Pieśń pokoju cz.14
ROZDZIAŁ CZWARTY
Otworzyłem oczy z pierwszym budzikiem. Spojrzałem na znicz zostawiony na nocnej szafce blisko głowy. Wypalił się prawie cały. To był dziwny sen, nie tego się spodziewałem. Mieszanka sielankowych chwil wspólnej pracy i śmiechu kobiet, wielu bliskich sobie kobiet, a wszystko w cieniu chochoła w białej masce.
Usiadłem na brzegu łóżka i zamknąłem twarz w dłoniach. Musiałem zebrać myśli i otrzepać je z pohuków cudzych wspomnień. Pod koniec sennej wizji miotałem się strasznie. Atakowały mnie demony – dosłownie, bo Elena najwidoczniej tak widziała ludzi, którzy zakłócili jej idylliczny spokój z przeszłości. Zielona skóra płynnie przechodząca w wojskowe mundury, wielkie kły wywinięte do góry i czerwone mściwe oczy. Tożsamości stworów nietrudno było się domyślić, podświadomość lubiła tworzyć hybrydy wspomnień i wyobrażeń, w szczególności u ludzi z darem. Niepokoił mnie natomiast zamaskowany strach w białej upiornej masce. Nie kojarzyłem niczego podobnego, ale to również mogło być zniekształcone przez wyobraźnię.
Złapałem za przyszykowaną zawczasu szklankę wody. Właśnie takiego poranka i takiego bólu głowy oczekiwałem. Nie mogło być inaczej.
Chłodny płyn nieco mnie otrzeźwił, ale i zatarł wspomnienia wizji. W głowie tlił się obraz zielonych bestii gwałcących kobiety, krwi tryskającej z pysków i nienawistnej modlitwy do... No właśnie, do kogo? Imię słomianego bożka wybrzmiewało często, ale uciekło przed zrozumieniem jak spłoszony ptak.
Ktoś zapukał do drzwi.
Zdziwiłem się, bo na śniadanie było za wcześnie.
Otworzyłem drzwi w samych bokserkach i T-shircie. Elena spojrzała na mnie gniewnym wzrokiem. Prawie płakała.
– Coś się stało?
Muszę przyznać, że uderzenie w twarz nieco mnie zaskoczyło.
– Jak mogłeś! – Wparowała do pokoju bez zaproszenia. Od razu spojrzała na znicz. – Oddaj je! Wszystkie!
Dopiero teraz dotarło do mnie, o co jej chodzi. Szybka decyzja, Maksym: palisz głupa albo stawiasz na umiarkowaną szczerość. Wybierz strategię.
– Nie mam więcej. Znalazłem kilka na swojej kurtce, nic więcej. – Jak kłamać, to możliwie najbliżej prawdy. Nie miałem więcej, ale też wcale ich nie znalazłem.
Zbliżyła się do mnie niczym blada furia.
– Jak mogłeś! Mówiłam ci, że tak nie można. Że to nasze!
Odwróciłem wzrok. Chyba pierwszy raz było mi za siebie wstyd. Nie przez to, co zrobiłem, ale komu.
– Musiałem cię sprawdzić.
Fuknęła coś i zaklęła pod uroczym nosem.
Postawiłem wszystko na jedną kartę. Chwyciłem ją za ramiona i zmusiłem, żeby spojrzała mi w oczy.
– Lepiej ja niż śniączka Somy. Postaraj się na to spojrzeć z mojej perspektywy.
– Daj mi kilka włosów, to spojrzę. Oj spojrzę. Bardzo głęboko.
Puściłem ją.
– Usiądziesz?
– Nie. Oddaj resztę włosów.
– Nie mam już żadnych włosów.
– Więc żegnam.
Wyszła, trzaskając drzwiami.
Zaskoczyła mnie. Nie słyszałem nigdy, żeby właściciel wiedział o czytaniu z włosów; nie były już jego częścią. Stanowiły raczej zapis wspomnień, jak pamiętnik prowadzony mimowolnie. Niestety nadal musiałem ją sprawdzić, ale tym razem tradycyjnymi metodami. Wziąłem telefon z zamiarem kontaktu z Reto, ale smartfon pokrzyżował moje plany, wyświetlając nieznany numer.
Głos, który uderzył z telefonu, mógłby posłużyć za taran. Widać Wołchwa Dorma odbył niezbyt miłą pogawędkę z Reto i nie był zadowolony z mojego pomysłu. Spodziewałem się tego, ale dopóki grzmiący przekaz odarty z jakichkolwiek uprzejmości dawał mi to, o co prosiłem, to mogłem z tym żyć. Najwyżej nie będzie kolejnych śniadań u rodoverańskiego oligarchy.
Przemyt rosyjskiej żołnierki zaplanowano na późne popołudnie, wraz z transportem humanitarnym. Matrona Sabatu miała dostarczyć przebranie i szarfę Mokosz. Zaznaczyłem, że potrzebuję osoby jak najmniej związanej z Ukrainą. Nazar oznajmił, że dostał wszystkie wytyczne – ostatnie słowo wysyczał. Uznałem to za potwierdzenie.
Do czasu przybycia kobiety pozostało kilkanaście godzin, szkoda zmarnować czas na czekanie. Plus kiszki grały mi marsza. Pamiętałem, że Babcia... No nie mogę. Matrona Makrid oświadczyła, że ktoś przyniesie mi jedzenie, ale tym kimś zapewne byłaby Elena. Nie chciałem zmuszać jej do kontaktu ze mną.
Ogarnąłem się dość strategicznie, spakowałem kilka rzeczy do plecaka i ruszyłem zdobyć pokarm.
Na stołówce zastałem kilka sabatynek i dwie kucharki. Kobiety albo na mnie nie patrzyły, albo patrzyły tak, że wolałbym, żeby tego nie robiły. Niemniej jednak dostałem całkiem przyzwoitą jajecznicę i kawę, którą określiłbym mianem „funkcjonalna". Podziękowałem i usiadłem przy oknie, układając laptop na kolanach. Od przebudzenia i niefortunnej wizyty mojej opiekunki nękała mnie jedna myśl. Podłączyłem moduł ze swoim internetem i zalogowałem się do bazy danych Somy.
Elena Prudnik z domu Melnyk – nie było tego za wiele.
Wychowana w Buczy, oddana pod opiekę zgromadzeniu Nocnej Panny – zapisać do sprawdzenia na później. Wysokie zdolności mentalne z przejawami prekognicji – to poniekąd wyjaśnia poranny incydent. Wyszła za mąż za Rosjanina Jegora Prudnika. Przeprowadzili się w jego rodzinne strony. Żadnych dzieci. Wdowa.
Jegor Prudnik.
Syn Raisy i Iwana Prudników. Studiował Ekonomię na Kijowskim Uniwersytecie Narodowym. Przeczesałem wzrokiem resztę biograficznych informacji. Nie stwierdzono zdolności parapsychicznych – nic ciekawego. Mąż Eleny Melnyk... Zginął na froncie podczas starć pod Wołogoskiem.
Hmm...
Zerknąłem na folder z opisem „Śmierć – drastyczne zdjęcia". Dla mnie już mało co było drastyczne, w szczególności po tym feralnym dniu, kiedy spora cześć wysoko postawionych urzędników Somy spłonęła żywcem razem z małą chińską dziewczynką.
Zapiekł mnie prawy policzek. Dotkliwie, pomimo iż skóra na nim nie była w pełni unerwiona. Dyskomfort posiadania zdolności mentalnych – czujesz rzeczy, których czuć nie powinieneś. Zboczyłem z tych paskudnych ścieżek psychicznych i otworzyłem folder. Ostrzeżenie w nazwie nie było czcze. Chłopaka dotkliwie pobito, cięto nożem, przypalano, a na koniec przejechano po nim ciężarówką. Jeżeli Elena identyfikowała zwłoki, lub widziała te zdjęcia, to zaczynam rozumieć, dlaczego nie wspomina męża.
Zamknąłem folder.
– To sprawdzimy jeszcze ten sabat Nocnej Panny – szepnąłem do siebie po niemiecku.
Zostałem sam, ale nigdy nie wiadomo, kto słuchał – i jak.
Tu znalazłem więcej ciekawostek. Zgromadzenie czysto kobiece, oddające cześć istocie zwanej Żalnicą lub Robacznicą. Prawdopodobnie jakieś wcielenie Hekate. Zasięg bardzo lokalny. Nie więcej niż piętnaście, dwadzieścia dziewcząt w różnym wieku. Kult oparty na nocy i ziemi. Czyli mamy bóstwo chtoniczne. Ciekawe, ciekawe. Stąd ten chochoł we śnie. Członkinie barwią włosy na czarno. Hmm... Rzeczywiście, Elena miała kruczoczarne włosy, wręcz nierealnie czarne. Odmówiły przystąpienia do Porozumienia Soma. Kierowane przez Babcię uważaną za wybrankę Robacznicy. Zamknięte. Odizolowane. Źródło utrzymania – leczenie metodami niestandardowymi, kilka akrów ziemi. Tożsamość i liczba aktualnych członków – nieznana. Podczas rosyjskiej agresji sabat w większej części uległ rozproszeniu.
Ciekawe, czy moja opiekunka byłaby skora powiedzieć nieco więcej? Teraz pewnie już nie...
Dopiłem czarny płyn, który roboczo nazwałem kawą, bo pobudzał i miałem nadzieję, że to kawa. Poczułem wibrację telefonu w kieszeni.
„Przepraszam za rano. Poniosły mnie emocje. Jeżeli będziesz chciał wyjść, to zadzwoń. Lepiej żebyś nie chodził sam po mieście. Ludzie wiedzą, że jesteś obcy".
Czyli może nie zawiniłem aż tak bardzo.
„Mam jeszcze dwa miejsca na liście. Kiedy możesz?"
„Powieszę pranie i jestem wolna."
„Będę czekał przy wyjściu."
Zamknąłem laptopa. Sam nie wiem, co mnie bardziej ucieszyło, czy opcja wyciągnięcia większej ilości informacji, czy fakt, że ta kobieta chce ze mną rozmawiać.
Jestem straszny...
Włożyłem laptopa do plecaka i wyszedłem ze stołówki ku uciesze jednej z kucharek, która cały czas patrzyła bykiem i szeptała pod nosem jakieś domorosłe klątwy. Przed wyjściem do miasta spotkałem Matronę Makrid. Jej twarz jak zwykle wyglądała, jakby spuchła od oburzenia na wszystko, co oddycha i ma penisa. Wskazała mi miejsce na kanapie z szorstką tapicerką i rzuciła kaleką polszczyzną, żebym usiadł i poczekał na Elenę, bo ma mi coś ważnego do przekazania. Przeciągające się milczenie zaczynało uwierać nas oboje, bo Matrona nerwowo poprawiała nieistniejące zagnioty w ubiorze. Niezręczna sytuacja frustrowała mnie bardziej niż niepokój co do tematu nadchodzącej rozmowy. Trzeba było przełamać ten impas. Wyciągnąłem telefon, otworzyłam aplikację Google Translate i wystukałem wiadomość „Jak się Babcia miewa?". Pokazałem jej ekran. Przeczytała odruchowo, bo wziąłem ją z zaskoczenia. Nawet ona nie mogła pozostać obojętna wobec miłej zaczepki okraszonej serdecznym uśmiechem.
A jednak mogła.
Skinęła głową i wlepiła wzrok w korytarz za moimi plecami. Domyśliłem się, że Elena zmierza z odsieczą – nie pomyliłem się. Wstałem, żeby się przywitać, ale moja opiekunka dała znak, żebym usiadł. Patrzyłem, jak idzie w naszą stronę dostojnym krokiem. Coś się zmieniło. Jej aura nadal emanowała smutnym fioletem, ale teraz idealnie pasowała do nosiciela. Elena nawet na mnie nie spojrzała. Czerń jej włosów zlewała się z czernią żałobnego stroju, a chłód obojętności tworzył wokół kobiety szczelny kokon. Czyli nie jest dobrze. Ogarnęło mnie paskudne poczucie winy. Sam do końca nie wiedziałem dlaczego. Może czułem się winny za to, że wywlokłem coś z głębi jej umysłu? Jakieś paskudne wspomnienia, które oblekły Elenę i zdusiły w niej radosną dziewczynę. Przeproszę przy nadarzającej się okazji.
Elena usiadła naprzeciw opiekunki Sabatu.
Okazało się, że Matrona Makrid chciała przekazać mi szczegóły ustalone z Nazarem. Wspomniała, że w niewielu kwestiach zgadza się z tym rosyjskim psem – tym razem Elena nie ocenzurowała wypowiedzi – ale tego planu nie popiera w równym stopniu, co Wołchwa Dorma.
Reto musiał naprawdę się natrudzić, żeby to przepchnąć.
Przysyłana Rosjanka miała pozostać na terenie sabatu do wieczora następnego dnia. Do tego czasu musiałem przeprowadzić swój eksperyment. Matrona nie omieszkała dodać, że wolałaby nie wypuszczać Rosjanki na miasto, ale to nie wchodziło w grę. Spokojnie wyjaśniłem, że tu jest za dużo zakłóceń, żeby to miało sens. Matrona przyjęła argument nerwowym ruchem głowy i czerwonym wykwitem na twarzy. Zapewne o tę kwestię walczyła najzacieklej, ale przegrała na wszystkich frontach.
Podziękowałem jej za starania, co skwitowała tylko jakimś nieartykułowanym dźwiękiem, po czym wydała Elenie kilka instrukcji. Uściskały się wzajemnie i nabuzowana strażniczka ładu obyczajowego ruszyła nerwowym krokiem do dormitorium. Prawdopodobnie, żeby sprawdzić, czy jakaś inna plugawa istota z członkiem nie została zaproszona przez żadną z mieszkanek.
Wyszliśmy na ulicę.
– Gdzie dziś idziemy? – spytała Elena.
Patrzyła mi prosto w oczy bez cienia skrępowania. Wyzywająco wręcz. Trochę bałem się tej konfrontacji. Spodziewałem gniewu, wyrzutu, pogardy. Zobaczyłem jedynie pustkę i smutek w pięknych oczach.
– Chciałbym najpierw przeprosić. Nie miałem zamiaru włazić buciorami w twoje... wasze prywatne sprawy.
– Nie musisz kłamać. To ja byłam głupia. Przecież wiem, po co tu jesteś, a Soma nie wysłałaby głupca z tak ważną misją. Musiałam sobie o tym przypomnieć i zmienić nastawienie na bardziej profesjonalne.
Wyrachowane, wyważone słowa nie pasowały do tej delikatnej twarzy. Tyle że ja się jej wcale nie dziwiłem. Zasłużyłem. Przyjechał, wziął na drinka, udawał dobrego człowieka, żeby dostać się do informacji zamkniętych w czymś tak prywatnym jak ludzki umysł. Sam bym siebie tak traktował.
– Czy mogę zatem liczyć na twój profesjonalizm i pomoc?
– Tak. Soma obiecała sabatowi wsparcie w zamian za opiekę nad tobą. Mam zobowiązania wobec zgromadzenia, z których mam zamiar się wywiązać. Myślę, że to rozumiesz.
Zimny oficjalny ton brzmiał jak wyrok wygłaszany w sądzie. To i tak lepiej niż estymowałem rano.
– Rozumiem.
– To gdzie chcesz iść?
Wyciągnąłem komórkę i pokazałem jej adres. Niski blok z wielkiej płyty, częściowo zrujnowany po uderzeniu niewypałem.
Zanim wieść o uroku rozeszła się wśród miejscowych i Rosjan, doszło tu do kolejnego dobrze udokumentowanego przypadku dziwnej niemocy rosyjskich żołnierzy. Czekał nas dość długi spacer. W Sabacie mieli samochód, ale ja chciałem iść pieszo, rozpuścić zmysły, chłonąć emocje, które zalegały na wszystkim i wszystkich jak cienka warstwa smoły. Gdyby to był mój pierwszy raz w strefie wojny, pewnie zwymiotowałbym przy kontakcie z taką aurą – tak jak wtedy, kiedy Reto zabrał mnie do Syrii. Do tej pory pamiętam ten odór strachu i gorycz w ustach. W Wołogosku nie było aż tak źle nawet w najbardziej zrujnowanej dzielnicy miasta, gdzie doszło do najkrwawszych starć. Aczkolwiek czułem te wszystkie ciemne smugi błąkające się po utartych za życia ścieżkach. Raczej nie chciałbym tu jeszcze bardziej otwierać umysłu. Ta kakofonia wielu świadomości nagle wyrwanych z ciał była niebezpieczna. Skupiłem się na nielicznych żywych zajmujących się swoimi sprawami. Niewiele budynków w promieniu setek metrów ostało się nietkniętych przez wybuchy, więc ludzie tłoczyli się w nielicznych przybytkach, gdzie dało się jeszcze mieszkać. Ktoś krzyknął ponad naszymi głowami. Podniosłem wzrok. Girlandy prowizorycznych rusztowań oplatały co mniej okaleczone fasady. Ludzie próbowali łatać ściany i dachy, czym się dało. W rezultacie centrum dzielnicy przypominało łaciate przedmieścia Kairu.
Elena przez całą drogę nie odezwała się ani słowem. Do budynku weszliśmy przez wyrwę obok drzwi. Zdarzenie miało miejsce w jednym z mieszkań na piętrze. Zatrzymałem 1się na chwilę przy schodach. Przy kaloryferze pod małym oknem zalegała resztka ciężkiej od cierpienia aury. Normalnie bym ją zbadał, ale nie chciałem tracić czasu. W tym mieście zapewne jest wiele zakamarków z krwawą przeszłością. Spojrzałem na moją przewodniczkę. Podeszła do okna i patrzyła na zrujnowany rynek na zewnątrz. Widziałem, że dygocze, pomimo iż próbowała to ukryć, zakładając ręce za siebie.
– Pewnie jak spytam, to i tak mi nie powiesz? – zaryzykowałem.
– Tam zginął. – Nie sądziłem że słowa wypowiedziane tak cicho mogą być tak ciężkie. – Mój Jegor. Torturowali go, a potem zbezcześcili ciało, ale to już pewnie wiesz.
Dopiero teraz zauważyłem, że jej polski nieco się zmienił. Nie jakość, bo nadal mówiła płynnie. Bardziej akcent. Może po prostu przestała się dla mnie starać.
– Bardzo mi przykro z powodu twojej straty – powiedziałem po angielsku.
Nic nie odpowiedziała. Odeszła od okna i weszła na schody. Po drodze spojrzała na miejsce pod żeliwnym kaloryferem. Szepnęła coś cicho. Zalegająca zjawa popłynęła przez resztki korytarza i zniknęła na zewnątrz.
Spojrzała na mnie. Rozwarte źrenice sugerowały widzenie, albo przynajmniej wyższy stan świadomości.
– Są jak cienie rzucane przez nieistniejące kształty.
Ruszyła w górę schodów. Poszedłem za nią.
***
Duże mieszkanie na piętrze stało otworem. Nic dziwnego: nie było tu nic wartego uwagi złodzieja. Kłębowiska szmat i koców porozkładane na podłodze w proste posłania świadczyły, że lokum służy za noclegownię. W tej części miasta sporo ludzi zostało bez dachu nad głową i nie za bardzo miało gdzie się podziać.
Minęliśmy niewielką wyrwę w ścianie zasłoniętą płachtą brudnego koca i przeszliśmy do salonu. Według nagrania to właśnie tu doszło do jednego z cudownych incydentów. Zamknąłem oczy, skupiwszy świadomość na oddechu. Jeżeli ktoś użył tu swoich nadnaturalnych zdolności, to nie pozostało po nich nic, co mogłem wyczuć – nie bez wspomagania.
Wyciągnąłem szpikulec z mojego pasa Inspektora Gadżeta i spojrzałem na Elenę z nieco proszącą miną.
– Mam ci w czymś pomóc?
Myślałem, że to będzie oczywiste, ale w sumie głupio myślałem.
– Chciałbym powtórzyć ćwiczenie z sabatu, tylko w mniej przytłaczającej otoczce. Jeśli się zgodzisz oczywiście.
Spojrzała na rytualne ostrze z frędzlami wystającymi z niewielkiej głowicy. Supełki skrzętnie zaplecione przez szamana układały się w inskrypcję zaklęcia przywołującego duchy. Odniosłem wrażenie, że moja opiekunka nie jest za bardzo chętna do współpracy, ale po chwili niezręcznej ciszy podała mi dłoń.
– Dziękuję.
Złapałem za chudy przegub.
Wyrwała rękę, kiedy chciałem podwinąć jej rękaw.
– Zrób to na dłoni. Już wystarczająco z mojego życia widziałeś.
Nie zrozumiałem, o co jej chodzi.
– Nie ma problemu. W sumie każda część ciała się nada. Mogę? – Podała mi dłoń. – W plecaku mam apteczkę. Szybko opatrzymy. Gotowa?
Skinęła głową.
Jeden szybki ruch i szkarłatna krew spłynęła po bladej skórze. Elena nawet nie mrugnęła, nie syknęła, nic. Patrzyła tylko na ranę z cichą fascynacją. Obróciła dłoń. Krew zaczęła kapać na podłogę. Sięgnąłem do plecaka po opatrunek.
Złapała mnie za ramię.
– Czekaj. Jeżeli coś tu jest, to krew zadziała jak wabik.
Miała rację. Patrzyłem spokojnie, jak zostawia odciski na ścianach i podłodze, kreśli runy ściągające. Czułem jej moc, jej obecność rozlewającą się po pomieszczeniu. ,,Ponadprzeciętne zdolności mentalne" – to określenie nie oddawało w pełni talentu tej kobiety. Musiała go ukrywać, bo wcześniej nie emanowała tak gęstą aurą. Nic dziwnego, że tak gwałtownie zareagowała na mój wybryk z włosami. Gdyby Reto poczuł to, co ja teraz, nie dałby jej spokoju.
Kiedy skończyła, pomieszczenie przypominało scenę rodem z kina grozy: szkarłatne odciski dłoni, wykreślone posoką runy, a wszystko ociekające mdłą słodyczą gęstej mocy. Jeżeli faktycznie ktoś nadal tu mieszka, to po powrocie ucieknie z krzykiem.
– Daj tę apteczkę. – Wystawiła zakrwawioną dłoń w moją stronę.
Zawahałem się. Ta moc, ten zapach. Mąciły mi głowie. Słowa, szepty. Język zmarłych. Niewidoczne pohuki pozostałości ludzi, którzy dawno przeminęli. Wyciągnąłem bandaż i środek do dezynfekcji. Próbowałem zamaskować to, co działo się w środku, ale moje ruchy... Jakbym zażył jakieś leki: powolne, przesadnie dokładne przy prostej czynności. Spojrzałem jej w twarz. Przez chwilę miałem wrażenie, że to maska. Patrzyła na mnie. Widziałem jej oczy. Nie potrafiłbym ich opisać.
– Otworzyłam cię. – Złapała mnie za policzki, przyciągnęła z siłą, której bym się w życiu nie spodziewał. A może to ja poddawałem się z uległością baranka. Moje myśli i ruchy nie współpracowały ze sobą. Elena zajrzała do środka – głęboko, przez okna do duszy. Wlała swoją gęstą obecność do mojej głowy. Nie mogłem, nie chciałem jej przeszkodzić. Chciałem poddać się obezwładniającej woli i oplatającym mnie szeptom.
Dobrze jest mieć panią – wydźwięczyło mi w głowie. Albo to poczułem, czy też posmakowałem.
Odepchnąłem ją.
– Co robisz!
Z trudem zdołałem sięgnąć po woreczek z solą i wsadzić do ust. Mocny smak poukładał zmysły. Majaki odeszły.
– Odwdzięczam się pięknym za nadobne. Teraz jesteśmy kwita. – Uśmiechnęła się.
Myślałem, że stoi tuż przy mnie, ale dzieliły nas dobre trzy metry obdartego salonu.
– Próbujesz tej swojej sztuki, czy teraz ty się pogniewasz?
Już wiem, czym były jej oczy. Pustką. Czarnymi otchłaniami do nikąd. Byłem głupi i naiwny sądząc, że dadzą mi niewinną dziewczynę za przewodnika. Nic nie mówiłem. Musiałem pomyśleć; chociaż chwilę, na trzeźwo.
Podeszła i wystawiła drugą dłoń.
– Nie krępuj się. – Rozejrzała się po pomieszczeniu – Dużo ich się zleciało. Zlizują resztki życia ze ścian. Jeżeli coś przywołamy, to duchy nam powiedzą.
Podniosłem ostrze. Frędzle z supełkowym zaklęciem podniosły się jak naelektryzowane włosy.
– Dalej, nie hamuj się. Rosjanie się nie hamowali.
Wziąłem zamach.
Ostrze zastygło mi w dłoni. Wizja.
Ręce. Dziesiątki rąk wyciągniętych do karabinu. Nie pozwalają. Mają moc. Pieśń udręczonego nadzieją. Trzymają. Teraz mnie. Duchy. Setki duchów. Obecne i przeszłe. Ręce wyrastają z ziemi. Komnata bez okien. Stos. Pale. Trupy modlą się do trupa. Chochoł w białej masce. Patrzy. Z oczu wypełzają robaki. Rój robactwa...
Przebłysk świadomości.
Zostaw go! Przestań!
Robactwo wpełza po mnie. Setki nóżek szczęk i czułek. Kąsają gołą skórę.
– Wróć. Życie dla żyjących, noc dla zmarłych.
– Znałem tę inkantację...
– Dwa światy.
– Rozdzielone szkarłatnym nurtem – dokończyłem.
– Wybierz brzeg.
Otworzyłem oczy. Leżałem na podłodze. Chlusnąłem wymiocinami. Dawno nie doświadczyłem tak intensywnego seansu. Wszystko we mnie buzowało. Elena stała pod ścianą i patrzyła beznamiętnie, jak zwijam się w kłębek spacyfikowany potwornymi skurczami kiszek.
– Masz coś w plecaku, co może pomóc?
– Ja... jałowiec – Z trudem obróciłem się na plecy i pokazałem pas.
Elena znalazła odpowiednią przegrodę z fiolką. Wlała mi koncentrat do ust. Leżałem jeszcze chwilę, nim dekokt rozszedł się po ciele. Ulga była wręcz upajająca.
Przewodniczka pomogła mi wstać.
– Gdybym wiedziała, że jesteś tak wrażliwy, to bym trzymała moc na wodzy.
– Gdybym wiedział, że masz taką moc, to bym się przygotował.
Stałem i trząsłem się jak osika.
Elena uśmiechnęła się, pierwszy raz szczerze, odkąd stanęła w progu mojego pokoju i kipiała gniewem. Właśnie do mnie dotarło dlaczego. Rozmawialiśmy po ukraińsku.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania