Poprzednie częściKroniki Elorien - Prolog

Kroniki Elorien - Rozdział 13

Powrót do twierdzy przebiegał znacznie wolniej niż poranna droga do kopalni. Nie było już rozmów, planów ani młodzieńczego entuzjazmu, który jeszcze kilka godzin wcześniej towarzyszył całej wyprawie. Kolumna poruszała się spokojnym tempem wśród skalistych zboczy Gór Srebrzystych, a jedynymi dźwiękami były stukot końskich kopyt o kamienisty trakt, ciche pobrzękiwanie elementów zbroi i szum wiatru przelatującego między skałami. Słońce powoli zaczynało chylić się ku zachodowi, rzucając długie cienie na górskie ścieżki. Z wysokości obserwowałem ich przez całą drogę i po raz pierwszy od rozpoczęcia wyprawy dostrzegłem, jak bardzo zmienili się w ciągu zaledwie kilku dni. Wyruszali jako grupa absolwentów, którzy marzyli o pierwszej prawdziwej przygodzie. Wracali jako ludzie, którzy po raz pierwszy naprawdę spojrzeli śmierci w oczy. Nawet Lucien nie próbował nikogo rozśmieszać ani udowadniać własnej odwagi. Przez większą część drogi nie odrywał wzroku od konia, na którym ostrożnie przewożono nieprzytomną Zhanę. Bram, który zwykle potrafił znaleźć powód do narzekania nawet podczas spokojnego spaceru, tym razem milczał niemal bez przerwy. Filius wyglądał na wyczerpanego, lecz co kilka minut odruchowo spoglądał na rannych towarzyszy, jakby samą obserwacją mógł upewnić się, że ich stan się nie pogarsza. Laeria natomiast siedziała nieruchomo, pogrążona we własnych myślach, a Kadir walczyła bardziej z bólem niż ze zmęczeniem, starając się nie okazywać go pozostałym. Dopiero gdy na horyzoncie ponownie pojawiły się znajome granitowe mury twierdzy, dało się zauważyć wyraźną ulgę na twarzach wszystkich obecnych. Strażnicy otworzyli bramę niemal natychmiast po dostrzeżeniu zwiadowców wracających z wyprawy, a na dziedzińcu czekało już kilku medyków oraz służba przygotowana do przyjęcia rannych. Wieść o odnalezieniu demona musiała dotrzeć wcześniej niż oni sami, ponieważ niemal cała twierdza wydawała się oczekiwać ich powrotu. Nikt jednak nie wiwatował. Wystarczyło jedno spojrzenie na nieprzytomną Zhanę i zakrwawione bandaże Kadir, by wszyscy zrozumieli, że zwycięstwo miało swoją cenę.

Resztę dnia bohaterowie spędzili w skrzydle medycznym twierdzy. Nie było ono duże, lecz przez lata służyło zarówno żołnierzom, jak i magom pełniącym służbę na granicy, dlatego wyposażono je znacznie lepiej, niż można było się spodziewać po górskiej fortecy. W pomieszczeniach unosił się charakterystyczny zapach ziół, alkoholu używanego do odkażania ran oraz magicznych mikstur przyspieszających gojenie. Medycy pracowali sprawnie i bez zbędnych emocji. Najpierw dokładnie zajęli się Zhanną. Kilku uzdrowicieli przez długi czas badało obrażenia odniesione po potężnym kopnięciu demona, wzmacniając organizm zaklęciami regeneracyjnymi i starannie unieruchamiając uszkodzone żebra. Jej stan określano jako ciężki, lecz stabilny. Oddychała samodzielnie, serce pracowało równo, a najgroźniejsze obrażenia udało się opanować. Nadal jednak nie odzyskiwała przytomności. Kadir również wymagała dłuższego leczenia. Uderzenie kamieniem pozostawiło bolesne obrażenia barku i ramienia, a liczne stłuczenia dawały o sobie znać przy każdym ruchu. Mimo to medycy byli zgodni, że po kilku dniach odpoczynku powinna wrócić do pełni sił. Pozostała czwórka również nie uniknęła leczenia. Lucien miał poparzone dłonie po zbyt intensywnym użyciu inferna, Bram liczne stłuczenia po odłamkach skał, Filius kilka głębszych rozcięć na przedramieniu, a Laeria posiniaczone nogi i bark od ciągłych uników podczas walki. Żadne z tych obrażeń nie były jednak poważne. Po dokładnym opatrzeniu i zastosowaniu odpowiednich mikstur medycy zgodnie uznali, że potrzebują przede wszystkim odpoczynku. Wieczorem cały oddział pogrążył się w wyjątkowo cichej atmosferze. Nawet żołnierze, którzy zwykle głośno rozmawiali w korytarzach, przechodzili obok sal chorych znacznie ciszej niż zazwyczaj. Noc minęła spokojnie. Ja, rzecz jasna, większość czasu spędziłem pod sufitem sali, obserwując śpiących magów. Zabawne, jak szybko człowiek przywiązuje się do ludzi, których początkowo zamierzał jedynie opisywać. Jeszcze niedawno byli dla mnie kolejną grupą uczniów opuszczających Obóz Magów. Teraz złapałem się na tym, że co jakiś czas odruchowo sprawdzałem, czy Zhana nadal oddycha.

Poranek przyniósł pierwsze oznaki poprawy. Lucien, Bram, Filius i Laeria obudzili się wyraźnie wypoczęci, choć każdy z nich nadal odczuwał skutki wczorajszej walki. Medycy pozwolili im opuścić skrzydło chorych pod warunkiem, że nie będą podejmować większego wysiłku i regularnie zgłoszą się na kolejne badania. Kadir również odzyskała pełną świadomość i mogła już samodzielnie rozmawiać z uzdrowicielami, jednak ból barku oraz ogólne osłabienie były na tyle duże, że zdecydowano pozostawić ją jeszcze w łóżku przynajmniej do następnego dnia. Sama nie protestowała. Doskonale wiedziała, że w obecnym stanie nie byłaby w stanie uczestniczyć w żadnej wyprawie. Największy niepokój nadal budziła Zhana. Jej oddech pozostawał spokojny, obrażenia przestały zagrażać życiu, a organizm dobrze reagował na leczenie, lecz magini wciąż nie otwierała oczu. Medycy uspokajali wszystkich, że podobne przypadki po tak silnych urazach nie należą do rzadkości i organizm czasem sam potrzebuje dłuższego odpoczynku, zanim odzyska pełną sprawność. Mimo tych zapewnień Lucien przed wyjściem zatrzymał się na dłuższą chwilę przy jej łóżku, a pozostali również spojrzeli na śpiącą towarzyszkę z wyraźnym niepokojem. Dopiero potem cała czwórka opuściła skrzydło medyczne i skierowała się w stronę sali narad, gdzie czekał już Zheron, gotowy wysłuchać szczegółowego raportu z wyprawy do starej kopalni srebra.

Zheron wysłuchał raportu z niezwykłą uwagą, nie przerywając ani razu, pozwalając każdemu z młodych magów uzupełnić relację o własne spostrzeżenia. Opowieść rozpoczęła się od samej drogi do kopalni i przygotowań przed wejściem do środka, lecz szybko stało się jasne, że najważniejsze wydarzenia rozegrały się już pod ziemią. Magowie szczegółowo opisali układ tuneli, stan starych wyrobisk oraz miejsca, w których odnaleźli ślady niedawnej obecności demona. Następnie przeszli do najbardziej niepokojącego momentu całej wyprawy – tajemniczego głosu rozbrzmiewającego w korytarzach. Każde z nich pamiętało jego słowa niemal doskonale. Opisali spokojny, elegancki sposób wypowiadania się nieznanego maga, jego pewność siebie oraz przekonanie, że prowadzi z nimi rodzaj próby. Szczególnie zainteresowało Zherona to, że głos mówił o "nowym pokoleniu magów", o ludziach mających porzucić dotychczasowy sposób myślenia i wznieść się ponad zwykłych mieszkańców świata. Nie brzmiało to jak chaotyczne przemówienie szaleńca. Wręcz przeciwnie – według zgodnej opinii całej czwórki każde zdanie sprawiało wrażenie starannie przemyślanego, jakby autor od wielu lat budował własną filozofię i był przekonany o jej słuszności. Jeszcze bardziej niepokojąca okazała się informacja, że wspomniał o innych magach podzielających jego poglądy. Nikt nie potrafił ocenić, czy była to jedynie próba zastraszenia młodych absolwentów, czy rzeczywiście działał samotnie. Dla Zherona była to chyba najistotniejsza część całego raportu, ponieważ oznaczała możliwość istnienia znacznie większego zagrożenia niż pojedynczy mag władający cieniem.

Później rozmowa zeszła na samą walkę z demonem. Bohaterowie dokładnie opisali jego wygląd, sposób poruszania się oraz zachowanie podczas starcia. Zgodnie uznali, że stworzenie walczyło zaskakująco inteligentnie. Nie ograniczało się do bezmyślnych szarż, lecz bardzo szybko uczyło się zachowań przeciwników i zmieniało własną taktykę. Szczególnie podkreślili moment, w którym demon przerwał rozpędzoną szarżę i niespodziewanie zaatakował tylnymi racicami, ciężko raniąc Zhanę. To wydarzenie całkowicie zmieniło przebieg walki i zmusiło ich do porzucenia wcześniejszego planu. Opisali również współpracę podczas starcia, wskazując, że dopiero połączenie zaklęć wszystkich żywiołów pozwoliło stopniowo ograniczyć możliwości bestii. Bram opowiadał o kamiennych przeszkodach blokujących kolejne szarże, Kadir o wykorzystaniu wody do utrudniania demonowi poruszania się, Filius o korzeniach chwytających jego nogi, Laeria o rozpraszaniu pyłu i gorącego powietrza, a Lucien o ostatecznym użyciu potężnego inferna, które stworzyło okazję do zadania decydującego ciosu. Nie przypisywali sobie jednak indywidualnych zasług. Wręcz przeciwnie – zgodnie twierdzili, że gdyby choć jedna osoba zawiodła, demon prawdopodobnie zdołałby zabić przynajmniej część drużyny. Zheron słuchał tego z wyraźnym uznaniem, zwracając szczególną uwagę na fakt, że mimo młodego wieku potrafili zachować współpracę nawet wtedy, gdy plan walki całkowicie się załamał.

Na końcu raportu omówiono już sam odwrót z kopalni oraz stan rannych. Lucien bez ukrywania przyznał, że gdy tylko demon padł, uznał dalsze przeszukiwanie tuneli za zbyt ryzykowne. Nikt nie miał pewności, czy w pobliżu nie znajdują się kolejne zagrożenia lub czy tajemniczy mag nie przygotował następnych pułapek. Decyzja o natychmiastowym opuszczeniu kopalni została podjęta jednogłośnie. Opisali także spotkanie ze zwiadowcą oczekującym przed wejściem, przybycie medyków oraz bezpieczny powrót do twierdzy. Na zakończenie Zheron podsumował całość we własnych notatkach. Śmierć jednego z demonów oznaczała niewątpliwy sukces, lecz nikt nie miał złudzeń, że sytuacja stała się przez to prostsza. Nadal na wolności pozostawał demon widziany wcześniej w okolicach Dalewood, w twierdzy przebywał tajemniczy mały Demonek, którego los wciąż pozostawał nierozstrzygnięty, a przede wszystkim nie odnaleziono jeszcze czwartego stworzenia, o którym wspominał autor listu. Co więcej, sam mag cienia ponownie okazał się być o kilka kroków przed wszystkimi. Potrafił obserwować ich działania, przewidywać kolejne ruchy i wpływać na przebieg wydarzeń, nie pozostawiając po sobie niemal żadnych śladów.

Po zakończeniu raportu Zheron jeszcze przez dłuższą chwilę analizował swoje notatki, zestawiając relacje młodych magów z wcześniejszymi meldunkami zwiadowców oraz informacjami zebranymi po ataku na twierdzę. Ostatecznie uznał, że choć pokonanie jednego z demonów było znaczącym sukcesem, nie mogło stać się pretekstem do zbyt szybkiego powrotu do działania. Wyraźnie dostrzegał zmęczenie całej czwórki, nawet jeśli sami starali się je ukrywać. Rany nie były już poważne, lecz organizm po tak wyczerpującej walce potrzebował czasu, by odzyskać pełną sprawność. Dlatego zdecydował, że bieżący dzień zostanie przeznaczony wyłącznie na odpoczynek, leczenie oraz spokojniejsze zajęcia, a dopiero następnego ranka poszukiwania zostaną wznowione. Nie oznaczało to jednak bezczynności dla całej twierdzy. Pozostałe grupy zwiadowców nadal przeczesywały okoliczne doliny, stare kopalnie i górskie lasy, a meldunki spływały do sali narad niemal bez przerwy. Jeszcze przed południem jeden z gońców przyniósł świeżą wiadomość od patrolu działającego w dolinie Andoniusa. Zwiadowcy natrafili tam na nowe, nietypowe ślady, które nie przypominały tropów żadnego znanego zwierzęcia występującego w Górach Srebrzystych. Nie potrafili jednoznacznie stwierdzić, czy należały do demona, jednak uznali je za na tyle podejrzane, że natychmiast przesłali raport do twierdzy. Zheron postanowił, że jeśli następnego dnia młodzi magowie będą czuli się na siłach, właśnie tam powinni rozpocząć kolejną wyprawę. Zdecydował jednocześnie, że tym razem wyruszy jedynie Lucien, Bram, Filius i Laeria. Kadir miała jeszcze pozostać pod opieką medyków i odzyskać pełną sprawność, a o udziale Zhany nie mogło być na razie mowy. Mimo stabilnego stanu nadal pozostawała nieprzytomna, a uzdrowiciele zgodnie twierdzili, że organizm potrzebuje czasu, którego nie da się zastąpić żadnym zaklęciem. Pozostałą część dnia Zheron przeznaczył dla czwórki na trening regeneracyjno-zwiadowczy. Nie chodziło o intensywne ćwiczenia ani sprawdzanie ich możliwości bojowych. Wręcz przeciwnie – zajęcia miały pomóc odbudować kondycję po ciężkiej walce, przypomnieć podstawowe techniki bezpiecznego poruszania się w terenie oraz utrwalić umiejętności obserwacji otoczenia, rozpoznawania śladów i współpracy w niewielkim zespole. Było to znacznie spokojniejsze tempo niż podczas poprzednich dni, ale, ku mojemu zadowoleniu, nikt nie protestował. Nawet Lucien zdawał się rozumieć, że po tym, co wydarzyło się w kopalni, największą oznaką rozsądku nie jest natychmiastowe szukanie kolejnej walki, lecz odpowiednie przygotowanie się do następnej. Ja zaś uznałem, że Zheron po raz kolejny udowodnił, dlaczego przez tyle lat utrzymał dowództwo nad tą twierdzą. Wiedział, kiedy wymagać odwagi, a kiedy cierpliwości, i najwyraźniej nie zamierzał poświęcać młodych magów tylko dlatego, że jakiś elokwentny szaleniec postanowił zamienić ich życie w serię coraz bardziej niebezpiecznych prób.

Filius niemal od razu po zakończeniu narady skierował swoje kroki ku podziemiom twierdzy. Nie musiał nikomu tłumaczyć, dokąd idzie. Wszyscy doskonale wiedzieli, że od chwili przybycia do fortecy najbardziej martwił się nie o siebie, lecz o niewielkiego demona zamkniętego w lochu. Strażnicy rozpoznali go bez problemu i po krótkiej wymianie uprzejmości pozwolili mu zejść na niższy poziom. Kamienne schody prowadziły do chłodnych, wilgotnych korytarzy oświetlonych jedynie pojedynczymi pochodniami. Im głębiej schodził, tym bardziej znikały odgłosy życia twierdzy. Zastępowała je cisza przerywana jedynie kapaniem wody i odległym zgrzytem okutych drzwi.

Demonek przebywał w niewielkiej celi zamkniętej grubą kratą wykutą z żelaza wzmacnianego zaklęciami. Pomieszczenie było znacznie lepsze, niż wyobrażał sobie Filius. Na podłodze leżało świeże siano, w kącie stała miska z wodą, a obok druga, wypełniona czymś, co kucharze najwyraźniej uznali za odpowiedni pokarm dla demona. Sądząc po jej zawartości, nie mieli najmniejszego pojęcia, czym właściwie żywią się takie stworzenia.

Demonek siedział zwinięty w swoją charakterystyczną czarną kulkę i wyglądał na wyjątkowo obrażonego na cały świat. Dopiero gdy usłyszał znajome kroki, uniósł wielkie oczy i przez krótką chwilę wpatrywał się w zbliżającą się sylwetkę. Następnie poderwał się z miejsca i podbiegł do kraty, wydając ciche, znajome demoniczne kwaknięcie, które zabrzmiało niemal jak radosne powitanie.

Filius uśmiechnął się mimowolnie. Nie mógł wejść do środka, dlatego po prostu usiadł na kamiennej posadzce po drugiej stronie kraty. Demonek natychmiast zrobił to samo. Przez kilka chwil patrzyli na siebie w zupełnym milczeniu, jak dwójka starych znajomych spotykających się po dłuższej przerwie. W końcu Filius ostrożnie wsunął dłoń między pręty. Stworzenie bez najmniejszego wahania podeszło bliżej i wtuliło łebek w jego rękę, domagając się głaskania.

Muszę przyznać, że wyglądało to absurdalnie. Oto przyszły mag natury, wychowanek najbardziej prestiżowej szkoły magicznej w tej części świata, siedział na podłodze twierdzy i drapał po głowie istotę należącą do rasy, z którą ludzkość prowadziła wojny przez całe stulecia. A demon wyglądał na szczęśliwego.

Filius przez dłuższy czas obserwował stworzenie z zawodową ciekawością. Sprawdzał jego zachowanie, reakcje na dotyk, sposób poruszania się, a nawet to, jak reaguje na światło wpadające przez niewielkie okienko wentylacyjne wysoko pod sufitem. Demonek ani razu nie okazał agresji. Co najwyżej kilka razy wydał swoje charakterystyczne, ciche odgłosy i próbował zaczepić dłoń Filiusa łapkami, jak młode zwierzę proszące o dalszą uwagę.

Na koniec mag wyciągnął z torby niewielki kawałek suszonego mięsa, który zabrał wcześniej z kuchni. Strażnik spojrzał na niego z lekkim zaskoczeniem, lecz nie protestował. Filius ostrożnie podał smakołyk przez kraty.

Demonek najpierw powąchał go bardzo dokładnie. Następnie ostrożnie ugryzł niewielki kawałek. Przeżuł. Połknął. I ku ogromnemu zdziwieniu Filiusa... niczego nie wypluł. Mag wyraźnie się ożywił. Jeszcze podczas podróży stworzenie nie było w stanie zjeść nawet zwykłego suchara, który kończył swoją krótką karierę w jego pysku jako porcja czarnej mazi. Tym razem jednak suszone mięso najwyraźniej okazało się znacznie bardziej odpowiednim pokarmem. Demonek spojrzał na Filiusa z wyraźnym zainteresowaniem i natychmiast zaczął rozglądać się za kolejnym kawałkiem.

To odkrycie ucieszyło go chyba bardziej niż powinno. Przez następny kwadrans notował w niewielkim notesie wszystkie swoje obserwacje. Sposób odżywiania, zachowanie, reakcje na obecność ludzi, poziom agresji, a nawet rodzaj wydawanych odgłosów. Byłem niemal pewien, że gdyby nikt go nie poganiał, potrafiłby spędzić w tej celi cały dzień. Dla większości mieszkańców twierdzy Demonek pozostawał potencjalnym zagrożeniem. Dla Filiusa był natomiast zagadką przyrodniczą, której nikt wcześniej nie próbował naprawdę zrozumieć. I musiałem przyznać, że choć rozsądek podpowiadał ostrożność, obserwowanie tej niezwykłej przyjaźni było zaskakująco... pokrzepiające. W świecie, w którym coraz więcej ludzi oceniało innych wyłącznie po tym, do jakiej rasy należeli albo jaką magią się posługiwali, Filius uparcie najpierw patrzył na zachowanie, a dopiero później na pochodzenie.

Jeżeli ktoś sądził, że Bram po niemal śmiertelnym starciu z demonem postanowi poświęcić wolny czas na medytację, doskonalenie zaklęć albo analizowanie taktyki przyszłych wypraw, to najwyraźniej nie znał Brama. Mag ziemi miał własną, od lat sprawdzoną metodę regeneracji organizmu, a składały się na nią trzy elementy: jedzenie, wygodne miejsce i święty spokój. Po opuszczeniu sali narad skierował się więc z zadziwiającą pewnością do twierdzej spiżarni. Nie dlatego, że był głodny bardziej od innych. Po prostu zdążył już zauważyć, że właśnie tam panowała najprzyjemniejsza temperatura w całej fortecy. Grube kamienne ściany skutecznie zatrzymywały górski chłód, a zapach świeżego chleba, suszonych ziół, dojrzewających serów i wędzonego mięsa sprawiał, że miejsce wydawało się znacznie bardziej przytulne niż większość komnat przeznaczonych dla gości.

Kucharze początkowo patrzyli na niego z pewną podejrzliwością, lecz po kilku dniach pobytu w twierdzy zdążyli już zaakceptować fakt, że młody mag ziemi pojawia się tam regularnie. Bram nigdy nie był nachalny. Zawsze grzecznie pytał, czy może wziąć kawałek chleba, jabłko albo trochę suszonego mięsa, a przy okazji pomagał przestawić cięższe beczki czy worki z mąką, wykorzystując swoją magię ziemi znacznie praktyczniej niż większość absolwentów akademii zapewne uznałaby za godne. Tego dnia również dostał niewielki posiłek, do którego dorzucił kilka suszonych śliwek znalezionych w jednej z drewnianych skrzynek oraz kubek chłodnej wody ze stojącej przy ścianie beczki.

Potem zrobił coś, co zaskoczyło chyba wyłącznie ludzi, którzy nie mieli jeszcze okazji go poznać. Rozejrzał się uważnie po pomieszczeniu, przesunął kilka pustych worków wypełnionych kiedyś ziarnem, ułożył je jeden na drugim, dorzucił zwinięty koc znaleziony na półce i po kilku minutach stworzył sobie coś pomiędzy posłaniem a wyjątkowo wygodnym fotelem. Usadowił się z wyraźnym zadowoleniem, oparł plecy o drewnianą skrzynię pełną ziemniaków i zaczął spokojnie podjadać swoje zapasy, obserwując leniwą pracę kucharzy.

Ja, rzecz jasna, usiadłem na jednej z belek pod sufitem. Od wieków fascynowało mnie, jak niewiele niektórym ludziom potrzeba do szczęścia. Bram nie miał przed sobą uczty godnej króla. Nie siedział przy kominku ani na miękkim łóżku. Znajdował się w zwykłej spiżarni, otoczony workami mąki, beczkami kiszonej kapusty i skrzynkami z cebulą. A mimo to wyglądał na człowieka całkowicie usatysfakcjonowanego.

Po skończonym posiłku przeciągnął się leniwie, poprawił prowizoryczne posłanie i założył ręce pod głowę. Początkowo chyba zamierzał jedynie odpocząć przez kilka minut. Wpatrywał się jeszcze przez chwilę w drewniany strop, wsłuchując się w odległe odgłosy twierdzy. Ktoś przechodził korytarzem. Gdzieś dalej rozległ się stuk młota w kuźni. Nad spiżarnią ktoś przesunął ciężką skrzynię. Bram nawet nie otworzył oczu. Po kilku minutach jego oddech wyraźnie się uspokoił. Jeszcze po chwili cicho zachrapał.

Kucharze zauważyli to niemal natychmiast. Jeden z nich tylko pokręcił głową z rozbawieniem, drugi przykrył śpiącego maga dodatkowym kocem, najwyraźniej uznając, że po tym, co wydarzyło się w kopalni, należy mu się odrobina spokoju. Nikt nie próbował go budzić. W pewnym sensie Bram zasłużył sobie na tę drzemkę bardziej niż ktokolwiek inny. To właśnie jego błyskawiczna reakcja uratowała całą drużynę przed pierwszą szarżą demona, a później jego zaklęcie zakończyło walkę. Sam oczywiście nigdy by tego nie powiedział. Gdyby go zapytać, zapewne odpowiedziałby, że największym osiągnięciem dnia było znalezienie najwygodniejszego miejsca do spania w całej twierdzy. I znając życie, mówiłby to całkowicie szczerze.

Lucien, w przeciwieństwie do Brama, nie potrafił zbyt długo pozostawać bez ruchu. Zaledwie kilkadziesiąt minut po opuszczeniu sali narad skierował się na twierdzy plac treningowy, gdzie od rana ćwiczyli żołnierze i kilku stacjonujących w fortecy magów. Nie zamierzał jednak brać udziału w żadnym zorganizowanym szkoleniu. Po prostu potrzebował sprawdzić, czy po wczorajszej walce jego ciało i magia nadal reagują tak, jak powinny. Medycy ostrzegali go, by nie forsował poparzonych dłoni, lecz najwyraźniej uznał, że ostrożność można interpretować na wiele sposobów. Przez dłuższą chwilę wykonywał więc podstawowe ćwiczenia. Rozciągał ramiona, ćwiczył pracę nóg, a następnie zaczął tworzyć niewielkie płomienie, raz po raz posyłając je w stronę ustawionych na końcu placu drewnianych manekinów. Nie były to potężne zaklęcia. Raczej precyzyjne, kontrolowane strumienie ognia pozwalające wyczuć, czy przepływ energii nie został zaburzony podczas walki z demonem. Każdy kolejny czar wychodził mu coraz płynniej, a z jego twarzy powoli znikało napięcie, które towarzyszyło mu od chwili opuszczenia kopalni.

Nie minęło wiele czasu, a wokół zaczęło gromadzić się kilku żołnierzy obserwujących ćwiczenia młodego maga. Trudno było im się dziwić. Wieść o pokonaniu demona rozeszła się po twierdzy błyskawicznie, a Lucien, chcąc nie chcąc, stał się jednym z bohaterów dnia. Początkowo starał się ignorować spojrzenia, lecz znałem go już wystarczająco dobrze, by przewidzieć, co nastąpi za chwilę. Lucien miał wiele zalet. Skromność nigdy do nich nie należała.

Z każdym kolejnym zaklęciem jego ruchy stawały się coraz bardziej efektowne. Płomienie przestawały być jedynie praktyczne. Zaczynały zataczać łuki w powietrzu, wirować wokół kostura i rozbłyskiwać z niepotrzebnym, choć niewątpliwie widowiskowym rozmachem. W pewnym momencie wokół niego unosiło się już kilka ognistych kul jednocześnie, które krążyły niczym posłuszne mu planety. Nie miało to większego zastosowania bojowego. Wyglądało natomiast bardzo imponująco.

Wkrótce pojawiły się pierwsze pytania ze strony żołnierzy. Nie słyszałem wszystkich odpowiedzi, bo akurat siedziałem na drewnianym słupie po przeciwnej stronie placu, ale ton rozmowy zdradzał wszystko. Lucien z coraz większym zapałem opowiadał o starciu w kopalni. Oczywiście nie kłamał. Faktycznie użył inferna i rzeczywiście jego zaklęcie odegrało ogromną rolę podczas walki. Problem polegał na tym, że z każdą kolejną minutą inferno stawało się coraz większe, demon coraz bardziej przerażający, a liczba skał stopionych przez ogień rosła w tempie, którego nawet magia nie byłaby w stanie uzasadnić.

Obserwowałem to z rozbawieniem. To bardzo ciekawa cecha ludzi. Wystarczy kilka par słuchających uszu, a pamięć natychmiast zaczyna wygładzać szczegóły. Nie po to, by oszukiwać. Po prostu po to, by historia brzmiała lepiej.

Lucien nie przypisywał sobie zwycięstwa nad demonem. Na szczęście aż tak daleko się nie posuwał. Kilkakrotnie wspominał o kamiennych zaporach Brama, pomocy Filiusa, zaklęciach Kadir i Laerii oraz o odwadze Zhany. Jednak gdy dochodził do momentu użycia inferna, w jego oczach pojawiał się ten dobrze mi już znany błysk. Wtedy gestykulował szerzej, głos robił się donośniejszy, a płomienie wokół niego zdawały się reagować na emocje właściciela. Żołnierze słuchali z zainteresowaniem, niektórzy z wyraźnym podziwem, inni z rozbawionymi uśmiechami zdradzającymi, że doskonale wiedzą, iż każda dobra opowieść wojownika z czasem nabiera odrobiny kolorytu.

Co ciekawe, Lucien najwyraźniej właśnie tego potrzebował. Jeszcze rano nie odrywał wzroku od łóżka nieprzytomnej Zhany i wyglądał na człowieka przygniecionego odpowiedzialnością. Teraz powoli wracał do siebie. Do swojego zwykłego charakteru. Do energii, pewności siebie i przekonania, że następne wyzwanie również da się pokonać. Nie oznaczało to, że zapomniał o wydarzeniach z kopalni. Widziałem to doskonale. Co jakiś czas, gdy rozmowa cichła, spoglądał gdzieś ponad murami twierdzy, w stronę gór. W takich chwilach jego twarz na moment poważniała. Dopiero po chwili ponownie się uśmiechał i wracał do opowieści o infernie, które – sądząc po tempie, w jakim rosło w jego wspomnieniach – za kilka lat będzie zapewne widoczne z sąsiedniego królestwa. I szczerze mówiąc, nie miałem mu tego za złe. Po tym, co przeżył dzień wcześniej, odrobina przechwalania wydawała się znacznie zdrowsza niż rozpamiętywanie każdej sekundy tamtej walki.

Laeria nie powiedziała nikomu, dokąd się wybiera. Po prostu opuściła skrzydło mieszkalne i spokojnym krokiem skierowała się ku najwyższej wieży twierdzy. Nie było tam niczego szczególnego. Żadnych tajemnych komnat ani sal treningowych. Jedynie kamienne schody prowadzące na platformę obserwacyjną, z której strażnicy od pokoleń wypatrywali zagrożeń nadciągających przez Góry Srebrzyste. Wspinaczka była długa i męcząca, zwłaszcza po wydarzeniach poprzedniego dnia, lecz Laeria ani razu się nie zatrzymała. Powoli pokonywała kolejne stopnie, aż w końcu wyszła na sam szczyt. Wiatr był tam znacznie silniejszy niż na dziedzińcu. Chłodne podmuchy bez przeszkód przelatywały ponad murami, poruszając jej włosy i szerokie rękawy szaty. Przed nią rozciągał się widok na całe pasmo górskie. W oddali majaczyły doliny, którymi jeszcze niedawno podróżowali, a gdzieś daleko na horyzoncie ginęły szlaki prowadzące ku Obózowi Magów. Przez kilka minut po prostu stała przy kamiennej balustradzie, oddychając głęboko i wsłuchując się w świst powietrza.

Ja oczywiście poleciałem za nią. Tym razem niczego nie przyspieszała.Stanęła na środku kamiennej platformy, zamknęła oczy i przez dłuższą chwilę po prostu oddychała. Nie wykonywała żadnych widowiskowych gestów. Nie wypowiadała głośnych inkantacji. Wyglądało to bardziej jak rozmowa z samą sobą niż rzucanie zaklęcia. Powoli uniosła dłonie, pozwalając, by wiatr swobodnie przepływał między palcami. Zamiast próbować go podporządkować, zdawała się wsłuchiwać w jego rytm. Minuty mijały, a ona pozostawała całkowicie nieruchoma.

Potem bardzo delikatnie oderwała się od kamiennej posadzki. Najpierw ledwie o szerokość dłoni. Potem nieco wyżej. Nie było gwałtownego szarpnięcia ani utraty równowagi. Jej ciało unosiło się spokojnie, jakby od zawsze należało bardziej do powietrza niż do ziemi. Laeria nie otwierała oczu. Wciąż oddychała miarowo, pozwalając magii płynąć dokładnie takim tempem, jakie sama narzucała. Wiatr nie walczył z nią. Wręcz przeciwnie. Zdawał się delikatnie podtrzymywać ją w powietrzu. Mijały kolejne sekundy. Potem kolejne. I jeszcze następne.

Po raz pierwszy od chwili, gdy ją zacząłem obserwować, lewitacja nie kończyła się nagłym upadkiem. Unosiła się nad platformą przez długi czas, powoli przesuwając się kilka kroków w jedną stronę, potem wracając na środek. Jej ruchy były ostrożne, ale całkowicie kontrolowane. Ani razu nie zachwiała się w powietrzu. Nie walczyła już z własną magią. Wreszcie zaczęła z nią współpracować.

Patrzyłem na to z pewnym zdziwieniem. Przez wszystkie te lata obserwowania uczniów magii zauważyłem jedną rzecz. Czasami największą przeszkodą nie jest brak talentu. Jest nią własny strach przed kolejną porażką. Laeria próbowała lewitować setki razy. Za każdym razem robiła to z myślą, że zapewne znowu się nie uda. Tym razem nie próbowała nikomu niczego udowodnić. Nie było nauczycieli, kolegów ani przypadkowych obserwatorów. Była tylko ona i wiatr.

Po dłuższej chwili bardzo powoli opuściła się z powrotem na kamienne płyty wieży. Wylądowała tak lekko, że nawet jej szata ledwie drgnęła. Otworzyła oczy, spojrzała przed siebie i przez kilka sekund stała zupełnie nieruchomo. Nie krzyknęła z radości. Nie zaczęła natychmiast próbować ponownie. Nie pobiegła nikomu opowiadać o swoim sukcesie. Na jej twarzy pojawił się jedynie spokojny, szczery uśmiech. Niewielki, ledwie dostrzegalny, ale chyba najpiękniejszy, jaki widziałem u niej od początku tej historii. Wyglądał jak uśmiech człowieka, który wreszcie przestał walczyć z samym sobą.

Po chwili poprawiła płaszcz, jeszcze raz spojrzała na rozciągające się przed nią góry, po czym odwróciła się i spokojnym krokiem zeszła po schodach na dół, nie mówiąc o swoim sukcesie absolutnie nikomu. A ja uznałem, że niektóre zwycięstwa nie potrzebują świadków. Wystarczy, że wie o nich ten, kto na nie pracował.

Tymczasem w skrzydle medycznym panował zupełnie inny nastrój niż w pozostałych częściach twierdzy. Tam czas płynął wolniej, a odgłosy codziennego życia docierały jedynie jako odległe echo zza grubych kamiennych ścian. Kadir, która odzyskała już większość sił, wciąż pozostawała pod obserwacją medyków, choć wyraźnie nudziło ją bezczynne leżenie. Na szczęście ktoś szybko zorientował się, że najlepszym lekarstwem dla magini wody będzie zajęcie jej umysłu. Jeszcze przed południem jeden z bibliotekarzy przyniósł do jej pokoju pokaźny stos książek. Były wśród nich atlasy górskich roślin, opracowania dotyczące demonów, kroniki dawnych wypraw zwiadowczych, a nawet stary podręcznik poświęcony budowie opuszczonych kopalń w Górach Srebrzystych. Kadir przyjęła je z wyraźnym entuzjazmem i niemal natychmiast pogrążyła się w lekturze. Co chwilę robiła krótkie notatki na luźnych kartkach pergaminu, zaznaczała fragmenty, porównywała informacje z własnymi wspomnieniami z ostatnich dni i od czasu do czasu marszczyła czoło, kiedy trafiała na coś szczególnie interesującego. Odnoszę czasem wrażenie, że gdyby zamknąć ją w bibliotece na miesiąc z odpowiednim zapasem jedzenia, wyszłaby z niej szczęśliwsza niż większość ludzi po wakacjach. Nawet leżąc w łóżku potrafiła zamienić odpoczynek w kolejne badania.

Znacznie większe poruszenie wywołało jednak coś, na co wszyscy czekali od poprzedniego dnia. Późnym popołudniem Zhana w końcu odzyskała przytomność. Obudziła się powoli, wyraźnie zdezorientowana i osłabiona, przez dłuższą chwilę próbując przypomnieć sobie, gdzie się znajduje. Medycy natychmiast znaleźli się przy jej łóżku, uspokajając ją i wyjaśniając, że wróciła już bezpiecznie do twierdzy. Pierwszym pytaniem, jakie zadała, nie było jednak pytanie o własny stan. Chciała wiedzieć, czy pozostali przeżyli walkę i czy nikomu nic poważnego się nie stało. Dopiero gdy usłyszała, że demon został pokonany, a reszta drużyny wyszła z kopalni jedynie z lżejszymi obrażeniami, wyraźnie się uspokoiła. Medycy nie ukrywali jednak prawdy dotyczącej jej samej. Kilka żeber było złamanych, miała liczne stłuczenia, głębokie siniaki i naderwane mięśnie po potężnym kopnięciu bestii. Na szczęście żaden z urazów nie zagrażał już życiu, ale powrót do pełnej sprawności wymagał czasu. O udziale w kolejnych wyprawach nie mogło być na razie mowy. Nawet Zhana, która zwykle z uporem próbowała ignorować własne obrażenia, tym razem nie protestowała. Była zbyt wyczerpana. Gdy upewniła się po raz ostatni, że jej przyjaciele są bezpieczni, zamknęła oczy. Już po kilku minutach ponownie zasnęła spokojnym, głębokim snem, którego jej organizm potrzebował bardziej niż jakiegokolwiek zaklęcia leczącego.

Wieczorem cała czwórka wróciła z treningów wyraźnie zmęczona, ale jednocześnie zadowolona z dnia, który wreszcie upłynął bez walki i nieustannego zagrożenia. Ćwiczenia regeneracyjno-zwiadowcze okazały się znacznie mniej widowiskowe niż starcie w kopalni, lecz każdy z nich czuł, że były potrzebne. Doskonalili orientację w terenie, ćwiczyli poruszanie się bez pozostawiania śladów, rozpoznawanie subtelnych oznak obecności demonów oraz współpracę w niewielkiej grupie. Tym razem nikt nie próbował nikomu niczego udowadniać. Po wydarzeniach ostatnich dni wszyscy lepiej rozumieli, że podczas prawdziwej wyprawy liczy się przede wszystkim zaufanie i opanowanie. Po zakończeniu zajęć zgodnie skierowali się do skrzydła medycznego, gdzie zastali już przytomną Zhanę oraz Kadir siedzącą z książką na kolanach. Na jakiś czas odłożono mapy, raporty i rozważania o demonach. Rozmowa zeszła na znacznie prostsze tematy. Wspominali podróż do twierdzy, śmiali się z tego, jak Bram niemal codziennie próbował znaleźć najlepsze miejsce do drzemki, przypomnieli sobie przerażoną minę gospodarza z górniczej osady, gdy zobaczył Demonka, a nawet wrócili do historii opowiadanych małemu chłopcu podczas wspólnej jazdy powozem. Śmiechu nie było wiele, ale był szczery. Po raz pierwszy od dłuższego czasu wszyscy mogli choć na chwilę poczuć się znowu grupą przyjaciół, a nie drużyną zmuszoną nieustannie walczyć o życie.

Z czasem rozmowa naturalnie zeszła na następny dzień. Plan był już ustalony i nikt nie zamierzał go kwestionować. O świcie Lucien, Bram, Filius i Laeria mieli ponownie wyruszyć do doliny Andoniusa, aby zbadać nowe ślady odnalezione przez zwiadowców. Wszyscy liczyli, że tym razem uda się dowiedzieć czegoś więcej o pozostałych demonach, zanim wydarzy się kolejna tragedia. Kadir, choć wyraźnie nie była zachwycona pozostaniem w twierdzy, pogodziła się z decyzją Zherona. Wiedziała, że organizm potrzebuje jeszcze jednego dnia odpoczynku, a trening regeneracyjny pozwoli jej szybciej wrócić do pełnej sprawności. Zhana natomiast nawet nie próbowała protestować. Wystarczyło jedno ostrożniejsze poruszenie, by złamane żebra przypomniały o sobie ostrym bólem. Doskonale rozumiała, że przez najbliższy czas jej miejscem pozostanie łóżko w skrzydle medycznym. Mimo to nie wyglądała na przygnębioną. Cieszyła się, że pozostali mogą kontynuować misję, a ona sama będzie mogła wrócić do walki dopiero wtedy, gdy naprawdę będzie na to gotowa. Gdy za oknami zapadł zmrok, rozmowa stopniowo ucichła. Każdy z nich miał własne myśli dotyczące jutrzejszej wyprawy, lecz tym razem nie było w nich panicznego lęku.

Kiedy w twierdzy zgasła większość pochodni, a kamienne korytarze zaczęły pustoszeć, nawet ja poczułem, że najwyższy czas przestać udawać istotę, która nie potrzebuje odpoczynku. Na początku tej kroniki narzekałem na nudę. Potem przez wiele dni praktycznie nieustannie latałem za młodymi magami, podsłuchiwałem rozmowy, obserwowałem zwiady, walki, narady i wszystko, co mogło mieć choćby najmniejsze znaczenie. Muszę przyznać, że bycie muchą ma wiele zalet, ale jedną bardzo istotną wadę. Człowiek przez cały czas jest w ruchu. A raczej mucha. Skrzydła, choć niezwykle praktyczne, nie zostały stworzone do wielodniowych wypraw bez porządnego odpoczynku. Oczywiście nie odczuwałem zmęczenia w taki sam sposób jak zwykli ludzie, lecz po kilku dniach nieustannego latania nawet moje stare kości zaczynały przypominać, że mają już grubo ponad osiemset lat. Nie zamierzałem jednak spać na belce pod sufitem ani przycupnięty gdzieś na parapecie.

Znalazłem więc jeden z zapomnianych korytarzy w najniższej części twierdzy, niedaleko lochów. Było tam niewielkie pomieszczenie, zapewne dawna składzik albo strażnica, dziś zupełnie opuszczone. Kamienne ściany skutecznie tłumiły wszelkie odgłosy, a ciężkie drzwi od lat chyba nie były używane. Właśnie takie miejsca lubiłem najbardziej. Nikt tam nie zaglądał, nikt niczego nie podejrzewał. Usiadłem na zimnej posadzce jeszcze jako mucha, upewniłem się, że w pobliżu nie ma żywej duszy, po czym pozwoliłem magii wykonać swoje zadanie.

To zawsze było osobliwe uczucie. Świat nagle przestawał być ogromny. Kamienie wracały do normalnych rozmiarów. Szczeliny między płytami podłogi przestawały przypominać kaniony. A moje własne ciało znowu stawało się... ludzkie.

Wyprostowałem się powoli, przeciągając ramiona tak mocno, aż usłyszałem przyjemne chrupnięcie w barkach. Potem nogi. Plecy. Szyję. Gdy przez większość czasu żyje się jako owad, człowiek zaczyna doceniać rzeczy, nad którymi inni nawet się nie zastanawiają. Chociażby możliwość wygodnego siedzenia z wyprostowanymi nogami. Albo położenia się na plecach. Wbrew temu, co mogłoby się wydawać, muchy nie są stworzone do komfortowego snu.

Oparłem się więc o chłodną ścianę, ułożyłem pod głową zwinięty płaszcz, który od stuleci nosiłem przy sobie podczas każdej przemiany, i westchnąłem z wyraźną ulgą. Przez chwilę słuchałem ciszy panującej w twierdzy. Gdzieś bardzo daleko strażnik przeszedł po murach. Jeszcze dalej usłyszałem skrzypnięcie drzwi i ciche rżenie konia ze stajni. Potem wszystko ponownie ucichło.

Pomyślałem jeszcze o Elorien. O mojej niewielkiej kryjówce, do której na szczęście jeszcze nikt nie zajrzał. O notatkach, starych księgach i kilku przedmiotach, których wartość znałem chyba tylko ja. Przez chwilę przemknęło mi przez głowę, czy aby na pewno nic złego się tam nie dzieje. Zaraz jednak sam siebie zganiłem. Jeśli coś wydarzy się w obozie, dowiem się o tym prędzej czy później. A jeśli nie wydarzy się nic... tym lepiej. Z tą myślą zamknąłem oczy. Po raz pierwszy od wielu dni naprawdę się wyspałem. I muszę przyznać, że była to jedna z najlepszych decyzji, jakie podjąłem od początku tej całej, zdecydowanie zbyt interesującej wyprawy.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (2)

  • najmniejsza 5 godz. temu

    Mimo że to fikcja literacka, odnajduję w niej wiele szczegółów .Najbardziej dla mnie interesująca jest Twierdzą ( jak Twierdzą Świętej Tereski ) wyprawy waleczne oraz powroty do oczekiwanej sprawności
    Ciekawie ...chętnie poczytam ciąg dalszy.;-)

  • najmniejsza 5 godz. temu

    Twierdza, *

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania