Po drugiej stronie prawdy - Rozdział XX

Było mi zimno i mogłam policzyć wszystkie kości w ciele. W lesie pomału zapadał zmierzch, a chłopiec nie szedł już tak pewnie jak kilka minut temu. Co rusz oglądał się za siebie, jakby szukając pomocy u matki, która była nieprzytomna. Wiedziałam, że długo już nie wytrzymam, sama ledwie szłam. Modliłam się, by Rafałowi udało się nas znaleźć, jednak początkowa wiara zaczęła słabnąć. Teraz marzyłam tylko o tym, by odpocząć, a powieki opadały mi ze zmęczenia.

- Poczekaj – poprosiłam cicho chłopca.

Ostrożnie położyłam kobietę na ziemi, jej klatka unosiła się ledwie dostrzegalnie.

- Muszę odpocząć – usiadłam na wilgotnej ziemi.

Chłopiec przycupnął obok matki i z napięciem wpatrywał się w jej twarz.

- Nie rusza się – jęknął.

Nie potrafiłam zmusić się, by spojrzeć na kobietę, spodziewałam się najgorszego.

- Chodźmy - poprosił chłopiec – to już niedaleko.

- Nie mam siły – powiedziałam bezradnie.

Zamiast mówić cokolwiek zaczął ciągnąć mnie za rękę.

- To moja mama.

Rozumiałam go aż za dobrze, za moją mamę zrobiłabym wszystko, przynajmniej kiedyś mi się tak wydawało. Niepewnie stanęłam na nogi i natychmiast upadłam na ziemię, łzy bólu napłynęły mi do oczu. Zaczęłam uważnie nasłuchiwać, gdy na drodze rozległy się kroki.

- Misia?! Miśka! – rozpoznałam głos Rafała i odetchnęłam z ulgą.

Pozwoliłam, by otoczyła mnie ciemność.

***

Obudziłam się w miękkim łóżku, po szyję przykryta kołdrą. Było mi tak dobrze i błogo, chciałam zostać tutaj na zawsze. Nie czułam żadnego bólu, niczego się nie bałam. Rozkoszowałam się tym uczuciem nie otwierając oczu, nie chciałam, by cokolwiek to zepsuło. Nie chciałam wracać do tamtego brutalnego, pełnego niebezpieczeństw świata.

- Misiu? – ktoś łagodnie odgarnął mi kosmyk z twarzy.

Znałam ten głos należał do taty.

- Tatuś? – zapytałam cicho.

Słyszałam jak odetchnął z ulgą.

- Otwórz oczy, słoneczko.

Niechętnie spełniłam jego prośbę, okazało się, że jestem w szpitalu. Wokół mnie było pełno pikających maszyn i sterylnie czysto. Rozejrzałam się w poszukiwaniu Rafała jednak nigdzie go nie było.

- Co się stało? – głos miałam zachrypnięty.

- Byliście w domu kuzynki Rafała, kiedy przez okno wpadł wściekły pies i pogryzł kobietę.

Wow, takiej wersji wydarzeń się nie spodziewałam.

-Kiedy próbowałaś jej pomóc weszłaś w szkło i poraniłaś sobie stopy.

Acha, robi się coraz ciekawiej.

- Poza tym w domu były duże przeciągi i nabawiłaś się zapalenia płuc.

- Naprawdę? - spytałam zdziwiona. – Nic nie pamiętam.

Tata pogłaskał mnie po głowie.

- Lekarze mówili, że to normalne.

Popatrzyłam w łagodne oczy mężczyzny wpatrujące się we mnie z miłością. Przeze mnie pewnie przybyło mu siwych włosów i wyglądał jakby od kliku dni nie sypiał zbyt dobrze. Ubrany był w pomiętą koszulę w kratę i stare jeansy, a pachniał tak jak zawsze lasem.

- Dobrze, że Rafał był blisko – westchnął. – Co ty byś bez niego robiła?

- Nie mam pojęcia – z lekkim uśmiechem wzruszyłam ramionami. – Gdzie on teraz jest?

- Kazałem mu zejść do bufetu coś zjeść, wymizerniał chłopak.

Powstrzymałam się przed parsknięciem śmiechem, gdyby Rafał to usłyszał pewnie padłby trupem.

- Ty też powinieneś coś zjeść i się przespać – ścisnęłam go za rękę. – Nie zaprzeczaj! – uprzedziłam go. – Wyglądasz jakby przybyło ci dziesięć lat.

Chciał coś powiedzieć, ale pokiwał tylko głową.

- Masz rację – sapnął wstając. – Ale Michalina obiecaj mi coś…- zawahał się przez chwilę – nie znikaj więcej na tak długo.

- Nigdy – obiecałam poważnie. – Kocham cię tato.

Widziałam jak łza zakręciła mu się w oku, odkąd pamiętam nie umiał okazywać uczuć.

W odpowiedzi uśmiechnął się lekko i czym prędzej zniknął za drzwiami. Jak tylko wyszedł do sali wpadła Magda, która rzuciła mi się na szyję.

- Miśka, tak bardzo się bałam.

Objęłam ją mocniej i zamknęłam oczy, by powstrzymać łzy. Nawet nie miała pojęcia jak bardzo ja się bałam.

- Powinnaś pogonić Rafała, gdzie pieprz rośnie - stwierdziła wściekła.

Zdziwiła mnie jej nagła zmiana stanowiska.

- Skąd ta złość? – spytałam zaskoczona.

Wysunęła się z moich objęć.

- Jak mógł narazić cię na niebezpieczeństwo?!

- Nie mógł nic zrobić – zauważyłam.

Westchnęła zrezygnowana i zaczęła wyciągać rzeczy z torby, której wcześniej nie zauważyłam.

- Przyniosłam ci trochę owoców, jabłka, gruszki i sok do picia. Przemyciłam nawet drożdżówki z rodzynkami.

- Kocham cię – roześmiałam się.

Drzwi otworzyły się z impetem i weszła krępa pielęgniarka w średnim wieku.

- Przyszłam zmierzyć pacjentce temperaturę.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • sisi55 3 miesiące temu
    dlaczego jak komuś jest zimno to może policzyć wszystkie kości w ciele ?
  • Józef Kemilk 3 miesiące temu
    Dosyć dobrze piszesz, więc pisz dalej. Może bym wprowadził lekkie korekty, np zamiast "pomału" dałbym "z wolna". Te liczenie kości też nie jest zbyt szczęśliwe.
  • Katrina 3 miesiące temu
    Dzięki za radę 😁

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania