Gołodupce - O tym, jak Mitia i Dima dowiadują się o istnieniu Gołodupiec

Wszystko zaczęło się od tego, że Pedałek wcale nie był pedałkiem.

– No przecież wszystko na to wskazywało! – po raz kolejny Dima tłumaczył bratu rzecz dla obu oczywistą. – Nosił ciągle skórzane obcisłe spodnie! I miał różowe koszule! I kolorowe skarpetki! I kolczyk w prawym uchu! I nawet miał czerwone koronkowe stringi!

– Skąd wiesz? – wyszeptał zdumiony Mitia. – Chyba nie próbował…

– Podejrzałem go w kiblu… – przyznał brat. – Sikał też na siedząco! Jak pedał! – dodał z tryumfem. – Jak mógł poderwać naszą matkę?

– Schrzaniliśmy sprawę – potwierdził Mitia. – Pamiętasz, jak pogoniliśmy Czarnego Piotrusia?

***

Pogrążyli się we wspomnieniach poprzedniego roku.

Matkę, Anastazję Wujek, jak zawsze, gdy ojca nie było długo w domu, zaczął odwiedzać kolega z pracy. Niby tylko ją podwoził, ale bliźniacy doskonale wyczuli, co się święci. Za każdym razem, gdy Antoni wyjeżdżał na misję, matkę zaczynał odwiedzać „kolega z pracy”. Zawsze zaczynało się tak samo. Podwoził, zawoził, potem zostawał na obiadku, potem na deserze, następnie na kolacji, aż wreszcie próbował zostawać na noc.

Bliźniacy skutecznie uprzykrzali im życie.

Nie, żeby to były jakieś łobuzy. Grzeczni chłopcy. Z wyglądu jak dwie krople wody, różnili się zachowaniem. Najniżsi w klasie, ledwie metr trzydzieści, uchodzili często za młodszych o cztery lata. Ciemna karnacja i kręcone, długie do ramion czarne włosy, zawsze w nieładzie, nadawały im widok małych diabełków. Jaskrawobłękitne, duże oczy zwodziły niejednego dorosłego. Dima bardziej poważny, rzeczowy, Mitia był typowym śmieszkiem – przytulanką. Nawet nie sprawiali zbyt wielkich kłopotów wychowawczych. Jakieś wywalone drzwi w szkole, nagrywanie nauczycieli na komórki, pieczenie gofrów w szatni, podpalenie wszystkich śmietników w szkole, bieg na golasa dookoła osiedla… Same drobiazgi nie warte wspominania. Do czasu, aż w ich domu nie zaczynał pojawiać się kolejny gach mamy. Wówczas jakby diabeł w nich wstępował. Porozrzucane na środku stołu w salonie używane skarpetki i żółto-brązowe majtki zazwyczaj skutecznie odstraszały kolejnych amantów. Żaden nie dotrwał, aby stwierdzić, że kolor żółty pochodzi od soku pomarańczowego, a brązowa maź to zwykła Nutella.

Tym razem nie wyczuli zagrożenia. Nowy kolega matki został ochrzczony przez nich „Pedałkiem”. Tak nawet wprost do niego mówili, uzasadniając, czemu nie mają zamiaru iść z nim do kina. I to stało się przyczyną ich zguby.

Dwa tygodnie temu spędzali wieczór w kinie. Sami. Ojciec w tym czasie wrócił na przepustkę. Jak zawsze postanowił zrobić wszystkim niespodziankę.

Była niespodzianka. Dla wszystkich.

Pedałek, razem z Anastazją, skutecznie udowadniali na sofie w salonie, że przezwisko nadane przez chłopaków nie pasuje. Antoni w szoku nie zastanawiając się wywalił ich oboje za okno. Bez otwierania. I bez czasu na ubranie. Anastazja w krzakach owinęła się firanką, która wyleciała razem z nimi.

Zanim kochankowie okrążyli blok i zaczęli dobijać się do mieszkania, błagając o ubrania, Dima z Mitią zdążyli otrzymać od kolegów osiem ememesów z filmikami. Widok gołego Pedałka nie zdołał ich wyciągnąć z kina.

Skalę problemów uświadomili sobie dopiero następnego dnia.

Matka wyprowadziła się do Pedałka. Ojciec wynajął adwokata, który miał zająć się wszystkim, bo on po przepustce musiał wracać na misje. Podobno cały czas był w Iranie, choć telewizja twierdziła, że wszyscy Polacy zostali stamtąd wycofani.

Ostatniego wspólnego wieczora ojciec spokojnie popijał piwko. Niepasteryzowane, schłodzone, jakie lubił.

– W Iranie takiego nie ma – mruknął chyba do synów, pałaszujących kolację.

Dima zrobił sobie jak zawsze słodką drożdżówkę z masłem i Nutellą, Mitia koktajl owocowy.

– Kraj muzułmański, piwa własnego nie mają – kontynuował ojciec, jakby to kogoś interesowało. – A w dostawach przychodzi tylko zwykłe.

– Tato, ty nadal jesteś w Iranie? – zainteresował się Mitia. – W telewizji mówili…

– Telewizja kłamie – przerwał mu ojciec. – Nie wierz w to, co mówią.

– To gdzie dokładnie jesteś?

– Tajemnica wojskowa.

– Acha… Jak zawsze – mruknął Mitia.

– Jak zawsze, Mitia – odparł ojciec. – Takie jest życie.

– To co teraz z nami będzie? – zainteresował się Dima. – Matka uciekła mieszkać do Pedałka. Ty wracasz do Iranu, dokładny adres zna tajemnica wojskowa. A my?

Ojciec zamarł. Puszka piwa wypadła mu z rąk i spadła na podłogę. Pienisty napój rozlał się pod stołem. Antoni oprzytomniał, gdy poczuł zimną wilgoć wpijającą się w jego skarpetki.

– No, tego…

– Zapomniałeś o nas! – rzucił mu Dima czerwieniejąc. – Jak mogłeś!

– Nie… Dima, nie zapomniałem… – tłumaczył się spłoszony. – Tylko…

– Tajemnica wojskowa? – mruknął zawiedziony Mitia.

– Nie… Pojedziecie do waszej matki chrzestnej, Maliny. Ona się wami tymczasowo zaopiekuje.

– Naszej… Kogo? – zdziwił się Mitia. – Kto to jest?

– Wasza matka chrzestna. Malina Wozignojowa. Mieszka w Gołodupcach – W Ogrodach.

– To jakieś wojskowe kryptonimy? Śmieszne jak śmierdzące skarpetki… – jęknął Mitia. – Malina? Wozignojowa? Gołodupce? Ogrody? Matka chrzestna? Kto wam to wymyśla? Żul Menel spod Biedronki?

– Czekaj, chcesz powiedzieć, że nie znasz swojej matki chrzestnej? – zdziwił się ojciec.

– A kto to? – zdziwił się Mitia. – Matka jest tylko jedna.

– Podczas chrztu otrzymuje się matkę chrzestną i ojca chrzestnego. Malina jest waszą matką chrzestną, a Michał Krótki jest waszych ojcem chrzestnym. To znaczy był – szybko się poprawił.

Mitia pokiwał głową ze zrozumieniem. Michała Krótkiego znali. Kumpel ojca z wojska. Przyjaźnili się kiedyś z jego synem Mikołajem. Byli na Michała pogrzebie, trzy lata temu, po tym, gdy wszedł na minę w Iranie.

– To jesteśmy ochrzczeni? – upewniał się Mitia. – Na religię nigdy nas nie wysyłałeś…

– Anastazja była przeciwna – mruknął Antoni. – A to ona była z wami większość czasu. Ale gdy byłem w domu, to chodziliśmy razem do kościoła przecież… I modliliśmy się razem na różańcu…

– No, różaniec umiem – przyznał Mitia. – Przydaje się na sprawdzianach.

– Cieszę się – ojciec ucałował go w czoło. – Udało się zaszczepić w was wiarę, mimo trudności…

Mitia wolał nie wyjaśniać, że wyciągnięcie różańca odciągnąć miało uwagę nauczycieli od Dimy, który w tym czasie podmieniał kartki.

– No to wszystko wiecie – dodał po chwili ojciec. – I właśnie do Maliny pojedziecie. Mieszka w Gołodupcach – W Ogrodach.

– W jakich ogrodach? – zdziwił się Mitia. – Domu nie ma? W szklarni mieszka?

– Ma, toć to największy dom na wsi. Osiem izb ogrzewanych po oby stronach sieni. I cztery nieogrzewane komory. To dom sołtysa! Bez problemu was ugości.

– Rozmawiałeś z nią? – postanowił upewnić się Dima.

– Ciężko się dodzwonić do niej, zajęta… – zaczął wykręcać się ojciec.

Dima bez słowa podsunął mu pod nos smartfon.

– No, będę próbował… ale może być ciężko…

– Dzwoń – przerwał mu Dima. – Miki w tym czasie wytrze podłogę, a ja przyniosę nowe piwo. Dostaniesz, gdy skończysz rozmawiać.

Zanim ojciec zdążył wystukać numer, Dima był z powrotem z trzema piwami. Dwa otworzył, postawił sobie i bratu.

– Chyba nie zamierzacie pić piwa! Jesteście nieletni! Ledwie dwanaście lat macie! – oburzył się ojciec.

– Pożegnalne piwo z ojcem – rzucił Dima. – Przed wyjazdem do tych Nagich Dupków…

– Gołodupiec! – zaskrzeczał głos w słuchawce. – Antosza, mógłbyś nauczyć moich krześniaków, jak się poprawnie po polskiemu mówi, co by się we wsi nie śmiali! Nagie Dupki, też coś! To miastowe nagie dupki wokół bloków biegają W tym twoim Toruniu! W telewizji farosz widział i na kazaniu trzy niedziele prawił o tem! A my są zacne Hujki z Gołodupiec! Jam co prawda po nieboszczku sołtysicu Nikoli Wozignojowa, ale z ojca Hujka! Alem czego się mogła spodziewać po tobie, jakżeś w tej swojej Warszawce nazwisko Hujek na Wujek zmienił! Takie stare, zaszczytne nazwisko!

– Oj, kumo… – próbował przerwać monolog Antoni.

– Ty mi tu nie ojkumuj, Antosza, bo mnie wkurwica bierze! Żeś se tą latawicę Anastazję przygruchał jak ostatni kiep! Już dawno bym na ciebie klątwę rzuciła, gdybyś mnie na krzestną nie zaprosił! Ale przecież nie zamienię krześniakom ojca w żabę, mimo żeś głupi! Ale tego, żeś na wakacje nigdy ich nie przysłał…

– Kumo! – szybko przerwał ojciec. – Rozstałem się z Anastazją! Chcę chłopców wysłać do ciebie, niech trochę odpoczną…

– Obaj? Dima i Mitia? Jupi! La cucaracha, la cucaracha, ya no puede caminar… – zabrzmiało w słuchawce.

Oniemieli chłopcy słuchali dobrze znanego im przeboju.

– To jest babcia Malina? – wyszeptał po chwili Mitia.

– Mateczka Malina – poprawiła go kobieta w telefonie, przerywając śpiew. – Jestem waszą krzestną, więc możesz do mnie mówić „mateczko”! To kiedy chłopcy przyjadą do mnie? Od wakacji?

– No, trochę wcześniej – wtrącił Antoni.

– Na początku czerwca już? – zdziwiła się Malina. – No, powinnam do tego czasu uporać się z biesami, co nam je znowu przez granicę przerzucają jak w osiemdziesiątym pierwszym. I chyżę podremontuję. W wygódce sedes z wodą każę zamontować, co by chłopcy mieli jak w mieście…

– No… trochę wcześniej… – przerwał jej Antoni. – Przyjadą do ciebie jutro.

W odpowiedzi Malina rzuciła wiązankę przekleństw. Dima z Mitią słuchali jak urzeczeni. Ich matka chrzestna ciągnęła przez pięć minut, ani razu nie powtarzając żadnego obelżywego określenia.

– Tak, oczywiście, są mile witani – zakończyła z uśmiechem. – Jutro czekam na was, słoneczka! Do jutra! Buziaki!

- Mogłem ją nagrać – westchnął Dima. – Takie słownictwo! Rozkulbaczyć bajzelmamę jedząc bździny kaduka zapijając psią juchą!

- Ja zapamiętałem tylko pies ci mordę lizał, orzeszku włoski – dodał Mitia. – Chyba nas mateczka w polskim trochę podszkoli.

Średnia ocena: 4.7  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (7)

  • Vespera 8 miesięcy temu
    Dobra rzecz, ale te cudaczne nazwy i nazwiska to totalnie nie moje poczucie humoru.... Ale też chcę wiedzieć, kim jest matka chrzestna chłopców, więc będę czytać dalej.
  • Domenico Perché 8 miesięcy temu
    Stwierdziłem, że efekt nie jest do końca taki, jak chciałem, więc część nazw własnych pozmieniałem.

    Ma być śmiesznie, ale bardziej w klimacie młodzieżowym.
  • Pan Buczybór 8 miesięcy temu
    interesujące. Jest tu klimat niesamowitości z pogranicza powieści młodzieżowej i jakiegoś krzywego zwierciadła polskiej rzeczywistości. Z technikaliów: te odstępy koniecznie trzeba wyeliminować oraz przy zapisie dialogów musi być konsekwencja: proponuję, by zastąpić wszystkie te brzydkie dywizy półpauzami, które zamykają wypowiedzi dialogowe.
    Pozdrawiam
  • Domenico Perché 8 miesięcy temu
    Dziękuję.

    Technikalia postarałem się poprawić.
  • Domenico Perché 8 miesięcy temu
    Trochę nazwy własne pozmieniałem.

    Zawiedzionych odsyłam do mateczki Maliny. Tylko namalujcie najpierw ładne "100" na dłoni.
  • DrV 8 miesięcy temu
    bez kitu, bardzo ciekawe opowiadanie
  • Domenico Perché 8 miesięcy temu
    Dziękuję.

    Co jakiś czas będę starał się wrzucić jakieś opowiadanie z serii.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania