Poprzednie częściPieśń pokoju cz.1

Pieśń pokoju cz.13

Interludium

 

Babcia skończyła wyplatać ostatni wianek z polnych kwiatów i kłosów żyta, sięgnęła po swoją drewnianą „przyjaciółkę" i powolnym, bolesnym krokiem, podpierając się laską, wyszła na zewnątrz. Porządny drewniany fotel z siedziskiem obszytym wypchaną tkaniną czekał na ganku; przywoływał staruszkę obietnicą wytchnienia i kusił wizją spokojnej drzemki. Korpulentna kobieta pozwoliła mu się uwieść i rozsiadła się wygodnie, kierując twarz w stronę słońca. Czerwony dysk wisiał bardzo nisko nad horyzontem, a spod lasu sunęła fala szarej mgły. Wieczory i poranki nadal bywały chłodne, więc zimno ciągnęło od podłogi i zalegało na stopach, ale Babci najwidoczniej to nie przeszkadzało.

– Całe szczęście zaraz noc... – westchnęła, wyciągnęła z fartucha paciorki do modlitwy i zaczęła nucić ludową piosnkę.

Noc zawsze przynosiła spokój, zakrywała to, co cielesne, pozwalała duszy rozpostrzeć skrzydła i wzlecieć lekko w mrok bezmiaru. Kobieta czuła ból ustępujący z umęczonych przez czas kończyn, dar umiłowanej matki. Sielankę przerwało rozpaczliwe wołanie dobiegające zza węgła chaty. Dziewczyna biegła, jakby goniły ją czarty.

– Idą! Idą tutaj, Babusia!

– Khto yde, Aliona?! – spytała Babcia, przerywając kojące kołysanie w bujaku.

– Ruskie, Babusia. Ci najgorsi!

Aliona padła staruszce do kolan i łapała powietrze łapczywymi haustami.

– Kadyrowcy?

– Tak, Babusia. Oni.

– Aliona, wiem, że się strachasz, wszystkie się boim, ale musisz być dzielna. – Babusia uniosła dygoczący podbródek dziewczyny, której czarne jak węgiel włosy kontrastowały z alabastrową cerą i krwistymi ustami. – Do nocy już niedługo. Może dotrwamy, a może oni wprzódy odpuszczą.

– Oni nie odpuszczają, nie oni, Babusia.

– Słuchaj mnie uważnie. – Złapała Alionę za policzki i spojrzała w szkliste oczy. – Trzeba Dariję schować, nie mogą jej psy czeczeńskie w łapska swoje plugawe...

Krzyki i odgłosy strzałów nadleciały od przedpola.

– Idź, Aliona, zbierz dziewczyny w chacie, a Dariję... ją pod podłogę. Szybko!

– Babusia myśli, że dotrwamy?

– Gnaj już! – Staruszka pośpieszyła młódkę, która podwinęła lnianą suknię i pobiegła na poletko, na którym grupka kobiet w różnym wieku pieliła wokół nowalijek.

Babcia z trudem wstała z siedziska, spojrzała na słońce, wymamrotała coś, ściskając paciorki, i bardzo powoli zeszła po skrzypiących schodach jednej z czterech chat rozstawionych wokół centralnego, o wiele większego i bardziej posępnego budynku.

Tam właśnie zamierzała się udać, do domu Żalnicy.

Musiała robić przystanki na oddech, pokonując kolejne metry klepiska, i po każdym metrze złorzeczyła pod nosem. W jej wieku taka samotna wyprawa stanowiła nie lada wyzwanie, a nadszarpnięte wojną nerwy podrażniane ciągłym bólem kości, nie potrzebowały wiele, żeby zmaterializować gniew w niecenzuralne słowa. Aż do tej wiosny Babcia żyła w przekonaniu, iż wojny odeszły wraz z minionym stuleciem, a nowe czasy i ich konflikty to już problem potomnych. Zawiodła się na tym świecie i to nie po raz pierwszy. Wspomnienia z obozu, ucieczka bydlęcym wagonem byleby dalej od śmierci. Wszystko wróciło żywe, jakby wczoraj trzymała matkę za rękę i chlipała pod nosem, kiedy wojskowy mierzył do nich z krótkiej broni.

Pogrążona w tych myślach jak drzazgi, dotarła do wielkiej szopy. Pchnięcie skrzydła sypiących się drzwi poprzedziły ciche słowa:

– Zdajemy się na ciebie.

Kolejna salwa strzałów rozszarpała ciszę wieczoru; tym razem padły o wiele bliżej, tuż za miedzą warzywnego poletka. Wszystkie mieszkanki tej zapominanej przez świat osady czekały już w środku. Ogromne pomieszczenie wypełniał zapach ziół i kwiatów, a z sufitu zwisały girlandy powiązanych nicią suszonych grzybów i małych zasznurowanych woreczków. Starsze Matrony ściskały młodsze dziewczęta za ramiona. Wszystkie kobiety niezależnie od wieku nosiły proste lniane soroczki, a ich czarne gęste czupryny zdobiły starannie zaplecione wianuszki z kwiatami rumianku i konwalii.

Babcia omiotła wzrokiem całą grupę ściśniętą w centrum izby. Stłoczyły się przed słomianym chochołem w płaszczu z bydlęcej skóry. Jego twarz trwożyła pustymi oczami wyrytymi w drewnianej bielonej masce, a kapelusz z szerokim rondem przywoływał na myśl bajki o wiedźmach.

Staruszka splunęła za próg i końcem kija nakreśliła jakiś znak na deskach. W głębi pomieszczenia panował półmrok przełamywany przez rozpalone tu i ówdzie lampy oliwne oraz promienie wieczornego światła, które zaglądały przez liczne szczeliny w ścianach.

– Darija gdzie? – spytała Aliony, zbliżywszy się do grupki kobiet.

– W ukryciu, Babusia; razem z Ionną.

– Dobrze – oświadczyła staruszka i uderzyła kilkukrotnie drewnianą lagą w podłogę. Delikatny rytmiczny stukot odpowiedział nieśmiało spod desek. Babcia pokiwała głową twierdząco i z pomocą swojej wiernej drewnianej przyjaciółki dołączyła do reszty kobiet.

– Nie strachać się, może pójdą w diabły! – skłamała: nawet ona nie wierzyła w to pobożne życzenie, ale nie mogła poczynić inaczej.

– Czeczeńskie czarty! – Starsza Polina splunęła na podłogę.

– Nawet z diabołami można się układać – wysapała Babcia. – Nie martw... – przerwała.

Deski na schodach przy wejściu zaskrzypiały pod ciężarem masywnych ciał. Cienie na podłodze ukazały kilka niewyraźnych sylwetek, przesłaniających światło, prześlizgujące się pod drzwiami. Skrzydło osadzone na leciwych zawiasach, nagle wpadło do środka. Młodsze dziewczyny zakwiliły. Do izby wparowało dwóch brodatych wojskowych w rosyjskich mundurach. Wycelowali karabiny w stłoczone kobiety. Cichy pisk rozszedł się po chacie, ale Babcia stała spokojnie, mierząc intruzów pogardliwym wzrokiem. Widziała, jak wieczorne słońce czerwieni się i wycofuje. Musiały dotrwać; przeżyć jeszcze trochę.

– Ruki vverkh! – wrzasnął jeden z kadyrowców.

Starsze kobiety posłuchały i uniosły ramiona, większość młódek też, tylko mała Olenka wpadła w histerię.

– Skazhi yey zatknut'sya! – warknął drugi i wskazał lufą na dziewczynkę.

Staruszka podeszła do przerażonej Olenki i szepnęła jej coś do ucha. Dziewczynka przytaknęła, ocierając policzki z łez. Próg przekroczył jeszcze jeden mężczyzna. Zrobił to powoli, tak jakby napawał się przerażeniem, które gęstniało w powietrzu.

– No, no, no... Chyba nam się dziś poszczęściło. Takie kwiaty w paskudnym bajorze gnoju, jakim jest ten kraj.

Głośny rechot zadudnił w chacie.

Wysoki, nieco otyły mężczyzna z pociągłą twarzą i czarną kozią bródką podpalił papierosa, zaciągnął się dymem i jeszcze raz spojrzał na grupę przerażonych kobiet, wykrzywiając przy tym gębę w podły grymas.

– A wasze chłopy gdzie? – rzucił, wybałuszając rybie oczy.

– Na wojnie, ojczyzny bronią! – sarknęła Babcia.

– Ojczyzny, he... Toć to już mateczka Rosyja. My przecie tej samej ojczyzny teraz bronim. – Rozłożył teatralnie ręce, a rechot ponownie rozbrzmiał dudniącym echem. – To co, babusja! Pomożecie weteranom z frontu?

– Czego chceta?! – spytała cierpko Babcia.

– My tylko ciepła i miłości szukamy. Nie, chłopaki?

– No przecie! – przytaknęli jednogłośnie hersztowi Ramzanowi Kadyrowi, który z przyklejonym uśmieszkiem na twarzy wyrzucił memłanego peta na deski i podszedł do Aliony.

– Jak masz na imię? – spytał, ściskając jej podbródek, a potem pierś.

Splunęła mu w twarz.

Uderzył z otwartej dłoni z taką siłą, że upadła na podłogę i wypluła krew.

– Ukraińska suka! Myślałaś, że my was ruchać będziem? My was brudne, parchate sabaki, nawet osrać nie chcemy!

Kopnął Alionę w brzuch.

Spod podłogi dobiegł stłumiony pisk.

– Wy tu, babuszka, myszy macie takie, że ho, ho... – zadrwił Kadyrowiec. – Lecha! – zawołał do kompana i dał znak ręką, żeby coś mu podał.

Rosły drab obleczony resztkami kamuflażu przekazał hersztowi siekierkę. Ramzan uderzył żeleźcem w podłogę. Kobiety zaczęły krzyczeć. Babcia sięgnęła do kieszeni fartucha i wyciągnęła zeń rzemień z nanizanymi kamyczkami.

Kolejne uderzenie wybiło dziurę w podłodze, którą Ramzan rozorał kilkoma kopnięciami. Zajrzał pod deski, uśmiechnął się paskudnie, po czym sięgnął ręką głęboko w ciemną wnękę. Obelżywe wyzwiska rzucane w stronę oprawcy, nie zrobiły na nim wrażenia. Kadyrow chwycił za gęste czarne włosy i wyciągnął z otworu szamoczącą się dziewczynę. Za nią wyskoczyła Ionna i zaczęła wściekle drapać herszta, który trzymał wierzgającą Dariję.

W końcu drugi z bandy odciągnął Ionnę i spacyfikował uderzeniem w brzuch. Kilka kobiet chciało rzucić się z pomocą, ale Babcia dała znak, żeby pozostały na miejscu. Posłuchały. Staruszka dyskretnie wskazała resztkowe snopy krwistego światła, przelewające czerwień przez szczeliny w chałupie.

Ramzan rzucił Dariję na podłogę. Jej kwiecisty wianek upadł nieopodal. Chciała się unieść, ale Kadyrow ciężkim butem przygniótł jej kruche młode ciało do zbutwiałych desek.

– Ostav' yeye i govori zdes', chto khochesh'! – krzyknęła Babcia.

Ramzan ochłonął i uwolnił Dariję. Dziewczyna złapała się za policzek i z trudem wstała. Posoka upstrzyła jej lniane giezło szkarłatnym wzorem.

– Czego chcę, babuszka się pyta? – odpowiedział Kadyrow. – Ano my ziemię czyścić przyszli, bo robactwo... – Przypalił papierosa, zaciągnął się łapczywie i wydmuchał chmurę dymu. – Robactwo, babusja, to pod ziemią gnić powinno, a nie po powierzchni pełzać i ludziom się naprzykrzać.

Niewysoka Ionna, wzięła Dariję pod ramię i razem podeszły do reszty kobiet. Stały w cieniu i milczały. Patrzyły na drabów jak wilki gotowe do ataku, szeptały nienawistne modlitwy. Darija wtuliła się w poły Babcinego fartucha. Słońce już prawie zniknęło za horyzontem z gęstych koron.

Ramzan zgasił peta, smarknął z obu dziurek i odwrócił się do swoich.

– Kilka najładniejszych zostawić, resztę rozstrzelać – rozkazał beznamiętnie.

Babcia uderzyła lagą o podłogę.

– Pomodlić się bodaj daj!

Ramzan otaksował gromadkę znużonym wzrokiem i uśmiechnął się podle.

– W piekle się będzieta modlić. Na dwór i rozstrzelać! – powtórzył rozkaz i zawrócił w stronę wyjścia, odpalając kolejnego tytoniowego skręta.

– Ramzan, pozwól im, niech się pomodlą: tego to się nikomu nie odmawia – poprosił przyjaciel i kompan herszta.

– To twoje miękkie serce, Soltan... Ono cię do grobu kiedyś wsadzi i żywcem pogrzebie. Dziesięć minut mają. Potem wy dwaj strzelajcie: jak leci. Tera to już mi się nawet ruchać nie chce. – Machnął rękoma. – Reszta niech doły w lesie kopie: głębokie, jak w Buczy.

Słońce zaszło całkowicie, pozostawiając po sobie szczątkową łunę.

– Słyszałyście... Pomódlmy się – nakazała Babcia półszeptem. – Ty też, Darija. Już cię Żalnica posłucha.

Dziewczyna spojrzała staruszce w oczy.

– Dobrze, Babusia. – Otarła łzy i obróciła się twarzą do luf wymierzonych w ich stronę. Niespętane wiankiem długie czarne włosy zasłoniły jej twarz.

Wszystkie kobiety uklękły, pochyliły nisko głowy, zdjęły wianki i rzuciły w jedno miejsce, tworząc mały stos pod nogami słomianego bóstwa w upiornej białej masce. Z wydrążonych oczodołów chochoła wypełzło kilka czerwi.

– Matko rodzicielko – rozpoczęła Babcia.

– Matko karmicielko – kobiety dokończyły chórem.

– Matko ziemio, myśmy z ciebie i do ciebie wrócimy – kontynuowała Babcia, a kobiety powtarzały rytmicznym szeptem. – Myśmy z żalu tej ziemii wyrosły.

Księżyc i gwiazdy nasłuchiwały z nocnego nieboskłonu, spoglądały niczym niemi świadkowie nadchodzącej rzezi. Kadyrowcy pozostawieni w chałupie popatrzyli po sobie z widoczny zdziwieniem w oczach. Nie takiej modlitwy się spodziewali, takiej nie znali, zresztą dopiero w mroku nocy dostrzegli bieloną maskę z upiornym uśmiechem. Szczerzyła się zza klęczących kobiet.

– Matko nocy, córo Śpiącego. Przyjdź z Marzanny twarzą i w drzwi zastukaj. Prosimy, my ziemi i żalu córy.

– Dobra, dosyć tego! – Ramzan zgasił kolejny niedopałek przed drzwiami. – Zastrzelić wiedźmy!

Modlitwy nie ustawały, a głosy dziewcząt i kobiet zlały się w jeden opętańczy lament.

Kukła uśmiechała się coraz upiornej.

– Matka strachu, matka trwogi, matka żalu.

Mówiły jak jedna istota. Kakofonia nienawistnych szeptów. Zaklęcie utkane z nocy, głosu i zemsty.

Kadyrow spojrzał na Soltana.

– Na co wy, kurwa, czekacie! – krzyknął.

Soltan opuścił broń i przystawił dygocącą rękę do twarzy.

– Soltan. Co jest? – Razman obrócił go w swoją stronę.

Krew. Wyciekała mu strugami z nosa, ust i oczu.

Mężczyzna wytarł posokę i spojrzał na dłonie ogarnięty stuporem.

Kadyrow odepchnął go od siebie jak trędowatego.

– Na Allaha!

Spojrzał na drugiego kompana. Ten zakrwawiony upadł na klęczki.

– Matko nocy i ciemności – odezwała się samotnie Babcia.

– Niech się juhą dławią, wojny psy zdziczałe – dokończyła Darija.

Ramzan chlusnął krwią i wypuścił karabin. Nie mógł wykrztusić słowa. Kończyny odmówiły mu posłuszeństwa, a świadomość utkwiła w zesztywniałym ciele.

Upadł.

Usłyszał strzały na dworze, potem przeraźliwe krzyki, jakby ktoś obdzierał jego kompanów ze skóry. Na koniec wróciła cisza przełamywana przez powolny stukot drewnianej lagi.

– Widzisz, czeczeński psie... – Babcia stanęła nad nim, trzymając Dariję za rękę. – My nie mamy chłopów. My tu same siostry mieszkamy, a naszą matką Noc, Żal, Ziemia i Robactwo. Wszystkie w niej, wszystkie nią. – Obróciła Kadyrowa końcem kostura tak, żeby patrzył jej prosto w twarz. Zamaskowana postać w kapeluszu przyglądała mu się z dystansu. – Nasza Matka ma wiele imion i nosi wiele masek, ale dziś poznasz tylko jedną.

Darija stanęła Kadyrowi na torsie, pochyliła się i nałożyła na głowę jeden z wianków podjęty ze stosu. Sama odgarnęła gęste włosy z twarzy. Blask dwóch rzędów ostrych jak żyletki zębów odbił słabe światło księżyca, a czarne jak smoła oczy odzwierciedlały głębię nocy. Dziewczynka zachichotała perliście i zeskoczyła z herszta.

– My, czeczeński psie – kontynuowała Babcia – nie lubim się modlić. My spokój wolimy i krzywdy niczyjej nie chcemy. Ale dobrześ ty z jednym trafił: my z tej ziemi wszystkie jesteśmy, dlatego ziemi tej bronić będziem. Nazywają was diabłami, a my się diabłów nie boim, piesku... My z diabołami w zgodzie żyjemy – oznajmiła staruszka, kiedy wątłe światło księżyca przecisnęło się przez otwór w dachu i padło na jej obsydianowe oczy.

Babcia popatrzyła chwilę na stękającego Kadyrowa i przywołała starsze z sióstr do siebie. Nakazała kobietom zaciągnąć dogorywających mężczyzn na środek izby, gdzie przez lukę w strzesze wpadał szeroki snop błękitnego światła.

– Dumasz pewno, co my za strzygi jesteśmy, co? – zadrwiła Babcia, odprowadzając ciągniętego Ramzana w głąb izby. – Ano różnie już nas nazywano: a to zmory, a to dziwożony, a nawet morowice, a ja to pewnie wodnica, albo jaka inna Baba Jaga jestem, co? He – parsknęła, prezentując dwa rzędy ostrego uzębienia.

– Myślisz pewnie, piesku, że cię wiedźmy zeżrą, co? Nic z tych rzeczy. My gówna nie jemy. Żywi bardziej się przydacie.

Kadyrow spoczął na stosie jęczących, bezwładnych ciał, a Polina podstawiła staruszce krzesło, ustawiając je tak, żeby kobieta mogła usiąść naprzeciw półżywych wojskowych. Księżycowy blask pełni oświetlał ten makabryczny ołtarz ku czci bóstwa w masce. Ramzan tylko patrzył na kobietę przekrwionymi oczami, z których zaczęły wypływać łzy. Darija usiadła Babci na kolanach i założyła na głowę nowy wianuszek. Pozostałe siostry, nałożywszy wianki, utworzyły krąg wokół stękających mężczyzn.

– Widzisz, kremlowski piesku, my żeśmy się strasznie bały, jak wyście od wszystkich frontów wparowali. Broń już nie taka jak kiedyś, ciało i ziemię do cna spali. Ale my się już nie boim. My się teraz modlić będziem, piesku; w każdą noc, dopóki duch wasz parszywy do ziemi nie wróci. My się będziem modlić o to, żebyście wy, orki, z głodu i plagi wszystkie pomarli, żeby ogień trawił wasze trzewia, a robactwo wyżarło kończyny do kości. My nie lubim się modlić, panie Kadyrow, ale będziem, bo ziemia ta naszą jest od wieków i nikt jej córek grabić ni gwałcić nie będzie. A jak który pies spróbuje, to niech wie, że łona nasze zębami pokryte i nawet w chwili upokorzenia, kąsać będą i jadem tryskać.

Babcia uniosła ramiona.

Módlmy się siostry i ty, Darijo, branko Matki. Ucz się posługi, żebyś mogła mnie pochować i pilnować, póki Robacznica ze śmierci objęć nie wyrwie. Módlmy się dzieci Nocy i Żalu! Niech zapłacą, a zapłacą okrutnie. My się już nie boim, panie Kadyrow. Już nie... Za to wy... Wy zaczniecie. Szkoda, żeście tylko tych dołów wcześniej nie wykopali: zawsze lepiej pod ziemią się udusić, niż patrzeć i czuć, jak was zwierz na żywca pożera.

Czeczen zajęczał i wybałuszył oczy.

– Już, gaci nie brudź, bo wstyd tak zdechnąć z gównem w spodniach. Litość mą znaj. Teraz to my będziem mogiły kopać.

Następne częściPieśń pokoju cz.14

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (3)

  • Bettina wczoraj o 8:16

    I sat down 😉

  • Bettina wczoraj o 8:36

    Usiadłam I czy tam?

  • MKP wczoraj o 9:58

    Myślę, że jednak tam, więc dobrze, że siedzisz, bo to długa wyboista podróż

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania