Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!
ZABIERACZ: KSIĘGA DRUGA. ROZDZIAŁ I
ZABIERACZ: KSIĘGA DRUGA.
ROZDZIAŁ I
Niekiedy, nawet oczywistość, pozwala zapomnieć o swoim istnieniu, kulturalnie ustępując miejsca czemukolwiek ją przerastającemu. Gdyby uznała w ten sposób obecnie, zaoszczędziłaby jej nocy wypełnionej bezsennymi przemyśleniami. Wszystko, wydając się banalnie podanym na planowej tacy, pozostało dlatego, jedynie: mało możliwym dokonaniem. Niby: to tylko ubieganie się o własność, należną na długo przed odlaniem przez człowieka stopu metali, ograniczającego dostęp światła życia doczesnego, zarówno jej samej, jak i reszcie Zaświatów. Niestety: kolej rzeczy była nieubłaganą, jako spisana na długo przed rozumieniem w piśmie istot, uznających je za oczywiste. Od wówczas: byli przecież tylko śmiertelnikami. Dlatego ich potrzebowała, skoro posiadali coś, należnego nie tyle jej samej, co miejscu, skąd przyszła. Nie jednak po to, aby marnować na nich czas. Z tego powodu: zajmie się nimi później, a przynajmniej tymi, którzy swą wrodzoną, śmiertelną naiwnością: sami nie zechcą inaczej, jakby troska o ich własne dusze, stanowiła dla nich nieodpłatny, dlatego zupełnie zbyteczny im, aspekt codzienności, niczym żarliwe skomlenie ukundlonej psiny pod wystawnymi drzwiami ich posiadłości, w obawie przed dotkliwym pobiciem z powodu zanieczyszczenia perskiego dywanu, spoczywającego na przedpokoju: równoznacznie z tymi, którzy, mimo wszystko: darzą ich uczuciami.
Sylwia usiadła na łóżku, z gracją teatralnej marionetki, kunsztownie dźwigniętej na scenie, skomplikowaną paletą ożywiających ją sznurów. Nie ustępowało temu odgarnięcie pukla rudych włosów z jej policzka, nie tylko dlatego, że salomonowy mosiądz wrośnięty w jej kości, nie pozwalał dotknąć gorejącej grzechem czeluści. Matowym, bezźrenicznym spojrzeniem swych błękitnych oczu, dotykała otaczającej ją ciemności, czując, iż jest jej najbliższą. Tyle jej wystarczyło, aby sięgnąć po jedną z szpilek, na wysokim, cienkim obcasie, potulnie oczekującą przy jej zabytkowym, rzeźbionym w dębie, łożu. Szykownie eleganckie obuwie, utwierdzone eleganckimi szarfami wokół jej kostek, nie pozostawiało jej wyboru, poza niezbędną koniecznością. Pozornie: nie ma w tym nic trudnego, ponieważ: musi zaledwie odzyskać część samej siebie. Nic więcej.
Komisariat uznał za wymarły. Co najmniej: jako pozbawiony jakichkolwiek przejawów życia. Cisza. Gdzie rytmiczny stukot maszyn do pisania? Głuchy puk kubków o blaty niezliczonych biurek, pozbawionych samotności wybiórczymi trzaśnięciami drzwi gabinetów. Jakiekolwiek głosy. Możliwe, że zniknęły, jakby w obawie przed echem jego zmęczonych kroków o dwustuletnią boazerię, odbitym w oświetloną sodowymi lampami otchłań, ustępującą przed nim, jak i każdym zwyrodnialcem: wolnością. Dlatego uznał, że może zaznać jej nie odrazu, jak zresztą: oni wszyscy, czym jego Koledzy: zdawali się zupełnie nie przejmować, gdy jako ostatni w tym wymarłym dworku, zmierzał na odprawę, ku Ambonie Wyjściowej. Skręcając w klatkę schodową, zawiniętą kutą w żelazie balustradą z drewnianym wezgłowiem, ujmując je w dłoń, poczuł, że pomimo, iż każdy oprych w tym miasteczku może mu, zasadniczo: " skoczyć ":. coś jest bardzo zajebiście nie w porządku. Uśmiechnął się na tą myśl, ujrzawszy nie innego, jak " zmarłego za blatem " Ryszarda. Sędziwy, bardziej od fundamentów jak stały od dawna, spowity siwizną, kategorycznie rzeczowy Policjant: uprzywilejowany zaledwie tak znacznie, że nosił mundur jeszcze chyba z czasów zaborów, mogąc siarczystymi przekleństwami, normować służbę tych " rozbestwionych szczyli z aspiracją na nie mienie pusto w pagonach ": przez co rozumiał zarówno kolegów po fachu, jak i nie widnienie na pagonach stopnia admirała. Jego zmęczone, jednak, co dziwiło każdego: pozbawione braku życia spojrzenie, nadając mu przezwisko " Zmarły ": odprowadziło go ku ciężkim, skrzypiącym masywnymi zawiasami drewnie wejściowych wrót. Przytaknął jedynie, usiłując z całych sił wprawić to toporne cholerstwo w stanięcie otworem. Niemal sięgnął do kabury, gdy ze zwiększającej się mozolnie szczeliny, czmychnęła w jego kierunku przygarbiona, drobna postać. Gdyby nie mruknęła w jego stronę przelotnych słów powitania, złapał się na tym, że mógłby chcieć ją zastrzelić, a przecież: okazała się zwyczajną Posterunkową, nie nawykłą ku stawianiu się na Służbie inaczej, jak na ostatnią minutę. Nie chcąc dla niej źle, zwyczajnie: zostawił ją w spokoju. Skoro dzisiaj zaczęła:.. niechybnie pozna przecież Zmarłego, co uznawszy za najdotkliwszą z kar, opuścił doczesne miejsce dziwnego spokoju, pozwalając, aby grot światła za jego plecami, zaostrzył się w całun pozbawionego radości półmroku.
Jak zwykle: aniołowie postanowili opłakać świat, wyrażając swój gniew jęzorami elektryczności, gnącymi się w czerni ziejącego wiatrem nieba. Stanowszy na granitowym ganku, pozwoliła, aby wysokie obcasy jej butów, równo stuknęły przed zmokłym drewnem, wydając chlupotliwy pogłos. Trzykrotnie uderzyła kostkami zaciśniętej pięści, z wzrokiem tkwiącym w zaślepionym sęczastą materią, kwadratowym otworze. Nic. Jakby echo niosące łomotanie jej dłoni o konsekwentnie zamknięte drzwi, stanowiło zwyczajną obojętność. Spojrzała na to krzywo, mając świadomość, iż zupełnie jak kamera monitoringu, przytwierdzona stanowczo do elewacji, ponad jej głową. Ponadto nic. Chcąc zatem wyłomotać ponownie uznanie jej obecności, niemal uderzyła w twarz uśmiech, pojawiający się w masywnej ramie przeciągłym, głębokim szurnięciem, wspomaganym tkwieniem w pustce.
- Kurwamać!... co Pani. - zasyczała nieznana jej postać, uskakując w dal, za dzielącym je obie drewnem - to znaczy!, ten, no!.. - rozpoczęła zbliżając się ponownie, aby móc się jej przyjrzeć - w czym mogę Pani pomóc?.. a właściwie: " Posterunkowa Ewelina Sz... ".. - a zamiast dokończyć: zamilkła w pół słowa, głosem, zdającym się znikać w oddali.
- Ktoś chciał mnie zgwałcić. - stwierdziła beznamiętnie rudowłosa postać, w przemokniętej garsonce, której długość spódnicy, jeżeli wobec Policjantki: musiałaby stanowić pas mocujący ekwipunek na jej biodrach.
Ewelina, rzuciwszy na nią spojrzenie, zwyczajnie stwierdziła, że może gdyby te koronkowe pończochy miała pod spodniami, możliwe, iż... poprostu: nie miałoby to miejsca, jednak: postanowiła jej o tym nie informować, zwłaszcza widząc szczupłą, drobną kobietę, wnioskując z garderoby: agentkę nieruchomości? Przedstawicielkę handlową?.. Uznała to za mało ważne, wciskając podświetlonego elektrycznym blaskiem żarówki " komucha ": aby brzmieniem gongowego dzwonka wobec Ambony Wejściowej, zaanonsować rozpoczęcie mocowania się z topornym, stalowo zimnym ryglem, dzielących ją od petentki, masywnym całokształtem, zamarłym w tkwiącej murem nie innej futrynie. Przeklinając mamrotliwie, Posterunkowa stanowczo trzasnęła okienkiem rewizyjnym, uświadamiając sobie szurem jego trzasku, iż... mogła o tym uprzednio: miło i uprzejmię poinformować. Wzdrygnęła się mimowolnie, zdając sobie sprawę, że nie zrobiła tego tylko dlatego, gdy zauważyła, że ciemność wokół postaci po drugiej stronie, zdaje się być jakby obojętną blaskowi mocnej, sodowej lampy, tulącemu jasnożółtym światłem smagany deszczem ganek, co nie dotyczyło jej samej. Mimo wszystko, była zobowiązana wpuścić ją do środka, z całych sił manipulując zamarłymi w wiekach świetności wrotami.
- Jak się Pani nazywa?.. - spytała ją bezwiednie Ewelina.
- Sylwia. Posterunkowa. - co oznajmiwszy, utkwiła pozbawione emocji spojrzenie w brązowych oczach czarnowłosej Policjantki, mijając ją w akompaniamencie stuku szpilek o gres posadzki holu Komisariatu.
Ewelina wzdrygnęła się po raz kolejny, czując zarówno powiew przenikliwego chłodu, jakby spowiła ją gorycz śmierci każdego ze zmarłych na łamach dziejów świata doczesnego, jak i nieprzeparte uczucie, że z tą elegancką osobą, zagościło coś o wiele bardziej złowrogiego, niż była w stanie zrozumieć, dlatego zamiast sobie to złudnie wmawiać, spojrzała z gorliwą rezygnacją w sklepienie ponad sobą, kierując się za brnącą ku zdobnej rzeźbieniami ambonie wejściowej, postaci.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania