Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!
ZABIERACZ: KSIĘGA TRZECIA. PROLOG.
ZABIERACZ: KSIĘGA TRZECIA.
PROLOG
Jako słup ognia, stanowiący bramę piekieł, istniał zaledwie jedną, z nieskończoności potępionych dusz. Zabieracz: bo o nim mowa, jest, tak naprawdę: przeciętnie wiejską Kobietą, której życie, zostało zesłane do świata Diabłów, wraz z nią samą: spowitą niewiedzą, iż, z tego powodu: zabierze im Zmarłych, których powrót: zamieni głoszone Bożym Słowem, życie śmiertelników: z Piekłem. Możesz mieć jej to za złe. Jak zresztą wszyscy... A jednocześnie: czy masz świadomość, z jakiego właściwie powodu?..
Jak na rok tysiąc osiemset osiemdziesiąty pierwszy: żyła nadwyraz skromnie, będąc mamą. Rudowłosy, sześcioletni chłopczyk, zdawał nie wyobrażać sobie poranka, bez nauki muchowego wędkarstwa, tkwiąc godzinami nad brzegiem pobliskiego strumienia. Jako pilny uczeń wiejskiej szkoły, otrzymał od matki nagrodę. Mógł być dorosłym: udając się na ryby, zawsze wówczas, gdy zechce: uznając to swym młodzieńczym umysłem, za zwyczajnie słuszne. Szanował więc ów przywilej, jak własną matkę, której równie często pomagał, w pełnieniu obowiązków Krawcowej: nie bardziej zafascynowany rytmem terkotu, napędzanej nożną dźwignią, szwalniczej maszyny, jak widokiem materiału, zmienianego ruchem dłoni Ludmiły, w szykowne kreacje, po które nie szczędzono delegowania służby, zwłaszcza z pobliskiego miasteczka. Wiedli spokojne życie, stanowiąc szczęśliwą, nie przesadnie zamożną rodzinę. Kolejne dni trwając, zbliżały sierpień ku brzmieniu odlanego w mosiądzu dzwonka, dzierżonego znaczoną słojami drewna rękojeścią, w dłoni żony kowala. W zamian za służbową garderobę, nie szczędzącą nauki gry na rozstrojonym pianinie, z powodu czego: rudy dzieciak bywał u niej równie często, jak nad strumieniem, a niekiedy nawet: we własnej, schludnie uprzątniętej przez matkę chałupie. Opuścił ją w piątek. Nie należąc do lękliwych, czasami nawet zaglądał do stodoły, przed zapukaniem w drzwi domostwa Pani Marii. Jak obecnie. W swym krótkim, młodzieńczym żywocie, mało zaznał widoku barczystego chłopa, z uporem tłukącego ciężkim młotem, gorejące żarem żelazo, wsparte na masywnym kowadle. Powielany dwukrotnie odgłos kutego metalu, napawał go tak hipnotycznym zdumieniem, iż zechciał zaznać go bliżej, skradając się na palcach, ukryty za kolejnymi, kryjącymi go swym płaszczem niewiedzy, gratliwymi potrzebnościami, piętrzącymi się niekiedy, w powodujące odczucie zapomnienia sterty. Wychodząc zza beczki, jak sądził po zapachu: zawierającej możliwe, że smar, lub coś mu podobnego, przyglądał się pracy pogrążonego we własnych dokonaniach rzemieślnika: zaledwie krok za jego plecami. Jego otwarte zachwytem, jasnozielone oczy, podziwiały majestat powstającej na stalowej powierzchni kowadła siekiery. Uznał ją za piękną. Bardziej z każdym dwukrotnionym własnym impetem siły młota, uderzeniem, spajającym powierzchnię w coraz bardziej idealną całość.
- Jeszcze tutaj... - rzekł chłopczyk, dotknąwszy mocnych, umięśnionych pleców kowala, w przyjacielskim geście.
Następna sekunda, okazała się dziwić ich obu. Barczysty chłop, wzdrygając się przeraźliwie, zamachnął się ogromną dłonią za plecy, wydając z siebie paniczny okrzyk zaskoczenia. Urodził się kowalem, a jako urodzony, by kuć żelazo: nie wypuszczał z dłoni narzędzia swojej pracy. Nawet wówczas. I tylko dlatego, obuch zatopił się w twarzy chłopczyka, z nabytą latami praktyki, topornie destrukcyjną doskonałością, tak tym idealną, iż po rękojeść, nie raczył jej urągać, nawet wówczas, gdy pierwszy raz w życiu chłopa, opuścił jego dłoń: zbyt ciężki zwłokami dziecka, aby tego nie dokonać. Pot, wraz z szokiem nie opuścił go, gdy małe zwłoki runęły w żar paleniska, niczym każda z uprzednich sztab metalu. Skwiercząc żarliwie, zniknęły... przysypane koksem, aby płomień, zabrał je wraz ze świadomością ich istnienia. Nie dotyczyło to jednak Ludmiły. Dlatego tej nocy, zakradła się do chałupy nauczycielki, zastając ją śpiącą, u boku kołysanego w śnie męża. Nie miała się nad czym zastanawiać. Postanowiła najpierw ich obudzić. Zamachnąwszy się siekierą, cały impet bólu matczynego serca, posłała w dół jej pierzyny, możliwe, iż owładnąwszy nim jedną z jej nóg, jakby w kolanie. Chociaż wrzask zbudził ich oboje, kolejny zamach skierowała w bark chłopa, który trzaskiem kości, oznajmił mu swoją obecność. Z tego powodu: poczuła ulgę, słysząc ich zwierzęce jęki. Nie była przecież morderczynią. Chciała sprawiedliwości, będącej światłem Słowa Bożego. I tylko z tego powodu, rozbijając przy ich małżeńskim łożu ozdobną lampę naftową, ustawioną na nocnej toaletce, usiadła w pobliskim, bujanym fotelu, wyciągając z kieszeni fartucha pudełko zapałek. Blask ognia jednej z nich, zanim wzniecił przed jej wzrokiem ścianę płomieni, tańczących kanonem krzyku, pozwolił jej zaznać spokoju... a przynajmniej: tak wówczas myślała.
Uznano ją za wcielenie zła. Zaniesiono w trumnie, wraz z ostrzem siekiery, znalezionym przy jej zwęglonych zwłokach, na cmentarz... przekraczając strumień, aby czeluść piekielna nie skalała kogokolwiek więcej. Postawiono ją i zakuto żelazną kratą, aby nie prześladowała żyjących. Następnego dnia, dla pewności, że tak będzie, ustawiono ponad wiekiem strzegący go obelisk, a samo trumienne drewno: utrzymano w święconej ziemi, stertą toczonych wiekami nurtem strumienia brymbulców. Nic ponadto, choć z czasem, zaczęto unikać tego miejsca. Szeptano, iż sami Diabli tam bytują: prawiąc czarcie modły, nad jej przeklętą mogiłą...
Obecnie?: masz już tego świadomość. Dlatego... zechciej pomóc mi zrozumieć: jak zdani na swoje towarzystwo... możemy tą okolicznością dożyć świtu.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania