Klejnot Serca - rozdział 4 (fantasy, romans)

Rozdział 4

 

Zanim podszedł do dziewczyny, pozbył się najpierw ciał. Nie chciał żeby inni oponenci zjawili się tropem tamtych. Gdy już się z tym uporał, wziął delikatnie na ręce nieprzytomną dziewczynę i szybko przeniósł do domu. Usadowił rudowłosą w jej pokoju, a następnie uśpił rodziców, żeby się nie martwili. Patrząc na kobietę, odczuwał najróżniejsze emocje, które z łatwością można było wyczytać z jego twarzy. Wyglądała tak młodo, prawie jak dziecko. Niewielki wzrost, szczupła figura, piękne, długie, rude włosy i najbardziej niesamowite, zielone oczy jakie widział. Jak dwa ogromne szmaragdy, które błyszczały kiedy była szczęśliwa, ciskały błyskawice jak ogarniała ją wściekłość, a gdy była smutna lub przerażona przypominały wzrok zbitego szczeniaka. To wszystko sprawiało, że chciał ją chronić za wszelką cenę, a przecież udowodniła dzisiaj, że doskonale potrafi sobie doskonale radzić. Na myśl o niedawnych wydarzeniach ogarnęła go wściekłość. Jak mogła zignorować jego prośbę i zrobić coś tak głupiego?

Chodził wściekle po pokoju, mając ochotę coś rozwalić. Gdyby nie przybyli znajomi tamtego, już by nie żyła! Jednak mimo wszystko musiał przyznać, że była też sprytna i potrafiła myśleć w każdej sytuacji. Inna na jej miejscu wpadła by w panikę, zaczęła błagać o życie lub zemdlała. A ona? Wykazała się odwagą, jakiej szczerze mówiąc, się po niej nie spodziewał. Nawet w sytuacji bez wyjścia umiała zachować się z dostojeństwem, godnym królowej. Nie okazała strachu, a nawet próbowała walczyć, pomimo iż zdawała sobie sprawę z tego, że nie ma choćby najmniejszych szans. Jeśli miał być szczery, to był z niej cholernie dumny.

Opadł bezwładnie na kanapę, zastanawiając się, czemu tak się zachowała, skoro doskonale zdawała sobie sprawę z grożącego jej niebezpieczeństwa. On sam, około pięciu dni temu wyczuł, że ktoś kręci się po okolicy, ale nie chciał jej martwić. Dlatego zostawił Sol samą pod byle pretekstem i ruszył w pościg za wrogiem. Wytropił sześciu Sannitów, ale jeden wciąż mu umykał. W końcu zrezygnował i udał się do starszyzny, żeby powiadomić o zaistniałych okolicznościach. Wiedział, że dopóki dziewczyna będzie siedziała bezpiecznie w domu, nic się nie stanie i może spokojnie wyruszyć. Niestety, nie zachowała się zgodnie z jego oczekiwaniami i przestrogami. Był właśnie w drodze powrotnej, kiedy wyczuł, że grozi jej niebezpieczeństwo. Jeszcze nigdy w całym swoim życiu, a żył już ponad tysiąc lat, tak się nie bał. Pędził na złamanie karku, żeby tylko zdążyć na czas, jednocześnie próbując nawiązać z nią telepatyczny kontakt. Nigdy by się nie spodziewał, że mu się uda, a jednak. Właściwie to nie miał pojęcia jak to się stało. Jeszcze nikomu nie udało się porozumiewać w ten sposób z człowiekiem, na dodatek dzieliła ich ogromna odległość. Nawet starszyzna miałaby problem ze złapaniem kontaktu na takim dystansie. To chyba dlatego że była wybranką i posiadała klejnot, innego wytłumaczenia nie widział. W każdym razie, dzięki bogu, że tak się stało. Pomimo jego nieprzeciętnej szybkości i tak nie mógł dotrzeć na miejsce od razu. Włosy jeżyły mu się na głowie, kiedy myślał o tym jak niewiele brakowało, żeby ta drobna istota została bestialsko zabita.

- Wygląda tak krucho - pomyślał.

Trzeba będzie ją przebrać i zobaczyć czy nie ma jakichś urazów, których na pierwszy rzut oka nie było widać. Mogła mieć przecież jakieś obrażenia wewnętrzne, poza tym chwilę przed tym, zanim dopadł tamtą pokrakę, usłyszał jej krzyk.

- Ty idioto! - Uderzył się w czoło, na własną głupotę. - Czemu nie pomyślałeś o tym wcześniej? Może w tej chwili umiera od jakichś niewidocznych uszkodzeń narządów, a ty jak ten dureń zamiast jej pomóc, dumasz nad jej walorami zewnętrznymi!

Szybko do niej podszedł i rozpoczął oględziny. Najpierw obmacał głowę, następnie zaczął powoli i skrupulatnie przesuwać ręce wzdłuż rąk i żeber. Dotknął brzucha, żeby sprawdzić czy nie jest twardy, a wykonując te czynności jednocześnie obserwował jej twarz. Przesunął ręce po nodze, najpierw prawej potem lewej, a kiedy dotarł do kostki, zauważył, że jej oblicze wykrzywił grymas bólu. Natychmiast delikatnie zdjął but i zanim jeszcze zdążył zsunąć skarpetkę, zaobserwował, że staw był mocno spuchnięty. Na szczęście to nic poważnego, nie miała obrażeń wewnętrznych ani urazów głowy. Odetchnął z ulgą. Te kilka chwil kiedy nie wiedział, czy nic jej nie jest, całkowicie wyczerpało go psychicznie.

- Trzeba cię przebrać, nie możesz przecież w tym spać.

Już wcześniej zdjął jej kurtkę, a teraz dodał do tego jeszcze spodnie i bluzę. Przy tej ostatniej czynności dostrzegł, sporej wielkości krwiaki na ramionach. Ujrzawszy to, na nowo ogarnęła go wściekłość, gdyby mógł zabiłby tamtego jeszcze raz, tylko o wiele wolniej i boleśniej niż wcześniej, myślał mściwie. Delikatnie wyciągnął spod dziewczyny kołdrę, a następnie ją przykrył. Sam natomiast usiadł w fotelu gotowy czuwać całą noc i w razie potrzeby jej pomóc.

 

***

 

Sol obudziło słońce, świecące prosto w oczy. Usiadła gwałtownie na łóżku, przypominając sobie wczorajsze wypadki. Jej wzrok padł na fotel, na którym na wpół leżał, na wpół siedział Marco. Na pewno nad nią czuwał, aż zmorzył go sen

- W tym stanie wygląda naprawdę uroczo - pomyślała i uśmiechnęła się.

Wstała powoli z łóżka, gotowa zejść do kuchni i zrobić im obojgu śniadanie. Była mu winna ogromne przeprosiny oraz podziękowania. Gdyby nie on, leżałaby gdzieś w lesie, rozerwana na strzępy. Ze zdumieniem stwierdziła, że kostka wcale już ją nie boli. Popatrzyła w dół, wyglądała też normalnie, a przecież doskonale pamiętała, że nie mogła na niej stanąć. Może chłopak ma jakieś umiejętności lecznicze? Zapyta go o to, kiedy wstanie. Nagle sobie coś przypomniała. Rodzice! Zabiją ją! Ruszyła na dół, ale stwierdziła, że ich tam nie ma. Poszła do sypialni, którą zajmowali, a tam obydwoje leżeli pogrążeni w głębokim śnie. Jeszcze kilka takich sytuacji, a zaczną myśleć że wariują. Była jednak wdzięczna mężczyźnie, że o nich pomyślał i usunął z drogi, żeby nie zadawali pytań i niepotrzebnie się nie martwili.

Po cichu poszła do kuchni i zaczęła przyrządzać jajecznicę. Myślała o tym, co się wczoraj wydarzyło i jak mało brakowało żeby zginęła. To, że jeszcze żyła, zawdzięczała tylko niesamowitemu szczęściu oraz Marco. No właśnie, kiedy się obudzi na pewno będzie wściekły. Aż się skuliła na myśl o jego gniewie i tyradzie jaką jej wygłosi, na temat nieodpowiedzialności i ignorancji kobiet. W tym momencie się uśmiechnęła, no ale koniec końców będzie miał rację, pomyślała westchnąwszy. Jej głupota przekroczyła wszelkie granice. Jak można być tak bezrozumnym żeby nie zauważyć gdzie się idzie i narazić na takie niebezpieczeństwo, mimo kilkakrotnych przestróg? Chociaż z drugiej strony, on też był trochę temu winien. Nie powinien był zostawiać jej na tak długo samej, przecież wiadomo, że człowiek długo nie usiedzi w jednym miejscu, bez możliwości poruszania się lub chociaż informacji ile jeszcze miałoby to potrwać. To oczywiste, że w końcu musiał nadejść moment, w którym postanowiłaby wyjść, a muru przecież nie widać, więc skąd mogła wiedzieć do którego momentu może iść? Zdawała sobie jednak sprawę, że te argumenty na wiele się nie zdadzą. Właściwie to nie pomogą żadne wymówki, bo prawda była taka, że zachowała się wysoce nieodpowiedzialnie i to co się stało, jest tylko i wyłącznie jej winą.

Wrzuciła cebulę na patelnię, a następnie zaczęła roztrzepywać jajka. Musi zrobić sporą ilość. Po tak długiej nieobecności pewnie będzie niesamowicie głodny.

- Zachowuję się się jak przykładna żonka, która troszczy się o męża. – Zachichotała. Pokroiła pomidory i dorzuciła do naczynia, a po chwili wlała ubitą masę. Dodała trochę śmietany, a kiedy wszystko było już gotowe, przełożyła na talerze i właśnie miała zanieść na górę, kiedy zobaczyła stojącą w drzwiach postać.

- Posłuchaj, ja... - chciała coś powiedzieć, ale momentalnie zapomniała co, gdyż znalazła się w jego ramionach.

Nigdy jeszcze nie czuła się taka bezpieczna, niż kiedy tak trwała w jego objęciach. Te silne wspaniałe ramiona dawały jej spokój i równowagę. Czuła, że Marco drży, jakby od wstrzymywanego płaczu. Chyba raczej z powstrzymywanej wściekłości – pomyślała. Ściskał ją tak mocno, że ledwo mogła oddychać.

- Zaraz mnie udusisz – jęknęła.

Mężczyzna trochę rozluźnił zacisk, ale wciąż ją przytulał.

- Zdajesz sobie sprawę jak bardzo się o ciebie martwiłem? - spytał z takim uczuciem, że zmiękły jej kolana.

- Wiem, przepraszam ja...

- Najważniejsze, że nic ci się nie stało. - W końcu odsunął się od niej i podszedł do okna. Chciała wyciągnąć rękę i go powstrzymać, żeby nie odchodził. - Byłem pewien, że zanim dotrę na miejsce, ty będziesz już martwa. Nie chcesz mnie słuchać, ignorujesz przestrogi i prośby, a przecież ja to wszystko mówiłem dla twojego bezpieczeństwa, a nie z powodu jakiegoś tam widzi mi się. Jestem zmęczony ciągłą walką z tobą. Może czas, żebyś zdała sobie sprawę z konsekwencji twoich poczynań i zastanowiła się nad tym wszystkim.

Sol chyba wolałaby gdyby, na nią krzyczał. Wyrzucił na nią całą swoją złość i wyzwał od naiwnych głupich smarkul, które nie potrafią zdać sobie sprawy z grożącego im niebezpieczeństwa. Natomiast ten ton, pełen smutku i rezygnacji, był sto razy gorszy. Już chyba lepiej żeby nią potrząsnął, lub wydał na pastwę Sannitów.

- Marco ja...

- Nic nie mów, zjedz śniadanie i obudź rodziców, ja muszę wyjść. - Po tych słowach po prostu ruszył do drzwi, które po chwili zamknęły się z cichym trzaskiem.

 

Oczy dziewczyny napełniły się łzami, które następnie zaczęły spływać po policzkach i kapać do stojącej na stole jajecznicy. Wiedziała, że będzie wściekły, spodziewała się krzyków, wyrzutów, domagania się wyjaśnień i długiej tyrady. Była na to przygotowana, zniosłaby wszystko, tylko nie to. Nie chłód, rezygnację, ani spojrzenie które mówiło, że się na niej zawiódł. Stała wciąż w tym samym miejscu i patrzyła na drzwi, jakby z nadzieją, że zaraz się w nich pojawi z uśmiechem, mówiąc "Tylko żartowałem, to gdzie te śniadanie?". Spojrzała w dół i widząc stojącą jajecznicę, przypomniała sobie, jak jeszcze przed chwilą była pełna radości, że może przygotować coś dla niego. Wzięła talerze i wyrzuciła wszystko do kosza. Straciła całkowicie apetyt. Weszła na górę, żeby obudzić rodziców, ale przechodząc korytarzem i zauważając swój wygląd zrezygnowała z zamiaru. Poszła do łazienki. Musi najpierw doprowadzić się do porządku, nie mogła przecież w takim stanie się im pokazać. Zaraz zaczęliby zadawać pytania, a ona nie miała ani ochoty ani siły, żeby na nie odpowiadać. Wzięła długi, gorący prysznic, zmywając z siebie wszystkie wydarzenia, które ostatnio miały miejsce. Obudziła mamę i tatę i powiedziała im, że chyba musieli być wczoraj strasznie zmęczeni, bo jak przyszła to oboje spali, a ona nie miała serca ich budzić. Przyjęli to ze spokojem i nawet przyznali się, że faktycznie ostatnio byli wyczerpani. Sol poczuła wyrzuty sumienia, przytuliła ich mocno twierdząc, że jest zmęczona i idzie się położyć, po czym poszła do swojego pokoju.

 

***

 

Minął kolejny tydzień i jeszcze pół, a Marco się nie odezwał. Straciła już nadzieję na to, że w ogóle się pojawi. Rodzice chodzili zmartwieni, widząc, że ich córka straciła apetyt, chodzi osowiała i na nic nie ma ochoty. Próbowali namówić ją żeby wyszła na spacer lub do przyjaciół, ale ona tylko kręciła głową i leżała całymi dniami w łóżku, słuchając smętnej muzyki. Wyglądała jakby była w depresji, ale dlaczego? Czyżby pokłóciła się wtedy z Suzanne? Coraz bardziej zaniepokojeni jej stanem, zadzwonili w końcu do dziewczyny i poprosili żeby przyszła, bo z ich córką dzieje się coś niedobrego.

Przyjaciółka zastała Sol w pidżamie, trzeba dodać, że była godzina czternasta, leżącą w poprzek łóżka i patrzącą się tępo w sufit. Okna były zasłonięte, a w pokoju unosił się zapach stęchlizny.

- Dziewczyno co się z tobą dzieje? Jak ty wyglądasz? - Podeszła do zasłoniętych kotar i rozsunęła je jednym szybkim ruchem.

- Ał! Co ty robisz, słońce razi mnie w oczy!

Ta nie zważając na przyjaciółkę, otworzyła szeroko skrzydło okienne, żeby wpuścić trochę świeżego powietrza.

- Sol, jestem twoją przyjaciółką. Dlaczego do mnie nie zadzwoniłaś? Z tego co mówią twoi rodzice, tkwisz tak od tygodnia. Praktycznie nic nie jesz, mało śpisz i nigdzie nie wychodzisz. - Usiadła na łóżku obok koleżanki i patrzyła na nią z zatroskaniem. - Powiedz mi co się dzieje, przecież wiesz że możesz mi ufać.

I Sol opowiedziała. O tym jak znalazła kamień, poznała Marco, jak walczyła z Sannitami a na końcu o tym jak odszedł, po czym znów zalała się łzami

- Wszystko co mówisz brzmi dość niesamowicie. I to wszystko naprawdę się tobie przydarzyło? - Przyjaciółka chlipnęła w odpowiedzi. – Słuchaj, jakoś razem to wszystko ułożymy, zobaczysz.

- Jak? - popatrzyła na nią zaczerwienionymi oczami.

- Po pierwsze nie możesz dłużej kisić się w domu i się nad sobą użalać. Chodź, weźmiesz prysznic, ubierzesz się w czyste rzeczy, a potem pójdziemy na spacer. Zobaczysz, że od razu poprawi ci się humor.

- Nie chcę nigdzie iść – mruknęła niezadowolona. – Chcę tylko siedzieć w domu i żeby wszyscy zostawili mnie w spokoju.

- Słuchaj, nie chciałam ci tego pokazywać, bo myślałam że przekonam cię słownie, ale teraz nie dajesz mi wyboru.

- Co ty chcesz...?

- Poczekaj chwilę, zaraz wracam.

Po kilku sekundach zauważyła Suz, która właśnie przytaszczyła do jej pokoju ogromne lustro, wiszące do tej pory w przedpokoju.

- Po co mi lustro? Wiem jak wyglądam

- Czy aby na pewno? - Dziewczyna obróciła je taflą do koleżanki.

To co tam ujrzała, przeraziło ją. Zobaczyła w nim zmęczoną, brudną, wychudzoną i potarganą dziewczynę, patrzącą na nią wielkimi, przerażonymi, podkrążonymi oczami. Wyglądała, jakby właśnie spędziła miesiąc, w domu bez klamek, na dodatek bez jedzenia, kąpieli i grzebienia. Wyskoczyła z łóżka i z zaskakującą prędkością pobiegła do łazienki. Suzanne uśmiechała się pod nosem, odnosząc lustro na miejsce. Wiedziała, że to podziała. Każda dziewczyna ma w sobie odrobinę próżności, ale także i dumy. Żadna nie lubi wyglądać jak nieszczęśliwa ofiara losu.

Po niecałych dwudziestu minutach Sol wyszła z łazienki pachnąca, ubrana, a nawet zrobiła sobie lekki makijaż. Uśmiechnęła się nieśmiało do koleżanki.

- To co, idziemy?

Rodzice byli tak zadowoleni, że córka w końcu wyszła z pokoju, że nie robili żadnych przeszkód. Kazali jej dobrze się bawić, a mama całując ją przed wyjściem wcisnęła jej do ręki dwadzieścia koron i kazała wydać na jakieś małe przyjemności, powiedziała też, że nie musi spieszyć się do domu. Zadowolone wyszły na zalane zaskakująco mocnym słońcem, jak na tę porę roku, podwórze i udały się starą trasą nad jezioro. Wprawdzie było już zdecydowanie za zimno, na jakiekolwiek kąpiele, ale w tym miejscu mogły się odprężyć i zapomnieć o kłopotach. Sol przestała nawet przejmować się już Sannitami. Najwyżej odda im ten kamień i niech robią z nim sobie co chcą. Przynajmniej ona będzie miała w końcu święty spokój. Po drodze kupiły sobie jeszcze tylko po słodkiej bułeczce oraz lodzie, a następnie ruszyły prosto nad ulubione miejsce. Kiedy dotarły na miejsce, rozłożyły na trawie zabrany wcześniej koc i położyły się, patrząc na przepływające chmury.

- Masz go teraz przy sobie? - zapytała Suz.

- Tak. - Sol od razu zorientowała się, o co pyta. - Chcesz zobaczyć?

- Pewnie że tak. - Zapiszczała z podniecenia. - A mogę?

- Jasne.

Uśmiechnęła się i wyjęła klejnot spod kurtki. Dziewczyna aż wstrzymała oddech, z zachwytu.

- Jaki piękny! Nigdy czegoś takiego nie widziałam!

- Ja też nie. Podobno został stworzony na długo przed tym, zanim pojawił się człowiek.

- A jak właściwie nazywa się rasa która stworzyła ten kamień? Mówiłaś o tej drugiej, ale o tej nie wspomniałaś.

- Bo prawda jest taka, że nie wiem. Dopiero teraz zdałam sobie z tego sprawę. Wiesz, jakoś nigdy nie zapytałam o to Marco. Zawsze mówił o nich jako o rasie obcych, ale nigdy nie wymienił nazwy. Dziwne.

- Trochę. Wiesz, w ogóle to wszystko jest jakieś dziwne. Niby jesteś tą ich wybranką, tak? Posiadasz kamień i ten ci służy, dlaczego więc on cię zostawił? Przecież jesteś ich nadzieją na lepszą przyszłość.

- Najwidoczniej, aż tak mocno mu na mnie nie zależy - westchnęła, obejmując kolana ramionami i patrząc ponuro przed siebie.

- Nie wierzę w to, wiesz? Przecież uratował ci życie. Martwił się o ciebie i czuwał przy tobie, kiedy byłaś nieprzytomna. Zadbał też o to, żeby twoi rodzice nie odchodzili od zmartwień. Gdyby było tak jak mówisz, nie zrobiłby tego wszystkiego.

- Może i masz rację, chociaż mógł robić to wszystko, żebym mu zaufała i zgodziła się robić to co on każe. Kiedy zobaczył, że nie traktuję go jak wyroczni i nie będę grzecznie iść za nim jak owieczka na rzeź, po prostu zrezygnował. Wolał nie mieć kłopotów ze mną związanych.

- Ale wtedy próbowałby ci zabrać kamień.

- Przecież chciał, ale mu się to nie udało, więc po prostu stwierdził, że to sprawa przegrana i odszedł.

- Ale z ciebie pesymistka wiesz? Może naprawdę musiał się gdzieś udać, a te sprawy zajmują mu tyle czasu?

- Za dużo tych "może" - stwierdziła, zakańczając nurtujący ją temat. Nie było sensu dłużej o tym dyskutować. Marco ją zostawił i to był niepodważalny fakt, żadne domysły na temat tego, co było przyczyną, nic nie zmienią.

Suzanne już się nie odezwała, tylko z powrotem położyła się na koc i w zamyśleniu przyglądała się obłokom. Chciałaby jakoś pomóc przyjaciółce, ale nie wiedziała jak. Dobrze chociaż, że udało jej się wyciągnąć ją z tego letargu. Zdecydowanie wolała przyjaciółkę wkurzoną niż zrezygnowaną i pozbawioną energii. Zaczęło się powoli ściemniać, więc złożyły koc i ruszyły w drogę powrotną. Tym razem zeszło im to o wiele szybciej, niż poprzednio. Pożegnały się na rozstajach i każda podążyła w kierunku swojego domu. Szczerze mówiąc Sol chętnie jeszcze by pochodziła. Nie chciała wracać do pustego pokoju, w którym wszystko przypominało jej, że kiedyś był w nim obecny ktoś jeszcze.

Dosyć. Musi wziąć się w garść. Nie może ciągle się nad sobą użalać. Czas najwyższy skończyć z głupimi mrzonkami i zająć się tym co ważne. Jutro pójdzie do szkoły i zacznie nadrabiać zaległości. Zbyt wiele już zajęć opuściła, więc czeka ją sporo roboty.

Z tym postanowieniem ruszyła do domu. Jednak nie była jej dana możliwość wejścia do środka, gdyż na progu czekała na nią, ukryta w mroku postać.

Średnia ocena: 4.7  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • Cicho_sza 4 miesiące temu
    Byłam i tu. Poziom napięcia utrzymany. Zalążki romansu powoli wyłaniają się zza zakrętu. Przyjemnie się czyta 😉

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania