Gołodupce - o cmentarzu, tym, co można tam odkryć i o brukselce na obiad

Wystraszeni perspektywą lania uciekli co prędzej z chałupy. Tuż za nimi wychylił się Sierioża. Zniknął za chałupą.

- Co robimy? – mruknął Dima – Cały dzień mamy siedzieć na dworze… W Toruniu to miałem jakoś więcej pomysłów. Słyszałeś? Nawet mateczka Malina tutaj słyszała, jak biegaliśmy na golasa po osiedlu.

- No jo... - mruknął Mitia, pamiętając, ile musiał namawiać brata do szalonego biegu. - Może Sierioża będzie miał jakiś pomysł na psotę? – zasugerował. – Chodźmy do niego.

Poszli za chałupę. Chłopaka nigdzie nie było widać. Tylko cztery kozy i kozioł pasły się w sadzie.

- O, ten kozioł słynny – zauważył Dima. – Nie wygląda, aby miał specjalnie wielkie rogi.

- To chyba nie wielkość rogów się liczy – zasugerował Mitia, zerkając na przeciwny koniec kozła.

- A co?

- No… Tego… - za nic nie chciał powiedzieć bratu, o czym pomyślał. – No… oni tu wszyscy doją kozy i robią sery. Może potomstwo po nim daje dużo mleka?

- To chyba tak nie działa – stwierdził Dima. – Niby jak naukowo to wyjaśnić? Pewnie wieśniaki boją się mateczki i dlatego nikt nie odważy się mieć kozła.

Spacerowali po sadzie, tam i z powrotem. Zapuścili się na bagna. O dziwo, wszystkie ścieżki wydawały im się znajome, jakby chodzili tędy po wiele razy.

- Aż nie chce mi się wierzyć, że ta śnieżyca to był sen – mruknął Mitia. – Wydaje mi się, że znam ten las ze snu, wtedy co nie mogliśmy się wydostać z lasu.

- Bzdury – ocenił Dima. – Nienaukowe!

Po czym pewnie skręcił w kolejną ścieżkę. Za nic nie chciał się przyznać bratu, że również zna ten las z dziwnego snu o śnieżycy i kaktusach. Zwłaszcza te kaktusy chciał usunąć z pamięci. Tyłek wciąż go bolał.

Poszli w kierunku wsi. W okolicy kapliczki spotkali Mikołaja, czy Kolę, jak go tu wołano.

- Mateczka kazała nam wyjść z domu i nie wracać do wieczora – zakomunikował mu Dima. – Jest chyba na nas zła, bo za dużo o sobie opowiedziała.

- A mi się zdaje, że to z powodu listu – odparł Mitia.

- Jakiego listu? – zdziwił się Kola.

- Tata przysłał każdemu z nas krótki list i po medaliku, jakie sam nosił – wyjaśnił Mitia. – Ja dostałem Matkę Bożą.

Pokazał medalik wiszący na szyi.

- To na pewno nie z powodu listu – rzucił szybko Kola. – Czasem ma takie schizy. Chodźmy na cmentarz.

Szli, skacząc przez kałuże. Ani Mitia, ani Dima nie zwrócili uwagę, że Kola posmutniał i ręką wciąż dotyka dwóch medalików, które dostał od taty. Przyszły z Iranu, dzień przed smutnym telegramem, który tak wiele zmienił w jego życiu.

Dotarli do cmentarza. Oglądali stare nagrobki. Na co najmniej połowie było widać nazwisko Hujek. Pod tymi najbogatszymi z wyglądu spoczywali zmarli z rodziny Wozignojów.

- To wasza babka Jarzyna – Kola wskazał na jeden z nagrobków. – Babcia Malina pokazała mi te najważniejsze z rodziny.

- I wszystkie zapamiętałeś? – zdziwił się Dima.

Kola tylko machnął ręką. Wolał nie tłumaczyć, że na Wszystkich Świętych musiał wszystkie dokładnie oczyścić.

- Bym pograbił te liście – mruknął Mitia. – Ale nie mam grabek.

- Narzędzia są przy ruinach kościoła, na górze – wskazał Kola.

Po paru minutach wspólnie grabili grób babki Jarzyny. Potem sprzątali kolejne groby Hujków i Wozignojów. Coraz mocniej ogarniało ich zmęczenie. Brak obiadu dawał się we znaki. Zmęczeni usiedli pod murem byłego kościoła.

- Już bym wrócił do domu – westchnął Dima.

- A mateczka? Kazała dopiero wieczorem – zaoponował Mitia.

- No chyba nie zleje mnie pasem tylko za to, że jestem głodny! – wściekł się Dima. – To chore! Zimno mi!

- Posprzątajmy jeszcze kilka grobów – zaproponował Kola. – W ruchu będzie nam cieplej.

Zabrali się za kolejny nagrobek. Litery, z których dawno odpadła złota farba, głosiły, że spoczywa tu Jabłonka Hujek.

- To mama Maliny – szepnął Kola.

- Czyli nasza prababka, matka babci Jarzyny – domyślił się Mitia.

Zaczął szorować szczotką obrośniętą mchem płytę. W pewnej chwili zamarł.

- Nie, to niemożliwe – wyszeptał do siebie.

Wstał i podszedł do innego nagrobka. Wrócił do tego. Trasę tę wykonał kilka razy. Zatrzymał się w połowie drogi pomiędzy nagrobkami.

- Kola, coś musiałeś pomylić osoby – rzucił do kuzyna.

- Niemożliwe! – odparł Kola. – Babcia mocno pilnowała, abym zapamiętał, kto jest kim.

- Zobacz sam – Mitia wskazał na nagrobek Jabłonki, a potem Jarzyny.

- Faktycznie – gwizdnął Kola. – Że też sam tego nie zauważyłem!

- E tam – machnął ręką Dima – ktoś gdzieś datę pomylił i tyle!

- I nikt tego nie zauważył? Niemożliwe! – sprzeciwił się Mitia.

- Pewnie zauważyli, ale było za drogo zmieniać – wzruszył ramionami Dima. – Wieśniacy to chytrusy.

Zaczęli wracać do chałupy. Mita szedł na końcu. Wyjaśnienia brata nie docierały do niego. Cały czas się zastanawiał, jak babka Jarzyna mogła się urodzić dwa lata po śmierci swej matki Jabłonki.

- KOLA! DIMA! MITIA! GDZIE JESTEŚCIE? – dobiegło ich wołanie z daleka.

- To Sierioża – rozpoznał głos Mitia. – TUTAJ! – zawołał pełnym gardłem.

Po chwili Sierioża był przy nich.

- Gdzie się podziewacie? Malina z obiadem czeka!

- Kazała nam nie wracać do wieczora – pociągnął nosem Dima. – Zmarzłem.

- No, to dziś wieczorem bania u nas jak znalazł – ucieszył się Sierioża. – Jeszcze paru chłopaków z najbliższej rodziny zawołam.

- Będą chcieli?

- Każdy gospodarz ma na podwórku banię, ale nie każda bania ma własnego bannika. A zresztą i tak wszyscy wiedzą, że…

- U mateczki Maliny jest najlepsza bania – szybko dopowiedział Mitia.

- A żebyś wiedział – Sieroża z radością ucałował Mitię w oba policzki.

Puścił go i szedł w milczeniu obok niego.

- Mieć takiego wnuka… mieć takiego wnuka… co za dar Boży… - mruczał do siebie.

Mitii zrobiło się go żal. Chwycił go za rękę. Tak doszli do chaty. Tuż przed wejściem go pociągnął za rękę.

- Sieroża – wyszeptał.

- Co jest? – z uśmiechem odparł chłopak.

- No, bo na cmentarzu sprzątaliśmy groby przodków…

- I bardzo dobrze – odparł Sieroża. – Malina będzie dumna, że sami pomyśleliście o rodzinie.

- No, ale czytałem daty na nagrobkach…

- No, niektóre groby są bardzo stare… - przyznał Sieroża.

- Ale mi chodzi o najnowsze. Tam jest błąd. Bo na grobie naszej babki… - zaczął mu wyjaśniać, co odkrył na cmentarzu.

- No i się zgadza – uśmiechnął się Sieroża. – Matuchna Jabłonka pomarła zimą po tym, jakżem od Krampus wrócił. A Jarzyna porodziła się dwa lata później.

-To moja babka Jarzyna nie może być twoją i Maliny siostrą! – zaprzeczył Mitia.

- Młodyś i nie wszystko rozumiesz – skwitował jego protest Sieroża. – Choć do chałupy, bo Malina z obiadem czeka.

W izbie pozostali już siedzieli za stołem. Kola z uśmiechem od ucha do ucha, Dima z nadąsaną miną.

- Brukselka! – rzucił Mitii. – I tylko brukselka! A ten dureń się cieszy – wskazał palcem na Kolę. – W Toruniu nigdy nie zjadł, jak w szkole dawali!

- Bo to była szkolna brukselka, a tu jest babcina – odparł Kola. – Ta jest genialna!

- Położyłam mu tylko dziesięć kulek na talerz, bo się krzywił jak ty teraz – wtrąciła się Malina, stawiając talerz z dziesięcioma kulkami brukselki przed Dimą. – I powiedziałam krótko: pół godziny, a za każdą nie zjedzoną brukselkę jednego pasa na gołą dupę.

Dima z przerażeniem spojrzał na swój talerz z dziesięcioma kulkami brukselki.

- Zjadłeś? – zapytał cicho Mitia.

- No… - zawahał się Kola i postanowił wyznać prawdę. – Przetrzymałem babcię całe pół godziny. Dopiero gdy poszła do alkierza… połknąłem szybko tę brukselkę.

- I zastałam go, jak z garnka wyjadał resztę brukselki. Nic mi nie zostawił, tak dba o babcię! – uśmiechnęła się Malina.

- To twoja wina – wzruszył ramionami Kola. – Czemu ugotowałaś tylko jeden mały garnek?

Dima z obawą wbił widelec w pierwszą kulkę. Nieufnie włożył do ust. Nagle zastygł bez ruchu.

- Jakie to dobre! Nie jest gorzkie! I nie śmierdzi! – zawołał, ładując sobie połowę zawartości półmiska na talerz.

- Jak dobrze, że dziś ugotowałam duży garnek – mruknęła Malina. – Człowiek uczy się na błędach.

Spałaszowali zdecydowanie zbyt dużo brukselki. Po obiedzie nie mieli siły podnieść się z ławki. Po chwili drzemali na ławach, przytuleni jeden do drugiego. Malina patrzyła na nich z uśmiechem.

- Boys will be boys – mruknęła ucieszona.

Nalała sobie dobre pół szklanki ziołowej nalewki – To na trawienie, po kapuście – usprawiedliwiała się sama przed sobą. Wygodnie oparła się o przypiecek, opatuliła chustą, łyknęła nalewkę i po chwili również drzemała.

Nikt nie zauważył, jak drzwi chaty uchyliły się powoli i do izby cicho wsunęło się włochate ciało. Przybysz rozejrzał się wokół.

- Śpią po obiedzie. Czyli nici z herbatki – mruknął do siebie i wyszedł.

Średnia ocena: 4.0  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • rozwiazanie 4 miesiące temu
    Fajnie wrócić do Twoich tekstów ? Bystre chłopaki odkrywają rodzinną przeszłość z nagrobków, nie ma to jak wychowawczy pobyt u mateczki Maliny.5. Pozdrawiam:)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania