Po drugiej stronie prawdy - Rozdział II

Gdyby Magda zobaczyła moje łzy tylko jeszcze bardziej znienawidziłaby matkę. Czekała na mnie u stóp wzgórza nerwowo przechadzając się w tę i z powrotem.

- I co?

Wzruszyłam ramionami.

- Nie było jej.

Siostra otworzyła usta jakby chciała coś powiedzieć, ale rozmyśliła się. Drogę powrotną pokonałyśmy w milczeniu. Każda z nas pogrążona była w rozmyślaniu, o tym kogo widziałyśmy. Czy to rzeczywiście była nasza matka? Jeśli tak, to dlaczego nic nie powiedziała? Nie odezwała się ani słowem.

Jeździłam bardzo przepisowo, w ciągu czterech lat nie dostałam ani jednego mandatu. Minusem było to, że wszyscy mnie wyprzedzali, ale cóż bezpieczeństwo najważniejsze. Umierałyśmy z głodu, dlatego po drodze skręciłam do restauracji.. Magda przez cały czas wyglądała przez okno, oczy miała zaczerwienione. Wiedziałam, że zaraz wybuchnie, na wszystko reagowała bardzo emocjonalnie, wręcz histerycznie.

- Chcę wracać do domu – powiedziała cicho.

- Teraz? – nie potrafiłam ukryć zdziwienia. – Kiedy mama…

- To nie jest nasza mama! – przerwała ostro. – Już nie!

Nie przestraszyła mnie agresja w jej głosie, zawsze taka była, porywcza. Ja zawsze byłam tą opanowaną, spokojną, nic nie potrafiło wytrącić mnie z równowagi.

- Madzia – ścisnęłam siostrę za rękę – ja muszę się dowiedzieć, spróbować zrozumieć, dlaczego nas zostawiła.

- Bo nas nie kochała! – wrzasnęła. – Bo byłyśmy dla niej za normalne, za pospolite, za mało zdolne.

Coraz więcej gości na nas spoglądało, nawet właściciel restauracji.

- Nie mów tak – poprosiłam cicho – każda matka kocha swoje dzieci.

Roześmiała się histerycznie.

- Ty i te twoje ideały! Obudź się, Miśka!

Podniosła się z krzesła i wyszła. Właściciel cały czas intensywnie mi się przyglądał. Gdy jadłam posiłek odważył się do mnie podejść.

- Można? – wskazał na krzesło.

Zaskoczona zgodziłam się i popiłam kotleta herbatą.

- Przepraszam, że się ośmielam – zaczął międlić ścierkę, którą miał w ręce – ale bardzo przypomina mi pani panią Kordyczyńską.

Serce zamarło mi w piersi, czyżby ten mężczyzna znał moją matkę?

- Pomyślałem, że to może pani rodzina – roześmiał się nerwowo – to takie miłe małżeństwo, a nikt ich nie odwiedza.

Zamrugałam kilka razy.

- To moja daleka kuzynka – skłamałam. – Zaskoczył mnie pan tym pytaniem – uśmiechnęłam się zakłopotana. – Myślałam, że chodzi o wybuch mojej siostry.

Rozsiadł się wygodniej na krześle i machnął ręką.

- Nie takie rzeczy się tu zdarzają – pochylił się konspiracyjnie. – Tydzień temu, doszło tu do krwawej bójki, musiałem wzywać pogotowie. Sam mało nie oberwałem.

- Ryzykowna praca – pokiwałam głową.

- A żeby pani wiedziała – westchnął ciężko. – No, ale co robić.

Udałam zakłopotanie i spuściłam wzrok.

- Mam do pana prośbę – wyznałam – chciałam odwiedzić kuzynkę a nie wiem, jak tam dojechać. Wstyd się przyznać, tłumaczyła mi to ze sto razy a na dodatek zepsuł mi się GPS.

Znów roześmiał się swoim tubalnym głosem.

- To żaden kłopot, muszę wiedzieć, gdzie mieszka jedyny policjant we wsi.

Nie zdołałam ukryć zdziwienia, właściciel od razu to zauważył.

- Nie wiedziała tego pani? – uniósł pytająco brew.

Musiałam szybko coś wymyślić, by moje kłamstwo nie wyszło na jaw.

- Nie wiedziałam – wyznałam – że jest jedynym policjantem.

Właściciel zastanawiał się przez chwilę.

- A to dziwne, przecież to pani rodzina.

- Ale daleka – przypomniałam z uśmiechem – a poza tym dawno nie mieliśmy kontaktu.

- Racja – puknął się w czoło – zapomniałem – odetchnął głęboko. –Pan Robert to bardzo przyzwoity człowiek, przygarnął swoją siostrę po tym jak jej matka zginęła.

- A ich ojciec? – zamrugałam kilka razy.

- Zniknął kiedy matka pana Roberta była w ciąży – przetarł stół ścierką. – Pewnie wtedy odszedł do matki pani Pauliny, a potem słuch po nim zaginął.

Pokiwałam w zastanowieniu głową i wyprostowałam się gwałtownie. Nie musiałam poznawać historii tego mężczyzny, jeszcze bym go polubiła, a to przecież on zajął miejsce mojego taty.

- Mógłby pokazać mi pan drogę?

Mężczyzna pokiwał z roztargnieniem głową i wyciągnął bloczek karteczek z fartucha.

W skupieniu coś na nim rysował i podpisywał linie, które miały być ulicami. Podczas tej czynności przygryzał koniuszek języka i posapywał. Wyglądał przekomicznie, co rusz przekrzywiał głowę i krytycznie przyglądał się swojemu dziełu. Po jakiś dziesięciu minutach odłożył długopis i podał mi karteczkę. Była to duża plątanina linii i kółek, które pełniły role skrzyżowań. Cóż, rzeczywiście praca pasowała do artysty, fartuch miał zaplamiony w kilku miejscach, a spocone włosy przykleiły mu się do czoła. Jeszcze chwila a będę wyglądać tak jak on, w restauracji z pewnością nie było klimatyzacji.

Porozmawiałam z nim jeszcze kilka minut o wszystkim i o niczym, i czym prędzej uciekłam. Pierwsze, co zrobiłam w samochodzie to uruchomiłam klimatyzację. Na dworze było tak duszno jakby zbierało się na burzę. Wieś była wyjątkowo senna nawet jak na zabitą dechami, z Magdą przyjechałyśmy tu po to by odciąć się od gwarnego miasta. Po drodze do hotelu minęłam jakiegoś rolnika jadącego na bryczce, przyglądałam mu się z rozdziawioną buzią o mały włos nie wjeżdżając do rowu. On też się na mnie patrzył, tylko, że jak na wariatkę. Kiedy przyjechałam do hotelu, Magda akurat się pakowała. Nerwowo wrzucała rzeczy do walizki, jak widać wzburzenie jeszcze nie minęło.

- Mam jej adres – oparłam się o framugę.

Siostra zamarła z bluzką w ręce.

- Kogo?

- Jak to kogo? Mamy – odczekałam chwilę. – Mogłybyśmy tam pojechać, porozmawiać.

- O czym chcesz rozmawiać? – prawie, że warknęła.

- O wszystkim – wzruszyłam ramionami. – Mogłybyśmy sobie wszystko wyjaśnić.

- Nie ma czego wyjaśniać – odwróciła się do mnie – dla mnie wszystko jest jasne.

- Dla mnie nie! – pierwszy raz tego dnia podniosłam głos. – Chcę usłyszeć to od niej!

Siostra znów zaczęła wrzucać ubrania do walizki, robiła to jeszcze bardziej nerwowo.

Usiadłam na łóżku naprzeciwko niej.

- Magda, ja tak nie mogę.

- Rób, co chcesz – nawet na mnie nie spojrzała.

Wywróciłam oczami, zawsze tak było. Rób, co chcesz, Miśka, nie mieszaj mnie w to.

- Wracam do domu – na T-shirt ubrała sweter.

Rozłożyłam się na łóżku i założyłam ręce na piersi, nie miałam zamiaru przejmować się jej wybuchami.

- Jest parno – mruknęłam.

Nie zareagowała na moją uwagę, jeszcze na koniec zamknie się w sobie. To była jej taktyka, ale tym razem się nie złamię i postawię na swoim.

- Ugotujesz się w tym, Magda – powtórzyłam.

Jak grochem o ścianę, za jakie grzechy…

- Odwieziesz mnie na dworzec?

-Nie wygłupiaj się – poprosiłam. – Wrócimy do domu tak jak planowałyśmy w sobotę.

Spojrzała na mnie z niedowierzaniem.

- Może ty, ja nie zamierzam tu zostawać.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania