Poprzednie częściVortex - prolog

Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Vortex - Rozdział 8 cz.1 - Turok i Szaruga

- Tędy, szybko! - Biegli ile sił w nogach. - Tędy. Nie, tędy! Szybciej… Szybciej… - cedził między łapczywymi haustami powietrza.

Gęste krzewy wydawały się ciągnąc za rękawy, korzenie podcinały nogi, a błoto zasysało stopy prawie uniemożliwiając szybkie poruszanie się. Co rusz z drogi uciekały drobne stworzenia, węże i gryzonie. W pewnym momencie z zarośli wyskoczył uzbrojony mężczyzna. Hiron wykorzystał jego pęd i przerzucił go tarczą nad sobą. W mgnieniu oka znalazł się przy nim Davos, rozpruwając gardło sztyletem.

- Nie zatrzymywać się! W prawo, w te zarośla!

Błąd, wybiegli prosto na wysoki na kilkanaście stóp klif. Nie mogli się rozdzielać, toteż kiedy rozpędzony Davos zjechał po piasku w dół, w jego ślad ruszyli pozostali.

- Wstawaj nic ci nie jest? - spytał Hiron.

- Chyba ich zgubiliśmy, ale ruchy, bo nie wiadomo - powiedział Davos, sapiąc i próbując uspokoić oddech.

Ruszyli jak najdalej od miejsca upadku.

- Kurwa mać, dorwali go, widziałem jak wbili mu włócznię pod same żebra. Już po nim. - stwierdził Skar.

- Widział ktoś czy zdążył wypić drugi eliksir?

- Nie.

- Ja też nie.

- Cisza… Są na klifie. Chyba nas nie widzą - wyszeptał Davos.

Dzicy zaczęli się porozumiewać nieznanym, śpiewnym językiem.

- Zeszli na dół, rozdzielili się. Hiron, teraz ty jesteś najstarszy stopniem, co robimy?

- To nasza szansa. Trzeba się ich pozbyć, bo nie dadzą nam spokoju. Skar, pijemy - rozkazał.

- Z miłą chęcią, Szkoda, że to już ostatnie.

- Musimy trwać w ruchu, aż eliksir się wchłonie. Co widzisz? - zapytał towarzysza będącego już od dawna pod wpływem magicznego wywaru.

- Część grup idzie równolegle, jedni walą prosto na nas, zaraz tu będą - wyszeptał.

- Ruszać się - zarządził Hiron.

Po kilku chwilach świat zaczął się im mienić kolorami, odcienie fioletu, błękitu, zieleni rozbłysnęły w każdym cieniu. Wszystkie rośliny i istoty zyskały poświaty manifestujące energię życiową. Zakamarki puszczy w zasięgu wzroku odsłoniły swoje tajemnice. W labiryncie olbrzymich drzew, tu niżej królowały paprocie i inna cieniolubna flora, gęsto porastając ściółkę. Domieszka wszędobylskich splotów korzeni, pnączy i gałęzi, ustanawiała doskonałe środowisko do zabawy w śmiertelnego chowanego. Trafili na niewielkie przerzedzenie, w kształcie klina.

-Skar kładź się na środku polany, udawaj rannego. Wyjmij Pieśń, jej blask ich naprowadzi. Davos, w zarośla.

Dzicy byli dużo lepiej przystosowani do wiecznej ciemności niż przeciętny człowiek. Nadal jednak, ich zasięg widzenia w takich warunkach wynosił zaledwie kilkadziesiąt kroków. Pole widzenia Zjaw ograniczały tylko i wyłącznie drzewa oraz inne obiekty fizyczne. Mieli w tym momencie znakomitą przewagę, ścigający ich ludzie nie wiedzieli, że zmieniły się zasady polowania. Teraz to oni byli zwierzyną.

Po chwili pojawiło się pięć postaci w kościanych pancerzach oblepionych gliną, uzbrojonych w obsydianowe miecze i włócznie, ruszyli wprost na Skara. Spodziewali się zasadzki, toteż uważnie obserwowali flanki. Jeden z nich zamachnął się włócznią, i kiedy już miał rzucić nią leżącego nieopodal wojownika, bełt z kuszy Davosa przeszył jego plecy, przebijając klatkę piersiową. Mężczyzna wydał z siebie agonalny okrzyk, alarmujący wszystkich w okolicy. Dwóch ruszyło biegiem w kierunku strzelca, dwóch rzuciło się na przynętę.

Kiedy tylko ci pierwsi oddalili się nieco od swoich pobratymców, z krzaków wyskoczył rozpędzony Hiron. Jednego odepchnął tarczą, drugi otrzymał cios buzdyganem w potylicę. Kościany hełm pękł, a razem z nim czaszka nieszczęśnika. W tym czasie powalony się otrząsnął i już przechodził do kontrataku, ale i jego dosięgnął pocisk z kuszy.

Skar machał mieczem jak opętany. Dzicy byli wyraźnie zaskoczeni gracją i prędkością, z jaką operował ostrzem. Musiało ważyć co najmniej kilka razy więcej niż ich skromny oręż, a i tak nadążał z parowaniem ciosów. W końcu dostrzegł swoją szansę, zamarkował cios dołem, i zrobił szerokie cięcie boczne górą, ścinając głowy obu dzikich na raz. Ni stąd ni z owąd, Pieśń Piekieł zawyła mrożącym krew w żyłach głosem pana podziemi, i pochłonęła dusze pokonanych. Początkowo próbowały one ulotnić się w zaświaty, moc zaklętego ostrza okazała się jednak zbyt potężna. Pochłonęła je, wzmacniając zmagazynowane pokłady magii.

Odgłosy bitwy ściągnęły resztę pościgu, zostali otoczeni. Przegrupowali się stojąc do siebie plecami, tak, by nikt nie mógł ich zaatakować od tyłu. Sytuacja była beznadziejna, nie mieli możliwości zmienić się w zjawy, gdyż zapasy eliksiru szybko skurczyły się podczas przedłużającej się tułaczki przez las.

Wtem nad ich głowami rozległ się jakiś okrzyk, a zewsząd z drzew zaczęły spadać nieznane istoty, wprost na dzikich. Kiedy tylko próbowali się przegrupować by bronić przed nowym przeciwnikiem, Zjawy przeszły do kontrataku. To były wymarzone okoliczności, i rozpoczął się taniec śmierci. W ruch poszły sztylety, pomogła też drobna magia. Wezwanie cienia sprawiające, że na ułamki sekund znikali z pola widzenia przeciwników, co dawało przewagę i czas na sztyletowanie nieświadomych ludzi.

Po kilku modlitwach las usiany był zmasakrowanymi ciałami, a żołnierze stanęli twarzą w twarz z nieznanymi przybyszami. I jedni i drudzy nie wiedzieli jak traktować intruzów na miejscu polowania. Istoty, o ptasich, kruczych obliczach zakończonych lekko zakrzywionym ku dołowi dziobem, przyglądały się im z zaciekawieniem. Porozumiewały się między sobą piskliwymi dźwiękami, krakaniem i skrzeknięciami. Posturą przypominały człowieka, od czoła przez kark, barki i tył pleców usiane długimi czarnymi piórami, reszta ciała nieco krótszymi. Ubrane w skórzane zbroje chroniące tors i ręce oraz spodnie, prawdopodobnie zrabowane na trakcie, wyglądały trochę jak pospolici bandyci. Nie nosiły broni, natomiast ich trójpalczaste łapy zakończone były długimi jak ludzka dłoń pazurami, których używały w boju. Niczym u kota, chowały się one kiedy nie były potrzebne, tak, aby się nie ścierały niepotrzebnie tracąc swoją ostrość. Ponadto, nie przeszkadzały wtedy w innych czynnościach, jak jedzenie czy wspinaczka. W końcu, prawdopodobnie watażka wskazał raz na trupy, raz na Zjawy, wykrzyczał coś głośno, machnął łapą, i zaczęli się oddalać.

- Czekajcie! - wychylił się Davos.

Dowódca, wyraźnie zirytowany śmiałością człowieka podbiegł obnażonymi pazurami znów podnosząc wrzask.

- Co ty robisz, przestań natychmiast… - rozkazał Hiron.

- Zaufaj mi.

Davos pokazał ręką po kolei na siebie i swoich kompanów. Wyciągnął trzy palce dłoni stojącemu naprzeciw stworzeniu. Następnie wskazał drugą ręką na leżące zwłoki dzikich i wykonał gest dźgnięcia w brzuch, wyciągając pojedynczy palec. Przyłożył rękę do czoła i udawał, że się rozgląda wskazując na klif, i złożył ręce w błagalnym geście. Stwór odwrócił się do swoich pobratymców, zaczęli między sobą rozmawiać. Wrócił do Zjaw, i coś do nich wykrzykiwał machając łapami, nic jednak nie zrozumieli. Ostatecznie wykonał zapraszający do podążania ich śladami gest, co też uczynili.

- Jesteś pewien, że wiesz co robisz?

- Od dwóch tygodni błądzimy po puszczy, tydzień próbowaliśmy zgubić leszego, przez co zeszliśmy z kursu, a od dwóch dni pijemy swoje szczyny z braku wody. Nie mamy więcej mikstur, ani składników do ich wykonania. Nie wiemy gdzie jesteśmy. Nie mamy siły, ani punktu zaczepienia. Straciliśmy Jorvena, i co nam zostało, jak nie chwytać się brzytwy?

- Właściwie, gdyby chcieli nas zabić, już by się na nas rzucili - powiedział Skar.

- Niech będzie, zobaczymy, czy będą w stanie w czymś nam pomóc. Myślę, że zupełnym przypadkiem mamy tych samych wrogów, trzeba to wykorzystać. Patrzcie uważnie, może się czegoś nauczymy. W końcu są przystosowani do życia w tym miejscu, na pewno mają swoje sposoby, żeby uzyskać przewagę nad przeciwnikiem. Czujność - zarządził Hiron, i ruszyli.

Grupa około dwudziestu łowców poruszała się w wyraźnym szyku. Na czele prowadzący, niby niczym się nie wyróżniał, ale z charakteru niezły skurwol, choć wyrozumiały, co przed chwilą udowodnił. Dalej jego bezpośredni poplecznicy, przyboczna gwardia w liczbie czterech osobników. Pozostali z tyłu, uważnie rozglądając się po okolicznych krzakach. Jak wielu łowców preferowali zasadzki. Długie szpony wbite przy zeskoku z drzewa lub ataku od tyłu, musiały skończyć się śmiertelną raną przeciwnika. W walce bezpośredniej nie tak skuteczne przeciw obsydianowym ostrzom dzikich, nie zawsze jednak da się zaskoczyć zwierzynę.

Szli pod górę lekkiego zbocza, manewrując miedzy drzewami. Potężne pnie których nie dało by rady objąć dziesięciu mężczyzn z jednej strony stanowiły osłonę, z drugiej, przeszkodę, za którą potencjalnie czaić się mogły różne monstra. Splatające się niczym kosze wiklinowe pnącza i korzenie stanowiły schronienie dla rozmaitych gatunków drobnych zwierząt. Od gryzoni, przez drobne ssaki i ptactwo biegające czy latające, po węże i pająki. Były swoistym polem walki najmniejszych mieszkańców puszczy. W każdym rozświetlonym magią zakamarku coś się działo. Tu coś umknęło, tam zamigotało. Gdyby tylko nie psujące te widoki demony, obserwujące za niewidzialną barierą zmagania śmiertelników, można by rzec, że krajobrazy były urzekające. Pod warunkiem, że było się w stanie je dostrzec. Światło było tu zdecydowanie towarem deficytowym.

Eliksir uzależniał, pasował do ciemności, jaskiń, puszczy, lochów, ruin, zagadek, poszukiwań, polowania, obserwacji nieśmiałych promieni, pięknych widoków, filozofowania, miłości, pisania, czytania i tysiąca innych rzeczy. Trzeba było silnej woli, żeby skupić się na obserwacji tropów, a nie podziwianiu. Gdyby tylko mogli korzystać z niego od tak, na co dzień… A jednak. Nawet gdyby chcieli, efekt tolerancji sprawiał, że jego skuteczność spadała z każdym kolejnym użyciem, dopóki organizm nie oczyścił się z poprzedniej jego dawki. A trwało to do kilku dni.

Maszerowali więc w kierunku, z którego przybyli ścigani przez jak się miało okazać bandę trupów. Wszystko szło jak po maśle, do pewnego momentu. Jak zawsze. Wibracje podłoża wskazywały na anomalię, której nie mogli zlekceważyć. Chwilę później wtórowały im niskie dźwięki uderzania czymś ciężkim o spróchniałe podłoże lasu. Ptaszyska jak jeden rzuciły się w kierunku drzew sprzyjających wspinacze. Wszystko jedno czy po gałęziach, czy splotach korzeni i pnączy, byle wyżej i na wczoraj.

- Chodu!

Davos i Skar zwinnie pięli się w górę, żeby przysiąść wygodnie na gałęzi. Hiron mający za balast solidny prostokątny pawęż niestety nie zdołał uskoczyć na czas. Wturlał się więc w gąszcz korzeni oraz pnączy, i zakrył się tarczą, udając, że go tam nie ma. Bo co innego mu pozostało?

- Jaki wielki… Tur, ale wysoki na dwóch ludzi. A rogiem przebiłby te drzewa jak się patrzy - wyszeptał Skar. - Tylko patrz kurwa, jakieś macki , robaki, chuj go wie co tam się z niego wije…

- To nie taki zwykły tur, panie kolego. Niestety dla Hirona. Wygląda mi to na Turoka - odpowiedział Davos.

- Ki diabeł?

- Z tego co księgi mówią to pokąsane przez smocze ważki z mokradeł tury. Te składają w nich jaja, które się rozwijają, tak jednak, żeby nie zabić żywiciela, czytaj tura. No i te kurwie się z niego wychylają przez skórę i kąsają wszystko co się znajdzie w okolicy, a jak uchwycą to nie puszczą. Ubiją jadem, zeżrą, przepoczwarzą się, i spierdolą wiedzione instynktem na swoje jebane mokradła wieść żywot, dopóki im się jakiś tur nie trafi. Wtedy znów składają w nim jaja i zdychają. Tak przynajmniej piszą…

- A dlaczego nie ubiją tura, toć to bydle wielkie… Najadły by się, i pół puszczy też. Może te wilki dały by nam spokój…

- Po co zabijać tak dobre zwierzę rozrodowe? Kiedy już wszystkie larwy opuszczą jego ciało, to wraca do zdrowia, i po zregenerowaniu ran, może po raz kolejny zostać żywicielem.

- No to mamy problem.

- Hiron ma problem, uściślając. Nie sądzę, żeby umiały się wspinać.

Bo gdy oni tak sobie gadu gadu, turok węszył zwiedziony tym co mu pasożyt nakazuje. I niestety zbliżał się co raz bardziej do Hirona. Jedna z poczwar zwęszyła ofiarę i wyskoczyła z ciała byka, z jedną tylko misją: ukąsić. I zjeść, ale wszystko po kolei. Sytuacja zrobiła się więc nieciekawa, a nawiasem mówiąc była nieciekawa już przed chwilą, więc co tu dużo mówić, katastrofa.

- Trzeba wyskakiwać, bo ptaszyska głowy za naszego nie nadstawią… - radził Skar.

- Nie wiem czy damy mu radę.

Wtem jakieś poruszenie, olbrzym rzucił się w gęstwinę, a wtórował mu krzyk dzikusów, którzy musieli tropić pochód. Nie zdając sobie sprawy z byczej okoliczności jaka zaszła na rewir kilka chwil temu, zjawili się z wizytą nie w porę.

Szybki strzał z kuszy przyszpilił larwę do korzenia, nim dopadła Hirona. Ten się wygrzebywał z gąszczy póki czas, i razem z ptaszyskami w drugą, byle dalej. Tym razem szczęście było po ich stronie, dali nogę.

Orikru, jak leśne plemiona nazywały dziobate istoty, bacznie obserwowały znaki jakie dawał las. Każda złamana gałązka drzewa, każdy udeptany mech, każdy swąd czy dźwięk były obiektem analizy, której dawali wyraz przekrzywiając swoje łby i rzucając na siebie ciekawskimi spojrzeniami. W akompaniamencie cichych chrząknięć i pokrakiwania. Nierzadko nagle zmieniali kierunek, by po kilku modlitwach wrócić na ledwie zauważalną ścieżkę. Innym razem przykucali chowając się na moment wśród roślinności, przeczekując nieznane Zjawom zagrożenie.

Minęła spora część dnia, kiedy dotarli na miejsce. Jeden z opierzonych wskazał na prześwit w drzewostanie. Zakradli się, i ujrzeli wioskę. Tą, której mieszkańcy ich gonili. Wrócili więc do punktu, w którym zostali zaatakowani. Zbadali dokładnie miejsce zdarzenia, znaleźli ślady krwi, ale Jorvena ani widu, ani słychu. Dowódca ptaszysk pokazywał łapą na ślady odciśnięte w ściółce kracząc coś pod nosem. Niestety, urywały się na powalonym pniu, który łączył się z innymi tworząc twarde ścieżki rozchodzące się w różne strony. Zbyt wiele możliwości, żeby je wszystkie badać. Zrezygnowani ruszyli w bliżej nieokreślonym kierunku.

Po jakimś czasie wędrówka zakończyła się, a ich oczom ukazała się roślina wyglądająca na gąszcz splecionych korzeni. Trzeba dodać, że dość charakterystyczny widok w tych okolicach. Obwodem spokojnie przykryła by karczmę Grima. Splot wysoki na pięciu, może sześciu ludzi wieńczył się zielonym dywanem drobnych liści, na którym prawdopodobnie gniazdowały ptaszyska. Jej szczyt był kompletnie płaski, niczym przycinany przez ogrodnika żywopłot, tylko że tu aranżacja powstawała w sposób naturalny. Obsypana drobnymi czerwonymi jagodami, rosnącymi w kiściach. W okolicy było ich kilka, skryte w cieniu potężnych drzew, bezkonkurencyjnych swoimi rozmiarami.

- Chyba wiedzą, że nie potrafimy latać? - powiedział Skar.

- One też nie latają. Mamy się wspinać. - odrzekł Davos.

- Wspinać gdzie? Tam? - Hiron zerknął do góry. - Nie wiem czy dam radę z całym ekwipunkiem.

- Postaraj się. Akurat gałęzie i sploty są poukładane tak gęsto, że nie powinno być problemu. Zaraz, słyszycie? Strumień!

Nie mogąc opanować pragnienia, wbrew zdrowemu rozsądkowi zaczęli łapczywie pić bezpośrednio z płynącego nieopodal źródła. Woda smakowała wyśmienicie. Uzupełnili bukłaki, i wrócili do szeregu. Dowódca ptaszysk wskazał jedną z roślin, po czym przystąpił do wspinaczki. Poszli za jego przykładem. Okazało się, że szczyt wysokiego trawnika jak można by go określić, mieścił ichne legowiska. Olbrzymie gniazda były bardzo stabilne, i całkiem komfortowe. Nieco śmierdziały mokrym pierzem, natomiast nie było w nich odchodów, o co martwili się ludzie. Wyściełane drobnymi iglastymi gałązkami i mchem okazały się bardzo wygodne. Również ich rozmiary robiły wrażenie. W jedno gniazdo zmieścili się całą trójką plus dwóch ptaszorów, a zostało jeszcze miejsca na jedną lub dwie osoby.

- Zero robaków, będzie można w końcu przespać spokojnie noc, a właściwie to dzień.

- Właśnie, słońce… Prawie zapomniałem jak wygląda - zachwycił się Davos.

Na tej wysokości docierało do nich znacznie więcej promieni, a liczne prześwity w koronach ukazywały fragmenty błękitnego nieba oraz słońca. Dwa orikru krążyły dookoła na warcie, nieco psując romantyczny klimat, ale co zrobić? Trzeba się z tym pogodzić.

- Co się stało z Jorvenem? Dokąd się udał? Może zabrali go kanibale, i podzieli los tych których próbowaliśmy uratować? - rozmyślał Davos.

- Tego nie wiemy, ale jestem pewien, że tak łatwo skóry nie sprzedał - odpowiedział Hiron.

- Dostał bardzo głęboko, nie sądzę, żeby zaszedł daleko z taką raną - dopowiedział Skar.

- To moja wina, nie powinienem naciskać na próbę odbicia jeńców. - powiedział Davos.

- To była decyzja Jorvena. Miałeś rację, sami nie dali byśmy rady opuścić tego lasu. Pełen jest uroków, bestii i pułapek, a stare szlaki dawno zarosły puszczą. Zrobiliśmy co było w tamtym momencie rozsądne, co zresztą widać. Sojusz z tubylcami uratował nam skórę. Nie myśl o tym teraz. Prześpimy się do rana, i ruszamy w drogę - zarządził Hiron.

- Dokąd? - spytał Skar.

- Dalej na północny wschód. Jeśli Jorven jakoś przeżył kieruje się dalej zgodnie z mapą.

- Właśnie, mapa…

- Spokojnie. Przyjrzałem się jej dokładnie, jest tutaj. - Davos postukał się w czoło.

Ptaki na straży zaczęły pokrzykiwać zachowując się nieswojo. Nie żeby ktoś atakował, ale coś się działo. Wtedy go zobaczyli. Leszy przed którym uciekali tak długo, kroczył sobie spokojnie, jak gdyby nigdy nic. Jego prawie ludzka wyglądem głowa zwieńczona olbrzymim porożem, wychylała się w rytm kroków stworzenia. Poroże dosiadane przez kolorowe ptactwo, wyglądało wybornie pod wpływem fioletowiej magii. Orikru opuściły gniazda, i z wielkim szacunkiem odprawiały jakieś tańce, ten jednak, nie zwracał na nie uwagi. Rzucił swoim spojrzeniem na Zjawy, tym razem jednak, zupełnie obojętnie. I nie przechodząc do ataku, powędrował między drzewa.

- I tu drogi Davosie zobacz, jak bardzo miałeś rację. Obecność ptaszysk nawet tego kurwia uspokoiła. Gdyby wszystko poszło po naszej myśli… Ale nie poszło, i nic na to nie poradzimy. Przynajmniej do jutra.

Przysiedli wygodnie pierwszy raz od dawna odczuwając dozę spokoju, mimo utraty przyjaciela. Mogli w końcu odpocząć i napełnić brzuchy jagodami, podczas kiedy Davos otworzył tajemniczą księgę. Nie miał czasu do niej zbyt często zaglądać, ale wiedział już jak się nazywa.

 

Wrota wymiarów.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (27)

  • NataliaO ponad rok temu
    Opisy bardzo mi się podobają. Spotkanie z istotami tez ciekawe.
  • Burton The Scribe ponad rok temu
    Dzięki, myślę, że mogło by być lepiej, ale musiał bym odłożyć rozdział na tydzień czy dwa, i do niego wrócić, a następnie poprawić. No a jak mam puszczać jeden rozdział w miesiącu, to zapomnicie co było w poprzednim ?
  • NataliaO ponad rok temu
    Burton The Scribe fakt zapomnij się Ja na bank... spokojnie, będzie w końcu tak jak chcesz ;)
  • Burton The Scribe ponad rok temu
    Generalnie stawiam stronkę na której będę wrzucał grafiki, generowane przez sztuczną inteligencję. Powinny przybliżyć moje wizje miejsc i postaci
  • NataliaO ponad rok temu
    Dobry pomysł.
  • Burton The Scribe ponad rok temu
    https://imageshack.com/i/pnOughxrp plus minus tak wyobrażam sobie Orikru, z tyłu postać Davosa w pelerynie i mundurze ? tylko tego ptaka u góry miało nie być ale co tam
  • NataliaO ponad rok temu
    Niech jest... zajebista fota
  • MKP ponad rok temu
    Zacznij udostępniać na Wattpadzie: tam można wrzucać grafiki pomiędzy tekst. Tu będziesz zawsze mógł dać link na koniec tekstu z odnośnikiem na wattpad. Ja tak robię:)
  • Burton The Scribe ponad rok temu
    MKP no mógł bym tak zrobić ?
  • MKP ponad rok temu
    "barwy fioletu, błękitu, zieleni rozbłysnęły" - nie wiem czy barwa jest tu poprawnie użyta, ale nie jestem pewien.
    "nowym przeciwnikiem, Zjawy przeszły do kontrataku." - przed zjawy bardziej kropka pasuje.
    "przeszkodę za którą potencjalnie" - przecinek przed za
    "Gdyby tylko nie psujące te widoki demony, obserwujące za niewidzialną barierą zmagania śmiertelników, można by rzec, że były urzekające." - trzeba dodać co było urzekające, bo ze zdania wynika, że demony:)
    "solidną prostokątną pawęż" - solidny prostokątny
    "i zakrył się tarczą udając," - przecinek przed udając.
    "Eliksir uzależniał, pasował do ciemności, cienia, jaskiń, puszczy, lochów, zamczysk, ruin, zagadek, poszukiwań, pułapek, uników, polowania, zabijania, obserwacji nieśmiałych promieni, pięknych widoków, filozofowania, marzeń, miłości, pisania, czytania i tysiąca innych rzeczy" - jednak to trochę za dużo wyliczania.

    Podpisuje się pod tym, co napisała koleżanka: opisy są bardzo dobre. To jest najlepiej napisana część jak do tej pory. Widać bardzo duży postęp na przestrzeni zaledwie ośmiu części.
  • Burton The Scribe ponad rok temu
    Dzięki, cieszę się, że wychodzi ilość czasu i pracy, jakie poświęcam na ten projekt ? i dzięki za pomoc, jak zawsze
  • MKP ponad rok temu
    Burton The Scribe
    Warto pomagać jak widać?
  • Burton The Scribe ponad rok temu
    MKP właśnie kończę pieścić część drugą. Miał być długi rozdział na prawie 25 tyś znaków, ale rozbiłem na dwa ostatecznie. Ciekawe jak wyjdzie, bo będzie inny ?
  • Vespera ponad rok temu
    pocisk z kuszy - nie jest to nieprawidłowe, ale sama zamieniłabym raczej na bełt...
    zewsząd ktoś zaczął skakać z drzew na dzikich. - zewsząd, ale tylko jeden ktoś? Hmm...
    Po kilku modlitwach las usiany był zmasakrowanymi ciałami - rozumiem, że modlitwa jest tu jednostką czasu?
    puki czas, - PÓKI :D
    Jest kilka kanciastych zdań, które mogłyby zostać przeredagowane plus trafiają się zbędne lub nadprogramowe przecinki, ale nad tym to usiądziesz sobie kiedyś na spokojnie, może po napisaniu całości.
  • Burton The Scribe ponad rok temu
    Tak, modlitwa to jednostka czasu, nie chodzi o to, że się modlili ? nie chcę nadużywać "chwili" , myślałem o jednostce "klepsydry" ale gdzie na wsiach takie rzeczy, jak klepsydra, szkło to rarytas. A modlitwa nazwijmy to standardowej jakiejś ichnej "zdrowaśki" będzie zazwyczaj miarodajna w całym królestwie. I tak boli mnie używanie terminu tygodni, i chyba zamienię w finalnej wersji na kwarty księżyca.

    kurde patrzałem na to "puki" bo mam tendencję do tego błędu, ale nie podkreślało, to stwierdziłem, że tak ma być ?
  • Burton The Scribe ponad rok temu
    I dzięki za wizytę i pomoc ?
  • MKP ponad rok temu
    Modlitwa to coś na modlę oddechów i uderzeń serca u Wegnera
  • Burton The Scribe ponad rok temu
    MKP w przybliżeniu jest to minuta powiedzmy
  • Vespera ponad rok temu
    Burton The Scribe Pasuje ta modlitwa do fantasy, bo u nas historyczne były używane zdrowaśki i paternostery.
  • Burton The Scribe ponad rok temu
    Vespera tak, może powinienem jakoś sprytnie to wyjaśnić, ale nie miałem pomysłu na to.
  • Vespera ponad rok temu
    Burton The Scribe Niekoniecznie, jeśli to powtórzysz gdzieś (Wrócił do obozu szybko, ledwo po jednej czy dwóch modlitwach), to czytelnik załapie, nawet jeśli o naszych zdrowaśkach nie słyszał. A sporo lubiących fantasy już się kiedyś z tym konceptem spotkało.
  • Burton The Scribe ponad rok temu
    Vespera już było z dziesięć takich określeń na pewno, w każdym rozdziale po kilka razy występuje
  • Vespera ponad rok temu
    Burton The Scribe To ja jestem tak uważną czytelniczką, że dopiero teraz dotarło mi do świadomości - widać musiało mi podświadomie wszystko pasować wcześniej :D
  • Burton The Scribe ponad rok temu
    Vespera no cóż, bywa i tak ?
  • Vespera ponad rok temu
    Burton The Scribe Fabuła ważniejsza od drobnostek technicznych - znaczy historia wciąga.
  • Burton The Scribe ponad rok temu
    Vespera e to się cieszę, bo właśnie analizowałem, czy po prostu spałaś czytając, czy tylko pisałaś komentarze bez czytania, żeby podtrzymać mnie na duchu :D
  • LaurazjanWolf ponad rok temu
    Widzę, że pojawia się coraz więcej fantastycznych zwierząt oraz postaci. To dobrze. Dzięki temu opowieść nabiera swoistego klimatu oraz charakteru. ;-)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania