Klejnot Serca - rozdział 11

Rozdział 11

 

Stał przed nią ten sam osobnik, który wcześniej rozmawiał z Gabrielem. Intuicyjnie wiedziała, że lepiej go nie drażnić. Tak, jak przy wcześniejszym spotkaniu z Sannitami, wiedziała, że tamtych może uda się jej wyprowadzić w pole. Tak teraz, zdawała sobie sprawę, że każda taka próba, mogła się skończyć tragicznie. To nie był jakiś pierwszy lepszy bezrozumny potwór. Pomimo strasznego wyglądu i instynktu zwierzęcia, miała przed sobą kogoś inteligentnego. Tym razem naprawdę mogła zginąć.

Potwór przyglądał jej się z ciekawością swoimi wężowymi oczami.

- Powiesz mi dziewczynko, co taki człowiek jak ty robi, z tymi typami?

Na jego ustach pojawił się uśmiech, tak jakby pragnął wywrzeć dobre wrażenie. Niestety przyniósł on odwrotny skutek, bo dziewczyna jeszcze bardziej się zlękła. Postanowiła powiedzieć częściową prawdę.

- Uratowali mi życie przed jednym z pańskich ludzi i zabrali mnie ze sobą - odparła. Stworowi sprawiło widoczną przyjemność to, że zwraca się do niego per "pan".

- Wiesz kim jestem?

- Nie do końca. Wiem, że jesteś panie Sannitą i domyślam się, że przywódcą swojej rasy.

- Bardzo dobrze. Widzę, że masz rozum. Do tej pory myślałem, że ludzie to niezwykle tępy gatunek i łatwa zdobycz. Jednak muszę chyba zmienić zdanie.

- Niezmiernie mi miło, że spotykając mnie, zmieniasz swą opinię - odparła z szacunkiem w głosie.

Popatrzył na nią z jeszcze większym zainteresowaniem. Nigdy nie spotkał się z kimś takim. Widział, że się go bała, mimo to odpowiadała na pytania i traktowała z szacunkiem. Ludzie których spotykał do tej pory zawsze krzyczeli, mdleli, albo robili pod siebie. Nigdy jeszcze nikt nie próbował z nim rozmawiać, ani tym bardziej uważać za wyżej stojącego w hierarchii. Raczej uważali siebie za najlepszych, najmądrzejszych i panów wszechświata, więc ta nieduża kobietka wprawiła go w niemałe zdumienie. Sol zobaczyła, że zastrzygł uszami, jakby coś usłyszał, po czym puścił jej oczko, a potem zniknął.

Wciąż jeszcze wpatrywała się z niedowierzaniem, w miejsce gdzie przed chwilą stał, kiedy zjawili się Marco z Gabrielem. Dopadli do niej, zadając pytania i sprawdzając czy nie ma żadnych urazów, aż w końcu Marco potrząsnął nią zniecierpliwiony. Spojrzała bardziej przytomnie.

- Co się stało? Gdzie Vivienne? Dlaczego nie mogliśmy z nią złapać kontaktu? Czy był tu Mastema?

- Tak ma na imię?

Popatrzyli na nią jak na wariatkę.

- Ziemia do Sol, kobieto otrząśnij się! Gdzie jest Viv?

Wskazała ręką oddalone miejsce, w które uderzyła dziewczyna. Akurat siadała, trzymając się za głowę z bolesnym wyrazem twarzy i pojękując cicho.

Podbiegli do niej i podtrzymali za ramiona, pomagając wstać. Gabriel wziął czarnowłosą, Marco - Sol i wrócili do obozowiska. Stwierdzili, że nie mogą tu zostać, więc szybko zebrali rzeczy i ruszyli w dalszą podróż. Podczas biegu Sol opowiedziała im co się stało. Wszyscy patrzyli na nią, jak na przybysza z kosmosu. Dopiero, kiedy zatrzymali się w południe w jakiejś jaskini, opowiedzieli kim był obcy, który z nią rozmawiał.

- Nie wiem, czy w ogóle zdajesz sobie sprawę z tego, jak wielkie miałaś szczęście - powiedział ponuro Marco. - Mastema to najbardziej niebezpieczny i zacięty Sannita jaki istnieje. Zabija bez żadnych skrupułów wszystko co się rusza, nie zadając żadnych pytań. Wystarczy, że nie spodoba mu się to jak chodzisz, a już jesteś martwa. Jest taki nawet dla swoich ludzi. Przez długi czas ta rasa żyła bardzo chaotycznie, zabijając i egzystując na tym świecie. Aż w końcu pojawił się on i stwierdził, że powinni mieć króla. Wszyscy się z nim zgodzili, jednak każdy chciał być tym, który będzie sprawował władzę. Doszedł do wniosku, że tylko pokonując innych może wywalczyć przywództwo, więc wyzwał na pojedynek wszystkich, którzy chcieliby objąć to stanowisko. Podobno zabił tysiące swoich, zarówno w pojedynczych walkach, jak i masowych. Zyskał taką sławę, że nikt już nie podważał jego kompetencji i ogłosił się niezaprzeczalnym panem. Ma blizny na całym ciele po stoczonych walkach i nie ma osoby, która by się go nie bała. Czy teraz już wiesz jakiego masz farta, że w ogóle jeszcze żyjesz?!

Sol, słysząc te rewelacje zaczęła drżeć. Od samego początku, kiedy tylko go zobaczyła zdawała sobie sprawę, że jest niebezpieczny, ale nie wiedziała, że aż tak. Uświadomiła sobie, że tylko przypadek uratował ją od rozszarpania na kawałki i poczuła, że uginają się pod nią nogi. Ukochany złapał ją w ostatniej chwili i zaniósł do namiotu, żeby odpoczęła razem z Vivienne przed dalszą podróżą.

- Możesz przy mnie zostać? - zapytała cicho.

- Oczywiście.

Położył się przy niej i leżał dopóki nie zasnęła. Kiedy był pewien że twardo śpi, wyszedł do czekającego na zewnątrz przyjaciela.

- Nie wiem dlaczego jej nie zabił, ale mam wrażenie, że na tym spotkaniu się nie skończy. Zaintrygowała go. Będzie się nią interesował i bawił, jak z nową zabawką, a kiedy mu się znudzi, zabije bez skrupułów.

- W żadnym razie nie możemy do tego dopuścić - odparł przyjaciel. - Musimy chronić ją za wszelką cenę. A to oznacza, że nie będzie mogła opuścić Aravii.

- Nie jestem pewien, czy to się uda. Ona nigdy się na to nie zgodzi. - Pokiwał z powątpiewaniem głową.

- Kiedy zda sobie sprawę, że opuszczając ją narazi na śmierć i zniszczenie wszystko co kocha, przyzna nam rację.

- Nie byłbym tego taki pewien - odparł, patrząc w zamyśleniu w ogień.

 

Po dwóch godzinach obudzili zaspane kobiety, spakowali się i ruszyli w drogę. Tym razem nikt się nie odzywał. Wszyscy milczeli, nie mogąc się doczekać końca podróży. Vivienne nadal była słaba, więc Gabriel niósł ją na plecach, z przodu umieściwszy plecak. Pod wieczór, dotarli w końcu do Laki. Ich oczom ukazało się długie pasmo pasmo górskie, składające się z mniejszych i większych wzgórz. Weszli pomiędzy nie, coraz bardziej zagłębiając się w niebezpieczny teren. Szli normalnym krokiem, więc miała okazję do dokładnego przyjrzenia się krajobrazowi. Widok był naprawdę niezwykły. Strome zbocza, pokryte śniegiem, oraz głębokie szczeliny w ziemi, które mijali, tworzyły niesamowitą, pełną grozy atmosferę, tym bardziej, że z niektórych szczelin wydostawał się dym. Sol wciąż rozglądała się z obawą, że zaraz jakiś wulkan wybuchnie i zaleje ich lawą. Idący obok Marco chyba wyczuł jej przerażenie, gdyż wziął ją za rękę, i nachylając wyszeptał.

- Wyglądasz, jakbyś miała zaraz zemdleć. Nie musisz się martwić, nic się nie stanie. - Uśmiechnął się rozbrajająco.

- Łatwo ci mówić - odszepnęła

Pokręcił tylko głową z niedowierzaniem, ale przynajmniej nie puścił jej dłoni, więc dziewczyna czuła się trochę bezpieczniej. Wiedziała, że nie pozwoli, żeby coś jej się stało. W końcu stanęli. Było to u podnóża jednego z większych kraterów. Rudowłosa, patrząc do góry, odczuwała niepokój. Czy to już tutaj? Ale gdzie jest to wejście? Nigdzie nie widziała żadnego pęknięcia, ani nic, co świadczyłoby o jakimś ukrytym przycisku czy przejściu. Miała już się odezwać, kiedy zrobił to Marco.

- Gabriel, ty weźmiesz Vivienne. Jest jeszcze zbyt osłabiona, sama sobie nie poradzić. - Dziewczyna chciała zaprotestować, ale uciszył ją gestem. - Ja wezmę Sol, potem najwyżej wrócimy po rzeczy. Nie ma sensu ryzykować, że ktoś spadnie.

- Zaraz, spadnie?! Chyba nie chcecie powiedzieć, że będziemy wspinać się na szczyt?! - Patrzyła niedowierzająco to na jednego, to na drugiego, ale widząc ich miny zrozumiała, że ma rację. - To jakiś żart?! Chcecie wejść do środka wulkanu?! Czy wyście powariowali?!

- Sol, uspokój się.

- Mam się uspokoić?! Mam się uspokoić?! Jesteśmy na terenie, gdzie jeszcze nie tak dawno rozległa się największa katastrofa w tym kraju, a wy chcecie iść wprost do środka krateru! I ty mówisz, żebym się uspokoiła?! - Zaczęła coraz bardziej podnosić głos, wpadając w histerię. W oczach Marco widać było uczucie i zrozumienie.

- Posłuchaj mnie uważnie. Przetrwałaś atak na swoje życie, stawiłaś czoło i zabiłaś zgraję sannitów, przeżyłaś spotkanie z najgorszą istotą, jaka chodzi po tej ziemi, a boisz się małego wulkanu?

- Wiem, może to i dziwne, ale jakoś nie mogę - powiedziała, z rezygnacją patrząc na górę przed nią.

- Skoro tak, to może cię po prostu uśpimy? - odrzekł Gabriel. - Obudzimy cię jak już będziemy po drugiej stronie, tą część podróży będziesz miała za sobą.

Sol toczyła walkę ze sobą. Z jednej strony czuła przeraźliwy, irracjonalny lęk, przed wchodzeniem tam, a z drugiej koniecznie chciała zobaczyć gdzie jest i jak wygląda to przejście. Czyżby mieszkali na dnie krateru? Musiała to zobaczyć.

- Nie - odrzekła niepewnie. - Dam radę.

- Dzielna dziewczynka. - Uśmiechnął się szeroko Marco. - No to w drogę.

Wzięli je na plecy i ruszyli. Na początku było dość łatwo. Droga łagodnie pięła się w górę i poruszali się całkiem szybko. Z czasem jednak było coraz trudniej. Musieli zwolnić i poruszać się bardzo ostrożnie. Ścieżka, jeśli w ogóle można to było tak nazwać, była coraz bardziej stroma, a pod koniec, prawie że pionowa. Trzymała się mocno ukochanego, nie patrząc w dół, gdyż przy każdej takiej próbie, robiło jej się słabo. Obaj mężczyźni wspinali się wspaniale, jakby całe życie nie robili nic innego. Z łatwością wynajdywali szczeliny, dające oparcie dla nóg i rąk. Cieszyła się, że Marco wziął ją na plecy, bo gdyby miała sama to robić, niechybnie spadłaby w przepaść. Po długiej i mozolnej wędrówce, w końcu dotarli na szczyt. Ku jej zdziwieniu, brzegi nie były cienkie, a nawet dość szerokie, żeby spokojnie pomieścić obok siebie trzy osoby. Do tego w dół prowadziły schody. Spojrzała zdziwiona na pozostałych. Odpowiedzi udzielił jej Marco.

- Żaden człowiek nie próbowałby się tu dostać, więc zbudowaliśmy stopnie, żeby ułatwić sprawę. Zresztą nawet jeśli komuś wpadłoby kiedyś do głowy żeby się tu wspiąć, i tak nie przedostałby się do naszej krainy.

Spoglądała na dno wulkanu, ale faktycznie nie zauważyła tam nic ciekawego. Było pokryte dawno zastygłą lawą i śniegiem, to wszystko. Dotarłwszy na dół zaczęła się rozglądać, ale także nic nie zobaczyła. Poszła za towarzyszami, którzy podeszli do jednej ze skał. Gabriel dotknął jej ręką i nagle ściana się rozsunęła, ukazując wysoki, szeroki, niczym nie oświetlony tunel. Weszli do środka, a "drzwi" zamknęły się za nimi. Zapanowała ciemność, którą po chwili rozjaśniły trzy białe kule światła trzymane przez jej kompanów. Ruszyli w drogę. Z tego co się zorientowała, przejście prowadziło w dół, ku wnętrzu ziemi. Nie wiedziała ile czasu tak szli, zdawało się, że godziny kiedy w oddali zobaczyła światło. Zbliżali się do niego coraz bardziej wreszcie wyszli na zalaną światłem polanę.

Nie spodziewała się tego, co tam zobaczyła. Wszędzie rosła trawa, drzewa, kwiaty, fruwały nawet ptaki. Jak może tutaj coś rosnąć, bez światła i wody? - zastanawiała się zdziwiona. Chociaż właściwie było tutaj takie pseudo słońce. Wysoko, pod sufitem, wisiała kula światła podobna do tych, które wytworzyli jej kompani w tunelu. Różniła się tylko tym, że była z tysiąc razy większa. Światło nie raziło w oczy, za to przyjemnie otulało wszystko swym blaskiem. Rozglądała się oszołomiona dookoła, nie wierząc w to, co widzi. W oddali były domy, ulice i chodniki. Przestrzeń była przeogromna, nie widziała też horyzontu, a wszystko wydawało się takie wspaniałe, czyste, niczym nieskażone. Idąc dalej, zauważyła nawet rzekę i jezioro.

- Czy jest coś, czego tu nie macie? - spytała zdumiona.

- Owszem - roześmiał się Marco. - Nie mamy samochodów, komputerów ani nic w tym stylu.

- Żadnej technologii? - zdziwiła się.

- Nie, no takie rzeczy jak czajnik, żeby zagotować wodę, czy kuchenka, żeby zrobić posiłek, to mamy - uśmiechnął się. - Ale żadna z tych rzeczy nie jest szkodliwa dla nas ani środowiska.

- Na ziemi przydałaby się taka technologia - westchnęła ciężko.

- Owszem - odpowiedział Gabriel. - Jeśli tak dalej pójdzie, ludzie doprowadzą do upadku planety.

Sol poczuła się zawstydzona w imieniu swojego gatunku. To prawda, że ludzkość niezbyt obchodziło środowisko. Są zbyt zachłanni, za bardzo skupiają się na wygodach i zysku, żeby zobaczyć, jakie skutki przynosi ich chciwość i pogoń za lepszym jutrem. Czy da się coś z tym zrobić? Czy ludzie są w stanie się zatrzymać i zobaczyć co robią? Myślenie nad tym tak ją pochłonęło, że nie zauważyła nawet, kiedy dotarli do miasta. W zdumieniu rozglądała się po uliczkach. Domy były takie jak wszędzie, ale ludzie... Oni wydawali się całkiem inni. Wszyscy mieli na sobie te dziwaczne ubrania, podobne do tego, w którym zjawił się u niej Gabe. Różnego kroju, przyozdobione koronkami czy haftem. Nikt się nigdzie nie spieszył, nie gonił, wszyscy wyglądali na szczęśliwych i rozluźnionych. Przyglądali się jej z ciekawością, zastanawiając zapewne, co robi w ich świecie człowiek. Niektórzy nawet uśmiechali się niepewnie, na co odpowiadała tym samym. Wszyscy natomiast z szacunkiem witali się z Gabrielem i Marco, skłaniali głowy, kiedy obok nich przechodzili. Sol patrzyła na to zdziwiona. Czyżby byli znani? Może też należeli do starszyzny? Miała wrażenie, że widzi ich pierwszy raz w życiu. Jasne było, że są poważani wśród społeczeństwa. Musieli zatem pełnić jakąś ważną rolę. Tylko jaką? Postanowiła nie zawracać sobie na razie tym głowy. Prędzej czy później i tak się dowie.

Nagle zobaczyła w oddali pałac. Na jego widok wydała z siebie okrzyk zachwytu. Jaki on był piękny. Wyglądał trochę, jak z baśni tysiąca i jednej nocy. Ta symetryczna, subtelna budowla, piętrząca się niczym doskonała perła, wspaniale równoważyła ogrom i subtelność. Kopuła w kształcie pączka kwiatu wznosiła się ku górze, w idealnej harmonii z łukami oraz mniejszymi kopułami. Kamień, z którego został zbudowany budynek, mienił się w świetle tysiącami kolorów. Dziewczyna chłonęła oczami ten olśniewający widok, nie mogąc ubrać słowami tego, co czuje.

- Piękny prawda? - Stanął obok niej Gabriel.

- Piękny to zbyt ubogie słowo, na jego określenie – odparła, wciąż jeszcze będąc pod wrażeniem.

- Tam się właśnie udajemy - odparł z uśmiechem.

- Do pałacu?! - wykrzyknęła zdziwiona. - Ale ja nie mam odpowiednich ubrań, przecież nie wejdę tam w tym co mam na sobie! Czy tam mieszka wasz jakiś król?

Marco zakrztusił się śmiechem, spoglądając na przyjaciela, ciekawy co ten jej odpowie.

- Tak, coś w tym stylu - odparł, groźnie patrząc na czarnowłosego. - Spotkamy się tam ze starszyzną. Tam właśnie urzęduje.

- Ale ja nie mogę tak im się pokazać – powiedziała, patrząc ze zrezygnowaniem na swoje pobrudzone i zakurzone od długiej wędrówki ubranie.

- Możesz iść do mnie. - Vivienne klasnęła w dłonie. - Na pewno znajdzie się coś odpowiedniego. Chłopaki musicie to zrozumieć. Ona chce wywrzeć dobre wrażenie, a przecież ze swoim obecnym wyglądem, na pewno jej się to nie uda.

- Dzięki Viv - mruknęła Sol.

- No dobra - zgodzili się. - Ale nie za długo. Już i tak jest późno.

- To może zrobimy inaczej - odparła piękność. - Wszyscy jesteśmy zmęczeni i niewyspani po podróży. Jak sami powiedzieliście jest już późno, więc nie ma sensu teraz zawracać piernikom głów. Tym bardziej, że spotkanie na pewno nie będzie trwało krótko. Co wy na to, żebyśmy zjawili się u nich jutro rano?

- W sumie, to czemu nie - spojrzeli po sobie - W końcu należy nam się jakiś odpoczynek.

- Świetnie! - ucieszyła się. - Sol, będziesz spać u mnie.

- Ja natomiast, prześpię się u Marco - stwierdził Gabriel. - Spotkamy się jutro o dziesiątej pod twoim domem. Tylko żebyśmy nie musieli na was czekać.

Marco pomachał jeszcze tylko Sol, kiedy czarnowłosa ciągnęła ją za sobą i ruszyli w stronę jego domu.

- Kiedy zamierzasz jej powiedzieć? - spojrzał na przyjaciela wyczekująco.

- Sama się jutro dowie, po co mam teraz mieszać jej w głowie - odparł burkliwie.

 

***

 

Po krótkim czasie stanęły przed niewielkim, piętrowym domkiem. Na ganku i w ogrodzie znajdowało się mnóstwo kwiatów, widać nowa znajoma je uwielbiała. W domu także stało ich pełno. Weszły na piętro, gdzie Vivienne pokazała pokój, w którym miała spać. Było to niewielkie pomieszczenie, ale bardzo wygodne i przytulne. Stało tam łóżko, stolik z dwoma fotelami, szafa, a całą podłogę pokrywał puszysty dywan. Z przyjemnością zanurzyła gołe stopy w tym puchu. Właściwie odkąd tu przybyła, dziwiła ją panująca temperatura. Na powierzchni spadała poniżej zera, a tutaj było z dwadzieścia pięć stopni. Poza tym mimo późnej pory, było jasno jak w dzień. Czyżby nie było tu nocy? Spytała o to gospodynię.

- U nas cały czas jest ciepło, bo znajdujemy się blisko jądra ziemi. A "słońce", które widzisz, nie gaśnie, więc wciąż mamy dzień. Ponieważ przypomina wasze, rosną tu rośliny. Zwierzęta też mamy, niektóre gatunki są jeszcze z czasów prehistorycznych.

- Macie tu dinozaury?! - przeraziła się.

- Ależ skąd - zaśmiała się - Kiedy chcesz iść spać, opuszczasz rolety, są one w każdym domu i nie przepuszczają światła. Włączasz je pilotem i nastawiasz godzinę, o której chcesz, żeby się podniosły.

Sol była oszołomiona tymi wszystkimi rewelacjami. Świat ten bardzo jej się podobał. Szkoda, że ziemia tak się od niego różniła. Żeby wszyscy ludzie dbali tak o środowisko, żaden gatunek nie byłby zagrożony, nie byłoby efektu cieplarnianego, ani żadnej katastrofy ekologicznej. Westchnęła.

Vivienne dała jej ciuchy i czas na przebranie się. Kiedy zeszła na dół czekała kolacja, ale dla niej specjalnie bez mięsa.

- Dziękuję, że pamiętałaś - uśmiechnęła się.

Zajadała z apetytem. Nie znała tej potrawy, ale przypominała wyglądem spagetti. Tylko, że zamiast makaronu było coś podobnego do ziemniaka, ale bardziej słodkie. Posiłek był naprawdę smaczny, więc od razu poprawił się jej humor.

- Co teraz będziemy robić? - spytała, wyjadając resztki z talerza.

- Nie chce ci się spać? - zdziwiła się nowa koleżanka.

- Wiesz, jakoś nie bardzo. Może opowiesz mi coś więcej o swoim kraju?

- Z wielką chęcią.

Siedziały chyba z dwie godziny, a rudowłosa z zapartym tchem słuchała niesamowitych opowieści. Historie z ich życia, legendy oraz baśnie były lepsze, niż niejedna książka. W końcu Vivienne podniosła się z fotela.

- Czas najwyższy iść spać. Chyba, że chcesz stanąć jutro przed starszyzną z opuchniętymi oczami i cały czas ziewając?

Pokręciła gwałtownie głową i skierowały się do swoich sypialni. Opuściła rolety tak jak jej pokazała gospodyni i zasnęła niemal natychmiast po tym, jak przyłożyła głowę do poduszki.

 

***

 

Nazajutrz rano, po obfitym posiłku ruszyli do pałacu. Sol wciąż nie mogła nadziwić się wspaniałościom i pięknu tego miejsca. Prawie, że z otwartą buzią przyglądała się mijanym ogrodom i egzotycznym zwierzętom, chadzającym po parku. Niejeden ogrodnik dałby wszystko, żeby takie mieć. Pomiędzy drzewami, dało się zauważyć przelatujące różnobarwne, egzotyczne ptaki, których śpiew radował serce. Był tam nawet tygrys! I to w dodatku całkiem oswojony. Sprawiał wrażenie, jakby miał zaraz podejść i łasić się, żeby go pogłaskać.

W końcu stanęli przed ogromnymi wrotami ze złota. Te natychmiast się otworzyły i wybiegł z nich mężczyzna w liberii.

- Wasza wysokość, jak wspaniale, że wróciłeś. Jak się udała podróż? - zapytał, kłaniając się w pas przed Gabrielem. Krzyk, który wydobył się z ust Sol, obudziłby umarłego.

- To ty jesteś tutejszym władcą?!

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (4)

  • Cicho_sza 5 miesięcy temu
    Czyli to Gabriel jest królem. Trochę go podejrzewałam o wysokie pochodzenie 😉
    Czekam na ciąg dalszy.
  • Tooyaa 5 miesięcy temu
    Cieszę się :) niedługo wstawię kolejne rozdziały :)
  • DarthNatala 4 miesiące temu
    Jestem, czytam i obiecuje rychły powrót do ciebie w najbliższym czasie :D
  • Tooyaa 4 miesiące temu
    Będę czekać :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania