Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

ZABIERACZ: KSIĘGA DRUGA. ROZDZIAŁ III

ZABIERACZ: KSIĘGA DRUGA.

 

ROZDZIAŁ III

 

Tomek, usiłując zasnąć, skulony na pryczy w pokoju tymczasowych zatrzymań, wmawiał sobie, że głuchy łomot o stalową powierzchnię, tłumiony mięsistym klaskiem coraz bardziej masakrowanych nim, ludzkich zwłok, wcale nie dochodzi jego świadomości realnie, stanowiąc jedynie iluzję, postępującą z jego umysłem nie inaczej, jak dane mu było ujrzeć. Chociaż nie pokładał tym jakichkolwiek złudnych nadziei, miał świadomość, że jeżeli dane mu jest się mylić: wcale nie widział piekła, kpiącego z żyjących poza jego czeluścią, której echo, odbite echem wewnątrz zapomnianego archiwum, postanowiło zostać mu bliskim, jakby zechciało stanowić rytm jego skołatanego serca. Był zmuszony uznać, że z czasem przestanie tak być, a skoro oczekiwanie doprowadzało go do obłędu, miał mu za złe, iż dobiegnie końca w tylko sobie znanym momencie, dlatego: zupełnie nie teraz. Co więcej: usiłował zrozumieć nie tyle je same, co powód jego trwania. Świadomość ta, niestety: pozostawała jedynie mrocznym kształtem w jego umyśle, niczym zarejestrowany służbowym monitoringiem. Cała sprawa, majacząc w jego myślach, zdała mu się bardziej kadrem z filmu grozy, niż pracowniczą sceną jego codzienności. Nie mniej jednak, nie miał innego wyboru, poza jej akceptacją. Starając się nie zwracać uwagi na przemykające w głowie makabryczne sceny, owijając się szczelniej kocem, zaczął zapadać w niespokojny sen, dający wytchnienie jego nadszargniętej brutalnym postępowaniem psychice.

 

Cisza miasteczka, pozwoliła jej cieszyć się rześkością spokoju, rytmicznie wybijanego stukaniem szpilek o zlaną rzęsistym deszczem powierzchnię asfaltowanego chodnika, biegnącego wzdłuż rzędu odrapanych, liczonych wiekami na fundamentach, ceglanych kubatur pogrążonych w śnie kamienic. Niknący w jej obliczu jasno pomarańczowy blask sodowych lamp, ponad jej fryzurą w figlarnym odcieniu patynującej miedzi, koił w jej sercu miejsce, które wyzbywszy się uprzednio uczuć, dawało mu tym niekrytą możliwość: będąc dla niej zupełnie pozbawionym jakiegokolwiek znaczenia. Kołysanie zgrabnych bioder, uwodzicielsko unosząc mankiet jej krótkiej, czarnej spódnicy ponad rant podwiązek koronkowych pończoch, dawało możliwość ukrycia go wobec wzroku postronnych osób, gdy rozmywając się w postać mrocznej mgły, pozwoliła sobie oddać się ciemności.

 

Zagościła we własnym łóżku, niczym ponowiona odtworzeniem w odwrotnym kierunku klatka taśmy filmowej, sięgając dłonią w kierunku eleganckiej szarfy, pozwalającej szpilce zsunąć się z jej kostki. Ustawiła ją z wdzięczną gracją przy nodze mebla, sięgając do wewnętrznej kieszeni noszonej przez nią obecnie garsonki. Walcowaty przedmiot, znaczony seledynem wiekowej patyny, dumnie spoczywając w jej dłoni, napawał ją niekrytą dumą. Uznała, że nawet woreczek wypełniony oczadzoną, srebrną biżuterią, skąpaną w czarnym, tłustym oleiście nalocie, nie jest dla niej tak ważnym. Nie mniej jednak, wysypała jego zawartość na przednią stronę swojej spódnicy, kolejno delektując się dotykiem, nabierającym matowego połysku w jej palcach, przedmiotów. Umieszczając je kolejno we właściwych miejscach, spojrzała przelotnie w krystaliczny mrok, odbity w tafli gotyckiego lustra, wystawnego majestatycznie rzeźbioną w czarnym hebanie ramą. Eksponując w jego powierzchni srebrny kolczyk z uroczym odłamkiem bursztynu, od kiedy sięgała pamięcią, pierwszy raz rozjaśniła swoim własnym, sprawiającym wrażenie słodkiego, uśmiechem. Nie dlatego, że była szczęśliwa własnym sukcesem. Przypomniała sobie właśnie, że przecież... ktoś na nią czeka.

 

Przerażenie otworzyło brązowe oczy Eweliny, oznajmiając galopującym w jej płucach impetem szaleńczych zaczerpnięć powietrza, iż cała sytuacja, to nie tyle coś bardzo złego, jak samo zło, pragnące pozbawić ją życia w najbardziej brutalny sposób, jakim zdoła tego dokonać. Jedynym, o czym pomyślała, było natychmiastowe sięgnięcie do kabury na jej biodrze, wyrywające z jej drżących ust zrezygnowany szloch strachu, gdy zdała sobie sprawę, że oprócz munduru na jej szczupłej sylwetce, ze służbowego wyposażenia, nie posiada czegokolwiek więcej. Ponadto, stojąc obecnie w tunelu, ułożonym z przesypanych półsuchą zaprawą, ciosanych w kamieniu bloków, spełniających rolę stanowiących go cegieł. Miotając się w panice własnej niewiedzy, zauważyła, iż spowijający ją, wszechobecny mrok, rozprasza jedynie migotliwy blask lampy naftowej, nad którą druciany kabłąk, spoczywał kurczowo zaciśnięty w jej drobnej dłoni, czego, jakkolwiek usiłując: nie była w stanie zmienić. Głaskana uspokajająco po policzkach przez opuszczające jej oczy łzy, postanowiła czekać na dalszy rozwój wydarzeń, ufając, iż odzyska przytomność na podłodze holu Komisariatu, w którym właśnie rozpoczęła pracę. Tuląc na swoim drżącym przerażeniem ciele mundur, nie mogła widzieć szponiastych dłoni, sięgających ponad jej barkmi, w kierunku upiętego z tyłu jej głowy kucyka kruczoczarnych włosów, którego niespodziewane szarpnięcie, własnym impetem, wygięło jej ciało w parabolę, posyłającą jej plecy tak boleśnie w dół, iż zakrztusiła się tąpnięciem łamanych w jej klatce piersiowej żeber, wydając przy tym pozbawiony cielesności, sykliwy skowyt przenikliwego bólu, przebitych ostro łamanymi kośćmi, płuc. Zanim upadła, to samo spotkało jej twarz, gruchocząc kości policzkowe, w akompaniamencie wyrywania w obie strony jej delikatnej szczęki, przy czym nie myślała, aby rozróżniać spływające metalicznym smakiem krwi w głąb gardła jej własne zęby, od kruszonych uderzeniami jej twarzą o zimną, bolesną materię: odłamków kamieni. Kolejne fale katuszy, rozlewające się po jej ciele, nie pozwalały wyzbyć jej się świadomości ich dotyku, zanim szponiaste dłonie, rozrywając mokrym szarpnięciem jej płaski brzuch, opróźniły go ze skrywanych skarbów, posyłając ich pozbawioną życia właścicielkę w mrok, zupełnie, jakby była najbardziej niekochaną zabawką mroku, po jaką kiedykolwiek sięgnęły, zanim dane jej było umrzeć z tą świadomością.

 

Gdy powieki Sylwi utkwiły mętny wzrok w zimnej płaszczyźnie tafli, pośród spowijających ją leniwie smug chłodu zaświatów: pękła. Stanowczy brzęk życia znaczącej ją rysy, zamilkł... w przeciwieństwie do wrzasku duszy Eweliny, rzuconej w ich odmęty. Uśmiechając się podle, otworzyła usłaną bliznami dłoń, wewnątrz której spoczywał kolczyk, będący bliźniaczym zdobiącego jej oblicze. Pocierając go palcami, uznała, iż obecnie... może już zacząć realizować się zupełnie, a na dowód tego, wszystkie żarówki w domu jej rodziców, jednocześnie eksplodowały.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania