Klejnot Serca - rozdział 12

Rozdział 12

 

Patrzyła osłupiała na Gabriela, nie zdając sobie sprawy z tego, że ma szeroko otwartą buzię. Otrząsnęła się, podeszła do niego, podskoczyła i walnęła w tył głowy z otwartej ręki. Tamten spojrzał na nią zszokowany, mając naprawdę zabawną minę. Jeszcze lepszą miał służący, któremu mało oczy nie wyskoczyły ze zdziwienia, że ktoś śmie tak traktować jego pana.

- Jak mogłeś mi nie powiedzieć! - Rozzłościła się nie na żarty, a potem odwróciła w stronę Marco. - A jak ty mogłeś mi nie powiedzieć?!

- Na mnie nie patrz. To on chciał być incognito - odparł, rozkładając ręce. Jej wściekły wzrok znów skierował się w stronę blondyna.

- Nie chciałem, żebyś oceniała mnie po tym kim jestem, a nie, jaką jestem osobą - wyznał, patrząc jej w oczy.

- A więc to dlatego wszyscy tak wam się kłaniali. - Tu znów spojrzała na Marco. - A ty kim jesteś, że ciebie też tak poważają? Jego bratem? A może damą dworu?

- No wiesz co?! Jeśli już tak bardzo chcesz wiedzieć, to jestem czymś w rodzaju ochroniarza. Strażą przyboczną, głównym obrońcą, nazwij to jak chcesz.

- Jakim cudem wy się znacie i przyjaźnicie?

- No cóż, to dość długa historia - odpowiedział ukochany, wracając myślami do tamtego dnia.

 

Był zły. Czego te staruchy mogły chcieć? Wezwali go do siebie, tak jakby mieli prawo mu rozkazywać. Miał szesnaście lat i doskonale potrafił sam o siebie zadbać. Co z tego, że jego rodzice zginęli? Umarli w walce z Sannitami. Byli bohaterami, którzy poświęcili życie w obronie następcy tronu. Na myśl o nim, prychnął z pogardą. Dlaczego dobrzy ludzie musieli ginąć dla jakiegoś dzieciaka? W czym był taki wyjątkowy? Za młody, żeby być władcą, a chętnych do panowania nie brakowało, więc dlaczego był taki ważny? Dlaczego w jego obronie poświęciło życie tylu ludzi? Co z tego, że był synem zmarłej królowej. Nawet nie wykształciła się w nim jeszcze żadna moc i on niby miał zasiąść w przyszłości na tronie?

Z takimi myślami wszedł do pałacu. Służba pokierowała go długim, bogato urządzonym korytarzem, na którego końcu znajdowały się drzwi. Kiedy do nich podeszli, otworzyły się. W środku ujrzał długi stół, a za nim siedzących dziesięciu starszych mężczyzn. Minął wrota z dumnie podniesioną głową, rzucając obecnym odważne spojrzenia.

- Po co mnie wezwaliście? Czy starszyzna interesuje się teraz każdym członkiem społeczeństwa?

- Wiesz, że nie jesteś zwykłym obywatelem, twoi rodzice byli z jednego z najstarszych, poważanych rodów i...

- Moi rodzice nie żyją! I nie ważcie się mówić tak, jakby było wam z tego powodu przykro. To przez was zginęli! - Co poniektórzy spuścili głowy, ale ten co siedział w środku, patrzył wciąż twardo w oczy młodzieńca.

- To co się stało, jest wielką tragedią dla nas wszystkich. W związku z tym, że po części jesteśmy odpowiedzialni za te wydarzenia, postanowiliśmy, że przeprowadzisz się do pałacu i będziesz wychowywał razem z paniczem Gabrielem.

- Co?! Nie mam zamiaru tutaj mieszkać, a tym bardziej zadawać się z waszym wychuchanym następcą tronu! Czy przygarniacie do siebie każdą osobę, która straciła rodzinę?!

- Nie, ale inni mają bliskich, którzy mogą się nimi zająć. Ty nie masz już nikogo.

- Jestem wystarczająco dorosły, żeby samemu się sobą zająć!

- To już postanowione i nie podlega żadnej dyskusji, do czasu ukończenia dwudziestego piątego roku życia, będziesz żył i uczył się w pałacu.

- Nie możecie mi tego zrobić! Moi rodzice na pewno by chcieli, żebym został w domu rodzinnym!

- Przede wszystkim pragnęliby, żeby ktoś się tobą zaopiekował. Za drzwiami czekają już ludzie, którzy pójdą z tobą i pomogą przynieść bagaże. Jesteś niepełnoletni i nie możesz sam o sobie decydować. To już postanowione.

Wypadł jak burza z pomieszczenia, kierując się do wyjścia. Za nim jak cienie, postępowali trzej służący. Nie oglądając się na nich, wybiegł z pałacu i ruszył pędem do domu. Jak mogli za niego decydować? Zmuszać do mieszkania w tym więzieniu! Nie będzie miał tam żadnej swobody, pamiątek, ani wspomnień. Znajdzie się w całkiem obcym miejscu, z nieznanymi ludźmi. Czy mało jeszcze nieszczęść zdarzyło się w jego życiu? Teraz jeszcze to?

Dotarł wreszcie do domu, zamknął drzwi i ruszył na piętro, do swojego pokoju. Kiedy opadł na łóżko, z jego oczu popłynęły łzy. Leżał tak dłuższy czas, aż w końcu wstał i spakował rzeczy. Nie było tego wiele. Ciuchy, trochę pamiątek i album ze wspólnymi zdjęciami, jego i rodziców. Żeby nie wiem jak chciał, nie mógł nic na to poradzić, ale przysiągł sobie, że kiedy tylko osiągnie pełnoletność zniknie stąd raz na zawsze. Szybko jeszcze przeszedł do sypialni rodziców, otworzył ukryty sejf i wyjął z niego przepiękną, zdobioną ręcznie szkatułkę. Zapakował ją do plecaka i wyszedł przed dom. Tragarze czekali cierpliwie pod domem. Wystawił walizkę i nie oglądając się, ruszył przed siebie.

Apartament, w którym go umieścili był duży i bardzo wygodny, jednak nie zwrócił na to najmniejszej uwagi. Czuł się tu jak w więzieniu, z którego nie ma ucieczki. Trudno, jakoś przeboleje te lata, ale nie miał zamiaru zadawać się z księciuniem. Powiedzieli mu, że od jutra zacznie uczęszczać razem z nim na nauki. Będzie na nie chodził, ale nic ponadto. Jeśli tamten liczył na kolejną, wiernie mu oddaną i zapatrzoną w niego, jak w obrazek osobę, to się zdziwi.

Nazajutrz, o godzinie dziewiątej przyszedł po niego lokaj, żeby odprowadzić na zajęcia. Czy oni myślą, że zamierzam uciec? - pomyślał wściekły, ale zaraz zmienił zdanie, widząc jak wiele korytarzy i zakrętów mijali po drodze. Gdyby próbował tam dojść sam, pewnie zgubiłby się po drodze. W końcu stanęli przed drzwiami, a kiedy te się otworzyły, ujrzał stojące na środku dwie samotne ławki, a kilka metrów przed nimi biurko nauczyciela. W jednej z nich siedział chłopak o krótkich blond włosach. Usłyszał skrzypnięcie wrót i odwrócił się. Marco zobaczył najbardziej szare oczy w życiu. Przez chwilę wpatrywał się w chłopaka, a następnie ruszył, do drugiej, wolnej ławki.

- Cześć. Słyszałem, że od dzisiaj będziemy się razem uczyć, a także mieszkać - odezwał się na powitanie książę.

- Niestety. Nie licz jednak na to, że będziemy kumplami - warknął i odwrócił ostentacyjnie w stronę biurka.

Po chwili wszedł nauczyciel i zaczęły się zajęcia z etykiety. Marco co jakiś czas wzdychał ostentacyjnie i ziewał, dając do zrozumienia, że śmiertelnie się nudzi. Miał nadzieję, że profesor się zdenerwuje i go wywali, ale tamten nie zwracał na niego uwagi, więc w końcu dał sobie spokój. Następnie była wiedza o świecie zewnętrznym. Tym razem skupił na lekcji całą uwagę. Zawsze fascynował go świat ludzi. Starał się dużo czytać na ten temat i wciąż o niego wypytywał rodziców. Na samym końcu wybrali się do ogrodów, gdzie zdobywali wiedzę o roślinach i zwierzętach. Przez cały ten czas, towarzyszący mu chłopak nie odezwał się już do niego ani razu.

- W sumie to i dobrze - przekonywał sam siebie. Chociaż z niewiadomych powodów liczył na to, że przemówi i będzie miał okazję do uszczypliwych uwag w jego kierunku.

Po skończonych wykładach wrócił do siebie. W tym tonie spędził następny tydzień. Weekend mieli wolny od nauki i mogli go poświęcić na co tylko chcą. Jednak przez te dwa dni, ani razu nie spotkał przyszłego władcy, a spędził je na zwiedzaniu całego pałacu i skweru. Gdzie on się podziewa? Całe dnie spędza u siebie w alkowie? Nie widział go aż do poniedziałku, kiedy znów spotkali się w sali lekcyjnej.

Zajęcia mieli różne. Jedne nawet ciekawe, inne mniej. Fascynowało go, że blondyn nie zwracał na niego większej uwagi. Był cały czas opanowany, wyciszony i skupiony na nauce. W końcu postanowił zburzyć tę oazę spokoju. Po skończonych wykładach śledził księcia, do zajmowanych przez niego pomieszczeń. Odczekał kilka minut, a następnie wszedł bez pukania. Tamten akurat stał zamyślony przy oknie.

- Więc to tutaj mieszka przyszły władca świata - odrzekł z kpiną. Nic nie odpowiedział, tylko dalej wpatrywał się w coś przez szybę. - Hej, mówię do ciebie, mógłbyś chociaż na mnie spojrzeć!

Chłopak w końcu skierował na niego swój wzrok.

- Masz do mnie jakąś sprawę? - odrzekł spokojnie.

- A żebyś wiedział, że mam. Za kogo ty się do cholery uważasz?! Myślisz, że twoje życie jest ważniejsze niż innych tu żyjących? - zapytał wściekły, że jest tak spokojny i nie mogąc opanować złych emocji, powstałych po śmierci rodziców. Blondyn tylko stał, patrząc na niego tymi swoimi niezwykłymi gałami, aż bardziej się rozzłościł. Podszedł do niego i złapał za poły koszuli.

- Myślisz, że jesteś lepszy od tych, którzy umarli, walcząc w twojej obronie?!

Ponieważ tamten się nie odezwał, złość która nim zawładnęła, dodatkowo podjudzona obojętnością księcia, sprawiła, że zamachnął się i uderzył go pięścią prosto w twarz. Upadł na ziemię, a z jego nosa polała się krew. Mimo to, wciąż spoglądał na niego, tym swoim dziwnym wzrokiem, nawet nie starając się jej wytrzeć. W końcu Marco, nie mogąc dłużej znieść tej obojętności, z furią wybiegł z pomieszczenia. Pędził przez całą drogę do swojego apartamentu. Zatrzymał się dopiero, kiedy był w środku i zamknął za sobą drzwi. Wciąż jeszcze trząsł się ze wzburzenia, ale powoli zaczynał się uspokajać. Nie zamierzał przepraszać tego wychuchanego ciapę, a jeśli się poskarży to nawet lepiej, może dzięki temu go stąd wywalą i będzie mógł wrócić do domu.

Jednak się nie poskarżył. Następnego dnia, kiedy przerażony nauczyciel pytał co się stało, widząc siniaki biegnące od nosa, na oboje oczu, odparł, że się przewrócił. Trochę mu tym zaimponował, ale i tak niczego to nie zmieniało. Minęło kilka kolejnych dni, kiedy leżąc wieczorem na łóżku, usłyszał pukanie do drzwi. Po chwili, ze szpary pod drzwiami, wysunęła się kartka. Podniósł ją zdziwiony i rozłożył.

 

" O wpół do dziewiątej, na moście nad rzeką.

G."

 

Przez chwilę wpatrywał się w zwitek papieru, nie rozumiejąc o co chodzi. Czego ten ktoś chciał? I kto to mógł być? W końcu zdecydował, że tam pójdzie. Chociażby po to, żeby przekonać się kto i po co chce się z nim spotkać.

O podanej godzinie stał więc w umówionym miejscu. Czekał trochę zniecierpliwiony, zastanawiając po co właściwie tu przyszedł, kiedy zobaczył idącego ku niemu księcia.

- To ty?!

- Ja.

- Jeśli chciałeś randki to źle trafiłeś, ja nie z tych. - Na te słowa tamten uśmiechnął się półgębkiem.

- Nie po to chciałem się z tobą spotkać. Tak naprawdę chyba nigdy się sobie oficjalnie nie przedstawiliśmy. Gabriel. - Wyciągnął rękę.

Wpatrywał się w nią przez chwilę, po czym podał mu swoją.

- Marco.

- Chciałem powiedzieć, że wiem co się stało z twoją rodziną i jest mi z tego powodu przykro.

Najeżył się na wzmiankę o rodzicach.

- Co ty możesz o tym wiedzieć?! Twoja matka zmarła, jak byłeś jeszcze całkiem mały. Nie wychowywała cię tak, jak moi rodzice mnie. Nie zdążyłeś jej pokochać, zanim ją straciłeś!

- Wiem - odparł ze smutkiem, opierając się o barierkę i wpatrując w strumień i pływające w nim ryby. - Zdaję sobie sprawę, że nigdy w pełni nie zrozumiem ciebie, ani innych którzy stracili rodziny podczas ataku na pałac. Jednak wiedz, że wolałbym oddać się w ich ręce i sam zginąć, niż pozwolić na tą rzeź. Gdybym tylko miał wybór, to bym tak zrobił.

Patrzył chwilę na Marco, aż wreszcie ciężko westchnął.

- To nie twoja wina - odparł, z trudem przyznając się do błędu. - Byłem tak pogrążony w żalu po śmierci rodziców, że musiałem obarczyć kogoś winą. Niestety padło na ciebie.

- Dziękuję. - Uśmiechnął się niepewnie.

- Ale nie myśl, że teraz zostaniemy przyjaciółmi! Dalej uważam że jesteś strasznie nadęty i denerwujesz mnie swoją obecnością!

- Na nic takiego nawet nie śmiałem liczyć – odparł i odszedł, uśmiechając się pod nosem. Marco wracał do siebie w nie mniej dobrym humorze.

 

***

 

- Powiedzmy, że znamy się od dawna, gdyż mieszkaliśmy tu razem przez dobre kilka lat - odpowiedział Sol, która nie rozumiała dziwnego uśmiechu, który pojawił mu się na twarzy.

- I to tyle?

- Owszem. To może teraz wejdziemy w końcu do środka?

- Rada z niecierpliwością was oczekuje - odparł służący, a następnie poprowadził ich tą samą drogą, którą kiedyś szedł Marco i stanęli przed tymi samymi drzwiami. Sol wstrzymała oddech, kiedy zaczęły się otwierać. Jej oczom ukazało się ogromne, bogato zdobione pomieszczenie, utrzymane w kolorach złota i zieleni. Na środku stał duży stół, a za nim siedziało dwunastu starszych mężczyzn, ubranych w złote szaty i żarliwie o czymś dyskutujących. Służący chrząknął, na co umilkli i skierowali wzrok ku nim. Wszyscy momentalnie wstali ze swoich miejsc.

- Wasza wysokość! - odezwał się ten, siedzący w środku i razem z resztą złożył ukłon .- Jak miło znów cię widzieć, po tak długiej nieobecności. Czy podróż przebiegła bez komplikacji?

- Mieliśmy trochę problemów, ale to już za nami. Czy działo się coś poważnego podczas mojej nieobecności?

- Nic niepokojącego panie. - Nagle dostrzegł stojącą tuż za nim Sol. - Czyżby to osoba, o której myślę?

- Owszem. - Wypchnął przed siebie, opierającą się dziewczynę. - To jest Sol Einar. To ona znalazła Liquidheart.

Na te słowa podniosła się mała wrzawa. Staruszkowie zaczęli jeden przed drugiego mówić i zadawać pytania. W końcu ten środkowy podniósł ręce do góry, uciszając tym pozostałych.

- W imieniu wszystkich arawiańczyków, witamy cię serdecznie w naszym świecie. - Skłonił przed nią głowę. - Na pewno jesteś zmęczona i głodna po tak długiej podróży. Twój apartament już czeka. Pan Gabriel zaprowadzi cię na miejsce.

- Nie jestem zmęczona, przybyliśmy wczoraj późnym wieczorem. Zdążyłam więc odpocząć. Czy pokoje są również przygotowane dla moich przyjaciół Marco i Vivienne? Chciałabym, żeby sąsiadowały z moim.

Marco mało nie wybuchnął śmiechem, ostatkiem sił się powstrzymując. Te staruchy nie przywykły, żeby ktoś im się sprzeciwiał, na dodatek coś na nich wymuszał. Widząc minę Angusa, miał ochotę zacząć klaskać.

- Ależ oczywiście, dla nich także jest miejsce - odpowiedział z wymuszonym uśmiechem. - Zaraz każę je dla nich przygotować. Naturalnie będą tuż obok twoich apartamentów.

- Dziękuję. - Uśmiechnęła się.

- O godzinie pierwszej przewidziany jest uroczysty obiad, mam nadzieję, że zaszczycisz nas swoją obecnością?

- Czy nasi towarzysze także są zaproszeni? - Tym razem, to Gabriel mało nie wytrzymał. Ta dziewczyna chyba nie boi się nikogo.

- Naturalnie - odparł, a jego mina całkiem już zrzędła.

- W takim razie przyjdziemy. Do zobaczenia - odpowiedziała, a następnie ruszyła do wyjścia.

Za nią podążyła reszta, wraz ze służbą, chcąc pokazać drogę. Gabriel tylko machnął ręką i natychmiast zniknęli. Przez całą drogę nikt się nie odezwał. W końcu zatrzymali się przed pięknie zdobionymi drewnianymi drzwiami. Weszli wszyscy do środka, a kiedy tylko zamknęły się za nimi, Marco i Gabriel wybuchli śmiechem. Trzymali się za brzuchy, nie mogąc opanować wesołości, a ona patrzyła na nich, jak na pozbawionych rozumu.

- Co? - Ich rechot jeszcze się wzmógł. - No co? Z czego się tak śmiejecie? - pytała, nie rozumiejąc, co ich tak rozbawiło.

Po jakimś czasie trochę się uspokoili, wycierając łzy radości, lecące po ich policzkach. Marco się odezwał.

- Chyba nie zdajesz sobie sprawy z tego, że właśnie poustawiałaś po kątach radę, której nikt do tej pory, nie ważył się sprzeciwić. - Znów się roześmiał, przypominając sobie minę przewodniczącego.

- Ale ja nic takiego przecież nie zrobiłam!

- Te nic, zmusiło ich do przygotowania dla mnie i Viv pokoi oraz zaproszenia na obiad. - Wyszczerzył się, pokazując równe i idealnie białe zęby.

Nagle wypaliła ni stąd, ni z owąd.

- Jakiej wy pasty do zębów używacie? Muszę ją mieć.

Wywołało to kolejny napad chichotu, tym razem śmiała się i Vivienne.

Po kilkunastu minutach usłyszeli pukanie do drzwi. To jeden ze służących przyszedł poinformować, że pokoje dla pozostałej dwójki są już przygotowane. Ten należący do Marco znajdował się naprzeciwko, a dziewczyny, po jej prawej stronie. Dowiedziała się także, że apartament Gabriela znajduje się dalej w końcu korytarza, po lewej stronie. Zdziwiła ją to, gdyż sądziła, że będzie mieszkał w oddzielnej części pałacu, no ale to w sumie dobrze, że są blisko siebie. Przynajmniej nie zgubi się w drodze na obiad. Budynek był przeogromny i nawet jeśli spędziłaby tu dwa miesiące, wątpiła czy zdołałaby zwiedzić go całego. Wracając do zajmowanego przez siebie pomieszczenia miała okazję wreszcie mu się przyjrzeć. Dużo drewnianych mebli, w połączeniu z marmurowymi elementami, tworzyły bardzo specyficzny klimat. Owalne okna wspaniale współgrały i tworzyły jednolitą całość z sypialnią. Ponadto ciemne drewno, nadawało ciepła całemu pomieszczeniu. W jednym z kątów znajdował się zestaw pięknych, starodawnych, tapicerowanych krzeseł i stolika do kawy lub herbaty. Szczególną uwagę zwracała podłoga oraz kolumna. Niedaleko okien, które wychodziły na ogród, stało ogromne łoże utrzymane w tej samej tonacji. Rzuciła się na nie z błogością, było miękkie i niezwykle wygodne. Taki pokój mogłaby mieć w domu. Wstała i udała się do drzwi po prawej stronie. Za nimi była łazienka.

Pierwsze co rzucało się w oczy to ogromna, marmurowa wanna, z prowadzącymi do niej schodkami. Nad nią znajdował się wyrzeźbiony w kamieniu obraz, przedstawiający ogród i bawiące się w nim zwierzęta: tygrys, małpy, wielobarne ptaki. Naprzeciwko był nisko osadzony zlew, a nad nim ogromne lustro. Obok stała równie wyszukana, co reszta pomieszczenia, toaleta. Trzeba przyznać, że to wszystko robiło wrażenie. Pomyślała, że przyda jej się kąpiel, więc puściła wodę do wanny i wsypała do niej olejki i sole, które znalazła. Z wielką przyjemnością zanurzyła się w gorącej wodzie, opierając głowę o brzeg wanny.

Obudził ją jakiś dźwięk. Przez chwilę nie wiedziała gdzie jest. Rozejrzała się oszołomiona i zdała sobie sprawę, że zasnęła w wannie. Woda była już praktycznie zimna, a po pianie dawno nie było śladu. Po chwili usłyszała łomot i drzwi otworzyły się, uderzając z hukiem o ścianę. Do pomieszczenia wpadł rozgorączkowany Marco. Zatrzymał się wpół kroku, widząc nagą dziewczynę, siedzącą w wannie. Woda niczego nie była w stanie ukryć. Jak zahipnotyzowany wpatrywał się w długą, łabędzią szyję, linię ramion, i krągłe, niewielkie piersi. Jego wzrok zaczął zjeżdzać niżej, kiedy zasłoniła się rękoma.

- Co ty tuj u licha robisz?! Wparowałeś niczym dziki olbrzym bez żadnego uprzedzenia! Co ci daje do tego prawo? Nie pomyślałeś, że mogę korzystać z toalety?! - Była wściekła. To, że są jakoby razem, nie daje mu prawa do takiego zachowania.

- Co ja robię?! Myślałem, że coś ci się stało! Szukałem cię, bo nadszedł czas na obiad, a ty się nie pojawiałaś. Najpierw zapukałem do drzwi, a kiedy wszedłem i cię nie zastałem, zacząłem wołać. Nie odpowiadałaś, więc postanowiłem zajrzeć do łazienki. Pukałem, krzyczałem, a ty nic, więc czego się spodziewałaś? Dlaczego się nie odzywałaś? - zezłościł się.

Zaczerwieniła się zakłopotana, zdając sobie sprawę z własnej winy i że niepotrzebnie na niego naskoczyła.

- Zasnęłam w wannie - wymruczała.

- Co? - zdziwił się. - Przecież mogłaś utonąć!

- Ale nic mi nie jest - odpowiedziała, odzyskując rezon. - Mógłbyś wyjść? Jeśli dasz mi dziesięć minut, zaraz będę gotowa.

- Dziesięć minut, nie więcej - odparł, przez chwilę się w nią jeszcze wpatrując, a następnie wyszedł, zamykając za sobą drzwi.

Szybko się umyła, nie mocząc jednak głowy, wytarła ciało i owinęła ręcznikiem wchodząc do sypialni. Ku jej zdziwieniu w szafie było sporo ciuchów i to takich z jej świata, na dodatek wszystkie w odpowiednim rozmiarze. Były tam bluzki, jeansy, sukienki i spódnice, nawet buty. Skąd mogli znać rozmiar? Szybko wybrała elegancką, zwiewną sukienkę i do tego sandały. Przy toaletce zauważyła szkatułkę, otworzyła ją. W środku znajdowała się biżuteria. Patrzyła zdumiona na zawartość. Była pewna, że wcześniej jej nie widziała. W takim razie skąd się wzięła? Czy może coś z niej przymierzyć? Pomyślała, że ten kto ją tutaj zostawił, nie zrobił tego bez powodu. Popatrzyła na dekolt, gdzie wisiał Liquidheart. Czy może go zdjąć? Postanowiła, że go zostawi, ale wybrała do niego piękne kolczyki i bransoletkę. Były ze srebra lub białego złota i wspaniale komponowały się z klejnotem, ponieważ były równie delikatne, co łańcuszek, na którym wisiał, jednocześnie nie przyćmiewając jego blasku.

Wyszła na korytarz, na którym czekali już przyjaciele. Marco oczy zabłysły na jej widok, z zadowoleniem popatrzył na biżuterię. Czyżby szkatułka była od niego? Postanowiła później go o to spytać. Mężczyźni ubrali się w czarne garnitury, a Vivienne w sukienkę, którą miała na sobie na balu. Najwidoczniej w czasie, który czekał ich do posiłku, zabrali z domów ubrania. Dziwiło ją tylko, że nie są ubrani w te swoje dziwne stroje. Może chcieli, żeby nie czuła się obco? Była im za to niezmiernie wdzięczna. Ruszyli w drogę. Szli dość długo, aż w końcu zatrzymali się przed ogromnymi, podwójnymi drzwiami.

Wewnątrz stał niezwykle długi stół, przykryty obrusem i zastawiony suto jedzeniem.. Gabriel podał ramię Vivienne, Marco Sol i poprowadzili je ku stołowi, przy którym stali wcześniej już poznani mężczyźni. Zauważyła także parę nowych osób. Niedaleko grupka młodych kobiet i panów rozmawiała z ożywieniem. Ubrani w eleganckie, zdobione złotem szaty, sprawiali wrażenie elity. Kiedy skierowali wzrok ku niej i ujrzeli klejnot na szyi, wstrzymali oddech, a następnie zaczęli gorączkowo do siebie szeptać.

Sol poczuła się nagle niepewnie. Nie znała się na etykiecie ani zasadach savoir vivre. Nie chciała zrobić z siebie kompletnej idiotki przy tych wszystkimi ludziach, a aż za dobrze zdawała sobie sprawę, że każda osoba znajdująca się na tej sali, będzie śledziła każdy jej ruch. Marco chyba wyczuł jej zdenerwowanie, bo poklepał ją pocieszająco po ręce. Spojrzała na niego przerażonymi oczami,. Pochylił się ku niej i wyszeptał.

- Wszystko będzie dobrze, jestem przy tobie.

Jednak wcale nie było dobrze. Starszyzna uparła się, żeby jako honorowy gość usiadła po prawicy Gabriela, a pozostała dwójka została usadowiona w sporej odległości od nich. Dobrze chociaż, że blondyn był blisko, bo jakby została posadzona pomiędzy całkiem obcymi sobie ludźmi, to w ogóle byłaby katastrofa. Usiedli na miejsca, a służba wniosła pierwsze danie. Jak się dowiedziała, była nim zupa kremowo - warzywna. Odetchnęła z ulgą i zjadła swoją porcję. Zauważyła jednak, że większość, nie skonsumowała nawet połowy. Trochę ją to zdziwiło, ale szybko się zorientowała dlaczego. W ciągu całego posiłku, podanych zostało dziewięć dań. Do tego różne napoje, które bardzo przypadły jej do gustu. Miały niesamowite smaki, których nigdy dotąd nie próbowała, a które swoją delikatnością i wyjątkową nutą, mile łechtały podniebienie. Podczas deseru, na który składały się naleśniki z lodami i bitą śmietaną, odezwał się starszy, z którym rozmawiała wcześniej.

- Sol, kochanie. Wszyscy jesteśmy niezmiernie ciekawi twojej historii. Może opowiesz nam, jak weszłaś w posiadanie Liquidheart?

Zdawała sobie sprawę z tego, że o większości z dotychczasowych wydarzeń musieli już słyszeć od Marco lub Gabriela, ale opowiedziała. Wszystko, od początku do końca. Przy niektórych częściach dawało się słyszeć okrzyki zdziwienia lub przestrachu, a czasem wybuchy śmiechu. Wreszcie się rozluźniła i zaczęła cieszyć spotkaniem. Oczywiście pominęła romans, który rozwinął się między nią a Marco, oraz Gabrielem i Suznanne. Nie musieli o tym wiedzieć, to były prywatne sprawy. Zakończyła słowami.

- Tak oto znalazłam się w tym wspaniałym i niezwykłym miejscu. - Uśmiechnęła się niepewnie.

Gabriel wstał i uniósł w górę kieliszek.

- Toast za Sol, która stała się odpowiedzią na nasze modlitwy i wreszcie zakończy trwającą od tysiącleci wojnę.

Wszyscy powstali i unieśli swoje puchary wznosząc okrzyki na jej cześć. Zrobiło jej się głupio, bo niby jak miała to zrobić? Jak ona jedna miała zakończyć walki? To niemożliwe. Ci ludzie pokładali w niej swoje nadzieje, a przecież nie miała zielonego pojęcia, jak to uczynić. Nie chciała zawieźć oczekiwań, ale nie była pewna czy uda jej się cokolwiek zdziałać. W końcu miała dopiero dwadzieścia lat. Co mogła wiedzieć o wojnie i jak położyć jej kres?

Posiłek wreszcie się skończył. Ruszyli z powrotem do apartamentów, rozmawiając i żartując. Tylko Sol była cicha, trwając w zamyśleniu. W końcu dotarli na ich korytarz i każde poszło w kierunku swojego pokoju. Właśnie zdjęła sukienkę i stała przed lustrem w samej bieliźnie, zdejmując kolczyki, kiedy drzwi się otworzyły i wszedł Marco, zamykając je za sobą. Zamarł widząc ją już drugi raz, praktycznie nagą, tego dnia. W sekundę znalazł się przy niej nakrywając jej usta swoimi. Słyszała jego przyspieszony oddech, szumiał jej w głowie, niczym powiew wiatru, rodzący coraz to nowe doznania. Przyciągnął ją do piersi, a ona objęła go ramionami, przebiegając palcami po umięśnionych plecach. Sprawiał, że czuła, jakby mogła zwojować cały świat. Z nim nic nie wydawało się niemożliwe. Pragnęła jego czułości, dotyku, zapachu, jego całego, coraz więcej i więcej. W końcu oderwali się od siebie, z trudnością łapiąc oddech i z nieskrywanym pragnieniem w oczach.

- Muszę na chwilę do łazienki, zaraz wracam.

Zostawił ją samą, miała czas żeby ochłonąć. Z trudem uspokoiła rozedrganie nerwy i drżącymi rękoma nakładała na siebie ubranie. Usłyszała szum lejącej się wody.

Wchodził do łazienki na miękkich nogach. Co się z nim działo? Jeszcze nigdy w życiu nikogo tak nie pragnął, ale było jeszcze zdecydowanie za wcześnie. Jeszcze chwila i nie zważając na nic, by się na nią rzucił. Odkręcił kran z zimną wodą i przez chwilę trzymał pod nim głowę. Kiedy emocje opadły, wytarł się ręcznikiem i wrócił do pokoju. Dziewczyna właśnie siedziała przed lusterkiem, rozczesując długie włosy. Znów poczuł pożądanie, ale tym razem je stłumił. Podszedł bliżej.

- Pomóc ci?

Kiwnęła głową, więc wziął od niej szczotkę i systematycznie, zaczynając od końcówek, rozczesywał pasma po kawałku.

- Widzę, że masz wprawę - stwierdziła, trochę zazdrosna, że pomagał już w tej czynności jakimś kobietom. Może kochankom?

- Kiedyś pomagałem mamie. Miała włosy jeszcze dłuższe niż ty i czasami prosiła mnie o pomoc.

- Och. - Zrobiło jej się głupio za takie myśli. - Teraz ma krótsze?

- Nie żyje - odpowiedział cicho, a ona się zaczerwieniła.

- Przepraszam, nie chciałam. Przykro mi.

- Nie masz za co. Rodzice zginęli kiedy miałem niecałe szesnaście lat. Ponieważ nie miałem innej rodziny, starszyzna zadecydowała, że powinienem zamieszkać w zamku. Tak poznałem Gabriela.

- Jego matka też już wtedy nie żyła?

- Tak.

- Więc przynajmniej miałeś towarzystwo, dwaj samotni, osieroceni chłopcy, pomagający sobie w bólu. Nie dziwię się, że jesteście ze sobą tak związani.

Słysząc jej słowa, uśmiechnął się.

- Nie do końca tak to wyglądało, ale owszem, z czasem staliśmy się sobie tak bliscy, jak bracia. - Pochylił się i pocałował w czubek głowy. - Kolacja będzie podana o dziewiętnastej. W między czasie przyślą pewnie jeszcze jakiś podwieczorek. Wykorzystaj ten czas na odpoczynek. Jutro zostanie urządzony bal na twoją cześć.

- Bal?! - spytała zszokowana.

- Tak. Starszyzna zdecydowała, że powinni pokazać nową władczynię klejnotu całej naszej społeczności. Z tej właśnie okazji urządzają przyjęcie, podczas którego zostaniesz wszystkim przedstawiona. Jeśli nie chcesz zasnąć w połowie spotkania, które będzie pewnie trwało do rana, musisz przedtem porządnie się wyspać. Wykorzystaj zatem czas wolny, żeby odpocząć i nabrać sił na jutro.

Z tymi słowami wyszedł z pokoju, zamykając za sobą drzwi, a ona postanowiła skorzystać z rady i się położyć.

Średnia ocena: 4.7  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • DarthNatala 4 miesiące temu
    Tooyaa I back. :D No i się nie zawiodłam. Marco jako młodzieniec :D

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania