Klejnot Serca - rozdział 7 (fantasy, romans)

Rozdział 7

 

Marco! - Rzuciła się na niego z płaczem, przytulając najmocniej jak się dało. - Zdajesz sobie sprawę z tego, jak bardzo się o ciebie martwiłam?! Wszyscy się martwili. Byliśmy pewni, że tutaj umrzesz! Jak mogłeś nam to zrobić? Jak w ogóle to się stało? Dlaczego byłeś sam i nie poprosiłeś o pomoc?! - wykrzykiwała kolejne pytania z prędkością karabinu maszynowego, ze złością pomieszaną ze strachem, okładając go pięściami po klatce piersiowej, wyrażając tym całe przerażenie i niepewność z ostatnich kilku godzin.

- Ćśśś, już wszystko dobrze - rzekł, przyciągając ją do siebie i głaszcząc uspokajająco po włosach. Czuł jak drży w jego ramionach i czuł się winny, że naraził ją na to wszystko.

 

Jak on za nią tęsknił. Od czasu kiedy wyszedł tamtego dnia i ją zostawił, nie było minuty, żeby nie żałował, że tak to wtedy rozegrał. Nie było chwili, żeby o niej nie myślał, nie zastanawiał się co robi i nie widział jej w swojej wyobraźni. Miał ją przed oczyma, jej uśmiech, oczy, jakby stała tuż przed nim. Jednak los sprawił, że nie mógł wrócić. Po tym jak udał się od niej prosto do starszyzny, wysłali go na przeszpiegi do Sannitów. Miał dowiedzieć się czy ktoś jeszcze nie wie o miejscu przebywania klejnotu. Na początku wiedział, że nic jej się nie stanie gdyż bariera cały czas była ustawiona, ale miała swój limit, więc wysłał najlepszego przyjaciela, żeby się nią zaopiekował. Wiedział, że Gabriel zadba o nią i uchroni przed niebezpieczeństwem, oraz wybije jej z głowy wszelkie głupie pomysły. Wtedy właśnie został odkryty i napadnięty. Walka była długa, trwała kilka godzin, nie poddawał się, choć przeciwników było naprawdę wielu. Był już na granicy wytrzymałości, kiedy ostatkiem sił udało mu się zbiec i dotrzeć do Sol. Dopiero bliski śmierci uświadomił sobie co do niej czuł, kiedy jego jedynym pragnieniem było ujrzeć ją choć przez chwilę, ten ostatni raz, zanim odejdzie. W czasie gdy leżał nieprzytomny, cały czas czuł jej obecność, a łkanie sprawiało, że jego serce pękało z bólu. Chciał jej wyznać jak bardzo żałuje, że wtedy odszedł i nawet zdołał odzyskać na chwilę przytomność, ale najważniejszego nie powiedział. Potem zapadł w całkowitą ciemność i niczego już nie słyszał, do momentu, kiedy poczuł ciepło otulające jego ciało i ujrzał ukochaną pochylającą się nad nim i odwijającą bandaże.

- Nic nie jest dobrze! - krzyknęła, odrywając się od jego piersi i patrząc mu prosto w oczy, roziskrzonym od gniewu wzrokiem. Jej oczy były czerwone i opuchnięte, twarz mokra od łez, ale dla niego i tak była najpiękniejszym stworzeniem na ziemi .- Mało nie umarłeś i mówisz, że jest dobrze?! Jak to się w ogóle stało, że cię napadli? I to jeszcze aż tylu! Wątpię żeby normalnie poruszali się w takich grupach i...

- Zaraz, zaraz, poczekaj chwilę. - Zmarszczył brwi. - Skąd wiesz ilu ich było? Nie mów, że zjawili się tutaj za mną?! - Na myśl, co by się stało, gdyby tu za nim dotarli, gwałtownie poderwał się z łóżka. Więc to dlatego pozwolili mu uciec, żeby dowiedzieć się dokąd zmierza! Przyprowadził całą zgraję Sannitów prosto do Sol! Co za głupiec ze mnie, że o tym nie pomyślałem!

- Owszem, przyszli za tobą, ale już ich nie ma - odparła spokojnie jakby nigdy nic i popchnęła go z powrotem na poduszki.

- Jak to nie ma? Gabriel ma dużą moc, ale nie byłby w stanie sam ich pokonać. Nikt nie dałby rady samemu takiej watasze. Rozerwali by go na strzępy tak jak mnie, więc jakim cudem jeszcze żyjesz? - Dziewczyna wydawała się zmieszana, co jeszcze bardziej podsyciło jego ciekawość.

- To teraz jest nieważne, najważniejsze, że ich nie ma, koniec, kropka.

- Czekaj, ty coś kręcisz. Mów zaraz jak to się stało, że pokonaliście taką ilość Sannitów - próbował usiąść, żeby lepiej móc ją widzieć, ponieważ cały czas odwracała od niego wzrok i patrzyła gdzieś w bok, jednak nie pozwoliła mu na to, stanowczo kładąc go na pościeli.

- Mieliśmy pomoc, zresztą to bez znaczenia. Najistotniejsze jest tylko to, że nie żyją i nie stanowią już dla nas żadnego zagrożenia. Teraz ty wytłumacz mi jak to się stało, że znalazłeś się z nimi sam na sam.

- Zostałem wysłany przez starszyznę. Po ostatniej walce istniało ryzyko, że ktoś jeszcze wie o twojej pozycji, więc kazali mi udać się do ich świata i zorientować jakie informacje posiadają. W czasie rozpoznania zostałem odkryty i napadnięty. Udało mi się uciec, ale jak widać nie przypadkowo, ponieważ chcieli wiedzieć gdzie pójdę i co wiem, a ja byłem na tyle głupi, że przyprowadziłem ich prosto do ciebie - rzekł ze spuszczoną głową. Jego ramiona opadły, jakby wyleciało z niego całe powietrze i chęć do życia. Widać było, że ma z tego powodu straszne wyrzuty sumienia.

- Nic nam się nie stało, więc nie musisz się teraz obwiniać. Co się stało, to się nie odstanie, a najważniejsze, że już po wszystkim. Jesteśmy cali i zdrowi, a ty żyjesz - powiedziała chwytając go za rękę.

- Ale mogło się stać. Nigdy sobie nie wybaczę, że naraziłem cię na takie ryzyko.

- Czy oprócz tych, co tu byli, ktoś jeszcze wiedział, że idą za tobą?

- Na szczęście nie. Na tą grupę natknąłem się przypadkowo, byli zdziwieni moim widokiem i nie powiadomili nikogo, gdyż od innych obozowisk dzieliła ich spora odległość. Słyszałem jak o tym mówią, zanim mnie zauważyli.

- Teraz jesteś już tutaj ze mną, bezpieczny i nic ci nie grozi - powiedziała z uśmiechem

- Skarbie, ja przy tobie nigdy nie będę bezpieczny. - Na jego twarzy pojawił się figlarny uśmiech, na wspomnienie o tym jak go ogłuszyła, a potem związała sznurem. - To ty masz być bezpieczna przy mnie.

- Nie bądź taki cwany - mruknęła zdenerwowana i żeby się czymś zająć, ruszyła do szafy po czystą pościel. W końcu nie może leżeć bez końca w zakrwawionej, tym bardziej, że rodzice rano wstaną i mogą to zauważyć. Właśnie kończyła ją zmieniać, kiedy drzwi się otworzyły i ukazała się w nich Suzanne.

- Chciałam zobaczyć jak się czujecie i... - urwała wpatrując się ze zdumieniem w Marco. - Ty żyjesz! I nie masz żadnych ran! Jak to się stało?! - Patrzyła z niedowierzaniem na niego, oglądając ze wszystkich stron, jak jakiegoś cudaka, po czym przeniosła zaskoczony wzrok na Sol.

- Kamień go uleczył - odparła dziewczyna, wzruszając ramionami i chcąc pokazać, że sama do końca nie wie jak to możliwe. - Marco poznaj Suzanne, Suzanne to jest Marco.

- Miło mi - mruknęła automatycznie dziewczyna. - To ten klejnot i to potrafi? To niewiarygodne, najpierw ta cała akcja z... - jej słowotok przerwał gwałtowny kaszel rudowłosej.

- Ojej jak się zrobiło późno - przerwała przyjaciółce, a następnie podeszła do niej i lekko acz stanowczo zaczęła ją popychać ku wyjściu. - Marco, ty odpoczywaj, a my zejdziemy na dół i zrobimy ci coś do jedzenia. Masz leżeć i nawet nie próbuj się stąd ruszyć, bo będziesz miał ze mną do czynienia. - Powiedziała, patrząc na niego groźnie.

Wyglądało to szczerze mówiąc, dość śmiesznie. Niewielka, drobna, a grozi takiemu bykowi jak on. Uśmiechnął się szeroko i zasalutował.

- Tak jest!

- Ty się nie wydurniaj, tylko lepiej mnie słuchaj - rzuciła na odchodnym, a następnie pociągnęła koleżankę za rękę, wyciągając ją z pokoju. Schodząc na dół milczały, ale jak tylko weszły do kuchni, Suzanne zapytała.

- Dlaczego mi przerwałaś?

- Bo on nie wie, że to ja zabiłam tych wszystkich Sannitów. Powiedziałam mu tylko, że nie musi się nimi przejmować i że nie żyją. Nie chcę żeby o tym wiedział, okej? - Zajrzała do lodówki i zaczęła wyciągać potrzebne produkty.

- No dobrze, ale nie wiem dlaczego chcesz to ukrywać? Byłaś po prostu rewelacyjna! - wyznała z entuzjazmem, świadczącym o podziwie i jednocześnie lekkiej obawie, na myśl o tym, co potrafi.

- Dla mnie to wcale nie było super. Jeszcze nigdy nie owładnęła mną żądza mordu. Nie jestem z tego dumna i nie chcę, żeby Marco się o tym dowiedział. Dlatego proszę cię, żebyś nic mu nie mówiła - wyznała, zatrzymując się i patrząc jej w oczy, chcąc żeby wiedziała jakie to dla niej ważne.

- Ode mnie nic nie usłyszy - powiedziała błękitnooka, udając, że zamyka buzię na kłódkę.

- Cieszę się bardzo - odetchnęła z ulgą. - A właściwie, gdzie jest Gabriel? - spytała, rozglądając się dookoła.

- On, eee, poszedł coś załatwić i niedługo wróci - motała się w odpowiedzi kasztanowłosa.

- Jak to poszedł coś załatwić?! Napada nas zgraja potworów, a ten co miał nas chronić, tak po prostu się ulatnia?! - Ze złością rzuciła deską do krojenia o blat, tak że aż podskoczyły artykuły, które na nim leżały.

- To nie tak, to było ważne, żeby nie został żaden świadek... Ups! - Zakryła usta dłonią, przerażona, że się wygadała. A miała przecież nic nie mówić!

- Czyli, że poszedł za tamtymi? A mi powiedział, żeby się nimi nie przejmować! - Odwróciła się do niej z furią w oczach.

- Bo nie chciał, żebyś miała ich na sumieniu. Co innego się bronić, a co innego zabijać z zimną krwią uciekinierów.

Chciała, żeby przyjaciółka zrozumiała co nim kierowało.

- Nie wiedziałam, że mnie tak dobrze zna - rzekła już spokojniejsza, spoglądając w zadumie na piętrzący się stos jedzenia.

- No widzisz, wcale nie jest taki zły, jak ci się wydaje.

- Mówisz tak, bo on ci się podoba, poza tym nie wiesz co się działo, jak poszłam do szkoły.

- Wcale, że mi się nie podoba - zaprzeczyła zbyt gwałtownie, żeby można to było uznać za prawdę, a na jej policzkach pojawił się kompromitujący rumieniec.

- Właśnie, że tak! - Sol się roześmiała i zaczęła śpiewać. - "Zakochana para Gabriel i Suzanne, siedzą na kominie i całują świnie" - dalej fałszowała, uciekając po kuchni przed rozzłoszczoną przyjaciółką.

- Zachowujesz się jak dziecko, wiesz? - Suzanne w końcu dała za wygraną i stanęła, uśmiechając się.

- Jakbyś się przyznała do tego, co oczywiste, to nie musiałabym tak się zachowywać - odparła z chichotem. - Przyznaj się, co się między wami działo, jak poszłam do domu, hm?

- Nic, głupia – odpowiedziała, teraz już całkiem czerwona koleżanka. - Rozmawialiśmy tylko do późna w nocy, to wszystko.

- Ahaaa. No cóż, powiedzmy, że ci wierzę.

Zaczęła robić kolację dla Marco. Na początku chciała zrobić jajecznicę, ale przypominając sobie, co się wydarzyło ostatnim razem, gdy ją przygotowała stwierdziła, że jednak lepiej nie. Nucąc pod nosem przyrządziła pięć ogromnych sandwichów. W końcu jak Gabriel wróci, na pewno będzie głodny, a jej i Suz też się coś należało. Sobie sporządziła wegetariańskiego, a dla reszty normalne. To, że ona je jarskiego, nie znaczy, że inni też muszą. Tym bardziej, że to faceci, a z doświadczenia wiedziała, że oni bez mięsa, to się praktycznie obyć nie mogą. Suzanne w tym czasie nastawiła wodę i zrobiła herbatę.

Po jakimś czasie pojawił się i Gabriel. Wszedł do kuchni i opadł zmęczony na krzesło. Popatrzył pytająco na przyjaciółkę Sol, a ta pokiwała twierdząco głową.

- Dogoniłem wszystkich sześciu. Nie było to łatwe, bo tak się przerazili, że rozbiegli się każdy w inną stronę i musiałem się nieźle naszukać. No, ale przynajmniej mamy ich z głowy. Jak Marco?

- Żyje jeśli chcesz wiedzieć i ma się całkiem dobrze - odpowiedziała rudowłosa z przekąsem.

- Jak to? - spytał zdziwiony, nic nie rozumiejąc.

- Normalnie. Nic mu nie jest. Rany się zagoiły, a on leży sobie w najlepsze w moim pokoju.

- Nabijasz się ze mnie tak? To wcale nie jest śmieszne Sol. Zmarł tak? - w jego oczach był taki ból, że dziewczyna się nad nim zlitowała. W końcu byli najlepszymi przyjaciółmi.

- Idź i sam się przekonaj - odparła, a kiedy się podniósł, ruszyły za nim z talerzami.

Stał do nich tyłem, więc nie widziały jego miny, kiedy zobaczył Marco, ale okrzyk, który z siebie wydał, był bardzo wymowny. Chłopak przez chwilę stał jak wryty, a następnie przypadł do łóżka przyjaciela i... przywalił mu z pięści prosto w nos. Zobaczyły tylko uniesioną rękę, która z dużą prędkością opadła w dół. Dziewczyny, aż krzyknęły z wrażenia.

- Jak mogłeś być tak głupi?! Żeby dać się tak złapać i doprowadzić niemal do śmierci własnej i naszej! - Właśnie zamachnął się znowu, kiedy stanęła między nimi Sol, zasłaniając własnym ciałem leżącego. Marco chciał ją odsunąć, ale zaparła się nogami i stanęła z założonymi rękami, wpatrując się w blondyna ze złością.

- Czyś ty już całkiem rozum stracił?! Nie umarł, więc teraz chcesz go osobiście zabić?! Myślałam, że jesteście przyjaciółmi!

- Wierz mi, że gdybym faktycznie chciał to zrobić, użyłbym zupełnie innych środków - warknął, patrząc z wściekłością na leżącego. Tamten uśmiechnął się tylko i powiedział.

- Ciebie też dobrze widzieć całego i zdrowego przyjacielu.

Gabriel prychnął tylko i usiadł na stojącej niedaleko sofie. Nadal patrzył zły na kolegę, ale przynajmniej nie rzucał już się na niego z pięściami. Sol podała każdemu talerz, a kiedy zajęli się jedzeniem, wyjaśniła wszystkim jak do tego doszło, oraz cudowne ozdrowienie. Wspólnie delektowali się posiłkiem, a mężczyźni pochwalili zdolności kulinarne dziewczyny. Kiedy skończyli zaczęła wyganiać przyjaciół.

- Czas najwyższy, żeby Marco wreszcie odpoczął. Możecie iść do domu, nic nam się nie stanie.

- Po dzisiejszej akcji na pewno - zachichotał Gabriel.

- Ruszajcie się! Bez ociągania. Jest trzecia nad ranem, jutro jest sobota, więc możecie przyjść o której chcecie, bo nie idę na uczelnię. No jazda - rzekła, wypychając ich za drzwi. - Do zobaczenia jutro.

Odprowadziła ich na dół, po czym zamknęła drzwi na klucz i wróciła na górę.

- Co miał Gabriel na myśli, mówiąc, że po dzisiejszych wydarzeniach na pewno nic nam się nie stanie?

- Nic takiego - rzekła zła, że to zapamiętał, a Gabriel się wygadał. - Lepiej idź już spać, bo jutro nie dadzą ci spokoju, więc odpoczywaj póki masz taką szansę.

- Położysz się ze mną? Nie chciałbym, żebyś leżała sama na kanapie. Będzie ci tam niewygodnie - powiedział, uśmiechając się przymilnie i klepiąc miejsce obok siebie.

- Jeśli tak bardzo pragniesz mojej wygody, to mogę - rzekła z uśmiechem, a następnie wtulając się w niego, niemal natychmiast zasnęła.

Marco patrzył z rozbawieniem na swoją ukochaną. Jak tylko się przy nim położyła, wpadła w objęcia Morfeusza. On nie był w stanie nawet zmrużyć oka, kiedy była tak blisko, a ta najzwyczajniej w świecie poszła spać. Na dodatek robiła to z otwartymi ustami i cicho pochrapywała. Uśmiechnął się pod nosem. To było takie rozczulające. Dobrze wiedzieć, że nie jest idealna, bo ostatnio miał wrażenie, że na nią nie zasługuje. Tak wspaniale poradziła sobie, w zupełnie nowej dla niej sytuacji. Nie wpadła w histerię, ani nie rozpaczała. Przyjęła do wiadomości nieuchronne i dzielnie stawiała czoło, coraz to nowym trudnościom. Była najodważniejszą osóbką jaką znał, do tego lojalną, zaradną, uczciwą i pragnącą nade wszystko chronić to, co kocha. Była to postawa godna podziwu, a chłopak z każdym dniem kochał ją coraz bardziej. Nie mógł sobie wybaczyć, że przez własną głupotę naraził ją, oraz wszystko co kocha, na niebezpieczeństwo. Zastanawiał się, czy nie byłoby dla niej lepiej, gdyby odszedł i pozostawił ją pod opieką Gabriela. Tylko do czasu, aż wymyślą, co dalej z tym wszystkim zrobić. Jednak gdy tylko pomysł ten zaświtał mu w głowie, pokręcił nią przecząco. Nie, nie byłby w stanie znów jej opuścić. Faktem jednak jest, że nie mogła wiecznie się tu ukrywać. W końcu ktoś się dowie gdzie jest klejnot, a razem z nim Sol. Westchnął, a kiedy dziewczyna poruszyła się niespokojnie, wstrzymał oddech. Nie chciał jej zbudzić, należał jej się solidny odpoczynek po tym, co wczoraj przeszła. Niech śpi ile może. Kiedy leżał nieprzytomny, miał wystarczająco czasu na relaks, więc nie potrzebował teraz snu, ale ona to co innego.

Wszystko co miało ostatnio miejsce, wydawało mu się jakieś nierealne.

Jak klejnot mógł go uzdrowić? Chociaż... Przypomniał sobie, że kiedyś, dawno temu, słyszał jakąś legendę na ten temat, od swojego prapradziadka. Ludzie mówili, że to tylko bajdurzenie starca. Jego krewny miał już wtedy ponad dziesięć tysięcy lat i gadali, że ze starości pomieszało mu się już w głowie. Jednak ta opowieść musiała być prawdziwa, a on był na to żywym dowodem. Historia mówiła o tym, że Liquidheart miał moc leczenia, a źródłem tej energii była miłość. Władczyni miała kiedyś męża, którego kochała nad życie. Któregoś razu wybrał on się w daleką podróż, w związku z barbarzyńskimi sannitami, którzy wybijali w pień ludzkość na pewnym obszarze. Pomimo niesamowitych umiejętności jego oraz straży, przerażająca liczba przeciwników, sprawiła, że przegrali. Zanim monarchini dotarła na miejsce, było już za późno, a wraz z utraconym ukochanym, zniknęła zdolność leczenia i nigdy już nie powróciła... Do teraz. Popatrzył na śpiącą z uwagą. Jego szacunek do niej, jeśli to w ogóle możliwe, wzrósł jeszcze bardziej. Zdumiewała go ta dziewczyna. W tak małym ciele znajdował się ogromny duch i niezwykła moc, która wydawała się niemożliwa.

Wtem usłyszał jakiś hałas. Zdążył tylko zsunąć się z łóżka, żeby nie było go widać, zanim do pokoju weszli rodzice rudowłosej. Spojrzeli na córkę z uczuciem, a następnie po cichu wyszli z pomieszczenia.

Odetchnął z ulgą i podniósł się do pozycji siedzącej. W ostatnim momencie zorientował się, że nie może włączyć swojej tarczy niewidzialności. Widocznie walka wyczerpała go bardziej niż myślał. Skoro nie jest w stanie używać swoich mocy, musi wezwać Gabriela na pomoc. Ten drań może i był wkurzającym, zapatrzonym w siebie pacanem, ale miał moc większą od niego. To dlatego między innymi wybrał go na opiekuna Sol. Wiedząc o tym, był spokojny, wiedząc, że nic jej się nie stanie. Musi się z nim natychmiast skontaktować. Nie wiedział, kiedy jego umiejętności powrócą, ale nie mógł ryzykować, że pojawią się tu Sannici, a on nie będzie w stanie jej bronić.

- „Gabriel, słyszysz mnie?

- Tak, stało się coś?

- Nic takiego. Problem tylko w tym, że na razie nie mam swoich mocy.

- Masz w końcu za swoje zarozumialcze, mała walka cię wykończyła?” - powiedział z kpiną

- „Przestań się tak puszyć. Musisz tu być, żeby w razie czego chronić Sol. Właściwie to gdzie ty jesteś?

- U Suzanne i nie martw się atakiem. Jestem niedaleko, poza tym nasza przyjaciółka doskonale sobie poradzi do mojego przybycia. Nie doceniasz jej.

- Co masz na myśli?

- Nic takiego „- powiedział, a w jego głosie słychać było radość. -” Nie musisz się przejmować, jestem blisko.”

- Czekaj! - Chciał się dowiedzieć, o czym on mówi, ale przyjaciel zerwał już telepatyczny kontakt.

Co miał do licha na myśli, mówiąc że Sol sobie poradzi? Już drugi raz ktoś coś o tym wspomniał. Kiedy dziewczyna się obudzi, musi ją wypytać, o co w tym wszystkim chodzi. Tym razem nie da się tak łatwo zbyć. Czyżby udało jej się znów wyzwolić moc klejnotu? No cóż, zanim czegokolwiek się dowie, pozostaje mu czekać aż się obudzi. Położył się z powrotem na łóżku i tym razem, to on natychmiast zasnął.

 

***

 

Obudziła się, czując jakiś ciężar na biodrze. Otworzyła powoli oczy i spoglądając w dół, zauważyła męską rękę. No tak, przecież razem z Marco, kładli się do jednego łóżka. Zaczerwieniła się na samą myśl. Normalnie nie byłaby taka odważna i pewnie upierałaby się, żeby spać jednak na kanapie, ale była bardzo zmęczona. Niczym się, więc nie przejmując położyła się z nim, jakby nigdy nic.

„Mam nadzieję, że nie pomyśli, że jestem łatwa.” Powoli, żeby nie obudzić chłopaka, wstała z łóżka, wzięła rzeczy z szafy i poszła wziąć prysznic. Po krótkiej kąpieli ubrała się i zajrzała do sypialni rodziców, jednak ich pokój był pusty.

- Czyżby do mnie zaglądali podczas snu? - pomyślała z przerażeniem, jednak po chwili potrząsnęła głową. Nie, gdyby tak było, zrobiliby straszną awanturę widząc, że śpi z jakimś mężczyzną. Odetchnąwszy głęboko zeszła na dół. Rodzice właśnie kończyli śniadanie. Ojciec jak zwykle siedział z kawą w jednej ręce, a gazetą w drugiej, natomiast mama zmywała naczynia.

- Wyspałaś się skarbie? - spytała rodzicielka, nie przerywając ani na chwilę czyszczenia talerzy.

- O tak, dziękuję - odparła, zaglądając do lodówki i wyciągając produkty do zrobienia śniadania.

- Wiesz, myśleliśmy dzisiaj trochę z twoim ojcem o ostatnich dniach i doszliśmy do wniosku, że przydałby się nam odpoczynek.

- Odpoczynek? - zdziwiła się.

- Tak. Zdarzyło nam się kilka razy, że zasypialiśmy i nawet nie pamiętaliśmy kiedy ani jak. To musi być oznaka przemęczenia i postanowiliśmy wyjechać na dwa tygodnie, do twojej ciotki w Bergen. Ciebie nie możemy wziąć, bo przecież studiujesz. Mam nadzieję, że nie masz nam tego za złe? - Spytała, patrząc pytająco na córkę.

- Oczywiście, że nie. - Mało nie podskoczyła z radości. Całe dwa tygodnie sama w domu i to z Marco... - To jasne jak słońce, że przydadzą wam się wakacje. Dam sobie radę, nie przejmujcie się mną.

- Jesteś kochana, wiesz? - Matka uściskała ją i wycałowała.

- No już, wystarczy. - Roześmiała się, delikatnie ją odsuwając. - Jeszcze mnie zadusisz. To kiedy wyjeżdżacie?

- Nasz sąsiad jedzie dzisiaj popołudniu do Å, a stamtąd złapiemy transport o osiemnastej.

- Zdążycie się spakować? - Była lekko zaskoczona, że dzieje się to tak szybko.

- Oczywiście - odpowiedział ojciec. - Wiesz przecież, że jak matka coś sobie postanowi, to żeby się waliło i paliło, to ona i tak zrobi swoje.

- Pomóc wam?

- Nie trzeba skarbie. Jeśli chcesz to idź do Suzanne, albo na spacer, my sobie poradzimy.

- Właściwie, to Suz ma przyjść dzisiaj do mnie. Przyjechał do niej jakiś bardzo daleki kuzyn i mają nas odwiedzić.

- To świetnie, w takim razie bawcie się dobrze. - Kobieta cmoknęła ją czule w czubek głowy i usiadła przy stole razem z nimi, pijąc herbatę.

Ona tymczasem zrobiła sobie śniadanie i zabrała ze sobą na górę. Po cichu weszła do pokoju, zamykając za sobą drzwi. Marco nadal spał, więc wzięła jakiś romans i sadowiąc się na sofie, zaczęła jeść z apetytem przygotowane kanapki.

- A dla mnie nic nie przyniosłaś? - usłyszała nagle i podskoczyła zaskoczona.

- Nie mogłam robić nie wiadomo jakiej ilości jedzenia, żeby nie zwrócić uwagi rodziców. Jednak jeśli nie przeszkadza ci wegetariańskie jedzenie, mogę się z tobą podzielić.

- Bardzo chętnie zjem - odpowiedział z uśmiechem, a następnie usiadł obok niej i szybko spałaszował resztę posiłku. Jego entuzjazm i błoga mina rozbawiła dziewczynę, która wpatrywała się w niego jak urzeczona.

- Co tam czytasz? - zapytał, przekrzywiając głowę i zaglądając z ciekawością na okładkę.

- Nic takiego! - Zaczerwieniła się, chowając książkę przed jego wzrokiem.

- Ho, ho, romans? Ciekawy chociaż? - Szczerząc się, z radością obserwował zakłopotanie dziewczyny.

- Taki sobie. Wzięłam z nudów, bo nie chciałam cię budzić.

- Mhm. Powiesz mi w końcu co się wczoraj stało, i dlaczego jesteś na ten temat taka tajemnicza? - Zmienił nagle temat, wyprowadzając ją z równowagi. Dziewczyna zachłysnęła się herbatą i zaczęła gwałtownie kasłać.

- Khe, khe, khe - Marco energicznie poklepał ją po plecach. - Wystarczy, nic mi nie jest. - Wydusiła z łzami w oczach.

- Właśnie widzę. - Odsunął się od niej i popatrzył z powagą w oczy. - Odpowiesz w końcu na moje pytanie?

- Przecież ci mówiłam, że nic takiego. Zostali pokonani i tyle, co chcesz więcej wiedzieć?

- Może dlaczego unikasz tego tematu i nie patrzysz mi w oczy, kiedy odpowiadasz?

- Nie stało się nic takiego, o czym musiałbyś wiedzieć - odrzekła niecierpliwie. - Więc przestań się ciągle o to pytać.

- No dobrze. - Widząc jej upór dał za wygraną, ale przyrzekł sobie, że dowie się wszystkiego od Gabriela, choćby nawet miał to od niego wydobyć siłą. - Jak twoi rodzice? - Zmienił temat, a dziewczyna odetchnęła z ulgą.

- Doszli do wniosku, że są przemęczeni, bo ostatnio zasypiają i nawet nie wiedzą kiedy, ani nic nie pamiętają. Postanowili wyjechać na dwa tygodnie. - Uśmiechnęła się szeroko.

- Znaczy, że będziemy sami przez dwa tygodnie? Może lepiej niech zostaną, bo będę musiał jeszcze bronić swojej czci - rzekł żartobliwie, a Sol aż poczerwieniała ze złości.

- Ty bronić swojej?! Skoro tak się mnie boisz, to od dzisiaj śpisz u Suzanne. Tam nikt nie będzie ci zagrażał - odparła zdenerwowana i zaczęła wstawać, ale Marco uniemożliwił jej to skutecznie, łapiąc za rękę i zatrzymując w miejscu.

- Puszczaj!

- Nie ma mowy – odpowiedział, tym razem poważnie i pociągnął ją tak, że dziewczyna upadła prosto na niego. Ich twarze znalazły się nagle bardzo blisko siebie. Rudowłosa zaczerwieniła się jeszcze bardziej, a jej oczy zaczęły błyszczeć. - Nigdy więcej cię już nie zostawię. - Rzekł z takim wyrazem oczu, że dziewczyna zamarła z wrażenia.

Powoli się do niej przybliżył, jej serce zaczęło bić w szaleńczym tempie, a usta drżeć w oczekiwaniu. Przymknęła oczy i zaczęła się nachylać... kiedy drzwi otworzyły się z trzaskiem.

- Witajcie ludziska - usłyszała głos Gabriela, a oni odskoczyli od siebie jak oparzeni.

Sol cała czerwona spojrzała na nieproszonego gościa, z nieukrywaną nienawiścią. Czy on zawsze musi wleźć tam gdzie nie trzeba?!

- Czy ja wam przypadkiem w czymś przeszkadzam? - Zarechotał bezczelnie, wyraźnie rozbawiony całą sytuacją.

- Gabriel! Mógłbyś dać im spokój?! - Chłopakowi zniknął uśmiech z twarzy, ale nie stracił rezonu i zaczął się przymilać.

- Ależ Suz, daj mi szansę ponabijania się z mojego drogiego przyjaciela. Jeszcze chyba nigdy nie widziałem go tak zażenowanego. - Wyszczerzył kły.

- Daj już spokój, bo inaczej będziesz miał ze mną do czynienia! - Kasztanowłosa popatrzyła na niego ostrzegawczo, a tamten w końcu się zamknął. - Jak się czujecie? Odpoczęliście chociaż trochę?

- Tak - odpowiedziała Sol, a następnie się uśmiechnęła. - Moi rodzice wyjeżdżają do ciotki w Bergen na dwa tygodnie.

- Super! To co? Robimy imprezę nie?! - Wykrzyczała podekscytowana, a jej oczy zaświeciły się z radości. - Trzeba obdzwonić znajomych. Wreszcie będzie szansa, żeby się spotkać jak za dawnych czasów. Skontaktuję się z Grubym, Sztychą, Lucasem i Amandą, oraz wszystkimi którzy jeszcze siedzą na tej pipidówie, następnie urządzimy sobie ognisko i...

- Stop! Czekaj, ja wcale nie zamierzałam robić żadnej imprezy. Poza tym, są przecież Gabriel i Marco, oni nie wyglądają normalnie i...

- A jak w takim razie wyglądamy? - zapytał złowieszczo Marco.

- Oj wiesz dobrze, że nie o to mi chodzi. - Machnęła zniecierpliwiona ręką. - Wasz wygląd różni się trochę od ludzkiego i nie chcę, żeby ktoś zaczął zadawać pytania.

- Ja tam jestem za!- wykrzyknął rozentuzjazmowany Gabriel. - A co to właściwie jest, ta impreza?

- Jak to, nie wiesz? - Zdziwiła się błękitnooka. - To spotkanie ludzi, tańce, żarcie i mnóstwo zabawy.

- Super! To kiedy ją zrobimy?

Blondyn podskakiwał w miejscu jak dziecko, na myśl o cukierku. Był to bardzo zabawny widok, zważywszy na to, że mężczyzna miał prawie dwa metry wzrostu i w żadnym wypadku nie można go było nazwać dzieckiem. Trzeba jednak przyznać, że jego entuzjazm był całkiem uroczy. Zaraz jednak otrząsnęła się z myśli i rzekła stanowczo.

- Czekajcie! Po pierwsze ja wcale nie zgodziłam się na żadną zabawę, po drugie od poniedziałku idę na zajęcia i muszę się wysypiać, a po trzecie to wcale nie jest dobry pomysł.

- Kiedy wyjeżdżają twoi rodzice?

- Dzisiaj o szesnastej, a co?

- No to problem z głowy! Impreza będzie dzisiaj wieczorem. W niedzielę nie idziesz na uczelnię, więc będziesz mogła odespać. - Suzanne aż klasnęła z radości.

- Ja się na żadną imprezę nie zgadzam. Rodzice mnie zabiją!

- Nie muszą o niczym wiedzieć, poza tym tylko u ciebie jest dość miejsca na ognisko i żeby zmieścić tyle ludzi. Chciałabym zrobić u mnie, ale sama wiesz, jak niewiele jest tam miejsca na dworze. Skoro impreza będzie na łonie natury, nikt niczego nie zbije po pijaku, a w razie jak będzie zimno, można wejść na chwilę do środka i się ogrzać. Prooszę, zgódź się. - Przyjaciółka patrzyła na nią z takim błaganiem w oczach, że w końcu zmiękła.

- No dobra, ale jak coś, to wszystko będzie na ciebie.

- Hura! – Dziewczyna rzuciła się koleżance na szyję, a następnie zaczęła dzwonić po znajomych i umawiać ich na dwudziestą.

- Coś czuję, że będę tego żałować - mruknęła pod nosem, mimo to, tamta i tak ją usłyszała.

- Nic się nie martw, wszystko będzie pod kontrolą. Musimy jeszcze tylko zrobić zakupy, bez jedzenia się nie obejdzie. Masz drewno do ogniska nie?

- Tak, jest w składziku.

- Super, pojedziemy do miasta moim samochodem i kupimy wszystko co potrzeba, zdążymy wrócić akurat przed wyjazdem twoich rodziców.

- A jak im wytłumaczę taką ilość zakupów?

- Zostawimy samochód u mnie pod domem, a potem chłopaki pomogą nam go wypakować. Super, że się zgodziłaś!

Dziewczyna popatrzyła na radosną Suz i zaczął się jej udzielać nastrój przyjaciółki. W końcu, co się może stać? Dawno nie miała już okazji się pobawić, no i będzie też Marco. Może nawet będą mieli okazję, żeby razem zatańczyć... - myślała rozmarzona. I nucąc pod nosem zaczęła planować co trzeba zrobić.

 

***

Sol patrzyła z przerażeniem na coraz to bardziej, powiększający się stos zakupów. Załadowały już cały jeden wózek sklepowy. Znajdowały się tam między innymi: chipsy, paluszki, napoje, kiełbasa, kaszanka, papryka, ziemniaki, a Suzanne wciąż trajkotała o rzeczach, które jeszcze "trzeba" koniecznie kupić.

- Suz, przecież tego wszystkiego nikt nie zje, a jeszcze mamy kupić alkohol. Wydamy majątek na coś, co się zmarnuje - zajęczała, z niedowierzaniem patrząc na kolejny zapełniający się kosz.

- Słoneczko ty moje, zobaczysz, że nie dość, że nic nie wyrzucimy, to jeszcze na pewno zabraknie - zaćwierkała, wrzucając tymczasem owoce, między innymi jabłka, banany i nektarynki.

- Zwariowałaś? Przecież tego wystarczy dla pułku wojska! A goście powiedzieli, że od siebie też coś przyniosą. Słuchaj, nie mam aż tyle pieniędzy - wyszeptała zażenowana.

- Niech cię o to głowa nie boli. Dasz tyle ile możesz, a za resztę zapłacę ja. W końcu to był mój pomysł, nie?

No tak, ją na to stać. Rodzice przyjaciółki dorobili się, prawie że majątku za granicą, więc mogła sobie pozwolić na takie wydatki. Jednak skoro impreza odbywała się u niej, chciała mieć swój wkład. Nie lubiła kiedy ktoś inny ponosił jej koszty. Skoro każdy miał przynieść coś swojego nie rozumiała, dlaczego koleżanka uparła się na to wszystko. Westchnęła z rezygnacją i ruszyła dalej.

Przed dom Suzanne zajechali dziesięć po trzeciej. Rudowłosa ruszyła szybko do własnego mieszkania, żeby zdążyć spędzić jeszcze trochę czasu z rodzicami, przed wyjazdem. Okazało się, że mama wszystko już zorganizowała i tak naprawdę czekali już tylko, aż zajedzie po nich sąsiad. Usłyszeli trąbienie.

- No, nareszcie - wysapał ojciec, taszcząc walizki do czekającego przed furtką samochodu. - Robienie czegoś na ostatnią chwilę nie jest czymś, co kocham najbardziej.

- Oj przestań już narzekać, Thomasie. Przecież już wszystko zrobione, a ty i tak praktycznie nie ruszyłeś palcem – odparła żona, po czym zwróciła się do córki. - Kochanie w puszce w kuchni zostawiliśmy ci pieniądze. Zawsze pamiętaj, żeby zamknąć dom zanim położysz się spać i mam nadzieję, że nie wpadniesz na żaden głupi pomysł.

- Mamo. - Zaczerwieniła się, po części ze złości, że mama nie wierzy, że sobie poradzi, a po części dlatego, że jeden głupi pomysł był właśnie w tej chwili realizowany. - Poradzę sobie, nie traktujcie mnie jak dziecko, w końcu mam już dwadzieścia lat.

- Wiem skarbie, ale pierwszy raz zostajesz sama w domu na tak długo, więc nie dziw się, że się martwię - kobieta patrzyła na nią z troską.

- Nic mi nie będzie, obiecuję - odparła, praktycznie wypychając ją za drzwi.

Pomachała im jeszcze na pożegnanie, a następnie ruszyła na piętro. U szczytu schodów zobaczyła Marco.

- No cóż, przynajmniej to mamy z głowy. Teraz zostało już tylko rozpakować zakupy i porozkładać to wszystko na stołach, które także trzeba ustawić, ułożyć drewno na ognisko, rozwiesić lampiony, dostawić krzesła lub pieńki do siedzenia, po skończeniu tego wszystkiego, musi jeszcze zostać dość czasu na wyszykowanie się. Na to wszystko mamy niecałe cztery godziny. Co to jest - rzekła sarkastycznie. - Przecież to pestka.

- Nie przejmuj się - rzekł z uśmiechem. - Przecież jestem jeszcze ja, Gabriel i Suzanne. Zdążymy. - Powiedział, chcąc dodać jej otuchy.

- Taaa, zobaczymy - odparła z niedowierzaniem, po czym zabrali się do roboty.

Nie było tak źle jak myślała. Z pomocą chłopaków wszystko szło dużo sprawniej, niż jakby miała być sama z Suzanne. Dziewczyny wyszykowały i poustawiały na stołach jedzenie, a następnie poszły się szykować. Mężczyźni w tym czasie porozwieszali lampiony i ułożyli polana. Wszystko było gotowe już o dziewiętnastej, więc mieli jeszcze czas, żeby spokojnie odsapnąć i razem posiedzieć. O wpół do dwudziestej zaczęli schodzić się goście. Wszyscy byli ciepło ubrani, bo był już koniec listopada. Z powodu zimna nie było zbyt dużego wyboru, jeśli chodzi o ciuchy, ale dziewczyny mimo to, starały się wyglądać jak najkorzystniej. Rudowłosa włożyła swoje ulubione, idealnie dopasowane dżinsy, które podkreślały jej zgrabną pupę. Pod spód ubrała ciepłe rajstopy, a na górę czarne body z dekoltem, ciepły polar i kurtkę. Suzanne przyodziała natomiast, seksowny, opięty, ale ciepły komplet dresu z polaru, pod to leginsy, a na wierzch płaszcz. Do tego wieczorowy makijaż w stylu kociego oka i były gotowe. Mężczyźni, widząc je, nie szczędzili im komplementów. Wyszli na dwór i zaczęli rozpalać ognisko. W sumie było ich wszystkich piętnaście osób. Zaprosiły starych znajomych z klasy oraz parę osób "z podwórka". Nagle Sol kogoś zauważyła. Pociągnęła przyjaciółkę za rękę i wyszeptała.

- Suz, co on tutaj robi? - Wskazała ręką młodego mężczyznę. Był on średniego wzrostu, miał krótkie, brązowe włosy, a jego twarz przyozdabiał delikatny zarost. Na ustach tkwił ironiczny uśmiech, a w oczach widać było kpinę.

- O matko, to przecież Liam! - Kasztanowłosa aż zatkała usta dłonią z wrażenia.

- No właśnie! Przecież mówiłam ci, że nie chcę żeby przychodził.

- I ja go wcale nie zaprosiłam. Widocznie musiał zrobić to ktoś inny.

- Jak ktoś inny? Przecież tylko ty dzwoniłaś po ludziach. Chyba że przyszedł z kimś na przyczepkę. O rany, to w jego stylu tak się wpraszać bez zaproszenia!

- No trudno, teraz nic nie zrobimy, przecież nie zrobisz przedstawienia i nie wyprosisz go przy wszystkich.

- No nie - rzekła z niechęcią. - Ale bardzo chętnie bym to zrobiła. - Stwierdziła ponuro, odprowadzając niechcianego gościa wzrokiem.

- Ja też, ale teraz już po ptakach. Chodź, Gruby przyniósł gitarę, będziemy śpiewać.

Cały wieczór układał się dobrze. Znajomi polubili Marco i Gabriela i od razu przyjęli do swojego grona. Wszyscy byli zadowoleni, jedli, śmiali się, a po kilku głębszych atmosfera jeszcze bardziej się rozluźniła. Zaczęły się wygłupy i karaoke przy akompaniamencie gitary. Sol siedziała przy ukochanym i pilnowała, żeby dobrze się czuł i nie był skrępowany. Jednak nie było to tak naprawdę potrzebne. Mężczyzna czuł się doskonale wśród tego towarzystwa. Był rozluźniony i nawet z Gabrielem trochę wypili. Pomyłka. Marco trochę wypił, a przyjacielowi tak posmakowała cola z rumem, że się wstawił i kumpel miał z niego niezły ubaw. Na szczęście Suzanne z cierpliwością świętego, przyjmowała spokojnie wygłupy tamtego i pilnowała, żeby z niczym nie wypalił. W sumie czarnowłosy pierwszy raz widział, żeby blondyn zachowywał się tak swobodnie. W ich świecie niestety nie miał on za dużo swobody. Kiedy się poznali, był stłamszony przez etykietę i obowiązki. To Marco nauczył go, że są inne rzeczy, równie ważne i jak czerpać przyjemność z życia. „Od tamtej pory sporo się zmienił”, pomyślał z uśmiechem. Zauważył, że od dłuższego czasu nie widział już Sol, więc postanowił jej poszukać.

Zielonooka widząc, że jej mężczyzna dobrze się bawi, postanowiła pójść na chwilę do domu. Zaszła do łazienki, poprawiła makijaż i poszła do kuchni sprawdzić czy nie ma jeszcze czegoś do jedzenia. Suz miała rację, pomyślała z uśmiechem. Jedzenia nie zostało już wcale tak wiele, a nie zapowiadało się na to, żeby impreza szybko się skończyła. W lodówce znalazła jeszcze jakąś sałatkę i kurczaka, więc wyjęła wszystko i postanowiła zanieść na zewnątrz, może ktoś się skusi. Zamykając drzwiczki, podskoczyła z wrażenia widząc znajomą twarz tuż przy niej.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (11)

  • Cicho_sza 8 miesięcy temu
    Przeczytałam już wczoraj, ale piszę dziś. Akcja się rozwija, odcinki są dość długie więc i więcej da się w nich zmieścić.
    Po drodze mialam kilka technicznych zgrzytów, ale nie zaburzają one całości. Poza tym mądrzejsi ode mnie tu są od technikaliow 😂
    Fajne.
  • Tooyaa 8 miesięcy temu
    Będę wdzięczna, jeśli znajdziesz czas na wytknięcie tych zgrzytów :) na razie jeszcze nikt nie komentuje, a jeśli nie będę wiedzieć jakie błędy popełniam, nie poprawię się w pisaniu :)
  • Tooyaa 8 miesięcy temu
    Nikt oprócz Ciebie oczywiście :)
  • Cicho_sza 8 miesięcy temu
    Tooyaa mnie bardzo urzekła historia i będę wyczekiwać kolejnych części 😉 Zaraz Ci napiszę, co mnie, jako czytelnikowi rzuciło się w oczy 😉
  • Cicho_sza 8 miesięcy temu
    Historia ciekawie się rozwija, to fakt. Niby są te magiczne moce, dziwne stworzenia, ale nie atakują czytelnika z wszystkich stron (to takie moje subiektywne odczucie, bo zazwyczaj nie jestem czytelniczką fantasy, a sama piszę bardziej przyziemne historie). Narracja jest dość spojna, choć trochę wytrącają mnie z rytmu te odnośniki do osób (kaszatowlosa, zielonooka itp.) bo ciągle muszę pamiętać, kto ma jaki kolor włosów czy oczu. Piszesz prostym, zrozumiałym językiem, czasem może zbyt prostym, no ale to nie jest zarzut. Duża ilość imiesłowów nagromadzonych w sąsiednich zdaniach też nie bardzo uatrakcyjnia czytanie. Nad tym można zapanować, tylko trzeba najpierw zauważyć, że się ich nadużywa 😊

    Czasem mieszasz narrację w dialogach. Zawracaj na to uwagę, bo to świadczy o schludności tekstu i warsztacie. Jak mi się coś rzuci w oczy to będę pisać, bo czytać zamierzam nadal 😉

    Pozdrowionka
  • Vespera 8 miesięcy temu
    Mam uwagę do fabuły - rodzice przyjaciółki dorobili się dużych pieniędzy za granicą. I ja się pytam gdzie, skoro mieszkają w Norwegii, jednym z najbogatszych krajów świata, w którym są bardzo dobre zarobki... Zdaje mi się, że czasami zapominasz, że akcja nie dzieje się w Polsce. Np. ta impreza na świeżym powietrzu pod koniec listopada... Szybki rzut oka na przeciętną pogodę w tym miesiącu w Bergen: średnia temperatura + 5 stopni, 21 deszczowych dni, średnio 1 godzina ze słońcem dziennie - no bym tak powiedziała, że niezbyt dobre warunki na siedzenie przy ognisku. Chyba lepiej byłoby urządzić im domówkę. Więcej uwag na razie nie mam.
  • błękitnypłomień 8 miesięcy temu
    Vespero - nie uwierzysz - co prawda tylko Anglia, ale połowa stycznia, w nocy czasami na minusie (lekkim, ale zawsze, a mój sąsiad (Anglik) ma do tego stopnia kota na punkcie palenia ogniska, że w zeszłym tygodniu w środę siedział w ogródku przy ognisku (z jakimiś znajomymy) gdzieś do północy, a w czwartek jeszcze o 2.00 ich widziałam. Tak że tu bym się nie czepiałam.
    Co do zarabiania dużych pieniędzy przez Norwegów za granicą - też nie jest powiedziane, że musi tu być brak logiki. Może gdzieś za granicą zaoferowano im więcej niż w kraju. Aczkolwiek jest to jededn z dłuższych tekstów, a ja tu niedawno, więc jeszcze nie zdążyłam się tak na prawdę zapoznać bliżej z tą Autorką.
  • Vespera 8 miesięcy temu
    błękitnypłomień W sumie ja jestem straszny zmarźluch, a są tacy, co lubią chłód... Aczkolwiek wydaje mi się, że Norwegia jest tu po prostu ładną dekoracją i pretekstem do tego, by bohaterowie mieli zagraniczne imiona.
  • błękitnypłomień 8 miesięcy temu
    Vespera To masz tak, jak ja. Wiesz, są tacy, którym nie idzie pisać w polskiej dekoracji - ja na przykład tak mam - jakoś tak nie czuję blusa wtedy. Taka sytuacja... :)
  • Tooyaa 8 miesięcy temu
    Vespera pogoda nie ma tu nic do rzeczy :) ja sama ogniska palę ze znajomymi nie tylko jesienią, a nawet zimą, lubimy się tak spotykać, bohaterka również ma do tego prawo, tym bardziej, że skoro mieszka w Norwegii, jest przyzwyczajona do takiej pogody. Jest o tym, że jest zimno i mają na sobie kilka warstw ubrań, więc nie widzę problemu. Gdyby komuś było zimno zawsze można wejść do domu i się ogrzać trochę, oczywiście mogłam o tym wspomnieć, tak samo o tym, że to był jeden z tych rzadkich dni, kiedy nie padał deszcz. Co do pracy rodziców, faktycznie nie pomyślałam, mój błąd. Wezmę twój komentarz pod uwagę przy następnych rozdziałach. Co do kraju, nie jest tylko dekoracją, to jedno z moich ulubionych państw, tak samo jak i inne, które pojawi się w następnych rozdziałach, czy Irlandia, która jest w drugim opowiadaniu. Są to wspaniałe kraje z przepięknymi krajobrazami a także kulturą i legendami. Dlatego właśnie w nich umiejscowiłam akcję, nie po to żeby mieć pretekst do zagranicznych imion. Przyłożę się bardziej dbając o takie szczegóły, dziękuję, że mi to wytknęłaś
  • Vespera 8 miesięcy temu
    Tooyaa Im bardziej są dopracowane szczegóły, tym fajniej czyta się całość, więc życzę powodzenia w dalszym pisaniu!

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania