Gołodupce - O tym, jak Mitia i Dima w Roratach uczestniczyli

Zapalili lampiony. Mateczka na szczęście miała w komorze kilka, starodawnych, na oliwę. Wyszli z chałupy, drogę sobie oświetlając niesfornymi płomykami lampionów. Doszli do skraju lasu. Paręnaście kroków przed nimi było skrzyżowanie z kapliczką.

Dima rozejrzał się podejrzliwie.

– Ani śladu śniegu!

– Tej jesieni jeszcze nie padał, młodzieńcze! – odezwał się znajomy im głos zza płotu.

Wania, bo to był on, kończył sikać, podciągnął spodnie i wyszedł przez skrzypiącą furtkę na zewnątrz.

– O, witam, witam! – pokłonił się nisko Malinie. – Widzę, że wnuki dotarły bez przeszkód! Jażem ich pokierował, co by nie błądziły – uśmiechnął się przymilnie.

– Wnuki! Też coś! – zawołała oburzona Malina. – Aż taka stara nie jestem! To siostrzeńce moje!

– No tak… ja tego… nie chciałem… – wystraszony Wania nie wiedział, co odpowiedzieć.

– No, na przeprosiny możesz dać mi tę butelkę śliwowicy, co ją tam trzymasz pod pazuchą, i będziemy kwita – odparła Malina.

– Tak, tak, proszę – Wania wcisnął Malinie w dłonie pokaźną butelkę, szczęśliwy, że nie obraziła się na niego. – Też idziecie na roraty?

– A jakżeby inaczej, Wania? Czy zdarzyło się, aby mnie na roratach zabrakło? – zdziwiła się Malina.

– No… jak brzdąc byłem, to w stanie wojennym nie było, czternastego grudnia, gdy farosza aresztowali…

– Mały byłeś, to nie wiesz wszystkiego – odparła Malina. – Ale nie będę teraz tego opowiadać.

Chłopcy w tym czasie zdążyli założyć skarpety i buty i ruszyli powoli w kierunku Dwunastu Apostołów. Dima czujnie rozglądał się za najmniejszymi choćby śladami śniegu, ale niczego nie mógł dostrzec.

– Wszystek śnieg roztopniał – mruknął zdziwiony. – A taka śnieżyca była.

– Bo to była magiczna śnieżyca – szepnął mu Mitia. – Nie wierzysz, trudno.

– Śniło się wam! – zaśmiał się Mikołaj. – Żadnej śnieżycy nie było! Przyjechaliście wczoraj, byliśmy na wieczorku, poszliśmy spać, tylko ty, Mitia, wylazłeś z chałupy bobra czochrać…

– Czochrałeś bobra? – wrzasnęła Malina. – No, tylko pamiętaj, aby się z tego księdzu wyspowiadać!

– Z tego też trzeba? – jęknął Mitia.

– A jak! – wzruszyła ramionami Malina. – Zawszeć tak ksiądz na naukach powtarzał chłopakom, to i ja zapamiętałam.

– Ale to chyba… nic złego? – wyjąkał Mitia.

– A o tym to z księdzem gadaj, ja nie uczona teologicznie jestem – wzruszyła ramionami Malina. – Musi być coś na rzeczy, bo tym niewyspowiadanym to w Wigilię potrafi przyjść Krampus wieczorem i dupę złoić rózgą. Mój braciszek Sierioża mógłby ci o tym długo opowiadać… Takie lańsko było, że do dziś miło sobie powspominać… więc lepiej nie zapomnij o tym powiedzieć.

– Mateczko, to ty? – podejrzliwie łypnął spod łba Mitia. – Dotąd raczej chciałaś sprać mi tyłek, a teraz mnie ostrzegasz?

– Oj, boli to moje serce, boli – jęknęła Malina – ale cóż, obiecałam twemu ojcu, że się wami zaopiekuję. Słowo wiedźmy jest święte! A Krampus, musisz wiedzieć, to lubi czasem też niegrzecznego dzieciaka porwać i tyle go widzieli!

– I co się z nim dzieje? – wyjąkał przestraszony Mitia.

– Zapytaj Sierioży – odparła wiedźma. – Ćwierć wieku u niego przebywał, ale opowiedzieć nic nie chce. Ino musi być coś na rzeczy, bo przez te lata nie postarzał się ani o jeden dzień…

– Nie wierzę. To bajki! – odparł Dima.

– Bajki nie bajki – wtrącił się idący dotąd w milczeniu Wania – a Sierioża gdy wrócił, to wyglądał jak ja, a to był kumpel mego ojca. Ot, czary.

– To takie opowieści jak o Babie Jadze, aby dzieci straszyć – odparł pewnie Dima. – Nie wierzymy w nie, nic a nic!

– Toż to Jasiek przy ołtarzu jeszcze służy, to go zapytaj, jak z Gochą upiekli Jadzię w piecu – wytknął mu Wania. – I resztki chaty z pierników wam w lesie może pokazać…

Zamilkł, bo doszli do wsi. Coraz więcej osób zmierzało na roraty. Witając się z kolejnymi osobami Malina prowadziła ich do kościoła. Ciemna bryła odznaczała się na tle gwiaździstego nieba. Mateczka podprowadziła bliźniaków pod tylne wejście.

– Tu wejdziecie, i zaraz po lewej w kruchcie stoi konfesjonał – instruowała chłopców. – Wyspowiadać się, a po spowiedzi przez babiniec do nawy, a potem na lewo do zakrystii. A w babińcu po drodze łapę mi pokażecie prawą. Jasne?

– Tak, mateczko – pokiwali głowami przestraszeni lekko.

– No, to dobrze – zadowolona wyprostowała się, poprawiła chustę na głowie i weszła do kościoła.

– Czekam w zakrystii – rzucił im Mikołaj i bocznymi drzwiami wbiegł do kościoła.

– Raz kozie śmierć – westchnął Mitia i razem z Dimą wkroczyli do kościoła.

Ciemny budynek rozświetlały migoczące płomyki lampionów. W słabym świetle rysowały się ściany z ogromnych bali, intensywnie kolorowo pomalowane. Widzieli sylwetki różnych osób, ale w ciemności nie rozróżniali szczegółów.

Po lewej stała jakaś drewniana budka, a za drzwiczkami przy świetle świecy siedział średniomłody ksiądz.

– To jest konfesjonał? Ksiądz spowiada? – zapytał szeptem Mitia.

– Tak, tak, zapraszam – ksiądz wskazał zasłonę po boku.

Mitia niepewnie wszedł do środka. Od księdza odgradzała go ścianka z okienkiem, zakrytym gęstą kratką. Mały drewniany stopień był w sam raz. Mitia stanął na nim i sięgnął brodą do okienka. Spojrzał na księdza.

– Mateczka kazała się wyspowiadać – szepnął. – Ale nie wiem jak.

– Mały jeszcze jesteś – odparł ksiądz – była Pierwsza Komunia?

– W trzeciej klasie było coś takiego – odparł Mitia. – W prezencie pojechaliśmy z mamą do Tajlandii.

– Miastowe, co? W każdym razie coś innego niż quady i komputery – mruknął ksiądz. – To jak to dawno było?

– No… trzy lata prawie – odparł Mitia, policzywszy szybko na palcach. – Teraz jestem w szóstej.

– I pewnie przez te wszystkie lata nie byłeś u spowiedzi?

– No nie – potwierdził Mitia.

– I z czym przychodzisz?

– No, z bratem – odparł niepewnie Mitia. – Czeka tam na zewnątrz. Mateczka Malina kazała nam obu przyjść.

– Malina! – zawołał uradowany ksiądz. – No tak, szwagier opowiadał, jak wczoraj wiózł dwoje chłopaczków do Maliny. Nie chciałem mu wierzyć, bo taka stara wiedźma i dzieci?

– Toć Mikołaj u niej już mieszka… – oburzył się Mitia. – Sam nie wiem, jak długo – dodał.

– Mikołaj? Kola Krótki? To on u Maliny zamieszkał? – zdziwił się ksiądz. – Mało to innych Hujków w całych Gołodupcach?

– Nie wiem, proszę pana – odparł grzecznie Mitia. – My tu są od wczoraj. A przedwczoraj tata nam dopiero powiedział, że tu przyjedziemy – dodał smutno. – Mama zdradziła tatę z Pedałkiem i tata wyrzucił ich za okno i nie mogliśmy sami zamieszkać i… – łzy niespodzianie pociekły mu z oczu.

– Tak, tak, będzie dobre – odparł ksiądz, zaskoczony nagłym zwrotem akcji. – To może przejdźmy do grzechów?

– Do Grzechów. Dobrze… Właściwie to bawię się tylko z jednym Grzechem, Grzechu Skurczymucha, chodziliśmy razem na pachtę na jabłka. Jest jeszcze Grzechu Skowroński, ale mama nie pozwala nam się bawić.

– Czemu?

– Poszło o te wszystkie uwagi w szkole… To naprawdę taki wielki problem? On miał takie fajne LEGO…

– Słuchaj się starszych, LEGO to nie wszystko, od takiego to tylko złych rzeczy byś się nauczył! – pokiwał ksiądz głową, nieświadom, że chodziło o uwagi Mitii, nie Grzesia. – Coś jeszcze?

– No… mateczka kazała powiedzieć, że jedliśmy mięso w adwencie.

– Coś jeszcze?

– I że czochrałem bobra… i kazała się zapytać, dlaczego to takie złe…

– No, słuchaj, nie powinno się strugać rysia, bo…

– A, to wiem – przerwał mu szybko Mitia. – Można od tego oślepnąć! To wiem! Nigdy nie będę strugał rysia!

– No, to przy tym zostańmy… – westchnął ksiądz. – Dawał łapę – zakomenderował. – Tu, przez kratki.

Zdziwiony Mitia wetknął rękę. Ksiądz sprawnie flamastrem coś napisał. Zastukał.

– No, już, widzisz, tak strasznie nie było, co? Zasuwaj do zakrystii, powiedz, że jesteś nowym ministrantem. I przyślij mi brata.

Mitia poczekał na brata w kruchcie. W świetle lampiona odczytał napis na ręce „różaniec”. Wzruszył ramionami. Po chwili Dima z identycznym napisem wyłonił się zza zasłonki.

– Idziemy do zakrystii, cokolwiek to jest – szepnął bratu. – Tędy prosto, prosto i na lewo.

Pierwsze drzwi zaprowadziły ich do sporego pomieszczenia. Stały tu same kobiety z dziewczynkami. Za drugimi drzwiami było podobnej wielkości pomieszczenie, ale stali tu sami mężczyźni. Chłopców nie było widać. Podeszli do drzwi po lewej, zza których dochodziły chłopięce głosy. Weszli i zatrzymali się w progu, zszokowani.

Niewielkie pomieszczenie pełne było chłopców. Mniejsi, więksi, młodsi, starsi, to nie dziwiło. Ale wszyscy mieli na sobie sukienki!

– E… myśmy się chyba pomylili – wyszeptał Dima wystraszony.

Różne numery odwalali w szkole, ale żeby się zbiorowo przebierać w sukienki? I to takie… Jak królewny w bajkach? Fioletowa, przetykana złotem tkanina spływała spod szyi aż po same kostki.

– Dobrze, dobrze, wchodźcie – zawołał ich Mikołaj, wystrojony w podobną sukienkę. – Chłopaki, to są moi kuzyni, Mitia i Dima, są nowi!

– Jestem Jasiek, prezes ministrantów – podszedł do nich najwyższy z chłopaków. – Tata opowiadał, że wczoraj was podwiózł z pociągu.

– E… no tak – rzucił odkrywczo Dima.

– Jesteście nowi, to na razie będziecie się przyglądać. Szybko załapiecie co i jak, tylko róbcie to co inni. Ubierzcie się najpierw – wskazał ręką szafę – sticharion, komżę i pelerynkę.

– Y… ta sukienka? – Dima niepewnie wskazał palcem.

– To sticharion – wyjaśnił Jasiek. – Słyszałem, że wy z Piernikowa, tam pewnie ministranci ubierają się inaczej. My mamy taki zwyczaj od dawien dawna, każdy nowy proboszcz się najpierw dziwi.

Założyli ową dziwną, fioletową suknię, którą Jasiek nazywał sticharionem. Później na to komżę.

– To głupie – ocenił Mitia. – Taka ładna sukienka i na to zakładać taką zwykłą koszulę?

– Sticharion, nie sukienka – syknął Dima. – I komża, nie koszula!

– Jeden pies – wzruszył ramionami Mitia. – I tak bez sensu.

– I dobrze – ocenił Dima – bo wyglądalibyśmy jak księżniczki u Disneya…

Niestety dla Dimy, a z uciechą dla Mitii, na komże powędrowały jeszcze pelerynki uszyte z identycznego fioletowo-złotego materiału jak stichariony.

– Żebyście widzieli, jak się prezentujemy na zjazdach ministrantów – pochwalił się Jasiek. – Wszyscy nędznie w komżach, czasem jakiś kołnierzyk, a my na full wypas!

– I się nikt nie śmieje? – zdziwił się Dima.

– Spróbowałby tylko – zaśmiał się Jasiek. – Zawsze nas co najmniej dwa autokary jadą.

– Dużo was – rozejrzał się Mitia.

– W mieście pewnie jest inaczej – wzruszył ramionami Jasiek. – Komputery, treningi, zajęcia pozalekcyjne… A tu wioska. Wszystko co ciekawe, dzieje się w kościele. Każdy chłopak od lat siedmiu do żeniaczki jest ministrantem.

– A gdyby kogoś to nie interesowało? – zdziwił się Dima.

– Babki siedzą niby w babińcu, ale widzą wszystko. Nie miałby życia we wsi – wzruszył ramionami Jasiek. – Byli bohaterowie, co próbowali być nowocześni, jak to gadali. A naprawdę to ktoś im zapłacił…

– I co?

– Jest taka wiedźma, mieszka na bagnach, Malina się zwie, pozamieniała ich wszystkich w prosiaki – szepnął im na ucho jeden z ministrantów.

– Bzdury gadasz – walnął go Jasiek przez łeb.

– Nieprawda! Tata mówił, że… – tamten próbował bronić swoich racji.

Trzech innych rzuciło się na niego i solidnie mu wtłukli. Właśnie wszedł ksiądz.

– Co to ma znaczyć! – zawołał. – Bójka, w zakrystii, tuż przed Mszą?

– Ale księże! – Jasiek przedostał się szybko do proboszcza i zaczął coś szeptać na ucho.

Kapłan słuchając zmieniał kolory na twarzy z różowego na blady i później na zielony.

– No, ale bójka nie w zakrystii – dodał. – Po Mszy mu wlejecie, aby nie gadał głupot. Zmieniać w świniaki, też coś… Z Babą Jagą ci się pomieszało!

Ruszyli na roraty. Dla bliźniaków wszystko było nowe, więc wszystkiemu się dziwili, a jednocześnie nie dziwiły ich różnice w liturgii, jakie zdziwiłyby przeciętnego katolika. Podobał im się marsz po ciemku z lampionami. Ksiądz zatrzymał się przed ozdobną ścianą z obrazami. Wszedł przed środkowe wrota do środka. Ministranci weszli bocznymi wrotami na prawo i lewo.

Na śpiew „Chwała na wysokości” kilku ministrantów wyszło. Odwiązali sprytnie ukryte linki, opuścili wielkie kandelabry, zapalili świece na nich i podciągnęli w górę. Inni w tym czasie pozapalali lampki oliwne wiszące przed poszczególnymi obrazami.

Mitia i Dima rozglądali się wokół z nabożnym zdziwieniem. Wielka drewniana świątynia była prawie cała wymalowana w różne obrazy. Z miejsca, przez które siedzieli, przed otwarte drzwi ściany z obrazami widzieli zgromadzonych w pierwszej sali mężczyzn. Za nimi, za ścianką zbudowaną z cienkich kolumienek, stały kobiety i dziewczęta.

Mając polecone we wszystkim naśladować kolegów, wstawali, gdy wszyscy, klękali, gdy wszyscy, do Komunii podeszli, gdy wszyscy. Żaden nie zorientował się, że właśnie był moment ich Pierwszej Komunii. Po Mszy, jak wszyscy zeszli do zakrystii.

– A teraz na śniadanie! – Jasiek im szepnął, gdy się rozbierali z kolorowych szat.

– Ale mateczka… – zaczął mówić Mitia.

– Babcia wie – przerwał mu Mikołaj. – Przecież chodzę tu codziennie.

Poszli za resztą. Po drodze zatrzymał ich poobijany chłopak.

– Słuchajcie, jak nie wiedziałem… – zaczął płaczliwym tonem. – Nic jej nie powiecie?

– Ale co? – nie zrozumiał Mitia.

– To ty gadałeś, że mateczka zamieniła tamtych chłopaków w świnie – poznał go Dima.

– Ci… – wyszeptał przerażony chłopak – Jeszcze usłyszy!

– Chyba nie myślisz, że uwierzymy w takie głupoty – rzekł z wyższością Dima. – Trzeba mieć rozum! Nikt nie da rady zamienić człowieka w świnię!

– Ma rację – wyszeptał przechodzący Jasiek Mitii do ucha. – Tylko Baba Jaga to umiała, ale ją upiekliśmy w jej własnym piecu.

Weszli do sieni jakiegoś budynku. Pośrodku stół zastawiony był ciemnych chlebem, paroma rodzajami serów, jakimiś białymi paskami, papryczkami i ogórkami. Do picia w dzbanach coś jak coca-cola.

– Kto przelewa colę do dzbanków? – zdziwił się Dima.

– To kwas chlebowy – wyjaśnił któryś z chłopaków. – Farosz sam robi.

– A to białe – niepewnie wskazał palcem Mitia.

– Słonina wędzona – uśmiechnął się któryś. – Pycha!

– Słonina? Błee – skrzywił się Dima.

– Głupiś – rzucił inny, pokazowo wsuwając dwa paski naraz.

– Czy słonina to nie mięso? – zdziwił się Mitia. – Można jeść w Adwent?

– Można – zapewnił wchodzący ksiądz. – To nie mięso. A na poczęstunku, grzech zostawić.

Mitia pokusił się o skosztowanie nietypowego przysmaku. Szybko zakąsił papryczką. Przyjemny ogień objął gardło. Zagryzł chlebem, kolejnym plastrem słoniny, papryczką, chlebem…

– Podobno wczoraj przyjechaliście, a wciągasz przy stole jak miejscowy – zaśmiał się Jasiek. – Tydzień minął, zanim Kola zdecydował się skosztować słoniny.

– Kola? – zdziwił się Mitia. – A, Miki!

– Tak się mówi w mieście? – zdziwił się Jasiek. – Dziwnie trochę. Zupełnie jak ta mysz z Kaczora Donalda. Zupełnie, jakby był dziewczyną, jak ta mysz!

– Ale Myszka Miki to jest chłopak! – zdziwił się Mitia.

– Co? – Jasiek wybałuszył oczy. – Żona Kaczora Donalda to chłopak? I to puszczają dzieciom? Weź lepiej mi więcej nic nie mów o współczesnych bajkach!

Wracali do domu w sporym towarzystwie chłopaków z Gołodupiec. Zatrzymali się przy kapliczce.

– Miki, a ty gdzie? – zawołał zdziwiony Mitia.

– Do szkoły, no a jak? – zdziwił się Mikołaj. – Za pół godziny lekcje! Wy nie idziecie?

– Mateczka musi nas chyba formalnie zapisać – zauważył Dima. – Przecież nie możemy wleźć ot, tak sobie.

– No jo… – przyznał Mikołaj. – I musi kupić wam mundurki do szkoły.

– Tu się nosi mundurki? – zdziwił się Mitia.

– Niedoczekanie! – oburzył się Dima. – Nigdy mnie nie zobaczą w mundurku!

– Ty, twój brat zawsze jest taki głupi? – jeden z chłopaków zapytał Mitię. – Przecież to wygodne!

– Mundurki krępują wolność osobistą! – wygłosił dumnie Dima. – Ograniczają swobodę autoekspresji! Hamują wyobraźnię!

– Czy mu wiedźma nasypała jakiegoś blekotu? – zapytał trwożliwie jakiś malec.

– Przestań pieprzyć, stary, nie jesteś w Toruniu na blokowisku – poklepał go przyjacielsko Mikołaj po ramieniu.

Większość chłopców skierowała się w kierunku centrum wsi. Dima i Mitia skierowali się w kierunku chaty mateczki Maliny.

– Ty ich słyszałeś? Mundurki w szkole! I oni się na to godzą! Musimy zrobić rewolucję! – gorączkował się Dima.

– Wiesz co, zacytuję ci klasyka – westchnął Mitia, podciągając opadające mu spodnie.

– Czyli co? – zaciekawił się Dima. – Mickiewicza? Młodości! Ty nad poziomy wylatuj! Też mi to przyszło do głowy!

– Nie, coś prostszego. Autorstwa Mikołaja.

– Kopernik? Co takiego powiedział?

– Krótki – skorygował go Mitia. – Przestań pieprzyć, stary, nie jesteś w Toruniu.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania