Klejnot Serca - rozdział 5

Rozdział 5

 

Podeszła bliżej, a jej serce z każdym krokiem biło coraz szybciej. Nadzieja w nią wstąpiła, a na ustach pojawił się mimowolny uśmiech ulgi i radości. Czyżby w końcu pojawił się Marco? Zbliżyła się z duszą na ramieniu, gotowa przepraszać ile wlezie i obiecywać, że więcej nie zachowa się tak nieodpowiedzialnie. Jednak z kolejnym krokiem zdała sobie sprawę, że to nie on, a rozczarowanie, które nią ogarnęło mało nie sprawiło, że zaczęła płakać.

- Rozumiem, że spodziewałaś się kogoś innego? - odpowiedział mężczyzna.

Wyglądem przypominał Marco, ten sam niesamowity odcień skóry, spiczaste uszy, i wysoki wzrost. Jednak na tym kończyły się podobieństwa. Stojący przed nią chłopak, miał długie sięgające prawie pasa blond włosy i szare, przypominające pochmurne niebo, oczy. Miał na sobie ubranie, które normalnie sprawiłoby, że pomyślałaby, że urwał się z zakładu dla psychicznie chorych. Długa do kostek biała szata, z rękawami sięgającymi nadgarstków, a na nogach sandały. Czy on nie marznie? Przecież jest listopad!

- Czego chcesz? - warknęła

- Jesteśmy nie w humorze? - Na jego twarzy widniał pewny siebie uśmiech, zajmujący większą część twarzy. Widząc to miała ochotę mu przyłożyć - Przysłał mnie Marco...

- Nie mógł sam się pofatygować, tylko wysłał jakiegoś podnóżka? Nie jestem zainteresowana tym, co masz mi do powiedzenia. Albo przyjdzie sam, albo niech spada - warknęła, chcąc go wyminąć, ale nieznajomy zagradzał jej drogę, na dodatek wybuchł głośnym śmiechem, który tylko bardziej ją zirytował.

- Mówił, że masz cięty język i nie dasz się łatwo podejść.

- A gdzie on właściwie jest? - Założyła ramiona przed sobą, nie zamierzając mu czegokolwiek ułatwiać.

- Tego niestety nie mogę ci powiedzieć, ale kazał przekazać, że przeprasza i że przybędzie najszybciej, jak będzie to tylko możliwe.

- Skąd mam wiedzieć czy mówisz prawdę?

Znów się roześmiał.

- Że jesteś podejrzliwa też mówił. Na dowód dał mi to...

Wysunął rękę na której znajdował się niewielki przedmiot. Był to, mały, cały zrobiony z kryształu, biegnący koń. Był tak precyzyjnie wykonany, że widać było grę mięśni pod skórą, fale pięknej długiej grzywy, rozwiewanej przez wiatr, a oczy wyrażały szczęście i wolność. Jak martwa rzecz mogła tak wiele wyrażać, nie wiedziała, ale patrzący miał wrażenie że rumak zaraz parsknie i ruszy galopem przed siebie. Oczy Sol napełniły się łzami. Przypomniała sobie, jak któregoś wieczoru, kiedy oboje leżeli na swoich posłaniach, opowiedziała mężczyźnie jak bardzo kocha te zwierzęta i jak chciałaby mieć stajnię, ale rodziców nigdy nie byłoby na to stać. Zapamiętał to, a dowód leżał teraz w jej dłoni.

- Moglibyśmy wejść do środka? Jest trochę zimno... - Przestąpił z nogi na nogę, pocierając dłońmi ramiona.

- Właśnie, dlaczego jesteś tak dziwnie ubrany? Nie wiesz, że mamy już listopad?

- U nas cały czas jest ciepło, takie stroje, to normalność. Mają również różne kolory, długość rękawów, są nawet dwuczęściowe składające się z koszulki i spodni.

- Kiedy poznałam twojego kolegę, był normalnie ubrany, a nie w to coś .- Wskazała z odrazą na jego szatę. - Wyglądasz jakbyś wyszedł z zakładu zamkniętego.

- Nasz przyjaciel przez dłuższy czas przebywał w świecie ludzi, dlatego musiał przystosować ubiór do panującej tu pogody, no i żeby zbytnio się nie wyróżniać.

- Dlaczego ty się nie przebrałeś?

- Chciałem jak najszybciej tu dotrzeć, Marco powiedział, że grozi ci niebezpieczeństwo, więc nie traciłem czasu na przebieranki, ale już trochę zmarzłem, więc może jednak wpuścisz mnie do domu?

Westchnęła ciężko, ale jaki miała wybór? Sięgnęła do klamki, dodając jeszcze tylko:

- Dobra, tylko stań się niewidzialny, bo nie chcę, żeby rodzice cię zobaczyli.

- Ale ja nie posiadam tej umiejętności - rzekł z zakłopotaniem.

- Jak to nie posiadasz?! - Spojrzała na niego z zaskoczeniem. - Myślałam, że to u was normalne!

- Nie wszyscy to potrafią, mamy różne zdolności. Ja na przykład potrafię przenosić przedmioty siłą umysłu, ale nie potrafię zniknąć.

- Do diabła! To jak ty sobie to teraz wyobrażasz? Przecież nie powiem rodzicom - Hej to jest facet który od teraz będzie u nas pomieszkiwał, bo grozi mi niebezpieczeństwo i musi mnie chronić, ale nie martwcie się, będzie spał w moim pokoju, więc nawet go nie zauważycie!

- No nie wiem. - Potargał włosy ze zdenerwowaniem. - Nie możesz jakoś mnie przemycić? - spytał niepewnie.

- Nie mogę! Mama z tatą prędzej czy później się zorientują, a wtedy będę miała przechlapane. Zaraz. - Wpadła na genialny pomysł. - Suzanne!

- Kto?

- To moja przyjaciółka. Jej rodzice przeprowadzili się do miasta, a starszy brat wyjechał na studia do Oslo i tam już został. Teraz mieszka sama, więc może cię wziąć do siebie i nikt tego nie zauważy. Jakby się ludzie pytali, to można powiedzieć, że odwiedził ją jakiś bardzo daleki kuzyn. Tak!

- Czekaj, jestem tu po to, żeby cię chronić. Nie mogę mieszkać sobie gdzieś indziej i cię tu zostawić. Nie masz stodoły czy coś? Dałabyś mi jakieś ciuchy i koc do przykrycia i mógłbym tam przebywać niezauważony.

- A widzisz tu jakąś stodołę? - Chłopak się rozejrzał. Zauważył tylko sad, ogród, który w tej chwili wyglądał raczej jak suchy, pożółkły obraz rozpaczy i kilka metrów dalej, składzik. Wszystko razem z domem, otoczone było białym płotem, natomiast nic, co chociaż w przybliżeniu przypominałoby stodołę.

- No nie - rzekł z rezygnacją.

- Poza tym pod kocem to byś zamarzł, w nocy temperatura spada poniżej zera. W tych twoich ciuszkach, zanim nastałby ranek leżałbyś już sztywny.

- Ale nie mogę cię zostawić, muszę być przy tobie i...

- Żadnych ale. Dom Suz jest niedaleko, więc w razie czego będziesz miał blisko. Nie ma innego miejsca, gdzie mógłbyś się zatrzymać, więc przestań narzekać. - Zakończyła rozmowę, po czym zdecydowanym krokiem ruszyła na ulicę.

Chłopak zrezygnowany powlókł się za nią. Boże co za baba! Jeszcze się nie spotkał z kimś tak denerwującym i jednocześnie uroczym i delikatnym. Do tego wszystkiego strasznie lubiła się rządzić. Marco, ty stary draniu, w co ty mnie wpakowałeś?

Po czasie nie dłuższym niż pięć minut, stanęli przed domem jej znajomej. Miał on dwa piętra, ściany pomalowane na pistacjowy kolor i wejście z werandą, na której stała huśtawka i stolik z krzesłami. Całokształt sprawiał, że człowiek patrząc na niego widział w nim dużą rodzinę, która co wieczór siadałaby na ganku, opowiadając sobie nawzajem, jak im minął dzień. Dzieci by się bujały, a rodzice i dziadkowie rozmawialiby przy kawie i ciasteczkach. Aż szkoda, że mieszka tu tylko jedna osoba - pomyślał. Drzwi otworzyła im młoda dziewczyna. Wysoka, szczupła, miała długie, kasztanowe włosy, które spływały miękko na jej plecy, a błękitne oczy były niczym czyste, nieskażone niebo. Sol chyba zauważyła, że się w nią wpatrywał, bo chrząknęła znacząco i zaczęła mówić.

- Przyszłam z gościem, zaprosisz nas do środka?

- Jasne, wejdźcie - powiedziała i przesunęła się, żeby zrobić im przejście. Chyba dopiero teraz zauważyła obcego, bo na jego widok, ze zdziwienia otworzyła szeroko oczy. - R-rozgośćcie się proszę - rzekła zmieszana. Zdjęli buty w przedpokoju i weszli do salonu. Był on gustownie i wygodnie urządzony. Pierwsze co rzuciło się w oczy, to wielki telewizor plazmowy, na przeciwko niego znajdowała się kremowa, wygodna sofa, a przy niej szklany stolik. Pod oknami stały wysokie kwiaty doniczkowe, a całość sprawiała przytulne wrażenie.

- Może zrobić wam coś do picia? - Nie czekając na odpowiedź, mówiła dalej .- Mam nadzieję, że się nie obrazisz... - popatrzyła na niego pytająco.

- Gabriel.

- ...Gabrielu, jeśli porwę na chwilę Sol, żeby mi pomogła?

- Oczywiście że nie, nie przeszkadzajcie sobie.

- Wspaniale – rzekła z uśmiechem, a następnie pociągnęła za rękę, ociągającą się przyjaciółkę. Kiedy weszły do kuchni, zaczęły się pytania.

- Matko, kto to jest? - wyszeptała i nie czekając na jej odpowiedź ciągnęła dalej. – Skąd ty wytrzasnęłaś tego przystojniaka? Wygląda jakby się urwał z choinki, co to za strój no i skąd go znasz? - Pytała z przejęciem, wlewając wodę do czajnika.

- Podobno jest znajomym Marco. Przysłał go, żeby mnie chronił, bo sam nie mógł przybyć.

- Wierzysz mu?

- Tak, pokazał mi dowód.

- Wierzytelny?

- Tak. W każdym razie nasz drogi nowy znajomy, w przeciwieństwie do Marco, nie potrafi stawać się niewidzialny, więc nie ma mowy, żeby był u mnie w domu. Czy mógłby zostać u ciebie? Proszę. Nie mam co z nim zrobić, rodzice nie mogą się o niczym dowiedzieć, a tym masz całą chatę wolną. Zgodzisz się? Jakby ktoś pytał, to można powiedzieć, że to twoja daleka rodzina.

- Pytasz czy się zgodzę na to, żeby zamieszkał u mnie najbardziej niesamowity facet jakiego widziałam w życiu? - Zapiszczała z podekscytowania.

- No w sumie, to tak - odpowiedziała z uśmiechem

- Pewnie, że może, ale nie w tym stroju, bo jak go ktoś zobaczy to jeszcze wezwie kaftaniarzy*.

- To samo mu mówiłam. Powiedział, że w jego świecie taki strój to normalka. Zostały u ciebie jakieś rzeczy po Dougu? Może coś z tego, byłoby na niego dobre.

- Po moim bracie? Może by się coś znalazło, są w sumie podobnego wzrostu, więc mogłyby pasować - odparła zamyślona, już przebierając w myślach ubrania, które leżały na strychu.

- Byłoby świetnie, bo przecież nie może paradować w tej "sukience".

Usłyszały gwizd czajnika, zalały herbatę i wróciły do salonu.

- Gabriel, Suzanne zgodziła się żebyś tu został. Masz się dobrze zachowywać i słuchać co mówi.

- Co ja jakieś dziecko jestem? Myślisz, że nie wiem co należy? - spytał ze złością.

- Może i wiesz, ale twój świat trochę różni się od naszego, dlatego w niektórych sprawach trzeba cię uświadamiać. Na początek należy znaleźć ci nowe ubranie, nie możesz paradować w tym stroju po wiosce. Potem obetniemy ci włosy, z takimi zbytnio się wyróżniasz i...

- Nie! - krzyknęli jednocześnie Suzanne i Gabriel. Przyjaciółka zaczerwieniła się, a chłopak patrzył na nią z ogniem w oczach.

- Nie ma najmniejszych szans, żebym ściął włosy!

- No dobrze - westchnęła Sol. - Ale trzeba będzie je jakoś ułożyć, albo chować, tak, żeby nie rzucały się w oczy, inaczej wszyscy będą mówić tylko o tobie.

- Ok – burknął. - Związywać je mogę.

- Świetnie. - Uśmiechnęła się. - Teraz więc czas na zmianę stroju.

Przyjaciółka zabrała ich na strych, gdzie leżały wszystkie rzeczy, pozostałe po ojcu i bracie. Biedny chłopak musiał przebierać się kilkanaście razy, zanim dziewczyny wybrały kilka strojów, w których mógłby chodzić. Kiedy się im pokazywał chichotały i kazały się obracać, żeby móc go dokładnie obejrzeć. Czuł się jak rzecz, która jest oceniana i poddawana dogłębnej analizie. W końcu się zbuntował.

- Nie będę dłużej dostarczać wam rozrywki – warknął. - Przymierzyłem już tyle rzeczy, że te co wybrałyście w zupełności wystarczą. Dosyć tej zabawy.

- No dobra, masz już koszulki, bluzy i spodnie teraz tylko została kwestia butów - powiedziała Sol.

- Masz dosyć duże stopy, nie wiem czy buty mojego brata będą na ciebie dobre.

Były lekko ciasne, ale musiały wystarczyć. Wykończony chłopak mógł w końcu odpocząć. Suzanne pokazała mężczyźnie pokój, w którym miał zamieszkać. Był niewielki, ale znajdowało się w nim wszystko co potrzebne. Szafa na ciuchy, stolik nocny i duże łóżko, a na podłodze leżał puszysty dywan.

- Dziękuję za wszystko – powiedział zażenowany

- Nie ma za co – odpowiedziała rozpromieniona dziewczyna.

Zeszli z powrotem do salonu i wypili, wystygłą już herbatę. Sol, stwierdzając że nie ma tu już nic do roboty, pożegnała się i wyszła, zostawiając ich samych. Wiedziała że przyjaciółka dobrze zajmie się przybyszem. Uśmiechnęła się sama do siebie i ruszyła w drogę do domu.

 

***

Drrrrryń – obudził ją znajomy dźwięk. Sięgnęła ręką i wyłączyła budzik. Była piąta rano, a ona musiała, najpóźniej za dwadzieścia szósta, wyjść z domu. Jeszcze poleży chociaż z pięć minutek. W końcu świat się od tego nie zawali, a jej tak bardzo nie chciało się wstawać. Przez trzy tygodnie zdążyła odzwyczaić się, od podnoszenia z łóżka wcześniej niż przed dziesiątą. Tym bardziej, że nigdy nie była rannym ptaszkiem. Powiedzenie "Kto rano wstaje temu Pan Bóg daje" nigdy do niej nie przemawiało, już prędzej " Kto rano wstaje, ten się nie wysypia". Za to wieczorem mogła nie spać do bardzo późna i w ogóle nie była zmęczona. Uwielbiała też spacery w środku nocy, przy towarzystwie jasno świecącego księżyca. Ale poranki? Tych nienawidziła. Gdyby mogła, zakazałaby pracy i zajęć zaczynających się przed południem. Westchnęła.

- Czas wstawać - powiedziała sama do siebie i zaczęła się szykować.

Na szczęście nigdy nie należała do osób, które przed wyjściem muszą się przygotowywać co najmniej godzinę. Wystarczyło jej piętnaście minut na ubranie się i umalowanie, około dziesięciu na śniadanie i była gotowa. Zastanawiała się jak Gabriel spędził czas u przyjaciółki. Ciekawa była co teraz robi.

Mam nadzieję, że nie wystaje pod domem, żeby mnie pilnować - pomyślała i wyjrzała z obawą na dziedziniec. Nie życzyła sobie, żeby ten pseudo anioł (jak go w myślach nazywała, gdyż jego szata oraz blond włosy właśnie tą postać przywodziły jej na myśl) - łaził za nią krok w krok. Jeszcze tylko tego brakowało. Miała wystarczająco problemów, bez chodzącego za nią jak cień "ochroniarza". Wyszła z domu, zamykając za sobą po cichu drzwi i idąc, prawie że na palcach, do furtki. Tak jakby miał mnie usłyszeć z domu Suzanne - zachichotała na myśl o własnej głupocie.

- Wybierasz się gdzieś? - Słysząc niespodziewany głos, aż podskoczyła z wrażenia.

- Matko boska! Chcesz mnie przyprawić o zawał serca?! I co ty tutaj w ogóle robisz?!

Zauważyła, że Gabriel ubrany dziś był w spodnie jeansowe, biały podkoszulek i tweedową marynarkę, na nogach włożone białe adidasy, a przez ramię przewiesił kurtkę. Włosy związane w kucyk, na którego długości znajdowało się kilka czarnych gumek, wyglądały w porządku. „Przynajmniej nie nałożył tej swojej obciachowej sukienki.”

- Jak to co? Pilnuję żebyś nie zrobiła nic głupiego, a patrząc na ciebie widzę, że mam całkowitą rację.

- Nie będziesz za mną chodził! Mam prawo iść tam gdzie chcę!

- Oczywiście, że tak. Przecież nie możesz całe życie siedzieć w domu. Nie myśl jednak, że po ostatnich wydarzeniach pozwolę ci iść gdziekolwiek samej.

- Chyba żartujesz!

- Ani trochę. Przyrzekłem Marco, że będę cię strzegł i nie mam zamiaru złamać danego słowa.

- Może do łazienki też będziesz za mną łaził?!

- Bez przesady. W końcu w domu jesteś bezpieczna, chyba że sama zagrozisz swojemu bezpieczeństwu, wpadając na jakąś szafkę - rzekł z bezczelnym uśmiechem.

- Oż ty, ty... - zabrakło jej słów z oburzenia. – Ty zarozumiały, bezczelny, zadufany w sobie pacanie! - Powiedziawszy to, ruszyła z gniewem do bramy, a następnie drogą na uczelnię.

- Może powiesz mi chociaż gdzie się wybierasz? - Z jej gardła wyrwał się jakiś nieartykułowany dźwięk. - No dobrze, skoro nie chcesz. - Powiedział z uśmiechem i dołączył do niej.

Co za palant. - Myślała Sol. - Arogancki, irytujący, wyzywający i prowokujący drań! Za kogo on się do licha uważa?

Szła wściekła przed siebie nie oglądając się na tamtego i nie rozglądając na boki. A widok był naprawdę piękny. Wschodzące słońce oświetlało góry, a śnieżne szczyty mieniły się w słońcu piękniej niż diamenty. Świeże, mroźne powietrze, rozwiewało delikatnie włosy, a spacer umilał śpiew ptaków. Wszystko to tworzyło niesamowity efekt i gdyby dziewczyna nie była taka zła, na pewno rozkoszowałaby się tą wspaniałą atmosferą. „Nawet to potrafi mi zepsuć i jeszcze idzie sobie zadowolony jakby nigdy nic!” Postanowiła się do niego nie odzywać. Niech sobie robi, co chce i ona też będzie. Nie pozwoli, żeby przeszkodził jej w planach. Najwyżej będzie stał na mrozie pod szkołą cały dzień. - Dumała mściwie, uśmiechając się przy tym z zadowoleniem. Może to go czegoś nauczy.

W końcu dotarli do miasta, a potem pod uczelnię. Weszła do środka nie zważając na to, że zaczął coś do niej mówić. Po prostu będzie go ignorować, to najlepsze rozwiązanie. Znalazła się w sali, w której miały zacząć się zajęcia z anatomii i zajęła swoje miejsce. Już się na nie cieszyła. Może i nie miała przyjaciół w szkole i nie była zbyt lubiana, ale od zawsze chciała zostać weterynarzem i nic jej w tym nie przeszkodzi. Jak już sobie coś obrała za cel to zawsze go osiągnęła. Zobaczyła jedną z dziewczyn, która może jej nie lubiła, ale też nie traktowała z pogardą i jawną niechęcią. Kiedy usiadła przed nią, pochyliła się i dotknęła jej ramienia, a gdy się odwróciła, zapytała.

- Hej, wiem że nie znamy się zbyt dobrze, ale nie było mnie przez prawie trzy tygodnie i mam straszne zaległości. Czy mogłabyś pożyczyć mi swoje notatki, żebym mogła je przepisać?

- Kojarzę ciebie, to ty jesteś tą co mieszka niedaleko Å .

- Tak. To co, pożyczysz? Za niecałe dwa miesiące sesja, a ja nie mam sporej ilości materiałów przez tą nieobecność.

- No dobra, tylko przynoś mi te, z których akurat będą zajęcia, żebym sama potem nie musiała przepisywać.

- Nie, no jasne, postaram się jak najszybciej to skończyć i ci oddać. Dzięki. - umilkła gdyż wykładowca pojawił się w sali i zaczął wykład.

Mniej więcej w połowie, w sali pojawił się zastępca dziekana.

- Dzień dobry panie Larsen. Chciałbym panu na chwilkę przerwać, mogę?

- Oczywiście, proszę bardzo.

- Pojawił się u mnie pewien młody człowiek i twierdzi, że rozważa możliwość zapisania się na naszą uczelnię. Jednak przed podjęciem ostatecznej decyzji, chciałby bliżej poznać naszą instytucję. Zgodziłem się żeby przez jakiś czas pochodził na nasze zajęcia i zapoznał się z programem nauczania oraz możliwościami jakie daje studentom nasza szkoła

Sol jęknęła w duchu, boże to chyba nie jest...

- To jest Gabriel, poinformowałem już innych wykładowców, więc... - Zwrócił się do studentów. - Mam nadzieję, że przywitacie go serdecznie i oprowadzicie po budynku.

 

Sol myślała, że zaraz chyba zwariuje. Jak mu się to udało?! Chce zapisać się na uczelnię? Dobre sobie. Czy on ani na chwilę nie da jej spokoju? Zauważyła jak dziewczyny z sali piszczą na jego widok i zachęcają, żeby usiadł przy nich. Pomyślała z rozbawieniem, że wyglądają jak jakieś zagorzałe fanki na koncercie, które mało nie ściągną staników, żeby tylko zwrócić na siebie uwagę idola. Chłopak przeszukał wzrokiem salę, a gdy się na nią natknął, ruszył w jej kierunku, następnie usiadł tuż obok. No ładnie, teraz znienawidzą mnie jeszcze bardziej - pomyślała, zauważając wściekłe spojrzenia "koleżanek".

- Co tutaj robisz?! - wycedziła cicho, akcentując dobitnie każde słowo.

- Jak to co? - Odpowiedział szeptem. - Przecież mówiłem ci, że będę cię chronił.

- A co takiego może się tu stać? Zaatakuje mnie wściekła jaszczurka? - powiedziała, patrząc na stojące niedaleko terrarium, z ulubieńcem profesora. Milusiński nazywał się Pan Ząbek. Był to sporej wielkości, gekon, a nazwę swą zawdzięczał dość dużym i ostrym zębom. Jednak wszyscy nazywali go "zafajadaniec", bo obsrywał każdego, kto brał go na ręce.

- Kto wie, co może się zdarzyć – powiedział szczerząc zęby.

Przez cztery wykłady nie odezwała się do niego już ani razu, jednak jemu to najwidoczniej nie przeszkadzało. Ciągle do niej gadał, nie zważając na to, że mu nie odpowiada. Łaził za nią na przerwach i czekał pod łazienką. Jednym słowem doprowadzał do szału. W czasie okienka podeszła do niej najbardziej znienawidzona dziewczyna z zajęć - Heather. Gabriel akurat był w tym czasie w toalecie. Dzięki ci panie boże za potrzeby fizjologiczne, więc miała chwilę wytchnienia. Heather razem ze swoją świtą, składającą się z czterech wiecznie ją nieodstępujących koleżanek, zawsze ją wyśmiewały, lub próbowały poniżyć. Przywódczyni zagadnęła:

- Ty ruda, ten nowy to twój chłopak?

- A co cię to obchodzi? - spytała, patrząc na ścianę i nie zamierzając okazywać choć najmniejszej oznaki uprzejmości.

- Bo ciągle łazi za tobą, więc myślałyśmy, że może jesteście razem czy coś.

- Nie jesteśmy, skoro już zaspokoiłyście swoją ciekawość, to możecie wrócić do swoich, jakże inteligentnych zajęć - odparła z sarkazmem, mając nadzieję, że dziewczyna wreszcie się odczepi i da jej spokój, jednak się przeliczyła. Wiedziała, że nie jest zbyt inteligentna, ale halo, niektóre niuanse potrafią zrozumieć nawet najbardziej tępi.

- Słuchaj... - Sol spojrzała wreszcie na nią, zaciekawiona tak nietypową dla niej tonacją głosu. Chyba pierwszy raz widziała, żeby ta dziewczyna się zmieszała! - Poznasz nas z nim?

- Mam was zapoznać? - Zdziwiła się, nie mogąc ukryć satysfakcji płynącej z jej niepewności. - Nie sądzę żeby... - zaczęła, jednak nagle wpadła na szatański pomysł. Wreszcie będzie miała okazję odegrać się na nieznośnym blondynie. - W sumie, czemu nie. - Powiedziała z uśmiechem, po czym podprowadziła dziewczyny pod męską toaletę i poczekała, aż pojawi się "kolega".

- Dziewczyny to jest Gabriel. Szczerze mówiąc, właśnie potrzebuje dziewczyny, bo strasznie cierpi po zerwaniu z poprzednią i marzy wręcz o jakiejś miłej osóbce, która ukoiła by jego serce.

W tym momencie wszystkie dziewczyny rzuciły się w jego kierunku przekrzykując się nawzajem i próbując zwrócić na siebie jego uwagę. Z zadowoleniem popatrzyła na chłopaka, który w tej chwili miażdżył ją spojrzeniem. Uśmiechnęła się do niego szeroko, a następnie odeszła w swoją stronę.

Znacznie później, siedząc na kolejnej lekcji, wciąż uśmiechała się sama do siebie. Zemsta jest słodka, pomyślała, patrząc na dziewczyny, które przybierały zalotne pozy oraz uśmiechały się zachęcająco, za każdym razem, kiedy wzrok Gabriela pokierował się w ich stronę.

- Zapłacisz mi za to, wiesz? - usłyszała tuż przy uchu.

- Ale za co? - Popatrzyła na niego niewinnym wzrokiem. - Nie mów, że nie podoba ci się życie studenckie? - powiedziała z szerokim bananem na twarzy. - Może chciałbyś zrezygnować?

- Nie myśl, że tak łatwo się mnie pozbędziesz.

Uśmiech zniknął z jej twarzy.

- A ty nie myśl, że będziesz kontrolował moje życie! - powiedziała ze złością.

- Jeszcze się przekonasz, że to co zaznałaś do tej pory z mojej strony, to jest pikuś w porównaniu z tym, co teraz ci zgotuję - przemówił z mściwą satysfakcją w głosie.

Słysząc to, przeszedł ją lekki dreszcz, jednak już nic się nie odezwała, tylko skupiła swoją uwagę na wykładzie. Na szczęście była to już ostatnia dwugodzinna lekcja, więc od razu po niej, mogła udać się do domu. Było już ciemno, a temperatura spadła poniżej zera. Nie chciała mocno zmarznąć, więc ruszyła szybkim krokiem w drogę powrotną. Znów szli w całkowitym milczeniu, więc Sol miała czas na to, żeby porozmyślać. Przypomniało jej się jak znalazła klejnot. Minęły dopiero trzy tygodnie, a jej się zdawało jakby trzy miesiące. Moment kiedy poznała Marco i czas który spędzali razem. Tęskniła za nim. Dlaczego ten jego niby kolega, nie chce jej powiedzieć gdzie on jest i co się z nim dzieje? Przecież miała prawo wiedzieć. W końcu to on był tu pierwszy, opiekował się nią, a potem uratował jej życie. Właściwie, to zrobił to dwukrotnie. Musi się od niego czegoś dowiedzieć, ale zdecydowanie nie będzie go teraz wypytywać. W takim nastroju na pewno nic jej nie powie i jeszcze specjalnie ją rozdrażni. Musi postarać się go jakoś udobruchać, a wtedy może coś jej wyjawi. Chociaż patrząc w chwili obecnej na jego twarz, nie wiedziała czy jej się to kiedykolwiek uda. Był wściekły, ale było warto. Chociażby dla zobaczenia jego miny kiedy był taki oblegany. Uśmiechnęła się na samą myśl.

Droga minęła szybko i wreszcie znaleźli się pod jej domem.

- Wracam teraz do Suzanne. Lepiej, żebyś nie próbowała żadnych sztuczek - warknął.

- Nie martw się, nie zamierzam wybierać się gdzieś w środku nocy.

- Mam nadzieję – powiedział, patrząc na nią nieufnie i zastanawiając się, czy mówi prawdę.

- Serio, mam mnóstwo notatek do przepisania. Pewnie do północy będę siedzieć i pisać – rzekła z rezygnacją.

Chyba w końcu jej uwierzył, bo pożegnał się i ruszył w stronę domu jej przyjaciółki. Swoją drogą skąd on wiedział, że będzie chciała rano wyjść? Nie mówiła Suz, że wybiera się na uczelnię, a szczerze wątpiła, czy stał całą noc i jej pilnował. W takim razie skąd? Nie miała pojęcia. Była to kolejna zagadka do odgadnięcia. Wchodząc do środka, podświadomie zauważyła, że coś jest nie tak. W domu panowała kompletna cisza. Czyżby rodzice gdzieś wyszli? - zastanawiała się, ale gdyby tak było, zostawili by dla niej kartkę na lodówce, a żadnej nie było. Wchodząc po schodach zajrzała do ich sypialni i ze zdumieniem stwierdziła, że śpią.

- Czyżby wrócił Marco? Z podekscytowania i radości mało się nie przewróciła, kiedy pędem ruszyła do swojego pokoju. Jednak to co tam ujrzała sprawiło, że w jej oczach pojawiło się przerażenie, a w gardle uwiązł krzyk.

 

*kaftaniarzy – potocznie ludzi, którzy przyjeżdżają po psychicznie chorych i zakładając im kaftan bezpieczeństwa, odwożą do zakładu psychiatrycznego.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (3)

  • Cicho_sza 4 miesiące temu
    Kolejna przyjemna część, ciekawie rozwijasz akcję 😉
  • DarthNatala 3 miesiące temu
    Ok na dzisiaj dotarłam tu. Fajnie się czytało. Zostawiam 5, w najbliższym czasie postaram się obczaić resztę.
  • Tooyaa 3 miesiące temu
    Witaj w gronie czytelników :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania