Gołodupce - O tym, jak spełnia się Życzenie Mitii i Dimy

– Pojedli? To do roboty! – Malina zaczęła zbierać talerze. – Buty poczyścić, bo jak ostatnie kpy leźliście przez błoto!

– Mateczko, ale innej drogi nie było! – pożalił się Mitia.

– Trza było zdjąć i iść boso! Miastowe to i durne!

– Ale grudzień! Zimno! – jęknął Mitia.

– Gdzie tam ci zimno? Tu, na bagniskach? A we wiosce to się przyzwyczaisz. Wszyscy tak chodzą, chcesz, by się z was śmiali?

– Wolę, by się śmiali, niż miałbym marznąć – burknął Dima.

– Ściągaj skarpety i portki! – warknęła Malina. – Od ziemi nie odrosło, a już się mądrzyć chce!

– Ja przepraszam… – wyjąkał wystraszony Dima.

– Przeprosisz później! A teraz już, skarpety i spodnie wek! Ty też! – zwróciła się do Mitii. – Od razu się czegoś nauczycie!

Trzęsąc się ze strachu, Mitia z Dimą ściągnęli skarpetki i spodnie. Malina zniknęła w komorze.

– Myślisz, że lanie bardziej boli niż przy zabawie w dupniaka? – wyszeptał przerażony Mitia.

– Na pewno! – odparł Dima. – I dupniaka się kończy, gdy się ktoś poryczy, a ona nie wiadomo jak długo będzie biła…

Po chwili Malina wróciła, trzymając w dłoniach trzy drewniane cebrzyki. Bliźniacy spojrzeli na siebie ze zdziwieniem. Malina podchwyciła te spojrzenie.

– No co? Wlać trzeba do pełna!

– Proszę! Byliśmy grzeczni! Już nie będziemy! – zaczął jęczeć Mitia.

– Będziecie, będziecie! Codziennie! Albo i kilka razy dziennie! No już, nie ryczeć mi tu! Kolia, zaprowadź kuzynów!

– Chodźcie – Mikołaj pewnie skierował się ku drzwiom.

– Na dworzu? – zdziwił się Mitia.

– A coś tym myślał? – odparła Malina. – To nie miasto! Tu nie ma tak, że wszystko jest w mieszkaniu! No już, już, czas ucieka!

Poszli za Włodkiem ze spuszczonymi głowami.

– Dobrze, że to sam koniec wsi – westchnął Mitia. – Może nikt nie zobaczy rzezi niewiniątek.

– Nie jest nawet tak zimno – zdziwił się Dima. – Ziemia jest nawet ciepła.

– Bagna, wszystko gnije, tak mówi pan od przyrody. Albo diabły mają tu gdzieś wyjście z piekła, tak twierdzi babcia – odparł Mikołaj.

Poprowadził ich na skraj podwórka pod studnię.

– To tu – wskazał. – Ściągamy klapę i nabieramy wody do pełna.

Z odkrytego otworu buchnęła para o zapachu siarki.

– Babcia mówi, że diabły ją podgrzewają – dodał. – No już, czerpiemy i niesiemy! Tylko uważajcie, bo gorąca!

Zanieśli cebrzyki pełne siarkowego wrzątku do chałupy. Na środku już stała wielka balia.

– Nalewać i jeszcze raz, i jeszcze raz! Pełna ma być! Wszyscy trzej naraz do bali, zmieścicie się! Szczoty i jeden drugiemu plecy szoruje!

– Kąpiel? – zdziwił się Mitia.

– A jak! Śmierdzicie po podróży! Chyba nie chcecie tak iść między ludzi, co?

– Ale tak… na środku? – Mitia miał opory.

Od dawna mył się sam. Rozebrać się przed Maliną? Niby krewna, ale mimo wszystko.

– No już, już!

– Ale ja się wstydzę! – jęknął Mitia.

– Twój brat ma między nogami to samo co ty, i kuzyn też – wzruszyła ramionami Malina. – Czego się wstydzisz? Dziewczyn tu nie ma.

Mitia łypnął na nią spode łba, ale nic nie powiedział. Po chwili cała trójka próbowała się szybko umyć. Oczywiście, bardziej sobie przeszkadzali, starając się zrobić to jednocześnie.

– Mikołaj, umyj się pierwszy, a my po tobie – rozdysponował Dima. – Razem to więcej przepychania się.

Bliźniacy wyszli z balii i rzucili się siąść na ławę. W jednym momencie podfrunęli prawie pod powałę.

– Ałaaaa! – rozległ się wrzask w duecie. – Mój tyłek!

– Gorąca woda, trzeba uważać – mruknęła Malina, nie odwracając się nawet od pieca.

Chłopcy jednocześnie sięgnęli za siebie i jednocześnie wyciągnęli doniczki, w których wyraźnie coś przed chwilą rosło.

– Moje kaktusy! – Malina się wreszcie obejrzała. – Zniszczyliście mi kaktusy! No już, klękać na ziemi, wypiąć tyłki, zaraz wam wyciągnę. Tylko zdobię zdjęcie! Babki w Kole Gospodyń Wiejskich w życiu mi nie uwierzą!

– Nie!

Jak szybko Mitia się próbował zasłonić, tak szybko cofnął ręce z powrotem, z powbijanymi igłami.

Mikołaj w balii zataczał się ze śmiechu. Malina wijąc się ze śmiechu wyciągnęła ze skrzyni zabytkowy aparat. Błysnął flesz. Po chwili drugi raz, i trzeci.

– Nie rób nam zdjęć, proszę! – jęknął Dima.

– Ojtam, ojtam! – machnęła ręką. – Na starość będziecie wdzięczni za te fotki! Siądziecie sobie z wnukami i pokażecie im albumy z dzieciństwa… No, jeszcze jakieś ładne ujęcie, a potem wam wyciągnę te igły.

– Misiu, to zupełnie tak, jak mówiłeś! – olśniło nagle Mitię. – Prędzej kaktusa sobie w tyłek wsadzę, niż wstanę na Roraty, tak powiedziałeś! No i masz!

– Zaraz! – Malina nagle spoważniała. – Zagrzmiało, gdy tak powiedziałeś?

– Jo… – przytaknął Dima przez łzy. – I Mitia potwierdził i znowu zagrzmiało. Jakby gdzieś na poligonie z armaty strzelili.

– A czułam, że ktoś Życzenie powiedział! – wrzasnęła Malina. – To ja się martwię, a to wy sami chcieliście sobie kaktusa w dupę wsadzić! I to Życzeniem! To sobie teraz sami wyciągajcie, do cudzych Życzeń nie wolno się mieszać.

Poszła do komory po butelkę z ceramicznym korkiem, odkapslowała, siadła na zydelku i popijała spokojnie.

– No co? – rzuciła płaczącym bliźniakom. – Sami powiedzieli Życzenie, to sami je odkręcajcie. Ja sobie spokojnie piwko wypiję.

Ponad kwadrans bliźniacy wyciągali sobie igły kaktusa.

– Chyba już – Mitia niepewnie się pomacał.

– No, to myć się, ubierać i na wieczorek! – zadysponowała Malina. – Tylko nie siedzieć za długo, bo rano na Roraty pobudka o czwartej!

– Litości! – jęknął Mitia.

– Lepsze to niż kaktus w tyłku – odparł Dima. – Ruszaj się, Miki!

Mitia próbował wbić się w wąskie dżinsy, ale zrezygnował. Wyciągnął z plecaka bojówki w kamuflażu.

– Nie masz czegoś krótszego? – mruknęła Malina. – W kolejnych portkach nogawki błotem zapaskudzisz!

Mitia bez słowa odpiął nogawki z bojówek.

– No, coś pomysłowego miastowe wynaleźli – Malina pokiwała ze zdziwieniem głową. – Sprytne to takie…

Po chwili już bliźniacy stali w bojówkach. Odpięte nogawki schowali do bocznych kieszeni cargo. Zarzucili bluzy z kapturami i kurtki. Mikołaj na swoją nietypową bluzę zarzucił barani kożuszek.

– To idziemy, babciu! Wrócimy przed nocą!

– Która to właściwie jest godzina? Ciemno już na dworzu – zapytał się Mitia. – Komórka coś nie chce mi się włączyć, chyba bateria padła.

– Tutaj nic nowoczesnego nie działa – wzruszyła ramionami Malina. – Technika źle reaguje na magię!

Wyszli w ciemną noc. Mikołaj pewnie ich prowadził. Po chwili i bliźniacy zaczęli rozróżniać, gdzie jest droga, a gdzie zaczyna się leśne runo i bagienka.

– Mateczka z tą magią to tak na serio? – zapytał Dima, podciągając opadające spodnie. – Ona w to wierzy?

– Wszyscy wokół w to wierzą – wzruszył ramionami Mikołaj. – Tylko pan od przyrody próbuje wyjaśniać, że tu w ziemi są złoża żelaza, magnetyczne, i dlatego elektronika wariuje.

– To ma sens – pokiwał głową Dima. – W żadną magię nie wierzę!

– A ja bym taki nie był pewny – jęknął Mitia. – Z kaktusem już się wrąbaliśmy!

– Przypadek, Miki, przypadek! Można to wyjaśnić naukowo! – wytknął mu brat.

– Przypadkiem ktoś podstawił kaktusy na ławę, Misiu? I to tak precyzyjnie, że prosto w kakałko wbiliśmy sobie, i to obaj?

– No jasne! Miki, to da się wyliczyć?

- To czemu nie wyliczyłeś, jak siąść obok? Tyłek mnie cały czas boli! A ty, co sądzisz? – Mitia zwrócił się z pytaniem do Włodka.

– Babcia głupia nie jest. Bezpieczniej się jej słuchać.

– Bo lania się boisz! – wytknął mu Dima. – Sterroryzowała cię!

W milczeniu szli dalej. Doszli do jakiejś chałupy. Za oknem migotał ekran telewizora. Zatrzymali się grzecznie przy furtce. Mikołaj zadzwonił dzwonkiem. Ręcznym, pociągając za sznurek. Bliźniacy podciągnęli opadające spodnie.

- Chodźcie, wchodźcie! – wychylił się zza drzwi ktoś w ich wieku.

Weszli, wycierając starannie stopy w wycieraczkę. Weszli do izby.

Dom w środku niewiele różnił się od chaty Maliny. Tak samo niebieskie ściany, żółta podłoga, piec w jednym kącie, stół w drugim. Tylko ziół nie było tyle wiszących u powały, jedynie co, to cebula, czosnek i papryka powiązane w wianki wisiały. I w trzecim kącie, najdalej od drzwi, stał telewizor. Wielki, kineskopowy, z czarnobiałym ekranem.

Dima zamarł na widok zabytkowego sprzętu.

– Widziałem taki w muzeum… – wyszeptał.

– Kiedyś to lepsze rzeczy robili – gospodarz zrozumiał to jako wyrazy zachwytu. – Nie to, co obecnie, psuje się, zanim z pudełka wyciągniesz!

W tym samym momencie obraz zamigotał i zgasł. Ciemność zapadła w całym domu.

– No i znowu nie ma prądu – zaczął narzekać gospodarz. – Znowu jaka strzyga kable pogryzła…

Zapalił świeczkę, potem dwie metalowe lampy naftowe.

Młodzież powoli zaczynała się schodzić. Chłopacy byli poubierani podobnie do Mikołaja, a dziewczęta w kolorowe spódnice i fartuchy.

Stół odsunięto zupełnie pod ścianę. Zydle i ławki ustawiono w koło. Lampy zawieszono na hakach w belkach powały. Dima ze zdziwieniem patrzył, jak syn gospodarza wyciąga starodawny gramofon, kładzie płytę, i korbą nakręca sprężynę.

– Ale czad! I to tak bez prądu? – wyszeptał zdumiony Mitia.

– Tutaj często zrywa przewody – wzruszył ktoś ramionami. – Może przedstawisz nam, Kolia, kogo przyprowadziłeś? Po co nam latawce?

– Nie jesteśmy żadne Latawce! – krzyknął Dima. – Ciągle ktoś nas bierze za nich bierze! My są Wujki, ja jestem Dima, a to Mitia.

– No dobra, nie gorączkuj się tak – ktoś odparł pojednawczo. – Po prostu tak wyglądacie, to was ludzie mylą. Nie jesteście podobni do Hujków!

– A Hujki, to niby jak wyglądają? – zaperzył się Mitia.

– No tak jak Kolia – odparł ten sam chłopak. – Albo jak Jura, albo Ljosza, albo Misza – wskazywał kolejno trzech innych.

Faktycznie, wszyscy byli do sobie podobni. Zdecydowanie niscy, choć nieco od nich wyżsi, za to krępi, z kręconymi się blond włosami. I o zdecydowanie jasnej karnacji.

– Właściwie, tata też tak wygląda – przyznał Dima. – Tylko goli się na łyso.

– No widzisz? – rzucił Jura. – A wy jesteście chudzi, jak latawce. I czarniawi, jak latawce! Tylko oczy macie Hujków, niebieskie. A Latawce mają czerwone, jak to demony.

– To po mamie – przyznał Dima. – Ona jest szczupła i śniada.

– To jak latawica – pokiwał Jura. – Tylko żaden z Hujków nie jest taki głupi, aby się z latawicą żenić – parsknął śmiechem.

Mitia usiłował sobie przypomnieć kolor matczynych oczu. Bezskutecznie. Zawsze nosiła okulary z kolorowymi szkłami.

Dalszą rozmowę przerwało pojawienie się na środku wielkiego kosza z piórami.

– Co to? – zdziwił się Mitia.

– Darcie pierza – wzruszył ramionami Jura. – Nigdy tego nie robiliście?

– W mieście nikt nie hoduje kur – odparł Mitia.

– To są kacze. Pokażę wam, jak to się robi.

Przy dźwiękach muzyki z płyt darli pierze. Darciu pierza towarzyszył jabłecznik i kompot poziomkowy. Oczywiście, Mitia z Dimą byli głównym obiektem zainteresowania. Musieli w kółko opowiadać, jak w wielkim mieście wygląda szkoła, lekcje, co robią w wolnym czasie, jak się jeździ tramwajem…

– No, gdybym to ja takie numery odstawiał, to już dawno bym na tyłku nie usiedział – skomentował w pewnym momencie Jura.

– To nie widzisz, jak się wierci? – wtrącił Ljosza. – To jeszcze po ojcu, czy już Malina wam przylała?

– Kaktus.

– Co?

– No, kaktus. Siedliśmy na kaktusa. Gołym tyłkiem – przyznał Mitia.

Oczywiście, musieli ze szczegółami opowiedzieć całą historię.

Po jakimś czasie wszyscy zaczęli się rozchodzić. Bliźniacy pożegnali się z gospodarzami i razem z Włodkiem wrócili do domu.

Malina już leżała na piecu. Pojedyncza lampka rozświetlała ciemności.

– Drzwi dobrze podeprzeć, coby wiater nie otwarł! Nogi wytrzeć! – zawołała.

Weszli, wytarli nogi.

– I co, zimno było? Potrzebne buty?

– Nawet nie – przyznał Mitia. – Ziemia tu dziwnie ciepła.

– Tutejsze wodniki lubią jakuzzi – zaśmiała się Malina. – I grzeją wszystko! A Wieczorek, podobał się?

– Darłem pierze! Kacze! – przyznał Mitia. – Nawet nie było tak nudno, jak się siedziało i gadało.

– I po to są Wieczorki na wsi, rozumiecie? Tylko miastowe są takie głupie, że każdy sam w chałupie siedzi i się nudzi! Tu są ludzie towarzyskie! No, ale dość gadania! Siusiu, paciorek, poczochrać bobra i spać! Rozścieliłam wam razem w alkierzu! Jutro pobudka o czwartej!

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (2)

  • Cicho_sza miesiąc temu
    Przyznaję bez bicia, że pierwszych części nie czytałam, ale tę pochłonęłam za pierwszym podejściem.
    Nie jestem fanką fantasy, ale... Bardzo sprawnie operujesz słowem, dialogi wypadają bardzo naturalnie. Super grają te różne gwarowe naleciałości.
    Co prawda, nie do końca przekonują mnie nazwy własne 🙈, ale ogólne odczucia mam pozytywne.
    Pozdrawiam
  • Domenico Perché miesiąc temu
    Dziękuję.

    Z nazwami własnymi miałem dylemat, tworząc tło dla opowieści różnej treści. Trzy razy je zmieniałem. Chyba już zostanę przy tej wersji. Będą nawiązania fabularne do tych nazw.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania