Gołodupce - O tym, skąd pochodzi nazwa Gołodupce

Dima obraził się i postanowił się więcej do Mitii nie odzywać. Przeszli w milczeniu paręnaście kroków, gdy usłyszeli za sobą wołanie.

– Mitia! Dima! Zaczekajta!

Obejrzeli się. Za nimi drałował śniady chłopak, czarnowłosy, ciągnący na postronku dwie kozy.

– Dobrze, że was dogoniłem – rzucił lekko zasapany. – Musiałem zabrać kozy do kozła.

– Ojciec nie mógł tego zrobić? – zdziwił się Dima, nieprzyzwyczajony do pracy dzieci.

– Nie, to musi kozioł – odparł poważnie nieznajomy.

Parsknęli śmiechem.

– Kola mówił dziś w zakrystii, że mieszkacie u Pani Maliny, więc idziemy w tę samą stronę – rzucił. – Ma najlepszego kozła w okolicy.

– Serio? – zdziwił się Dima. – I opłaca się chodzić tak daleko?

– Nikt inny nie trzyma – wzruszył ramionami nieznajomy. – Po co? U Pani Maliny jest najlepszy.

– I zamiast iść do szkoły poszedłeś z kozami? – zdziwił się Mitia. – Fajnie jest mieszkać na wsi. Ja bym to po jednej prowadził, więcej dni bym się zerwał z lekcji…

– Tu się nie ucieka z lekcji – odparł poważnie chłopak. – A ja już tutejszą szkołę skończyłem.

– Bajki to Cartoon Network puszcza – rzucił Mitia, przyglądając mu się. – Ile masz lat? Trzynaście? Czternaście?

Nieznajomy był od nich zdecydowanie wyższy, ale każdy w ich wieku był od nich wyższy. Niemniej jednak wyglądał na typowego ucznia ostatnich lat szkoły podstawowej. Gładka twarz bez śladu zarostu czy męskich rysów nie pozwalała uwierzyć, żeby mógł skończyć szkołę.

– Osiemnaście. W maturalnej jestem.

– Osiemnaście? Akurat – wydął wargi Dima. – Mojego głupiego brata mógłbyś oszukać, ale ja się nie dam.

Nieznajomy bez słowa wyciągnął legitymację szkolną. Zdjęcie rzeczywiście przedstawiało jego. Ujrzawszy imię i nazwisko Dima się zaśmiał.

– Amável Pinto de Calças Curtas? A z daszkiem i ce z takim śmiesznym ogonkiem? Nikt się tak nie nazywa! Widać, że sfałszowana!

– Dowód też sfałszowałem? – chłopak podał kolejny dokument.

– Ja ci wierzę – odparł Mitia. – Choćby dlatego, że mój przemądrzały brat nie wierzy. Ale jak na ciebie mówić? Bo to chyba po zagranicznemu?

– Po portugalsku. Jesteśmy z Brazylii. Możesz mówić mi Pintinio.

– Pintinio? Ładnie. Czemu nie jesteś na lekcjach?

– Internat nam zamknęli, bo się wychowawcy pochorowali. Do domu wracałem, w Ważnych Młynach mieszkam. Tym samym pociągiem jechaliśmy, pamiętam was. Siedziałem po drugiej stronie wagonu – o tym, na czyich kolanach siedział, wolał nie mówić. W końcu osoba dorosła, stanu wolnego, i dała dwa porządne banknoty po sto dolarów. – Tylko wysiadłem wcześniej. Ale jeśli wy do Gołodupiec, to powinniście wysiąść tam, gdzie ja.

– Przespaliśmy przystanek – przyznał Mitia. – Potem nas taki miły pan podwiózł.

– Ludwik, tata Jasia – pokiwał głową Pintinio. – Faktycznie, Jasiu coś mówił o tym.

– I z Brazylii aż tu się sprowadziliście? Nie wierzę! – rzucił Dima. – Gdybym ja mieszkał w Brazylii, to bym nigdy…

– A wy z miasta się tu przeprowadziliście? – przerwał mu Pintinio. – Gdybym ja mieszkał w dużym mieście…

– No dobra – odparł zrezygnowany Dima. – Po prostu cię nie lubię.

– Czemu? – zdziwił się Brazylijczyk.

– Bo mój głupi brat cię polubił – wzruszył ramionami Dima.

– Myślałem, że żyjecie ze sobą w zgodzie? – zdziwił się Pintionio.

– Żyliśmy! Ale to miękka klucha! Zdrajca! W Toruniu zawsze stawaliśmy okoniem przeciw wszystkim przepisom szkolnym! A tu dowiedział się, że są mundurki w szkole i chce je nosić!

– Ale mundurki są fajne przecież – zdziwił się Pintinio.

– Widzisz! Dlatego ciebie nie lubię! Jesteś jak wszyscy! Miękka faja! Kiszony ogór! – wrzasnął Dima, podciągając spodnie.

Pintinio bez słowa złapał go za obie ręce, które podniósł do góry. Sporo przewyższał go wzrostem, więc Dima bezskutecznie skakał, usiłując się uwolnić. Spodnie mu opadły. Po chwili szamotaniny zaczęły zsuwać się i bokserki. Po chwili i je miał na wysokości kostek.

– I kto tu jest miękka fajeczka i kiszony ogóreczek? – zaśmiał się Pintinio.

– Puszczaj! – wrzasnął Dima. – Goły stoję!

– To przecież nie moja wina, że nie umiesz utrzymać portek na miejscu – zaśmiał się Pintinio.

– Szew mi jakiś pękł, i ciągle mi spadają!

– Ta, twojemu bratu też? Bo też ciągle podciąga – zaśmiał się Pintinio, litościwie puszczając czerwonego ze wstydu chłopaka.

– Widocznie! A co? Lubisz chłopców? – rzucił Dima, podciągając spodnie.

– Ośmiolatki mnie nie interesują.

– Mamy dwanaście! – wrzasnął Dima.

– Dwanaście to ma mój brat, i jest od was o głowę wyższy, albo i więcej.

– Bo my mali jesteśmy! – Dima wyciągnął z kieszeni legitymację w skórzanym portfeliku. – O, patrz, tutaj – wskazał rubrykę. – Widzisz? Dwanaście lat!

– Czyli dwunastolatek, wyglądający na osiem, zarzuca mi, że wyglądam na czternaście, a nie na osiemnaście, tak? – skwitował to Pintinio.

– No… przepraszam… – wyjąkał zawstydzony Dima. – Zgoda? – wyciągnął rękę do starszego chłopaka, drugą podciągając opadające wciąż spodnie. – Chyba muszę poprosić mateczkę, aby mi je jakoś zszyła, ciągle spadają… – dodał.

– Choćbyś sobie sprawił obcisłe legginsy na szelkach, to i tak ci spadną – wzruszył ramionami Pintinio. – Jesteś w Gołodupcach.

– No i co?

– W kościele ci spadały?

– No nie – odparł po chwili zastanawiania Dima. – Ani razu.

– Bo tam już jest Dwunastu Apostołów. Tam wszystko działa normalnie. A tu są Gołodupce. To magia. Nic nie poradzisz.

– Nie wierzę w magię! – rzucił Dima. – Tylko w naukę, dowody naukowe!

– Chcesz dowodu? Stańcie nieruchomo zupełnie, z rękami w górze – polecił Pintinio. – I zupełnie się nie ruszajcie.

Stanęli. Przez chwilę nic się nie działo. A później, jakby ciągnięte jakąś tajemniczą siłą, spodnie zaczęły im się zsuwać. Mitia złapał portki, zanim odsłoniły zbyt dużo.

– Ja ci wierzę! – zawołał. – Gołodupce, to przecież pasuje!

– Ja nie wierzę – odparł Dima kręcąc głową. – To nie jest test naukowy! Szew mi jakiś pękł i to dlatego!

– Pękł i tobie, i bratu, i w spodniach, i w majtkach?

– No co, zdarza się!

– Jak daleko to działa? – zainteresował się Mitia.

– Wszędzie w Gołodupcach. I też w Zgniłym Błocie, w Kozich Dołach i Ważnych Młynach. I w Bachorach i w Sierotach. I w kierunku na granicę też, w Potworowie, w Topielcach, w Całowaniu, Pieścidłach i Tumidaju, tam gdzie latawce mieszkają. I podobno za granicą w Wielkich Łąkach, Małych Łąkach, Źrebiętach, w Dębowej Łące i w Sosnowej Łące, tak przynajmniej gadają chłopaki od Wozignojów. Kiedyś to podobno wszystko były Gołodupce, majątek rycerski. No, więc rozumiecie, że mundurek to jest ekstra pomysł, nie?

– Nie? – zasugerował Mitia. – To jakaś magia, że mundurek nie spada, czy jak?

– To są takie fajne koszule ludowe. Tutejsze. Haftowane po rusku.

– No i?

– No i one sięgają do kolan. Problem rozwiązany – uśmiechnął się Pintinio.

Doszli do chałupy.

– Pintinio! – mateczka wypatrzyła ich z daleka. – Dawno cię nie widziałam! Czemu nie zaglądałeś? Sierioża był smutny!

– Wczoraj z internatu dopiero przyjechałem! A że trafiła się okazja, to od razu z kozami przyszedłem do Sierioży!

– A czyje te kozy? I co masz dla mnie? – zainteresowała się mateczka.

– Młodszej sołtysówny z Dwunastu Apostołów. Daje gomółkę sera, i koźlaka, jak będzie w miocie. A jak nie, to dorzuci dwie gomółki sera – odparł, wyciągając z plecaka krążek sera.

– A na co mnie koziołek, co? Niech sobie go w dupę wsadzi!

Zagrzmiało.

– O cholera, Życzenie się powiedziało – jęknęła Malina. – Powiedz jej, żeby co prędzej dała te dwie gomółki sera, bo mi się Życzenie wymskło!

– Dobrze, przekażę – obiecał Pintinio zaniepokojony.

– To idź już, Sierioża gdzieś tam w sadzie jest, znajdziesz go – machnęła ręką gdzieś za dom. – Tylko nie trać z nim zbyt wiele czasu, abyś na wieczór do domu dotarł!

– No gdzie by! – zdziwił się Pintinio. – Matka feijoadę na obiad gotuje, toć przecież nie opuszczę! Po kuchni internatowej? A i sołtysówna obiecała dać drugi tuzin jaj, jeśli się przed południem uwinę!

– Co się jada w internacie? – zdążył zapytać Mitia, zanim Brazylijczyk się oddalił z kozami.

– U nas co drugi dzień jest spaghetti polonez i sznycel z cebulą, na zmianę – odparł, krzywiąc się.

– Coś ty, dobre! – westchnął Dima. – U nas na szkolnej stołówce na okrągło makaron świderki z twarogiem, na słodko.

– Wolałbym to. Bo jak jesteś wegetarianinem, to w internacie ci zostaje do jedzenia suchy makaron i smażona cebula – rzucił Pintinio, znikając za drzewami.

– On jest wegetarianinem? – zdziwił się Dima. – A tak normalnie wyglądał…

– Masz coś przeciwko wegetarianizmowi? – zapytała mateczka Malina z udawaną troską. – Od dzieciństwa nie jadam mięsa. Sierioża, odkąd wrócił od Krampusa, również.

– Tak można żyć? – szczerze zdziwił się Mitia, który w Toruniu nie wyobrażał sobie dnia bez kebaba.

– Wiedźma nie ma wyboru – wzruszyła ramionami Malina – albo zeświruje jak Baba Jaga, porwie jakieś dziecko i spalą ją w piecu. Od lat zawsze tak jest. Jasiek od Ludwika nie był pierwszy! Znacie chyba historię o Jasiu i Małgosi?

– Tę bajkę? – zdziwił się Dima.

– Jaką bajkę? – wrzasnęła Malina. – Tak zawsze jest, gdy wiedźma je mięso! Zawsze wariuje, buduje chatkę z piernika gdzieś w lesie i porywa dzieci! Z magią nie ma żartów – dodała ciszej. – Dlatego zaraz wam wytłumaczę podstawowe zasady zachowania, abyście przeżyli. Chodźcie do izby.

– Biedna mateczka – westchnął Mitia, wchodząc do sieni. – Tyle lat bez mięska…

– A myślisz, że czemu chodzę wkurzona po wsi i ciskam klątwy na ludzi? – warknęła. – Ten kiełbasę mi wyciąga, tamten na gulasz z dzika zaprasza! Was też czuję, u farosza na śniadaniu toście słoninę paprykowaną wciągali, nie? Dzikie świnie, na naszych bagnach pasane, nie ma nic lepszego… – rozmarzyła się.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania