Klejnot Serca - rozdział 9

Postarałam się ograniczyć ilość zaimków, mam nadzieję, że zauważycie poprawę. Postaram się też w najbliższym czasie zrobić to w pozostałych rozdziałach. Miłego czytania :)

 

Rozdział 9

 

Marco stał ogłupiały w miejscu i patrzył na oddalające się dziewczyny. Czemu Sol tak się zachowała? Czyżby przestraszyła się jego wybuchu i nie może teraz na niego patrzeć? Szczerze mówiąc, to sam był przerażony tym, co zrobił. Jeszcze nigdy nie czuł takiej nienawiści i żądzy mordu. Czy właśnie tak czuła się Sol, kiedy zorientowała się, że to ci sami Sannici, którzy napadli jego? To uczucie było wyniszczające, sprawiało, że nic innego nie było ważniejsze niż zemsta. Popatrzył na leżące nieopodal ciało. Musiał złamać kręgosłup, kiedy uderzył o drzewo. W momencie, gdy do niego dopadł po raz drugi i okładał, już nie żył. Może i był posranym dupkiem i gwałcicielem, ale przecież nie znaczy to, że musiał od razu zginąć. Można było odprowadzić go na policję, żeby został aresztowany, a nie od razu zabijać. Spojrzał na swoje ręce. Co on najlepszego zrobił? Poczuł na ramieniu czyjąś rękę, to był Gabriel. Patrzył na niego ze współczuciem i zrozumieniem, ale to tylko spotęgowało wyrzuty sumienia. Bez słowa ruszyli w stronę nieżyjącego, a następnie spalili ciało. Skończywszy ruszyli za kobietami. Szybko je dogonili i już razem przebyli pozostałą część drogi powrotnej. Przez ten cały czas, żadne z nich się nie odezwało, każde pogrążone we własnych myślach. W domu przyjaciółki poszły na górę, żeby Sol mogła się przebrać, a mężczyźni zostali na dole, dotrzymując towarzystwa zaciekawionej Vivienne.

- Chciał mnie zabić - odezwała się rudowłosa, kiedy tylko zamknęły się za nimi drzwi sypialni.

- Jak to?! - Suzanne wytrzeszczyła oczy ze zdziwienia.

- Szedł za mną od samej wioski. Śledził, a kiedy był pewien, że nikt za nami nie podążył i jesteśmy sami, ujawnił się. Zagroziłam, że kiedy Marco się o wszystkim dowie to go zabije, a on z pełną satysfakcją oświadczył, że jeśli nie będzie dowodów i ciała, nikt się o niczym nie dowie.

- O, mój boże! - Dziewczyna usiadła z wrażenia na fotel, patrząc pusto przed siebie .- Marco powiedział nam po drodze, co się stało na imprezie i wcześniej. Dlaczego mi nie powiedziałaś?

- Wstydziłam się. - Spuściła głowę. - Poza tym potem wyjechał i byłam pewna, że więcej nie wróci. Kiedy pojawił się na imprezie, nie chciałam robić zamieszania. Myślałam, że przy tylu ludziach na nic się nie odważy. Jednak byłam w błędzie. Na dodatek powiedział mi, że wrócił, bo w Oslo zrobiło się gorąco. Dał mi do zrozumienia, że już zabił, a ponieważ policja zaczęła się nim interesować, musiał na jakiś czas się ulotnić.

- Matko przenajświętsza, gdybyśmy się nie pojawili, w tej chwili mogłabyś już nie żyć!

- Tak by się stało - odpowiedziała ze smutkiem. - Mam dość tych wszystkich wydarzeń, dość ciągłego niebezpieczeństwa. Jakby tego wszystkiego było mało, Marco ma dziewczynę, a ja się w nim zakochałam. Jak ja to wszystko zniosę? Nie mam już sił.

Zaczęła rozpaczliwie płakać, a Suzanne przytuliła dziewczynę, głaszcząc ją po włosach.

- Marco ma dziewczynę? Jaką? Skąd o tym wiesz? - Zdziwiła się.

- Jak to jaką? Vivienne - załkała żałośnie.

- Skąd ci to w ogóle przyszło do głowy?

- Przecież nie jestem ślepa, widziałam jak się z nim czule wita, jak się na niego patrzy i kusi. To oczywiste, że coś ich musiało łączyć.

- Sęk w tym, że nic ich nie łączyło. Ta jędza dałaby się pokroić żeby tak było i robiła wszystko, żeby się nią zainteresował, ale jej się to nie udało.

Sol popatrzyła na nią ze zdziwieniem.

- Skąd to wiesz?

- Zapominasz, że przybyła tu i poznaliśmy ją, kiedy byłaś na uczelni. Miałam dość czasu, żeby ją poznać i widzieć jak się zachowuje przy Marco. Poza tym Gabriel powiedział mi jak to było. Ta bezczelna idiotka jak tylko przybyła, rzuciła się na Marco i próbowała pocałować, ale ten natychmiast ją odepchnął. Jak poszedł po ciebie pod uczelnię, Gabriel powiedział jej, że nie ma na co liczyć bo się spotyka z tobą. Była strasznie wściekła i to dlatego tak się zachowuje w stosunku do ciebie. Jest po prostu cholernie zazdrosna.

Rudowłosa patrzyła na nią przez chwilę z niedowierzaniem, po czym opadła na łóżko z rezygnacją.

- Boże jaka ja byłam głupia! Zachowywałam się, jak totalna jędza w stosunku do niego, kiedy on był taki kochany i jeszcze znów uratował mi życie!

- Musicie to sobie wyjaśnić i najlepiej teraz. Im dłużej będzie to między wami stało, tym będzie trudniej.

- Masz rację. Możesz zejść na dół i poprosić go, żeby do mnie przyszedł? Nie chcę przeprowadzać tej rozmowy przy świadkach.

- Jasne - rzuciła i wyszła z pokoju.

Po chwili stał już w drzwiach. Wszedł ze spuszczoną głową i unikał jej wzroku.

- Chciałaś coś? - spytał pewien, że każe mu się wynosić do diabła i więcej nie wracać.

- Tak, chciałam cię przeprosić.

- Nie musisz. - Jej słowa sprawiły, że poczuł się jeszcze gorzej. - Miałaś rację, tak mnie traktując.

- Wcale nie, ja...

- Zrozumiem, jeśli nie będziesz chciała mnie więcej oglądać. Sam do siebie czuję odrazę. Wiem, że mnie teraz nienawidzisz i chcesz, żebym się natychmiast wyniósł.

- O czym ty mówisz? - Spojrzała niedowierzająco na mężczyznę i podeszła bliżej. - Jaką odrazę?

- Nie udawaj. Oboje wiemy, że po tym co zrobiłem nie możesz na mnie patrzeć, nawet nie mogłaś znieść myśli, że mógłbym cię dotknąć.

Sol przez chwilę jeszcze nie wiedziała o co mu chodzi, kiedy w końcu przyszło olśnienie. Podeszła do niego, wzięła twarz w dłonie i zmusiła, by na nią spojrzał.

- Wcale nie czuję do ciebie nienawiści, ani nic z tego co mówiłeś. Liam chciał mnie zabić, gdybyś się nie zjawił, na pewno by to zrobił. Poza tym dowiedziałam się, że nie byłoby to jego pierwsze morderstwo. W zupełności zasłużył na to co go spotkało.

- W takim razie dlaczego tak się zachowywałaś? - Nic nie rozumiał.

- Ja... ja byłam zazdrosna - wyznała cicho i tym razem to ona odwróciła wzrok i spuściła głowę.

- Zazdrosna? O kogo? - Na twarzy pojawił się wyraz oświecenia. - O Vivienne? - Pokiwała smutno głową. - Dlaczego od razu nie powiedziałaś. Wytłumaczyłbym ci, że nic mnie z nią nigdy nie łączyło, ani nie łączy.

- Teraz to wiem, ale wtedy nie miałam pojęcia. Ona jest taka piękna i olśniewająca. Myślałam, że nikt, przynajmniej zdrowy na umyśle, nie zaprzepaściłby takiej okazji, a po niej od razu widać, że się jej podobasz.

Odwróciła się, unikając jego wzroku, więc tym razem to on zmusił ją, żeby na niego poparzyła.

- Dla mnie, nie istnieje kobieta piękniejsza od ciebie. Skłamałbym, gdybym powiedział, że żyłem całe życie w celibacie, ale Vivienne nigdy nie należała do moich kochanek.

Sol odetchnęła z ulgą. Było jej strasznie głupio, za to jak się zachowała. Gorzej jak dziecko. Zamiast porozmawiać i wyjaśnić sprawę wyciągnęła od razu wnioski, nie interesując, czy są prawdziwe. Wstydziła się za siebie i swoją durnotę.

Marco patrzył zaś na nią z uczuciem, pod którym uginały się kolana, a kiedy pochylił się by ją pocałować, natychmiast wyszła naprzeciw. Całował ją tak, jakby nie robił tego miesiącami. Zachłannie, niecierpliwie, mocno. Przyciągnął do siebie, żeby poczuć ją bliżej i bardziej intensywnie, jęknęła w odpowiedzi, bardziej rozpalając i tak już rozbudzone do granic wytrzymałości, zmysły. Wreszcie przerwał pocałunek, a ona mruknęła z rozczarowaniem. Kiedy tak stali przytuleni, czuła jawny dowód jego pożądania, a kiedy na nią spojrzał, ujrzała to również w jego oczach. Zmieszała się i zaczerwieniła lekko. Miała nabrzmiałe i zaczerwieniona usta, podrażnione pojawiającym się zarostem. Wyglądała uroczo i tak niewinnie.

- Widzisz, jak na mnie działasz? Przy tobie ledwo jestem w stanie się opanować. Jak mógłbym myśleć o innej kobiecie?

- Jeszcze raz cię przepraszam - powiedziała ze skruchą.

- Nic się nie stało, tylko proszę cię o jedną rzecz. Następnym razem po prostu zapytaj, dobrze?

- Masz to jak w banku.

Zeszli na dół do pozostałych osób, wciąż przebywających w domu. Suzanne widząc rozanieloną przyjaciółkę, zaproponowała, że Vivienne razem z Gabrielem mogą spać u niej, tłumacząc, że jest więcej miejsca. Sol posłała koleżance bezgłośne "dziękuję", jednak piękność zaprotestowała gwałtownie, tłumacząc, że powinni razem chronić wybrankę. Już ja wiem o co ci chodzi, pomyślała. W żadnym wypadku nie wierzyła, że kobiecie zależy na jej dobru. To jasne jak słońce, że chciała za wszelką cenę nie dopuścić, żeby zostali sami. Ale żebyś nie wiem jak się starała i tak nie uda ci się nas rozdzielić - pomyślała z satysfakcją rudowłosa. Wybuchła kłótnia, kto i gdzie będzie spał. W końcu dziewczyna przerwała konflikt.

- Skoro Vivienne tak bardzo chce tu zostać, to może. Ty Suzanne także, jeśli chcesz. Będzie spała w salonie, Gabriel z Suzanne w pokoju gościnnym, a ja i Marco w mojej sypialni.

- Jak to?! - oburzyła się nowo przybyła.

- Tak to - odparła z ogromną przyjemnością, patrząc na jej osłupiałą minę. - Skoro się tu zjawiłaś, a to jest mój dom, musisz robić co mówię. Jeśli ci się nie podoba, możesz spać gdzie indziej, na przykład na dworze. Twój wybór.

Gabriel zachichotał, widząc jak ta drobna dziewczyna załatwiła rywalkę. Chociaż trudno tu mówić o rywalizacji, kiedy ta druga, startowała ze straconej pozycji. Bardzo dobrze, przyda się utarcie nosa tej gęsi. Nie znosił jej. Od lat włóczyła się za Marco i naprzykrzała. Nie docierało do niej, że go najzwyczajniej w świecie nie interesuje. Z zadowoleniem patrzył teraz na jej wściekłość. W końcu nie miała wyboru i musiała pogodzić się z zaistniałą sytuacją. Zła jak osa zaczęła układać sobie posłanie. Cieszył się, że Sol nie pozwoliła się jej stłamsić i postawiła sprawę jasno. Bardziej dobitnie nie mogła już dać do zrozumienia, że Marco należy do niej i nie będzie się nim dzielić. Usatysfakcjonowany odwrócił się i ruszył na górę do pokoju, który wskazała mu Sol. Szkoda, że Suzanne postanowiła jednak iść do domu. Bardzo mu się spodobała ta dziewczyna. Była szczera, otwarta i głośno wyrażała swoje zdanie, nic nie ukrywając. Zupełnie inaczej, niż ludzie, wśród których obracał się przez całe życie. Była trzecią taką osobą, którą poznał. Pierwszą i drugą byli Marco i Sol. Do chwili poznania przyjaciela, całe jego życie opierało się na zasadach. Jak powinien się zachowywać, jak nie. Co powinien robić, a czego nie, co mu wypada, co nie. Otaczali go ludzie, którzy próbowali mu się przypodobać i wyciągnąć jakieś korzyści z ich znajomości. Nikt nie przychodził do niego bezinteresownie, nikt nie był szczery. Czarnowłosy był pierwszą osobą, która interesowała się nim samym, jego osobowością, myślami, uczuciami, a nie tym, co dzięki jego poparciu może osiągnąć. Wyciągnął go z bagna i pokazał jakie może być życie. Był mu za to niesamowicie wdzięczny i będzie do końca życia. Dlatego chciał dla niego jak najlepiej, a najlepsze co mogło mu się przytrafić, to osoba taka jak Sol. Nie pozwoli, żeby coś zniszczyło uczucie, które się pomiędzy nimi nawiązało. Z uśmiechem położył się do łóżka, myśląc o tym, co trzeba zrobić następnego dnia.

Marco zadowolony patrzył jak ukochana ścieli łóżko. To, jak załatwiła Vivienne, wciąż przyprawiało go o atak wesołości. Widok miny tamtej był niezapomniany. Chyba pierwszy raz ktoś ją potraktował z taką bezceremonialnością. W końcu dostała za swoje. Do tej pory była zbyt pewna, że nikt jej się nie oprze, ani nie postawi. Rozmawiając na dole, wszyscy doszli do wniosku, że wyruszą jednak pojutrze. Oczywiście nowo przybyła protestowała, tłumacząc, że trzeba jak najszybciej, jednak razem z przyjacielem szybko ją zgasili. Żeby udać się w podróż trzeba było najpierw opracować plan. Dodatkowo musieli spakować potrzebne rzeczy i wypocząć. Do jutra nie zdążyli by ze wszystkim, a przecież należało podjąć też odpowiednie środki bezpieczeństwa. Musieli być przygotowani na to, że mogą po drodze natknąć się na Sannitów. Lepiej nie staczać otwartej walki i nie ściągać na siebie uwagi innych. Dlatego powinni przemyśleć wszystko dokładnie i wypracować odpowiednią strategię. Teraz jednak był w stanie myśleć tylko o Sol.

- Czemu się tak uśmiechasz? - spytała.

- Lubię na ciebie patrzeć. Twój widok zawsze wywołuje u mnie radość.

Słodko się zarumieniła i powróciła do przerwanego zajęcia.

Kiedy już wzięli kąpiel i położyli do łóżka, długo jeszcze nie mogli zasnąć. Rozmawiali, śmiali się i całowali na przemian. Sol czuła, że już nic nie może zburzyć ich szczęścia. Pełna entuzjazmu i z optymizmem patrząc w przyszłość, w końcu usnęła.

 

***

Tymczasem Suzanne, wracając do domu, wciąż przeżywała jeszcze dzisiejsze wydarzenia. Trudno było to wszystko ogarnąć. Od czasu, kiedy Sol opowiedziała swoje przygody, upłynęło już trochę wody, ale nadal to wszystko wydawało się takie nierealne. Wszystko, w co do tej pory wierzyła, oraz to o czym była przekonana, zmieniło się diametralnie. Nagle dowiedziała się, że oprócz tego co znała, był jeszcze inny świat, w którym rządziły całkiem inne prawa. Obce cywilizacje, rasy, posiadające nadzwyczajne moce oraz szybkość, mordercy gotowi na wszystko, byle tylko zdobyć to czego pragną, albo co gorsza, zabijający dla samej przyjemności patrzenia na cierpienie innych. Te pięć dni w nowej sytuacji, odcisnęło na niej swoje piętno. Nic już nie było takie same, wszystko postrzegała w zupełnie innym świetle. Dostrzegła to, jak o wielu jeszcze rzeczach człowiek nie ma najmniejszego pojęcia, a nawet nie domyśla się, że takie coś mogłoby istnieć. Lepiej rozumiała ten obcy dla niej świat głównie dzięki Gabrielowi. Przyczynił się on również do tego, że spojrzała na wszystko z innej strony.

Uśmiechnęła się na myśl o mężczyźnie. Pomimo, że nie spędzili ze sobą dużo czasu, zdążyli się dość dobrze poznać. W żadnym towarzystwie oprócz Sol, nie czuła się tak dobrze, nie była taka swobodna i rozluźniona. Przy nim mogła być po prostu sobą, bez obawy, że zostanie wyśmiana czy odrzucona. Spędzali razem czas, na długich rozmowach, lub zwyczajnie milczeli, myśląc o różnych sprawach. W obu przypadkach czuli się ze sobą wspaniale. Suzanne westchnęła. Szkoda tylko, że Gabriel nie zrobił nic, żeby wyjść poza sferę przyjaźni. Nie pocałował, nie przytulił, nie licząc tamtego momentu, kiedy stanął w jej obronie przed Marco, ani nawet nie dał do zrozumienia, że chciałby to zrobić. Był stu procentowym gentelmenem. Czasem, aż ją to denerwowało, tym bardziej kiedy widziała jak jej przyjaciółka kocha i rozkwita przy swoim mężczyźnie. Bardzo jej się podobał i chciałaby, żeby okazał choć trochę, że ona mu także. Niestety na razie nic na to nie wskazywało. Czasami zdarzało się, że przyłapywała go, jak się w nią wpatrywał w zamyśleniu, a kiedy widział, że to zauważyła, odwracał wzrok, ale czy to można uznać za dowód sympatii? Nie wiedziała.

Weszła do domu i z rezygnacją powlokła się do sypialni. Była ona urządzona w stylu glamour. W pokoju królowało okazałe łóżko z miękkim zagłówkiem, a na nim satynowa, fioletowa pościel. W pomieszczeniu dominowały kolory złota i srebra. Wspaniałe dodatki, takie jak dekoracyjne pudła na drobiazgi oraz okrągły abażur, niczym rodzaj ażurowej zasłony, dopełniały całości. Uwielbiała to wnętrze, niestety Gabriel nigdy tu nawet nie zaglądnął, nad czym strasznie ubolewała. Może trzeba go jakoś zachęcić? - pomyślała, dać do zrozumienia, że jego ewentualne awanse są mile widziane? Już na początku zauważyła, że wysławia się bardzo wyszukanie. Musiał wychowywać się w wyższych sferach. Był kulturalny, znał się na zasadach wychowania i posiadał rozległą wiedzę. Ona też nie była laikiem, a mimo to czasem czuła się przy nim niezręcznie. Jednak on nigdy nie próbował się wywyższać, zawsze traktował wszystkich na równi. Muszę przestać o nim myśleć i w końcu zasnąć, jeśli chcę spędzić z nimi czas przed wyjazdem, zamiast spać z wyczerpania. Jak pomyślała tak zrobiła.

 

***

 

Wstała o dwunastej, później niż chciała, ale pomyślała, że przyjaciele też przecież muszą się wyspać i porządnie odpocząć, przed podróżą pełną niebezpieczeństw. Potem może nie być czasu na odpoczynek i sen. Zjadła śniadanie i ruszyła do domu Sol. Wchodząc do środka od razu zauważyła, że nie śpią już od jakiegoś czasu. W mieszkaniu był bałagan, wszyscy chodzili podminowani, a Sol ze schodów dyrygowała wszystkimi, mówiąc, co trzeba jeszcze zrobić i spakować.

- Trzeba wziąć cztery śpiwory, inaczej zamarzniemy, tylko skąd ja do licha wezmę aż tyle? Mam tylko dwa. Gabriel! Przestań się wreszcie lenić! Bierz te rzeczy, które już położyłam i zacznij pakować do plecaków. O, cześć Suzanne. Marco, idź razem z nią po jakieś cieplejsze ciuchy dla siebie i Gabriela. Suz, miałabyś może coś, co pasowałoby na Vivienne? Nie ma żadnych ciuchów, jak tak pójdzie to zamarznie, nim minie dwanaście godzin.

- Jasne, poszukam czegoś, może uda mi się coś znaleźć. Poza tym, mam też śpiwory i ogromny namiot.

- Świetnie - uśmiechnęła się z wdzięcznością i ulgą - Naprawdę ci dziękuję.

- Nie ma za co - odpowiedziała, będąc już w progu. Ruszyła w drogę powrotną. Długo nie posiedziała, nie ma co. - Od której tak się nad wami znęca?

- Od samego rana - jęknął żałośnie. - Komenderuje nami, niczym jakiś generał. Vivienne powiedziała, że nie ma zamiaru w niczym pomagać, a następnie poszła z powrotem spać, więc wszystko spadło na mnie i Gabriela - poskarżył się.

- No cóż. Sol była kiedyś harcerką, zresztą tak jak ja. Dzięki temu doskonale wie, co jest potrzebne i jak wszystko zorganizować.

Na jej słowa, westchnął ciężko.

- No cóż, najważniejsze, żebyśmy nie zamarzli i mieli co jeść. Reszta jakoś się potoczy.

- Zdziwiłbyś się ile jeszcze rzeczy jest potrzebnych. Trzeba mieć ostre noże, coś do rozpalania ognia, kompas, manierki na wodę oraz coś, w czym te posiłki oraz napoje będziecie podgrzewać. A to dopiero początek. Trzeba tak wszystko zorganizować, żeby nie nieść zbyt wiele, bo szybko się zmęczycie. Sol wie co robi.

- Mam nadzieję.

Zabrali to co należy, do tego Suzanne jeszcze wzięła od siebie dwa turystyczne plecaki, scyzoryk i jeszcze parę innych rzeczy. Marco tylko się temu przyglądał i wzdychał. Wchodząc do domu usłyszeli podniesiony głos Vivienne.

- Chyba sobie żartujesz! Niczego nie będę niosła, nie jestem jakimś mułem do targania, chłopaki są od tego, jestem zbyt delikatna żeby się zajmować takimi rzeczami.

- Doprawdy? To jak sobie wyobrażasz zapakowanie wszystkiego co potrzeba do jednego plecaka? Jak sama wcześniej zauważyłaś, musimy tam dotrzeć szybko, więc jeden z mężczyzn będzie musiał mnie nieść. Posłuchaj lepiej teraz uważnie. Albo będziesz nieść to co do ciebie należy oraz wykonywać swoje obowiązki, albo idziesz w tym, w czym stoisz, nie jesz tego co zabieramy i śpisz pod gołym niebem, bo namiot też my będziemy taszczyć, więc ty nie będziesz z niego korzystać - powiedziała dobitnie, a tamta w końcu skapitulowała z dzikim wrzaskiem, pełnym wściekłości.

- Jak sobie chcesz! - krzyknęła, a następnie wyszła dumnym krokiem na korytarz i minęła ich, rzucając mordercze spojrzenia. Sol pojawiła się tuż za nią, a widząc przyjaciół uśmiechnęła się zmęczona.

- Przepraszam, że jestem taką jędzą. Wiem, że daję się wszystkim we znaki, ale nie możemy sobie pozwolić na zapomnienie czegoś, inaczej może to nas sporo kosztować.

- Żartujesz? - wyszczerzył zęby Marco. - Każde utyskiwanie jest warte zobaczenia wściekłej Vivienne.

Rudowłosa uśmiechnęła się niepewnie, ucałowała go przelotnie i ruszyła do kuchni, żeby komenderować biednym Gabrielem.

 

***

Pod wieczór wszystko było już gotowe, dwa plecaki zapakowane po same brzegi, stały na przedpokoju i w końcu wszyscy odetchnęli. Vivienne nie wychodziła z pokoju, zła na cały świat, więc mogli spokojnie spędzić czas, bez jej denerwującego towarzystwa. W pomieszczeniu panowała atmosfera oczekiwania i rozluźnienia. Wszyscy zdawali sobie sprawę z tego, że nie wiadomo, kiedy wrócą, o ile w ogóle to się stanie, w najbliższym czasie. Suzanne dopadło przygnębienie. Gabriel wyjeżdżał i nie wiedziała czy jeszcze kiedykolwiek wróci. Nie brała czynnego udziału w rozmowie, bo nie miała zbytnio nastroju na pogaduchy. Być może widzi go właśnie ostatni raz w swoim życiu. Jak już się znajdzie z powrotem w swoim świecie, zapomni, że kiedykolwiek poznał taką osobę jak Suzanne Tollefsen. Sol musiała zauważyć jej nastrój, gdyż poprosiła ją, żeby poszła z nią do kuchni przygotować herbatę.

- Coś się stało? Jesteś jakaś cicha - spytała od razu, gdy się tam znalazły.

- Nic o czym byś nie wiedziała - westchnęła smutno.

- Chodzi o naszą podróż?

- Aha. Ty może wrócisz razem z Marco, choć nie wiemy kiedy, ale Gabriel nie ma po co wracać. - Zwiesiła smętnie głowę.

- Suz, on cię lubi i ja to widzę, myślę, że wróci tu dla ciebie.

- Łatwo ci mówić. On mnie nawet nie pocałował, nie dał żadnego znaku, że czuje do mnie coś więcej, niż do przyjaciółki.

- Nie wiem co mam ci powiedzieć. Może jest nieśmiały, nie umie zalecać się do kobiet.

- Zauważyłaś, żeby był nieśmiały? - odparła ironicznie.

- No nie, ale to, że ktoś jest odważny w innych sferach życia, nie znaczy, że musi być też taki, jeśli chodzi o uczucia.

- No nie wiem, Sol. Szczerze to zaczynam myśleć, że tylko mi się wydawało.

- Nie martw się, wszystko z czasem się wyjaśni - próbowała ją pocieszyć, ale ona tylko pokręciła głową.

- Tylko, że my nie mamy tego czasu - zauważyła ponuro.

Woda zaczęła bulgotać, więc nie pozostało im nic innego, jak zalać wrzątkiem napar i wrócić do mężczyzn. Posiedzieli jeszcze godzinę, a potem gospodyni stwierdziła, że czas najwyższy na sen. Jutro musieli wcześnie wyruszyć. Suzanne westała do wyjścia. Blondyn dyskretnie trącony przez Sol, zaoferował się, że ją odprowadzi. Szli wolnym krokiem, chcąc jak najbardziej przedłużyć moment, który dzielił ich od pożegnania. W końcu jednak stanęli przed jej domem. Zapadła niezręczna cisza, przerywana tylko co jakiś czas, ujadaniem czyjegoś psa.

- Więc...

- No cóż... - zaczęli oboje jednocześnie, a następnie się roześmiali.

- Trochę niezręczna sytuacja, prawda? - Zachichotała niepewnie Suzanne.

- Owszem. Nigdy do tej pory nie czuliśmy się w swoim towarzystwie skrępowani. Może to dlatego, że czeka nas rozłąka.

Brązowowłosa nagle spoważniała.

- Wrócisz tu jeszcze kiedyś?

- Nie ma takiej opcji, żebym nie wrócił – powiedział z niepewnym uśmiechem, a następnie się do niej przybliżył.

Suzanne wstrzymała oddech z wrażenia. Czy w końcu ją pocałuje? Pochyliła się lekko do przodu i przymknęła oczy, a on... pocałował ją w czoło. Otworzyła powieki w momencie, w którym właśnie się odwracał z zamiarem odejścia. Ogarnęła ją złość. Chrzanić co sobie o niej pomyśli.

- I to tyle?! Obietnica, że może kiedyś wrócisz i całus w czoło, jak dla jakiegoś dziecka?!

Zatrzymał się w pół kroku i na nią spojrzał.

- Nigdy nie dałaś mi powodu, by myśleć, że czujesz do mnie coś więcej, niż do przyjaciela - rzekł dziwnym głosem.

- Ja nie dałam? A ty dałeś?! - spytała całkiem już rozsierdzona.

Nagle znalazł się tuż przy niej i tym razem pocałował naprawdę. Suz przylgnęła do niego szczęśliwa, pragnąc czuć więcej i mocniej. Ich usta i języki splotły się w odwiecznym tańcu, wywołując w niej uczucia, o których nawet nie śniła. Kiedy w końcu się od niej oderwał, ledwo stała na nogach, a on ją podtrzymał.

- Nie wiem kiedy wrócę, ale wrócę na pewno. Czekaj proszę na mnie - powiedział, a następnie zniknął w ciemności. Rozanielona Suz chwilę jeszcze patrzyła za nim, po czym weszła do domu, nucąc pod nosem.

 

***

 

Sol właśnie ścieliła łóżko, kiedy przyszedł sms. Treść brzmiała tak :" :D xD :D xD:D xD". Szeroko się uśmiechnęła, a następnie odpisała "gratuluję :)". Wychodzi na to, że nareszcie ich wspólny przyjaciel podjął jakieś działanie.

- Mogę wiedzieć co wywołało taki uśmiech? - Zaciekawił się Marco.

- Ty, oczywiście.

- Coś mi się wydaje, że jednak tym razem było to coś innego - przekomarzał się.

- W swoim czasie na pewno się dowiesz - odpowiedziała z uśmiechem, a następnie położyli się razem spać.

O godzinie piątej, wszyscy już stali w przedpokoju, gotowi do wyjścia. Jak zwykle, musieli najpierw wysłuchać narzekań Vivienne. A to ciuchy są bez gustu i nie w jej stylu, a to za ciężki bagaż i na dodatek musi go nieść, a jak strasznie dużo czasu im to zejdzie przez to, że trzeba nieść Sol. Po dziesięciu minutach wszyscy już mieli serdecznie dość. W końcu Marco zagroził, że jeśli się nie zamknie to ją zaknebluje, zwiąże i zostawi gdzieś w lesie na pastwę dzikich zwierząt. Wizja, którą wywołały te słowa, sprawiła, że wreszcie umilkła i mogli już spokojnie ruszać w drogę. Deszcz lał jak z cebra i zastanawiała się jak długo wytrzymają płaszcze deszczowe, które mieli na sobie. Wyszli tylnymi drzwiami i niezauważeni przez nikogo, dotarli do lasu.

Postanowili unikać ludzkich osiedli najdłużej jak to możliwe. Lepiej, żeby nie zwracali na siebie zbytniej uwagi. Kiedy byli pewni, że nikt nie może już ich zobaczyć, Marco wziął ją na plecy i ruszyli. Sol jeszcze nigdy nie poruszała się z taką prędkością. Przed oczami migała zieleń i inne kolory, ale nie była w stanie rozróżnić żadnych szczegółów, a przecież wiedziała, że i tak poruszają się wolniej niż normalnie, przez obciążenie jakim były plecaki i ona sama. Całą drogę musiała poprawiać kaptur, który cały czas zwiewał wiatr, a do tego pilnować, żeby nie spaść. Przemoczone ręce zgrabiały z zimna i wkrótce już ich nie czuła. Po siedmiu godzinach, kiedy Marco poczuł, że oplatające go ramiona stają się coraz luźniejsze, zarządził przerwę. Zatrzymali się na jakiejś polanie i usiedli na trawie, rozpakowując prowiant i napoje. Ręce tak jej się trzęsły, że ledwo była w stanie w nich cokolwiek utrzymać.

- Mamy pół godziny na posilenie się, odpoczynek i ewentualne załatwienie potrzeb fizjologicznych, a potem ruszamy dalej. Tym razem Sol, weźmie Gabriel. Jeżeli wszystko potoczy się zgodnie z planem, myślę że pod wieczór znajdziemy się w pobliżu Jotunheimen. Tam rozbijemy obóz na noc, a następnie wyruszymy do Bergen.

- Jaki właściwie jest cel podróży? - zapytała Sol.

- Islandia.

- Islandia? - Zdziwiła się niepomiernie.

- Owszem - odpowiedział z uśmiechem.

Zaczęła myśleć, co takiego się tam znajduje. Wprawdzie kraj ten posiada ogromne połacie niezamieszkanej ziemi, ale czy taka cywilizacja mogłaby pozostać niezauważona? Dodatkowo, była to wyspa o zimnym klimacie, a przecież z tego co mówił Gabriel, jego "plemię" chodziło w krótkich i cienkich ubraniach. Trudno jej było sobie wyobrazić, żeby w takiej odzieży ktoś chodził w kraju, gdzie panuje prawie wieczny chłód. Już prędzej spodziewała się jakiejś rajskiej, nieodkrytej wyspy, zamaskowanej podobną barierą, jaką Marco rozstawił wokół jej wioski. Ale Islandia? Całkiem ją to zszokowało. No cóż, kiedy dotrą na miejsce, dowie się więcej, a teraz bez sensu było to roztrząsać.

Skończywszy posiłek, odeszła na stronę. Deszcz lał jak cebra i nic nie wskazywało na to, żeby miał przestać. Załatwiła szybko swoje potrzeby, starając się osłaniać płaszczem i wróciła szybko do grupy. Wszyscy stali już gotowi do drogi, czekając tylko na nią. Przeprosiła za opieszałość i wspięła się na plecy Gabriela. Bolały ją ramiona od wielogodzinnego trzymania się, ale nie zamierzała się uskarżać. Z nich wszystkich miała najlżej. Nic nie musiała nieść, ani iść obciążona o własnych nogach. Właściwie to była w najlepszym położeniu.

- Cieszę się, że w końcu wykonałeś jakiś krok - szepnęła blondynowi do ucha, zauważając lekki rumieniec. - Wiedz, że kibicuję wam obojgu z całego serca.

- Doceniam, że to akceptujesz. Szczerze mówiąc nie byłem pewien jak na to zareagujesz. Tym bardziej, że początkowo nie darzyłaś mnie zbytnią sympatią.

- Zyskujesz przy bliższym poznaniu - odpowiedziała z cichym śmiechem.

Przez resztę drogi już się nie odzywali. Pod wieczór zatrzymali się na noc. Deszcz ustał, więc zadowoleni rozłożyli namiot, nazbierali dość drewna na ognisko, żeby wystarczyło na całą noc i rozpakowali wszystkie rzeczy, które miały być potrzebne. Sol weszła do namiotu i przebrała w suche rzeczy, rozwiesiła też na konarze płaszcz. Vivienne musiała być bardzo zmęczona, bo nie odzywała się nawet słowem i wszystko wykonywała bez jakiegokolwiek narzekania. W końcu wszystko było już przygotowane i mogli spokojnie siąść i odpocząć. Usadowili się dookoła ognia, grzejąc zmarznięte członki. Sol rozdała wszystkim kiełbasę i naostrzone wcześniej kije, sama nabijając na swój pianki i chleb. Ponalewała z termosów do papierowych kubków, herbatę oraz kawę. Usiadła obok Marco który nabił już swoje pędko na patyk i wsadził w ogień, żeby szybciej się upiekło. Rozejrzała się, i zauważyła, że nie tylko on. Wszyscy musieli być niesamowicie głodni. Przynajmniej mieli jakiś ciepły napój i posiłek. Chociaż trochę się rozgrzali, bo temperatura była naprawdę niska. Kiedy już podjedli, przejął dowodzenie.

- Będziemy pełnić warty. Każdy po trzy godziny, następnie budzi następną osobę i tak do rana. Zaczyna Sol, potem Gabriel, Vivienne i nad ranem będę ja. Wszystko zrozumiałe? - pozostali pokiwali głowami. - Świetnie. W takim razie my idziemy się położyć, Sol zostajesz. Po upłynięciu wyznaczonego czasu, budzisz Gabriela.

Kiwnęła głową, a następnie podsunęła się bliżej ogniska. Tutaj jeszcze mogła się ogrzać. Ciekawe jak było w namiocie. Leżąc bez ruchu, nawet będąc ubranym w kilka warstw ubrania i śpiwór, można nieźle zmarznąć. Siedząc rozglądała się na boki, wciąż mając wrażenie, że ktoś ją obserwuje. Zadrżała, bo nie było to zbyt przyjemne uczucie. Miała szczerą nadzieję, że nikt ich nie zaatakuje. Ta podróż i tak była trudna, dodatkowy stres w postaci Sannitów depczących im po piętach, jej zdaniem wcale nie był potrzebny. Wbrew temu co myślała, czas czuwania minął szybko, jeszcze tylko poszła na chwilę w krzaki i obudziła Gabriela. Sadowiąc się w śpiworze myślała, że nie będzie w stanie zasnąć, jednak po kilku minutach odpłynęła w objęcia morfeusza.

Obudził ją deszcz bębniący o dach namiotu. Westchnęła ciężko i usłyszała wołanie Marco na śniadanie. Była tak zgrabiała z zimna, że ledwo zdołała odpiąć śpiwór. Wyszła z namiotu razem z resztą towarzystwa, nakładając szybko płaszcz. Kiedy spojrzała w stronę chłopaka krzyknęła z zachwytu.

- Pieczone ryby! - Podbiegła do ukochanego i pocałowała w policzek, na co usłyszała udawany odgłos wymiotów, od strony Vivienne. Zazdrośnica, pomyślała z satysfakcją. - Sam łowiłeś?

- A jak - rzekł pełen dumy, że doceniła jego starania.

- Wspaniale. - Uśmiechnęła się i znów pocałowała, tym razem z typowo kobiecej satysfakcji.

Do egzotycznej piękności dotarło już chyba, że Marco należy do niej i dała sobie z nim spokój. Niestety przerzuciła swoje awanse na Gabriela, ale ten szybko ją zgasił, każąc sobie darować. Po wspólnym posiłku, zebrali wszystkie rzeczy, polali wodą ognisko i ruszyli dalej. Znów niósł ją Marco, więc miała okazję, żeby bezwstydnie się do niego przytulać i obejmować. Około południa, dotarli do Bergen. Dowiedzieli się, że prom na Isladię odpływa o siedemnastej, więc mieli pięć godzin wolnego. Sol zaproponowała, żeby pozwiedzać miasto, skoro już mają taką okazję. Wszyscy się zgodzili, więc ruszyli na ulice. Trzeba przyznać, że gdzie się nie pojawili zwracali uwagę, zarówno kobiet jak i mężczyzn. Gabriel i Marco wywoływali piski i szepty podnieconych dziewcząt i nie było faceta, który by się nie obejrzał za Vivienne. Wzbudzali sporą sensację, co jej trochę przeszkadzało, ale co się dziwić. W końcu była w towarzystwie trzech niezwykle urodziwych osób. Najpierw poszli na kolejkę linową Fløibanen. Jadąc nią, mogli podziwiać z góry miasto, fiord, góry i morze. Rudowłosa była zachwycona przepięknymi widokami. Następnie udali się do akwarium, gdzie mieli okazję być blisko wszystkich zwierząt, żyjących pod wodą, oraz przyjrzeć się z fokom i pingwinom. Nawet wiecznie niezadowolona Vivienne, dała się ponieść urokowi tego miasta. Wreszcie nadszedł czas, kiedy musieli udać się na prom. Podróż miała trwać dwa dni, normalnie w okresie turystycznym trwałaby cztery, razem ze zwiedzaniem wysp owczych. Cieszyła się, że teraz będzie krócej.

Mieli do dyspozycji dwie kajuty. W związku z tym, że Gabriel stanowczo odmówił dzielenia jednego pomieszczenia z Vivienne, ten "zaszczyt" przypadł w udziale Sol. Westchnęła ciężko, kierując się do ich kabiny. Już sobie wyobrażała, jak będą wyglądały te dwa dni. Będzie musiała przez cały czas znosić jej humory i narzekania. Już chyba by wolała spać na pokładzie. Tutaj przynajmniej będzie o wiele cieplej, niż pod gołym niebem.

Rozpakowały rzeczy, a kiedy skończyły, poszły sprawdzić, czy mężczyźni też są już gotowi. Okazało się, że tak, więc postanowili pospacerować po pokładzie. Dowiedzieli się gdzie znajduje się część restauracyjna, jak również ogromna sala z podwyższeniem, w której były stoliki i duży parkiet do tańczenia. Zaczęła żałować, że nie miała ze sobą ubrań, które mogłaby włożyć na taką okazję. Marco widząc jej tęskne spojrzenie, odszedł na bok i zapytał kogoś z załogi, czy na pokładzie nie znajduje się butik z ubraniami. Okazało się, że owszem jest. Ludzie często nie zdawali sobie sprawy z tego, że jest tu tak wiele atrakcji i nie mieli ze sobą odpowiedniej odzieży. Mężczyzna zostawił swoich towarzyszy pod pretekstem pójścia do łazienki i ruszył w kierunku, który pokazał mu członek załogi. Sklep znalazł bez trudu. Gorzej było w wybraniem odpowiedniego stroju, wiedział ile ma wzrostu, ale nie miał pojęcia jaki nosi rozmiar. Pomogła mu sprzedawczyni, zauroczona klientem. Wybrał lejącą się szmaragdową suknię do ziemi, z dekoltem i rozcięciem do pół uda. Dla siebie i Gabriela dobrał odpowiednie garnitury i wyszedł zadowolony z zakupów. Pomyślał, że przydałoby się też kupić coś Vivienne, ale doszedł do wniosku, że jak będzie chciała, to sama coś powie, widząc sukienkę Sol. Zostawił pakunek, razem z krótkim liścikiem na łóżku Sol i wrócił do przyjaciół.

Nadszedł czas kolacji, więc udali się do restauracji. Zjedli pożywny posiłek, podczas którego usłyszeli z głośników komunikat, że tańce rozpoczną się o godzinie dwudziestej trzydzieści i kapitan zaprasza wszystkich chętnych. Vivienne wyraziła szczery żal, że nie ma odpowiedniego ubrania, żeby w czymś takim uczestniczyć, a Sol ograniczyła się tylko do smutnego westchnienia. Skończywszy jeść każdy udał się do swojej kajuty. Wchodząc do środka od razu zauważyły paczkę na posłaniu rudowłosej.

- Co to jest? - zapytała zaciekawiona Vivienne.

- Nie mam pojęcia. - Podeszła do pryczy i podniosła kartkę przyczepioną do pakunku.

- Jest liścik? Czytaj szybko - ponaglała ją współlokatorka.

- "Załóż to na siebie i bądź o 21:00 w sali balowej, Marco" - odczytała dziewczyna, a następnie wyjęła z papieru wspaniałą suknię.

- Jak ja ci zazdroszczę - westchnęła z żalem Vivienne.

Rudowłosa spojrzała na nią zaciekawiona. Na jej twarzy malował się szczery smutek. Chyba naprawdę czuła coś do Marco, nie chciała go po prostu uwieść. Wygląda na to, że się w nim zakochała, a teraz miała złamane serce, kiedy zrozumiała, że nigdy nie będzie należał do niej. Sama się sobie dziwiła, ale przyłapała się na tym, że jej współczuje. Nagle wpadła na pomysł.

- Która jest godzina?

- Dziewiętnasta czterdzieści pięć, a co?

- Nie masz chęci iść na bal?

- Przecież nie mam ubrania, pieniądze trzymają Marco i Gabriel, a oni raczej nie będą chętni do podzielenia się ze mną.

- Ale ze mną tak - odpowiedziała rozpromieniona. Na twarzy piękności pojawił się szczery uśmiech. Zwykle na jej obliczu gościło niezadowolenie lub cynizm, ale kiedy się naprawdę uśmiechnęła, bez żadnego podtekstu, wyglądała naprawdę przepięknie - Poczekaj chwilę, zaraz wrócę.

Pobiegła do kajuty mężczyzn, wyciągnęła na zewnątrz Gabriela i poprosiła go, żeby dał jej pieniądze.

- A do czego są ci potrzebne?

- Nieważne, po prostu są. Dasz mi czy mam poprosić Marco?

- No dobra, trzymaj, tylko nie szalej.

- Nic nie obiecuję - wykrzyknęła, a następnie wróciła do swojej kabiny. Domyśliła się, że na promie musi być jakiś sklep, więc po drodze spytała jeszcze napotkanego marynarza o jego umiejscowienie. Wpadła do zajmowanego przez nie pomieszczenia, a następnie wyciągnęła zdziwioną Vivienne i zaprowadziła do butiku. Stojąc w przebieralni i przymierzając kolejne sukienki czarnowłosa zapytała.

- Dlaczego właściwie to robisz? Przecież nie byłam dla ciebie miła, a wręcz paskudna.

- Stwierdziłam, że skoro idę, to nie będziesz sama siedzieć w kajucie, podczas gdy ja będę się bawić.

- Dobrze, bo już myślałam, że się nade mną litujesz, a tego bym nie zniosła.

Wyszła, prezentując się w krótkiej srebrno-białej sukience, z dużym dekoltem na plecach. Ten kolor wspaniale kontrastował się z jej karnacją i urodą.

- Musisz wziąć tę, wyglądasz doskonale!

Kobieta się zmieszała, ale ruszyła do kasy. Kupiły jeszcze tylko zestaw do makijażu i buty, bo Marco o nich zapomniał i ruszyły w drogę powrotną. Podczas marszu Sol zapytała o coś, co nurtowało ją już od jakiegoś czasu.

- Skąd właściwie macie pieniądze? Przecież nie żyjecie w naszym świecie.

Miała nadzieję, że nie kradną, bo nie byłaby w stanie spotykać się z kimś, kto zabiera innym, żeby mieć samemu.

- Nie, ale wielu z nas często się tu pojawia. Wymieniamy złoto na walutę, dzięki czemu mamy środki, za które możemy żyć.

- Aha, teraz wszystko jasne.

Będąc już u siebie zaczęły przygotowania. Vivienne nie miała pojęcia co to makijaż, więc dziewczyna najpierw umalowała ją, potem siebie, a następnie przebrały się w suknie. Sol stwierdziła, że nie będzie się męczyć z upinaniem włosów i zostawiła je rozpuszczone. Kiedy wyszła z łazienki, współlokatorka obrzuciła ją uważnym spojrzeniem, a następnie stwierdziła.

- Patrząc na ciebie, zaczynam w końcu zauważać, co takiego w tobie zobaczył.

Sol zaczerwieniła się zakłopotana.

- Ty jesteś ode mnie piękniejsza. Niestety serce nie sługa.

- Co racja, to racja - stwierdziła, a następnie ruszyły w kierunku sali balowej.

Po drodze nie było mężczyzny, który by się za nimi nie obejrzał i Sol stwierdziła z zadowoleniem, że nie są to tylko spojrzenia rzucane Vivienne. Będąc już pod drzwiami, nagle ogarnął ją lęk.

- Wiesz co, nie jestem pewna czy powinnam tam iść. Może idź sama, a potem opowiesz mi jak było.

- Nie wygłupiaj się. - Ze śmiechem pociągnęła ją do wejścia. Będąc w środku, zobaczyła, że znajduje się tam mnóstwo osób i nikt nie zwraca na nie większej uwagi. Odetchnęła z ulgą i zaczęła rozglądać, aż ujrzała wpatrującą się w nią, parę granatowych oczu.

Podchodząc do niego, już z daleka widziała błyski w jego źrenicach. Była w nich duma, podziw i tyle pożądania, że myślała, że ugną się pod nią nogi z wrażenia. Jeszcze nigdy nie widziała go w takim stroju. Wspaniale prezentował się w czarnym garniturze. Na sali nie było kobiety, która nie spoglądałaby w jego stronę, nieważne ile miała lat, sześćdziesiąt, czy czternaście.

- No, no. Patrząc na jego minę, jestem gotowa się założyć, że czeka was dzisiaj gorąca noc - szepnęła jej do ucha, idąca obok Vivienne.

Sol poczuła, że na jej policzki wypływa rumieniec.

- Do niczego nie dojdzie. Pilnuj lepiej, żeby twoja sukienka dziś nie spadła - dodała, widząc mnóstwo spojrzeń mężczyzn, świadczących o tym, że są gotowi zrobić wszystko, byle mieć ją, choć na ten jeden wieczór.

- Ziemianie mnie nie interesują. W sztuce kochania, nawet nie umywają się do naszych samców.

Sol popatrzyła na nią ze zdziwieniem. Widocznie miała już w tym doświadczenie i mogła porównywać. Dobrze wiedzieć, że ich rasa jest dobrymi kochankami. Myśląc o tym, znów poczuła, jak na jej policzki wypływa zdradziecki rumieniec. Z drugiej strony mogła się tego domyślić, jeśli wzięłaby pod uwagę dotychczasowe przeżycia z Marco.

- Powiesz mi dlaczego się tak czerwienisz? - Dopiero teraz zauważyła, że obok ukochanego stoi także Gabriel. Ubrany był podobnie, tylko jego strój miał kolor biały. Patrzył na nią i bezczelnie się uśmiechał.

- Lepiej zamilknij, jeśli nie chcesz zaraz ty, wyglądać jak burak - warknęła.

- Nie ostrz na mnie swoich pazurków, bo nie warto. - Roześmiał się głośno.

- Wyglądacie wspaniale - Marco patrzył na nią roziskrzonym wzrokiem.

- Dziękujemy – odparły, prawie że chórem.

Blondyn widząc, że przyjaciel tak jest zajęty wpatrywaniem się w dziewczynę, że nie jest w stanie myśleć o niczym innym, powiedział.

- Zajęliśmy dla nas czteroosobowy stolik, tam w rogu - wskazał kierunek, a następnie wszyscy ruszyli w tamtą stronę.

W momencie gdy siadali, na scenę wyszedł starszy mężczyzna. Wygłosił trochę długą i nudnawą przemowę, o tym jak mu miło wszystkich powitać, a następnie zapowiedział zespół. Wszyscy przywitali go oklaskami, a chłopaki zaczęli grać. Na początku były to luźne, nie za szybkie kawałki, żeby trochę ożywić towarzystwo i zachęcić do wyjścia na parkiet. Coraz więcej par tańczyło, w końcu zapełniła się cała sala. Nawet Vivienne poszła, szybko znajdując sobie partnera. Rudowłosa czekała, aż Marco ją zaprosi, ale ten nie wydawał się chętny. Dlaczego nie tańczy? Zrobił to wszystko, po to żeby siedzieć i słuchać?

Kapela właśnie zaczęła grać walca. Gabriel wstał i wyciągnął do niej rękę. Spojrzała ostatni raz na ukochanego, ale on odwrócił wzrok. Podała więc dłoń blondynowi i znaleźli się wśród tańczących. Trzeba było przyznać, że mężczyzna wspaniale tańczył. Sunął lekko, zgrabnie i z gracją po parkiecie, prowadząc swoją partnerkę tak, że wyglądali jakby płynęli w powietrzu. Sol uśmiechnęła się rozpromieniona. Kochała taniec od dziecka. Swego czasu uczęszczała nawet na balet. Dziwiła się tylko, że jej partner zna kroki. W końcu pochodził z zupełnie innego świata. Co dobre, szybko się jednak kończy, więc kiedy muzyka ustała, ruszyli z powrotem do stolika.

- Wspaniale się z tobą tańczyło. Posiadasz wiele gracji - pochwalił ją, na co uśmiechnęła się w odpowiedzi.

- Dziękuję. Muszę przyznać, że ty także. Skąd znasz kroki?

- No cóż - powiedział lekko zażenowany. - Od zawsze interesował mnie wasz świat. Dużo studiowałem na jego temat.

- Cieszę się, bo dzięki temu mam dziś partnera - odparła, spoglądając smutno w stronę, w której znajdował się ich stolik.

- Pewnie zastanawiasz się, dlaczego nie zatańczył z tobą, pomimo, że zadał sobie tyle trudu, żebyś tu przyszła? - Kiedy pokiwała głową w odpowiedzi, dodał - Prawda jest taka, że tego nie potrafi. Nigdy nie próbował, więc nie chce wyjść na głupca. Widząc jednak twoje tęskne spojrzenie, zrobił to dla ciebie, pomimo że sam nie czuje się najlepiej w tej sytuacji. Poprosił mnie nawet, żebym dotrzymał ci towarzystwa na parkiecie, żebyś nie czuła się zmuszona z nim siedzieć. Nie mów mu tylko proszę, że ci o tym powiedziałem, inaczej skończy to się morderstwem.

- Nic nie powiem - obiecała i milczała już do czasu, gdy usiedli.

Może i Marco nie poprosi ją do tańca, ale jeśli ona to zrobi, nie powinien jej odmówić, prawda? Wybierze moment, kiedy będzie wolna piosenka. Do tego nie potrzeba przecież zbyt wiele umiejętności. Jak postanowiła, tak zrobiła. Kiedy zaczął się spokojniejszy kawałek wstała i podeszła do czarnowłosego.

- Zatańczymy?

- Ja... ja jestem zmęczony, może później. Gabriel z chęcią z tobą zatańczy - odparł, z desperacją patrząc na kumpla. Ten jednak, mając świetny ubaw, uśmiechnął się tylko i pokręcił głową.

- Właściwie, to muszę iść teraz do łazienki – odrzekł, wstając z miejsca. Przyjaciel posłał mu mordercze spojrzenie, a następnie skierował wzrok z powrotem na Sol.

Patrzyła na niego wyczekująco, więc westchnął w duchu i wstał. Co mu grozi? Najwyżej zrobi z siebie kompletnego głupca, przed osobą, na której opinii zależało mu najbardziej na świecie. Idąc przyglądał się tańczącym parom. Piosenka nie była szybka. Większość przytulała się do siebie kołysząc w miejscu. To nie będzie zbyt trudne. Najwyżej, jak skończy się utwór, znajdzie jakąś wymówkę, żeby wrócić na miejsce. W końcu stanęli. Przysunął się bliżej i objął ją ramionami w pasie. Sol zarzuciła mu ręce na szyję i zaczęli kołysać się w takt melodii. W sumie nie było tak źle, jak sobie wyobrażał. Udało mu się nie nastąpić jej na nogę, ani nic w tym stylu. Wspaniale było, móc się tak do niej przytulać, czuć jej ciepło, zapach. Nie wiedzieć kiedy, utwór się skończył i zastąpił go skoczniejszy kawałek. Ustał na środku niepewnie, nie wiedząc co robić. Sol, nie zwracając na niego uwagi, zaczęła się poruszać. W końcu on też zaczął się kiwać. Z początku niepewnie, nie wiedząc co zrobić z rękami. Zaczął podglądać trochę innych mężczyzn i w końcu załapał rytm. Jednak rudowłosa wytrącała go z równowagi. Nigdy jeszcze nie widział, żeby ktoś tak tańczył. Miała przymknięte oczy, jej ruchy były płynne i bardzo seksowne. Całkowicie poddała się muzyce. Widać było, że to kocha i sprawia jej ogromną radość.

Dużo później zeszli z parkietu, zaczerwienieni z wysiłku i pijani ze szczęścia. Kobieta cieszyła się, że udał jej się ten mały podstęp. Wbrew obawom, Marco podjął wyzwanie i chyba nawet to polubił. Popatrzyła na zegarek. Była już czwarta nad ranem. Stolik był pusty, widocznie Gabriel postanowił wrócić do kajuty. Nigdzie nie widzieli Vivienne, ale byli pewni, że da sobie radę. Trzymając się za ręce, stanęli dopiero pod drzwiami kabiny, zajmowanej przez dziewczyny.

- To był wspaniały wieczór, dziękuję - powiedziała z uśmiechem. Pochyliła się, a ich usta złączyły się w namiętnym pocałunku. Po dłuższej chwili mężczyzna się od niej oderwał.

- Dobranoc - rzekł ochrypłym od emocji głosem i odszedł w kierunku swojej kabiny.

- Dobranoc – wyszeptała, dotykając palcami ust, a następnie wchodząc do środka.

Vivienne leżała już w swoim łóżku, więc po cichu, żeby jej nie zbudzić, rozebrała się i przygotowała do spania. Kładła się z uśmiechem na ustach. Pierwszy raz od dawna, zasypiała bez strachu, że jeśli tylko stracą czujność, stanie się coś złego.

 

***

 

Sol przeciągnęła się leniwie na koi, rozprostowując kości. Na myśl o wczorajszym wieczorze, na jej twarzy pojawił się szeroki uśmiech. Usiadła i rozejrzała się po pomieszczeniu. Współlokatorka wciąż jeszcze spała, a to przecież ona wróciła później. Spojrzała na zegarek, była dziewiąta, śniadanie podają do dziesiątej, więc jeśli się pospieszy, zdąży. Wyskoczyła z łóżka i pobiegła do łazienki. Po piętnastu minutach była już gotowa do wyjścia. Ostatni raz spojrzała jeszcze na Vivienne, ale ta nawet nie drgnęła. Wyszła po cichu, zamykając drzwi i udała się do restauracji. Na sali nie było zbyt wiele osób, pewnie większość odsypiała nadal wczorajszy bal. Jej wzrok zatrzymał się na długiej, blond czuprynie.

- Dzień dobry. Widzę, że nasz przyjaciel, tak samo, jak Vivienne, jeszcze śpi.

Uśmiechnęła się, a mężczyzna spojrzał na nią i wyszczerzył zęby.

- A już myślałem, że skazany jestem na samotny posiłek. Próbowałem obudzić Marco, ale on tylko przekręcił się na drugi bok. Zważywszy na to, o której wrócił do kajuty, byłem pewien, że ty także śpisz jeszcze w najlepsze.

- No to masz niespodziankę.

Usiadła obok niego, a kiedy podszedł kelner zamówiła jajecznicę, tosty i kawę. Czekając na posiłek popatrzyła zaciekawiona na towarzysza.

- Szybko wczoraj poszedłeś?

- Kiedy tylko upewniłem się, że nie będziesz podpierać ścian, przez mojego upartego kolegę.

Pokazał białe, idealnie równe zęby.

- Cieszę się, że w końcu jednak zatańczył. - Na jej twarzy pojawiło się lekkie rozmarzenie.

- Bez małej pomocy z mojej strony by się nie udało - zaśmiał się. - Musiałem postawić go pod ścianą, inaczej nic by z tego nie wyszło.

- Racja. Dziękuję.

Kiwnęła głową, stawiającemu przed nią jedzenie kelnerowi. Następne minuty upłynęły w ciszy, każde delektowało się swoim śniadaniem. Skończywszy stwierdzili, że pójdą teraz w swoją stronę. Sol postanowiła udać się do biblioteki. Zadziwiające, jak wiele rzeczy się tutaj znajdowało. Była restauracja, sala balowa, bar, biblioteka, a nawet salon zabaw i gier. Wszystko, co mogłoby umilić przeprawę płynącym. Była zachwycona tą wycieczką, szkoda tylko, że trwa tak krótko, a efekt końcowy wcale nie musi być zadowalający. Ciekawe jak przebiegnie spotkanie ze starszyzną. Miała nadzieję, że nie odeślą Marco, nie chciała obok siebie nikogo innego. Przyłapała się na tym, że zamiast czytać, od dłuższego czasu wpatruje się tępo w tą samą kartkę. Potrząsnęła głową i skupiła się na lekturze. Tak znalazł ją czarnowłosy. Siedziała z podkulonymi nogami na kanapie, pogrążona w lekturze. Podszedł do niej i pocałował w czoło.

- Cześć. - Uśmiechnęła się. - Jak spałeś?

- Dobrze, zważywszy na to, że nie było cię obok mnie.

Uroczo się zarumieniła.

Spędzili resztę dnia we czwórkę, korzystając ze wszystkich dostępnych atrakcji. Wieczorem organizowali karaoke, ale wspólnie stwierdzili, że lepiej skorzystać z ostatnich chwil na spokojny odpoczynek. Kiedy wysiądą w Seydisfjördur, nie będą mieli już ku temu okazji. Czekała ich kolejna przeprawa, tym razem przez dzikie ostępy, i mogło nie być tak łatwo jak do tej pory. Pożegnali się zatem przed drzwiami i udali na spoczynek.

 

***

 

W nocy obudził ich sztorm. Przerażona Sol nie wiedziała co się dzieje. Cały statek gwałtownie się kołysał, walizki pozostawione pod ścianą przechylały się to na jedną, to na drugą stronę, jeżdżąc po całej podłodze. Usłyszała w głośnikach głos kapitana:

- Witam wszystkich serdecznie, napotkaliśmy niewielkie trudności w postaci burzy. Nie ma powodu do niepokoju, wszystko jest pod kontrolą. Nasz sterownik, właśnie kieruje prom na bezpieczne wody. Proszę pozostać w kabinach i zachować spokój.

Popatrzyła w stronę Vivienne. Zauważyła, że siedzi przerażona na koi, kurczowo trzymając jej brzegów.

- Nic ci nie jest? - Spytała.

- Nie, nic. Jak myślisz, kiedy to się skończy?

- Nie mam pojęcia - odparła.

Wstała niepewnie na nogi i ruszyła chwiejnie w stronę współlokatorki. Mało się nie przewróciła, kiedy jeden z bagaży zjechał wprost na nią, ale udało jej się utrzymać równowagę. Dotarła do Vivienne i usiadła obok, obejmując ją i próbując dodać otuchy. Tamta odwzajemniła uścisk i trwały tak, próbując razem jakoś przetrwać nawałnicę. Ze strachem zauważyły, że pogoda wcale się nie uspokaja, wręcz przeciwnie. Słychać było grzmoty i przeraźliwie wyjący wiatr. Przez okienko widziały strumienie przelewającej się wody, a ciemność co raz rozjaśniał błysk pioruna. Prom coraz bardziej się przechylał i miały wrażenie, że zaraz się przewróci. Nagle drzwi otworzyły się z hukiem, a one krzyknęły.

- Nic wam nie jest?! - Usłyszały prawie obłąkany ze strachu, głos Marco. - Sol? Sol, żyjesz?!

- Tak, jesteśmy całe! - odpowiedziała, przekrzykując hałas. Momentalnie znalazł się przy nich przytulając z ulgą ukochaną. W drzwiach, przytrzymując się framug, stał Gabriel.

- Słuchajcie, nie jestem pewien, czy załodze uda się ocalić statek - powiedział, mając nadzieję, że nie wywoła to u nich paniki. Jakby na dowód jego słów, usłyszały dźwięk z megafonu.

- Mówi kapitan, prosimy wszystkich pasażerów o nałożenie kamizelek ratunkowych. Proszę się nie martwić, wszystko jest pod kontrolą. Do każdej kabiny zajrzy nasz pracownik, żeby sprawdzić czy wszystko jest w porządku i odpowie na ewentualne pytania.

Dziewczyny popatrzyły przerażone po sobie, a następnie na mężczyzn. Marco szybko znalazł kamizelki i podał kobietom, a następnie sam włożył jedną i dał kolejną Gabrielowi. Nagle blondyn się odezwał.

- Słuchajcie, muszę coś z tym zrobić. Jeżeli tak dalej pójdzie zatoniemy.

- Ale co ty możesz zrobić, przecież... - w słowo wszedł jej czarnowłosy.

- Nawet się nie waż, to zbyt niebezpieczne, słyszysz?! Załoga sobie poradzi i... - ale tamten już go nie słuchał, tylko pobiegł na zewnątrz. - Stój! - Wyzywając od durni i klnąc, ruszył za nim. Sol popatrzyła zdumiona na Vivienne.

- Gdzie oni poszli?! Przecież mogą zginąć!

- Jeszcze nie poznałaś umiejętności Gabriela, prawda? No cóż, teraz będziesz miała okazję zobaczyć co potrafi - odparła z uśmiechem.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (3)

  • Vespera 4 miesiące temu
    Bardzo fajnie wyszedł ten odcinek, cieszy mnie, że Vivienne nie zostanie na zawsze stereotypową wredną jędzą, i że można się z nią dogadać.
  • DarthNatala 3 miesiące temu
    Kocham cię normlanie "czuła jawny dowód jego pożądania" :D
  • Tooyaa 3 miesiące temu
    Zawsze do usług :D

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania