Po drugiej stronie prawdy - Rozdział I

- Ten wyjazd to był świetny pomysł! – wykrzyknęła uradowana Magda.

Wspięłyśmy się na szczyt góry i stąd podziwiałyśmy widok, który zapierał dech w piersiach. Ludzie na dole wydawali się nie więksi od mrówek. Z każdej strony otaczały nas drzewa, zieleń była wszechobecna a dookoła śpiewały ptaki. Czułam się jak w raju, nie potrzebowałam niczego więcej do szczęścia.

- Jest pięknie – przyznałam – nigdy wcześniej nie widziałam czegoś takiego.

Rozłożyłam koc i zaczęłam wyciągać jedzenie z koszyka, siostra spojrzała na mnie karcąco.

- Co? – udawałam niewiniątko. –Zgłodniałam.

- Jak tak dalej pójdzie – usiadła obok mnie – to nie zmieścisz się w suknię ślubną.

W odpowiedzi uderzyłam ją w ramię.

- Przestań! Tylko mnie dołujesz.

- Mówię jak jest – wzruszyła ramionami. – A tamta suknia była naprawdę piękna.

Położyłam się z rękami splecionymi pod głową.

- Była nawet ładna – zgodziłam się.

- Powinnaś ją wybrać – siostra wystawiła twarz do słońca. – Rafałowi, by się spodobała.

Obruszona wsparłam się na łokciach.

- Co to ma za znaczenie?! To nie on w niej wystąpi, jeśli tak ci się spodobała to ją sobie kup.

Magda roześmiała się na całe gardło, nic nie było w stanie zepsuć jej dobrego nastroju. Za to ja wpadałam w coraz większą dolinę. Nie chodziło o to, że nie chcę ślubu z Rafałem, ale miałam wątpliwości. Kochałam go ja nie wiem, co, ale z nim nie czekało mnie nic spontanicznego. Był ułożony, spokojny, nic nie było w stanie wyprowadzić go z równowagi. Czułam się przy nim bezpieczna i kochana, ale nie było też żadnych porywów serca. Byłam za młoda, by spędzić życie przed telewizorem w rozczłapanych kapciach.

- Nie denerwuj się tak – pogłaskała mnie po ramieniu – nikt cię przecież nie przymusza.

Zerwałam się na równe nogi, czara goryczy się przelała.

- Nikt mnie nie przymusza?! – chwyciłam się za głowę. –Wszyscy piejecie z zachwytu nad Rafałem, aż rzygać się chce! Uważacie, że jest dla mnie najlepszym, co mnie w życiu spotkało.

Magda zamarła, wpatrywała się w coś za mną.

- Czego milczysz?! – warknęłam.

Wskazała na coś palcem, wywróciłam oczami i odwróciłam się. I wtedy ich zobaczyłam. Po drugiej stronie polany stała specyficznie wyglądająca para. Nigdy nie powiedziałabym, że to turyści, po pierwsze nie mieli plecaków, ani typowego ubrania. Wyglądali tak jakby umówili się z kimś na spotkanie w kawiarni a nie przez trzy godziny wspinali po stromej górze. Piękna kobieta o rudych włosach ubrana była w różową sukienkę z kołnierzykiem i białą czapkę z daszkiem. Trampki z jasnymi podeszwami nie były ani trochę zakurzone. Wpatrywała się w nas dużymi, brązowymi oczami. Wyglądała jak piękniejsza wersja mnie. Obok niej stał mężczyzna średniego wzrostu. Miał jasne, łagodne oczy i brązowe włosy. Ubrany w proste spodnie i niebieską koszulę wyglądał jak model. Wpatrywaliśmy się w siebie w milczeniu, żadne z nas nie wiedziało, co powiedzieć. Matka zostawiła nas siedemnaście lat temu i miała wtedy trzydzieści cztery lata. Szybko dodałam liczby w głowie i wyszło mi pięćdziesiąt jeden, powtórzyłam działanie. Pięćdziesiąt jeden. Magdzie wyszedł chyba ten sam wynik, bo puściła się biegiem w dół zbocza. Jeszcze raz zlustrowałam kobietę wzrokiem, to było niemożliwe.

- Magda! – krzyknęłam za nią. – Poczekaj!

Siostra nie reagowała, była daleko przede mną. Zawsze była bardziej wysportowana ode mnie i nigdy nie potrafiłam jej doścignąć.

- Zaczekaj! – zawołałam.

Przynajmniej tym razem mnie posłuchała, z trudem łapałam oddech, myślałam, że wypluję płuca.

- To niemożliwe – wysapała siostra. – To nie mogła być ona.

- Wy…wyglądała na trzydzieści cztery lata.

Usiadłam na jakimś wilgotnym kamieniu, dzisiaj wszystko było mi jedno. Milczałyśmy przez dłuższą chwilę. Starałam wytłumaczyć sobie wszystko w głowie, ale tego nie można było wytłumaczyć. Zerwałam się na równe nogi, Magda spojrzała na mnie pytająco.

- Wracam tam – zdecydowałam – muszę się dowiedzieć.

- Miśka, czekaj! – teraz to ona szła za mną. – Nie możesz tam wrócić tak po prostu!

Byłam zdecydowana, miałam gdzieś co będzie później. Nie należałam do ludzi, którzy chowają głowy w piasek.

- Dlaczego? – wzruszyłam obojętnie ramionami. – Zostały tam nasze rzeczy.

- Stój! – krzyknęła histerycznie. – A co jeśli tam będą?

- Nie wiem – wspinałam się pod górę – wtedy będę się zastanawiać.

Chwyciła mnie za ramię i nie chciała puścić.

- To idiotyzm!

Wyrwałam się jej zirytowana, nie zamierzałam zawrócić z raz obranej drogi.

-Może dla ciebie, ja zamierzam dowiedzieć się prawdy.

Roześmiała się na całe gardło.

-Jakiej prawdy? – założyła ręce na piersi. – Matka nas porzuciła, bo się jej znudziłyśmy i znalazła sobie lepszego.

Zabolało mnie to, co powiedziała, bo ja też tak myślałam. Jaki mogła mieć inny powód?

Nikt od tak sobie nie porzuca rodziny, chyba, że znajdzie sobie nową, lepszą, atrakcyjniejszego męża. To rzeczywiście jest powód.

- Może – znów wzruszyłam ramionami – ale niech mi to powie.

- Powodzenia – mruknęła siostra. – A, zresztą rób jak chcesz, ja wracam do hotelu.

No i świetnie, jeszcze weź się obraź.

- Zobaczymy się później – rzuciłam na odchodnym.

Nie interesowało mnie nic oprócz odkrycia prawdy, nie zależnie od tego jaka była.

Przez całą drogę zastanawiałam się, czy tamta kobieta to rzeczywiście moja matka. Jak wytłumaczyć to, że przez siedemnaście lat nic się nie zmieniła, nie przybyła jej ani jedna zmarszczka. Im dłużej szłam przez las, tym większa złość we mnie narastała. Co ona sobie wyobrażała?! Byłyśmy niedaleko od domu, co by było gdyby tata przyjechał z nami?! Gdyby ją zobaczył?! Jak mogła być aż tak nieodpowiedzialna?! Dysząc bardziej ze wściekłości niż ze zmęczenia doszłam na szczyt. Czekało na mnie wielkie rozczarowanie, nikogo tutaj nie było. To niemożliwe żeby nam się przewidziało, byli tutaj jeszcze kilkadziesiąt minut temu. Nasz koc leżał na ziemi tak jak go zostawiłyśmy, przy koszu latały już osy.

Uśmiechnęłam się z goryczą.

- Czego ja się spodziewałam, mamo?

Byłam głupia i naiwna, myślałam, że po tylu latach do nas wróci? Ludzie się nie zmieniają. Ostatni raz rozejrzałam się w nadziei, że dojrzę ją wśród drzew. Nikogo tutaj nie było, byłam zupełnie sama. Niecierpliwym ruchem otarłam łzy z oczu, nie chciałam znów przez nią płakać. Ta kobieta, przecież dla mnie nic nie znaczyła.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania