienia.

- Niesamowite - wyszeptał zdumiony przewodniczący.

Powieki dziewczyny drgnęły, a następnie otworzyły się. Rozglądała się zdumiona, dostrzegając tyle osób, pochylonych nad swoją osobą, do momentu gdy napotkała granatowe oczy Marco.

- Witaj wśród żywych - uśmiechnął się ciepło.

- Dobra, wszyscy wypad, Sol musi teraz odpoczywać - wykrzyknął Gabriel, wyprowadzając z pokoju Vivienne i Angusa.

- Ale Wasza Wysokość... - zaprotestował przewodniczący.

- Żadnych ale. Przede wszystkim, należy jej teraz zapewnić spokój.

- Proszę się nie martwić panienko, bal został przełożony, odbędzie się za dwa dni - zdołał jeszcze powiedzieć, zanim władca wypchnął go za drzwi. Sol popatrzyła na ukochanego.

- Słyszałam twój głos, kiedy leżałam nieprzytomna i miałam koszmary. Uspokajał mnie, bo wiedziałam, że jesteś przy mnie - powiedziała cicho.

Marco rzucił się na nią i mocno przytulił do siebie. Objęła go ramionami, głaszcząc uspokajająco po włosach.

- Nic mi nie jest, głównie dzięki tobie.

- Nigdy więcej nie waż mi się tak robić. - Podniósł się, patrząc na nią z powagą w oczach. - To były najgorsze chwile w moim życiu.

Dotknęła jego policzka, muskając kciukiem wargę. Odwrócił głowę i pocałował wewnętrzną stronę jej dłoni, a potem nadgarstka. Przeszedł ją miły dreszcz. Pochyliła się ku niemu, a on ucałował jej różane wargi. Jej ciałem od razu zawładnęło gorąco. Podniosła się, chcąc być bliżej niego, ale się odsunął. Patrzyła na niego, nic nie rozumiejącym wzrokiem.

- Gabriel miał rację. Musisz odpocząć - wstał z łóżka i ruszył ku wyjściu.

- Ale przyjdziesz jeszcze do mnie?

- Oczywiście - uśmiechnął się i zamknął za sobą drzwi.

Sol opadła na poduszki, zastanawiając nad wszystkim, co się wydarzyło. Nie powinna oddawać klejnotu starszemu, mogło to się źle dla niej skończyć. Na szczęście wszystko się ułożyło i była już zdrowa. Czuła się świetnie, była wypoczęta i w pełni sił, ale nie chciała kłócić się z Marco. Nagle poczuła burczenie w brzuchu. No tak, długi czas bez posiłku dał o sobie znać. Postanowiła wstać i poszukać kuchni. Nie chciała nikogo kłopotać. Sama przecież mogła zrobić sobie coś do jedzenia. Nie przywykła do służby, będącej na każde skinienie. Jak pomyślała tak zrobiła. Z tego co wiedziała, kuchnia znajdywała się niedaleko sali jadalnej. Pamiętała drogę, a stamtąd już nie powinna mieć trudności. Ubrała się w jedną z sukienek, założyła sandały i wyszła na korytarz. Rozejrzała się niepewnie, nie chcąc, żeby przyłapał ją ktoś z przyjaciół. Ruszyła w lewą stronę, idąc praktycznie na palcach, żeby nikt jej nie słyszał. Pod drzwiami jednego z apartamentów usłyszała podniesione głosy. Jeden z nich należał do Marco. Miała już iść dalej, kiedy usłyszała swoje imię. Przyłożyła ucho do drzwi, żeby lepiej słyszeć.

- Angus zapłaci za to, że wziął klejnot, nie informując mnie o tym. Możesz być tego pewny - rozpoznała głos Gabriela.

- Przez niego Sol prawie umarła!

- Wiem. Jednak teraz nic jej nie grozi. Póki tu zostanie, będzie bezpieczna.

- Dzięki Bogu. Mastema będzie na nią polował, nie możemy dopuścić, żeby opuściła Arawię.

- Tak, musimy ją tu zatrzymać za wszelką cenę. Tylko jak to zrobić? Będzie chciała wrócić na powierzchnię, do rodziny.

- Zapewnimy jej tyle rozrywek, żeby na jakiś czas przestała myśleć o powrocie. Bale, rauty, uroczyste obiady, zwiedzanie. A jak się już przyzwyczai i jej się spodoba, będzie łatwiej ją przekonać - odparł Marco.

Sol oparła się plecami o drzwi, nie mogąc uwierzyć w to, co przed chwilą usłyszała. Powoli wycofała się do swojego pokoju. Głód całkiem przeszedł. Weszła do łazienki, napuściła wody do wanny i zanurzyła się po szyję w pachnącej pianie. Zawsze, kiedy miała problem i nie mogła z jakichś powodów wyjść z domu, kąpiel była jej sposobem na zebranie myśli.

Jak oni mogli jej to zrobić?! Knuć za jej plecami, podstępnie próbując zatrzymać, wiedząc bardzo dobrze, że chce wrócić do domu?! Na dodatek uczestniczył w tym jej tak zwany ukochany, który powinien rozumieć jak nikt inny jej więź z rodzicami i chęć chronienia ich i wioski! Zdrada ta bardzo ją zabolała. Bardziej niż cokolwiek innego. Uważała tych ludzi za swoich przyjaciół, a wychodzi na to, że tak naprawdę dbają tylko o siebie. Obchodzi ich tylko to, żeby nikt jej nie zabił, bo inaczej nie mieliby z niej pożytku jako wybranki. Jej rodzina i uczucia najwidoczniej nic ich nie obchodziły. Gdyby tak było, nie próbowaliby spiskować za jej plecami, tylko porozmawiali szczerze i razem wymyśliliby jakieś rozwiązanie. Czy oni naprawdę uważają ją za tak płytką, że dzięki balom i rozrywkom zapomni o tym, co jest naprawdę ważne? O rodzinie? Przyjaciołach? Szkole? Poczuła ucisk w żołądku. Widocznie naprawdę tak o niej myśleli.

Musi się stąd wydostać. Nie chciała przebywać tu ani chwili dłużej. Jednak nie było to takie proste. Jeśli zobaczą, że zniknie, szybko ją dogonią. Poza tym na pewno ktoś ją zauważy, kiedy będzie próbowała się dostać do przejścia. Bal! Tak, to jest myśl. Podobno zaproszeni są wszyscy mieszkańcy Arawii. W takim razie nikt nie zauważy jak będzie wychodzić. Problem w tym, że ma być głównym gościem i wszyscy będą ją bacznie obserwować. Pobędzie na przyjęciu ze trzy godziny, potem może wymigać się od dalszego uczestnictwa, tłumacząc, że nie doszła jeszcze do siebie po chorobie i źle się czuje. Tak, po dzisiejszych wydarzeniach nikt nie będzie w to wątpił, a kiedy wszyscy będą się bawić w najlepsze, ona wymknie się przez nikogo niezauważona. Ma dwa dni na spakowanie niezbędnych rzeczy i przygotowanie wszystkiego. Najważniejsze, żeby nikt niczego nie podejrzewał, więc musi zachowywać się normalnie i udawać, że cieszy nadchodzącym wydarzeniem.

W tym samym czasie w pokoju Gabriela nadal trwała dyskusja.

- Nie wiem czy to coś da - wyraził swoje powątpiewanie Gabriel. - Wiesz jaka jest Sol. Przyjęcia i rozrywki nie odciągną jej od myśli o rodzinie, a przynajmniej nie na długo.

- Tak, ale da to nam trochę czasu, żeby chociaż spróbować ją przekonać do pozostania. Jeżeli byśmy teraz jej o tym powiedzieli chciałaby natychmiast wracać. A tak może zdołamy wytłumaczyć, że to najlepsze wyjście z możliwych, dla bezpieczeństwa jej i jej bliskich.

- Chyba masz rację. Na razie i tak nie wymyślimy nic lepszego - westchnął władca.

Średnia ocena: 4.7  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • DarthNatala 4 miesiące temu
    Jeżeli już podsłuchujesz to nie odchodź w połowie. To nie jest za dobry pomysł :D

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania