Poprzednie częściVortex - prolog

Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Vortex - Rozdział 4 - Wioska widmo

Oddział Zjaw wsławił się przed piętnastoma laty brawurową akcją, która uchroniła królestwo przed konfliktem na dużą skalę z Dominionem Weinarskim. Zdesperowany atakami smoków pierwszy marszałek Ulfrus Groźny podjął karkołomną decyzję, o próbie podbicia Ikaros. Nie podobało się to części generałów, nie mieli oni jednak liczebnie siły przebicia. Ariusz Trzeci, dzięki swoim szpiegom dowiedział się o sprawie zawczasu, i postanowił posłać do akcji elitarny oddział. Początkowo mieli dokładnie zbadać sprawę, jednak szybka mobilizacja wroga zmusiła ówczesnego kapitana Bronko do działań wykraczających poza misję zwiadowczą. Kilkunastotysięczna armia obozowała dwa dni drogi od granic królestwa. „Noc niewidzialnych ostrzy”, tak bardowie wychwalają ją w swych pieśniach. Sześciu z dziesięciu generałów i sam pierwszy marszałek zasztyletowani mimo straży kilkudziesięciu wojowników. Poranna warta zastała ich ciała z przybitymi w klatce piersiowej emblematami orlich jeźdźców. Sygnał był nad wyraz oczywisty, a pozostali przy życiu wojskowi od początku byli przeciwni temu konfliktowi. Nowy, a zarazem obecny władca Pikpo z Satti, krasnolud, podjął decyzje o powrocie do Weinaru. Na znak tej pamiętnej akcji, Zjawy po przyjęciu w szeregi oddziału wycinały emblemat z lewego ramienia munduru galowego, i paliły w ogniu świątyni Sala-Bog w podzięce Świetlarzowi za dar pradawnej mądrości. Tak narodziła się legenda.

Poniesieni na skrzydłach burzowych orłów Markus i Davos bardzo szybko pokonali wzgórza oraz wody jeziora, by wylądować na obrzeżach Sosnowej Doliny. Wojsko otoczyło osadę kordonem, ściśle kontrolując teren. Nie było to trudne zadanie, liczyła ona bowiem zaledwie kilkadziesiąt budynków, mały plac centralny pełniący funkcję rynku, oraz kapliczkę ku czci bóstw, w której dwa razy w tygodniu wierni zbierali się na modlitwach. W okolicy krzątali się mundurowi, a w miejscu małego zgrupowania pokrzykiwał generał Bronko. Przykładał on do oka wizjer – bardzo rzadko spotykane narzędzie, w kształcie tuby, z której wysuwała się mniejsza. Dzięki specjalnie wypolerowanym kryształom znajdującym się wewnątrz, urządzenie pozwalało przybliżać optycznie odległe miejsca.

 

Po wylądowaniu zostawili ptaki pod opieką żołnierzy i ruszyli na spotkanie z przełożonym.

- Generale. - Kurtuazja wojskowa wymagała jedynie, aby niższy stopniem żołnierz zasalutował, odnosząc się bezpośrednio do oficera wyższego stopniem.

- Spodziewałem się was, kapitanie. Wiedziałem, że Ariusz nie popuści i prędzej czy później przyśle Zjawy. - Bronko dowodził Pierwszą kompanią – jednostkami piechoty.

- Monarcha szczodrze korzysta z naszych zasobów i talentów.

- I ja również je doceniam, przecież wiesz przyjacielu. Sytuacja jest skomplikowana, przybyliście w samą porę, cieszę się, że nie będę musiał wszystkiego robić sam. Właśnie kończymy zabezpieczać teren.

Do towarzystwa dołączył dziwacznie ubrany mężczyzna. Zdjął maskę, gruby fartuch i rękawice, podał swojemu pomocnikowi.

- Generale, kapitanie - przywitał się alchemik Nikiel.

- Mówże, co tam znalazłeś.

- Nic nie wskazuje na truciznę czy zarazę, myślę, że wasi ludzie mogą bezpiecznie zająć się badaniem sprawy.

- Dziękuję, zauważyłeś coś szczególnego?

- Stan resztek jedzenia wskazuje, że wieczerza odbyła się przedwczoraj, a między budynkami na północnym wschodzie leżą ludzkie zwłoki. A przynajmniej ich resztki.

- Natychmiast się tym zajmiemy generale, a ty na wszelki wypadek zostań w pogotowiu - zasugerował Markus.

- Dobrze, czekam na wasze ustalenia. - Nikiel ukłonił się i oddalił od towarzystwa.

 

Oficerowie powolnym krokiem ruszyli w stronę wioski, a Bronko zajął się wydawaniem poleceń podkomendnym. Wchodzili pomiędzy niskie drewniane chaty pod strzechą. Jedynie kilka większych budynków wzniesionych z cegły i kamienia pokryto dachówką z wypalonej gliny, ze względu na ryzyko pożaru. Magazyny żywności, soli i innych cennych materiałów chroniono więc mniej palnymi materiałami. Do grona tych budynków zaliczała się też kapliczka i chata zielarki. Na ryneczku zastali poustawiane stoły biesiadne, bogato zastawione psującą się już żywnością, i winem.

- Dobrze, że nie pada, wszelkie tropy powinny zostać nienaruszone.

- Dlatego też zakazałem komukolwiek postronnemu wchodzić na teren, mogliby zatrzeć ślady. Nie rozumiem istoty tej uczty, nie świętujemy niczego specjalnego pięćdziesiątego trzeciego dnia wiosny. - Markus jeszcze w locie naliczył przynajmniej tuzin nurtujących go pytań.

- Być może odbyło się wesele. Brak śladów walki, zwierząt czy bestii. A sam brak śladów walki właściwie wyklucza opcję wesela - zaśmiał się Davos. - Trucizna pozostawiłaby po sobie zwłoki. Czuć natomiast w powietrzu magiczną aurę. To starożytna i ledwie wyczuwalna energia. - Mimo niskiego urodzenia miał dryg do magii. Właściwie to miał dryg do wszystkiego, za co się chwycił. -Widać natomiast, że w pewnym momencie wszyscy ruszyli o tam... - Wskazał ręką między budynkami. - W kierunku zwłok jak się nie mylę.

 

Starając się nie zadeptać niczego istotnego podeszli do strzępków ubrań i rozrzuconych kości.

- O proszę. - Skupili wzrok na małym wisiorku. - To amulet chroniący przed urokami. Zwykli chłopi takich nie noszą, są zbyt drogie. Może Najstarszy?

- Jeśli już, to Najstarsza. Szeroka i niska kość miednicy sugeruje, że mamy przed sobą pozostałości kobiety. Pęknięta czaszka natomiast wskazuje na uderzenie tępym narzędziem lub jest konsekwencją upadku i uderzenia potylicą o bruk. - Markus był doskonałym śledczym. Czterdziestosiedmioletni weteran mimo wieku nie miał sobie równych w boju i niewielu dorównywało mu intelektem. Pełnił zaszczytną funkcję kapitana Zjaw od pięciu lat, a służy w niej od samego początku, dwie dekady. - Kości zostały prawie wyczyszczone z mięsa... Ale wokół brak tropów zwierząt, to niepokojące.

- Dalej ślady prowadzą na północny wschód, mimo iż trakt prowadzi na północ. Poszli lasem, pytanie, dlaczego opuścili wioskę niebezpieczną trasą?

- Dlaczego poszli lasem, czy zabili tę kobietę, kto obgryzł jej ciało z mięsa? Kolejne pytania, żadnych odpowiedzi.

- Kapitanie! - Młody szeregowy podbiegł zasapany, niosąc wieści. - Zjawił się jeden z chłopów, z leżącej dzień galopu stąd Wiesawki. Twierdzi, że zna tu wszystkich, i przyjechał odwiedzić córkę, wydaną za jednego z żyjących tu mężczyzn.

- Przyprowadźcie go tu natychmiast. - Chłopak pobiegł wykonać polecenie. - Może będzie wiedział coś istotnego dla sprawy.

-Zdecydowanie, jeśli ma tu córkę, pewnie jest na bieżąco z życiem osady. Miejmy nadzieję, że to nie ta nieszczęśnica, której resztki mamy przed sobą.

 

Po kilku chwilach w eskorcie dwóch żołnierzy na miejsce dotarł dość zadbany mężczyzna, koło czterdziestki. Zdecydowanie wyróżniał się pośród innych chłopów, ogolony, uczesane włosy. Tylko podarte ubrania zdradzały jego niskie urodzenie.

- Jak się nazywasz? - Markus natychmiast przeszedł do rzeczy.

- Mirosław, panie.

- Dobrze więc, powiedz wszystko, co wiesz.

- Ale ja nic nie wiem, panie. Przyjechałem jeno do córy jak co dziesiątego dnia. Patrzę, a tu wojaków pełno i osada pusta. No i już. - Zarówno na wsiach, jak i w mieście obowiązywała podstawowa nauka matematyki. Miało to pomóc zarówno w handlu, jak i mierzeniu czasu czy zadaniach związanych z rolnictwem i rzemiosłem. W związku z tym liczyć i dodawać w zakresie do stu umiał niemal każdy obywatel Ikaros, umiejętność czytania czy pisania alfabetu należała jednak do rzadkości. Rolę nauczyciela pełniła osoba odpowiedzialna za zielarstwo lub kapłani.

- Dobrze, a czy córka wspominała o czymś, co ją ostatnio niepokoiło? Dzikie bestie nawiedzające okolice? Obcy ludzie? Prowadź nas do izby. - Kapitan położył mu rękę na ramieniu, chcąc pokazać dobre intencje. - Ty tam! Wołaj jakiegoś oficera, niech opisze, co tu widzi. I Nikla sprowadź, zwłoki ma zabezpieczyć! - Markus wolał mieć wszystko spisane na papierze. Lata w zwiadzie nauczyły, że pamięć ulotna, a pewne szczegóły okazują się ważne dopiero, w świetle ujawnienia innych detali sprawy. Udali się w kierunku leżącej na obrzeżach chatki.

- Nie, bestyje żadne tu nie nawiedzają, wieś graniczy z lasem Urkanów, zmiennokształtni go czyszczą z grubszej zwierzyny. A wilki, gobliny i inne drobne plugastwa sami przeganiamy. Ostatnio zawitał duchowny, z miasta podobno, Nadzieja mówiła, że dobry, skory do pomocy, ale nie polubił się z ojczulkiem Barnabą. Początkowo wojowali, wojowali, ale dogadali się w końcu. Jesteśmy, to tutaj. - Weszli do skromnej chaty. W lewym rogu stało szerokie łoże wyściełane słomą, pośrodku stół obok kominka, a po prawej regały z rozmaitymi przedmiotami codziennego użytku oraz ubraniami. - Nie ma ich, zaraza, coś się stało, nigdy nie opuściliby domu, osady bez ostrzeżenia.

- Niczego nie dotykaj, może zostawili list...? - Davos badał wzrokiem każdy cal pomieszczenia.

- Nie, my niepisate, tylko kilka osób we wsi potrafi pisać. Zielarka Lusia, handlarz Austin, wielebny i może kto jeszcze...

- Mówiłeś coś o nowym duchownym? - Markus nie dawał za wygraną, wiedział, że któryś z elementów układanki musi wysypać się z ukrycia i wskazać nowy trop.

- Tak, ostatnio, jak żem był, Nadziejka o nim opowiadała. Dobry, pomocny.

- Gdzie mógł się gościć?

- Pewnie w kaplicy, razem z ojczulkiem, tam duża izba wydzielona, jak u zielarki zbyt wielu chorych to do kapliczki ślą leżeć.

- Na ten moment musisz opuścić dom, ale nie oddalaj się jeszcze, w razie, gdybyśmy mieli dodatkowe pytania.

- Na Topulę! Panowie zacni, a co z moją Nadziejką? Kochana dziewczyna, musicie ją odnaleźć, panowie mości co ja mam począć!

- Wyczekuj wieści. Odprowadzić go. - Markus wskazał na szeregowca. - A my idziemy do kapliczki.

- Może któryś z duchownych coś zauważył i zanotował. Pytanie tylko, czy ten nowy miał coś ze sprawą wspólnego...?

-Kapitanie, w jakiej sprawie klechy mogłyby do tej dziury przysłać nowego kapłana, skoro obecny był na miejscu, i można domniemać, pełnił urząd zgodnie z kanonem?

- A może wcale nie przybył z miasta? - Spojrzeli na siebie z błyskiem w oku i pokrzepieni nową perspektywą czym prędzej udali się dwie uliczki dalej, do małej murowanej z kamienia świątyni. Poza wieżą ze skromnym dzwonem nie wyróżniała się ponad magazyny, gospodę czy lokalny dom cechu kupieckiego. Weszli do środka, mimo dusznego dnia uderzył ich przyjemny chłód i zapach suszonych ziół. Na głównej ścianie mieścił się ołtarz ku czci trzech bóstw, Plony - bogini ziemi, Topuli - bogini wody, i Świetłarza – wielkiego słońca. Bogowie Pożóg, Wiechur oraz Mrokar symbolizujący ogień, wiatr oraz ciemność, uznawali byli za złe bóstwa. W zdecydowanej większości królestwa poza wyjętymi spod prawa okultystami nikt nie oddawał im czci. Rzędy poustawianych równo ławek pomieścić mogły na oko ze czterdzieści osób. Z lewej strony znajdowały się wrota do skromnej izby mieszkalnej, w której mieściło się sześć łóżek, stół i kilka regałów.

- Może coś opisano w kronice lub notatkach, rozejrzyj się wśród ksiąg, ja sprawdzę szpargały. - Rozeszli się po komnacie.

- Kapitanie, wygląda na to, że wielebny zaprzestał pisania dwanaście dni temu. - Mimo iż papier kosztował krocie, każda osada królestwa posiadała kronikę, za którą odpowiedzialny był sołtys lub duchowny w wioskach, a w miastach wyznaczeni przez namiestników królewskich urzędnicy. Miało to ułatwić kontrolowanie sytuacji i w miarę możliwości zachowanie historii osady dla potomnych. - Ostatni wpis mówi o pielgrzymach z odległych krain...

- Szukaj dalej, to może być dobry trop. Moździerz, trochę ziół, ziarna żyta. Ziarna żyta? Podejdź tu. - Markus zebrał kilka z nich, roztarł w palcach, powąchał. - Czujesz?

- Zapach grzyba. Żytowa Mara?

- Możliwe. Nikiel powinien je zbadać, to niemożliwe, żeby Barnaba przeoczył skażenie.

- Może nie przeoczył, a sprawdzał jego jakość?

- Od tego są zielarki i znachorzy.

-W każdym razie te kilka ziaren nie stanowiło zagrożenia dla całej wioski.

- Chyba, że reszta leży w miskach...

-Kapitanie, Żytowa Mara zabija w przeciągu kilkudziesięciu modlitw, gdyby zostali otruci, leżeliby wokół stołów.

- Całkiem prawdopodobnie. Jednak niewielkie jej ilości powodują halucynacje i osłabiają siłę woli...

Rozmowę przerwały krzyki dobiegające z wioski.

- Ocalali! Mamy tu ocalałych!

 

Markus i Davos bez słowa wybiegli z budynku. Ich oczom ukazało się kilkanaścioro dzieci, brudnych i zapłakanych. Wychodziły gęsiego z chatki Lusi – zielarki. Część przerażona wykrzykiwała imiona rodziców, inne szlochały bez słowa.

- Na Świetlarza, co tu się... - Davos zobaczył siebie sprzed dziesięciu lat, brudnego i zaniedbanego.

- Były zamknięte w piwnicy, której klapę zasłaniała komoda.

- Jak mogła zrobić to tym biednym dzieciom! - Któryś z żołnierzy nie wytrzymał.

- Milczeć! Biegiem po wodę i racje żywnościowe, siedziały tam prawie dwa dni! Które z was jest najstarsze?

Dzieci spoglądały po sobie, a w końcu rękę podniosła młoda dziewczyna. Miała około dwunastu lat, długie kasztanowe włosy i wielkie niebieskie oczy. Choć zmęczona i wygłodzona, jej buzia pełna była blasku, a spojrzenie bystre i odważne. Miętosząc szaro brązowy fartuszek, wystąpiła przed szereg.

- Pójdziesz z nami, zanim dołączysz do swoich przyjaciół. Opowiesz nam wszystko. - Markus skinął na żołnierkę przyglądającą się zdarzeniu, ta chwyciła ją za rękę i odeszli od tłumu.

- Powiedz nam, jak masz na imię.

- Sonia.

- Dobrze Soniu, jestem kapitan Markus, teraz słucham, powiedz co się tutaj stało?

- Lusia zamknęła nas w piwnicy i zakazała wychodzić ani nawet odpowiadać na wołania. Dała mi to. - Przekazała złożoną starannie kartkę papieru. - Mówiła, że gdyby nie wróciła, mam to przekazać najważniejszej osobie, jaką spotkam po wyjściu.

- Gdyby nie wróciła skąd?

- Kiedy mieszkańcy ruszyli na biesiadę powitalną dla ojca Labryssa, zebrała wszystkie dzieci w swojej chatce i opowiadała legendy o powstaniu bóstw i świata. Zawsze, kiedy starsi pili wino na biesiadach, zielarka pilnowała dzieci. Czasem robił to ojciec Barnaba, ale tym razem on też pił wino.

- Mów dalej.

- Co chwila podchodziła do okna i patrzała zdenerwowana, jakby nie wiedziała co ze sobą zrobić. Najpierw mamrotała coś o magii, wzywała bóstwa, zaczęła całować naszyjnik, i wyjęła kartkę, kreśląc w pośpiechu. Kazała wszystkim wejść do piwnicy, a mnie wzięła na bok. Dała kartkę, którą miałam panu przekazać, zeszłam po drabinie i zamknęła właz. Po chwili jakby szurała czymś po podłodze i trzasnęła drzwiami. - Dziewczynka wyraźnie spochmurniała.

- Co się stało kochanie? Wszystko będzie dobrze. - Żołnierka objęła ją i pocałowała w czoło, chcąc dodać odwagi.

- Wybiegła, krzycząc, że to pułapka, że to ostatnia szansa, żeby zachować życia... On się śmiał, śmiał coraz głośniej, w końcu zaczął coś mamrotać, nie mogłam zrozumieć co, ściany wygłuszały większość słów, więc przyłożyłam ucho do drzwiczek zsypu, które wychodzą na podwórze.

- On to znaczy kto?

- Ten nowy kapłan, Labryss. Słyszałam kilka dni temu, jak Lusia mówiła Barnabie, że rzucił na wszystkich urok, ale ten udawał, że jej nie słyszy.

- Co było dalej?

- To straszne... Ale... Oni chyba ja zabili.

- Kto?!

- Ludzie z wioski. Mama, tata, Barnaba, wujek Tomi i cała reszta... Kiedy Labryss mamrotał w dziwnym języku, wszyscy zaczęli wrzeszczeć, jak by im ktoś trzewia wyrywał żywcem. I zapadła martwa cisza. Lusia zaśmiała się, że ma amulet chroniący przed magią, a on tylko krzyknął: - Jest wasza.

Nastąpił harmider, jak by wszyscy biegli, a po chwili krzyki. To Lusia, potwornie wrzeszczała... - Dziewczynka zaczęła płakać. - Wrzeszczała, jak by ją ogień palił, a po chwili znów zapadła cisza... I tylko potworne dźwięki mlaskania i pochrupywania... - Sonia chwyciła się za włosy i wybuchła płaczem.

- Dobrze już, dobrze moje dziecko...

- Nic nie jest dobrze! Ja wiem, co oni zrobili, nie jestem głupia!

- Ale obiecuję ci, że ich odnajdę, i dowiem się, dlaczego do tego doszło, rozumiesz? Spójrz na mnie. Nie nazywam się Markus, jeśli nie doprowadzę tej sprawy do końca, a na świadków biorę Topulę, Plonę i Świetlarza! - Skinęła głową i ścisnęła mocniej mundur tulącej jej kobiety, wyjąc niczym noworodek. Na twarzach mundurowych malowało się zdziwienie, kapitan Markus bardzo rzadko dawał się ponieść emocjom, właściwie to nigdy. Odwrócił się na pięcie i ruszyli z Davosem w kierunku generała Bronko, rozpakowując kartkę.

 

„Spisano przez Lusię, zielarkę Sosnowej Doliny dnia 53W 3000 r.

 

Przed kilkoma dniami do wioski przybyła grupa pielgrzymów, utrzymywali, że zmierzają na północ, w kierunku Morowego Klasztoru, jednak nie udało mi się ustalić, czy to prawda. Wtedy jeszcze nie wzbudzali mojego podejrzenia. Napoili się, zjedli, przenocowali, i opuścili nasze siedlisko. Przysięgłabym jednak, że słyszałam po zmroku kroki ludzi błądzących po wsi, nikogo jednak nie zauważyłam. To musieli być oni, pewnie nas sprawdzali. Następnego popołudnia, przybył kapłan Labryss, rzekomo jako pomoc ojcu Barnabie. Nie daliśmy temu wiary, po co komu tutaj kolejny wielebny, skoro od trzydziestu lat mamy Barnabę? I on nie polubił go od pierwszego spojrzenia, nie ufał mu, tak jak ja mu nie ufałam. Musiał go jednak ugościć, i tak też zrobił. Jestem pewna, że widziałam go zakapturzonego wśród pielgrzymów, którzy odjechali nad ranem. Po rozmowie ze mną Barnaba obiecał, że wyśle wraz z kolejnym patrolem list do opactwa z pytaniem, o powody takiej decyzji. Nazajutrz jednak wątpił wyraźnie w sens swoich podejrzeń. Przyłapałam Labryssa, jak grzebie coś przy spichlerzu z żywnością, a zapytany co do Mrokara wyprawia, odpowiedział, że to nie mój interes! Bardzo chętnie poił wszystkich winem, mówił, że to ku uwielbieniu bogów, że odpustu udziela. Zaalarmowałam wszystkie zaufane mi osoby we wsi, jednak wydawali się na tyle oczarowani jego osobą, że stwierdzili, że coś mi się przywidziało, że niby miał wszystkich otruć? Po co? Kolejnego dnia przybyli patrol i zdecydowałam, że sama zgłoszę podejrzane zachowanie nowego kapłana. Z jakiegoś powodu, nie chcieli ze mną rozmawiać. Co zwróciło moją uwagę, to wyjątkowo pękate sakwy u ich pasa. Znam ich od lat i wiem, że przechlewają wszystko w gospodach lub burdelach, kiedy tylko otrzymają żołd. Przekupił ich, jestem tego pewna. Od jego przybycia z każdym dniem co raz mniej poznaję swoich bliskich, nie wiem co począć, ucieka z nich człowieczeństwo, a twarze stają się puste, bez wyrazu. Labryss cały czas szepcze coś pod nosem, nie jestem adeptem magii, ale czuję złą aurę, używa zaklęć, wiem to! Dziękować Świetlarzowi, że mama przekazała mi ten amulet, mówiła, że chroni od złego, i chyba miała rację! Okazuje się, że dziś wieczorem biesiadują na jego cześć, pierwszy raz widzę kapłana oczekującego takiego zachowania. To musi być jego pomysł, chce zrobić coś strasznego, i stanie się to dzisiaj, czuję to. Plono, Topulo, Świetlarzu miejcie nas w swej opiece. Zostały mi tylko te dzieciaczki, ukryję je w swojej piwnicy, i raz na zawsze zdemaskuję tego kuglarza przed całą wioską. Muszę, bo skoro przekupił straże, nie pojawili się już więcej, a powinni, jak co trzy dni. Ludzi ogłupił na tyle, że porzucili swoje obowiązki, nie jeżdżą transporty z drzewem, nie ruszają karawany handlowe, od jakiegoś czasu nie docierają tu kupcy ani podróżnicy – coś odcięło nas od reszty królestwa. Spróbuję oślepić go suszem ostrych papryczek, a następnie wyciągnąć z niego co chce im zrobić. Jeśli to czytasz, nie udało mi się ich uchronić od złego”.

 

- Psia krew, za mną, nie ma czasu do stracenia, może nie jest jeszcze za późno... - Pobiegli przekazać zapiski Bronko i bez słowa ruszyli na grzbietach orłów ratować mieszkańców wioski.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (21)

  • NataliaO dwa lata temu
    Nie ma jak to dobra dusza ginie, aby ratować zatraceńcow. Współczuję tej małej. Przygnębiająca jest zawsze walka dobra ze złem. Zresztą ludzie sami sobie zgotowali ten los.
  • Burton The Scribe dwa lata temu
    Ludzie ludziom ludźmi, a zombie zombie zombie ?
  • NataliaO dwa lata temu
    Burton The Scribe hahaa
  • MKP dwa lata temu
    "Na znak tej pamiętnej akcji, Zjawy po przyjęciu w szeregi oddziału wycinają emblemat z lewego ramienia munduru galowego, i palą w ogniu świątyni Sala-El w podzięce Świetlarzowi za dar pradawnej mądrości." - wycinali i spalali. W narracji czas przeszły - always:)

    "Po wylądowaniu oddali żołnierzom pod opiekę ptaki," - zostawili ptaki pod opieką żołnierzy...

    "Sytuacja jest skomplikowana, przybyliście w samą porę, cieszę się, że nie będę musiał wszystkiego robić samemu. Właśnie kończymy zabezpieczać teren." - robić sam.

    "Pełni zaszczytną rolę kapitana trzydziestej trzeciej..." - pełnił.

    -Dalej ślady prowadzą na północny wschód, mimo iż trakt prowadzi na północ. Poszli lasem, pytanie dlaczego opuścili wioskę, i ruszyli niebezpieczną trasą? - W jednym zdaniu masz stwierdzenie i znak zapytania na końcu i to się gryzie. Może tak "Poszli lasem, ale pytanie brzmi: dlaczego wybrali tak niebezpieczną trasę?"

    "Zdecydowanie wyróżniał by się pośród innych chłopów,..." - bez "by"

    "Na głównej jego ścianie mieścił się ołtarz ku czci trzech bóstw" - bez jego. Z zaimkami to jest tak, że jak wszystko jest jasne i spójne bez nich, to nie dajemy.

    Doczytam w nowym roku:)
    Pozdrowionka.
  • MKP dwa lata temu
    Aaaa...
    Podobają mi się słowiańskie nazwy bogów: Topula jest kozak:)
  • Burton The Scribe dwa lata temu
    MKP dzięki za poświęcony czas, i ja też polubiłem Topulę ?
  • Burton The Scribe dwa lata temu
    MKP a powiedz, jak bym Glinkę zmienił na Plonę, chyba będzie lepiej co?
  • MKP dwa lata temu
    "Chodź zmęczona i wygłodzona, jej buzia pełna była" - choć

    Doczytałem.
    Ciekawe co tam odwalają i w imię, którego bóstwa.
  • Burton The Scribe dwa lata temu
    Mam nadzieję, że się spodoba, bo to będzie albo hit albo kit do potęgi. Wczoraj do trzeciej w nocy skrobałem piąty rozdział i nie mogę się doczekać aż go skoryguję i dopieszczę. Dzięki za poświęcony czas ?
  • MKP dwa lata temu
    Burton The Scribe
    To napisz tak, żeby dla ciebie to był hit?
  • Burton The Scribe dwa lata temu
    MKP dla mnie będzie petarda, ale wiesz jak jest, de gustibus. Powiedz co z tą glinką, Glinka czy Plona jako bogini ziemii?
  • MKP dwa lata temu
    Burton The Scribe
    Z tych dwóch, Plona, ale Glinka może też funkcjonować w bardziej wiejskich klimatach: bogowie często mieli po kilka nazw w zależności od regionu.
  • Burton The Scribe dwa lata temu
    MKP tak też zrobiłem. Glinka wydaje się zbyt prymitywne. Plona jako odniesienie do plonów powinno być adekwatne. Dzięki
  • MKP dwa lata temu
    Burton The Scribe często bywało tak że jakieś miejsca na bóstwo po wymieszaniu się kultur utożsamiano z jakimś głównym bogiem z panteonu.

    U mnie bogini Lejdarel jest Lejdą, ale i Bakharaki, a dla marynarzy Celestą także twa wola:)
  • Burton The Scribe dwa lata temu
    MKP heh to prawda, większość bóstw pokrywała się w różnych kulturach
  • MKP dwa lata temu
    Burton The Scribe
    To też nadaje nieco głebi światu
  • Burton The Scribe dwa lata temu
    MKP tak zgadzam się. W ogóle budowanie wiarygodnego, spójnego i wciągającego uniwersum jest ciężką rzeźbą, ale każdy kolejny dobry element smakuje co raz lepiej :)
  • MKP dwa lata temu
    Burton The Scribe Tak tylko trzeba pamiętać, że czytelnik pamięta i coś raz powiedziane musi być egzekwowane do końca, a w dużym uniwersum to jest trudne i trzeba robić notatki. Prosty przykład, który znalazłem u siebie: w jednym mieście wspominam, że jest schyłek jesieni a drugim mieście ludzie noszą letnie stroje:)
    Miasta na tej samej wysokości, odległe od siebie o kilka dni jazdy konną.
  • Burton The Scribe dwa lata temu
    MKP tak też robię, nazwy państw, imiona bohaterów, zależności między nimi, szkicuję też mapę dodając nowe elementy. Dodatkowo plan głównych punktów fabularnych, między które wplatać będe różne przygody.
  • LaurazjanWolf ponad rok temu
    Robi się naprawdę ciekawie. Super pomysł z wprowadzeniem aury tajemnicy oraz sprawy, którą bohaterowie będą rozwiązywać. Wspaniały tekst!
  • Burton The Scribe ponad rok temu
    Bardzo dziękuję za ciepłe słowa, motywują do pracy ?

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania