Gołodupce - O tym, jak Mitia i Dima przybywają do Gołodupiec

Przeszukiwania internetu wskazały, że do Gołodupiec nie dociera żaden transport publiczny. Najbliżej można było dojechać do sąsiedniej wsi Dwanaście Apostołów, gdzie dojeżdżał jeden bus dziennie. W sumie najkrótsza podróż, uwzględniając wszystkie przesiadki, trwałaby ponad dwie doby. Zdecydowali się jechać pociągiem, z zaledwie dwiema przesiadkami w Warszawie i Białymstoku, aż do Małej Wsi Przy Drodze. Stamtąd pieszo – chłopcy liczyli na stopa – poprzez Bazarek, Koło Młyna, Ważne Młyny aż do Gołodupiec – W Ogrodach. Potem tylko do centrum wsi, znaleźć największy dom i już! Dotarcie do matki chrzestnej Maliny Wozignojowej wydawało się w miarę realne.

Spakowali najważniejsze rzeczy w turystyczne plecaki. Rano podjechali jeszcze z ojcem do prawnika, który dostał dodatkowe zlecenie zadbania o wszystkie sprawy związane z chłopcami i ich szkołą.

Pierwszy etap do Warszawy przejechali wspólnie. Na ojca pod Dworcem Centralnym czekał już samochód na wojskowych rejestracjach.

Mitia z Dimą zostali na dworcu. Dima zerknął na zegarek, potem na rozpiskę na kartce. Zeszli w podziemia na kebaba.

– Dima, lepszy kebab niż u nas na Kebabowej, koło szkoły! – wyszeptał z lubością Mitia, pożerając kebaba z ostrym sosem. – Ten wyjazd nie jest wcale taki zły!

– Kebaba na Kebabowej miałeś codziennie – wytknął mu Dima. – A teraz?

– Chłopcy, zagubiliście się? – zainteresował się przechodzący, elegancko ubrany mężczyzna.

Zlustrował obu z góry na dół, zatrzymując na dłużej wzrok w połowie sylwetek. Oblizał się.

– Może potrzebujecie jakiejś pomocy? Miejsca, gdzie można kilka dni odpocząć? – oblizał się ponownie.

– To chyba pedofil – szepnął Mitia do Dimy. – Gapi się na nasze dzwonki!

Zbyt głośno, jak się okazało.

– Oj, od razu takie brzydkie słowa – żachnął się mężczyzna. – Ja po prostu pomocny człowiek jestem. Artysta! Koneser piękna natury!

Chłopcy spojrzeli na siebie. Spojrzeli na rozmówcę. Mitia podał kebaba bratu. Szybko się odwrócił, wyprowadzając celne kopnięcie między nogi niczego nie spodziewającego się mężczyzny. Gdy ten się skulił, dostał kopniaka w nos z kolana i legł w przejściu, zwijając się z bólu.

– No, na szczęście nie pochlapał mnie krwią. – Mitia obejrzał swoje ubranie, odbierając kebaba od brata. Mateczka Malina pewnie nie chciałaby widzieć mnie brudnego. Kto wie, jak w tych całych Gołodupcach reagują na miastowe problemy.

Powalony na ziemię mężczyzna próbował dyskretnie odpełznąć, ale usłyszawszy Mitię zatrzymał się.

– Znacie Malinę Wozignojową z Gołodupiec? – wyszeptał z rosnącym przerażeniem w oczach.

– To nasza mateczka chrzestna – pochwalił się Mitia, zanim Dima ostrzegawczo nie walnął go w ramię. – No co? – zwrócił się do brata.

– Chłopcy, ja… ja bardzo przepraszam, że was zaczepiłem… – wyjąkał klekotając zębami mężczyzna. – Proszę, to takie drobne… na przeprosiny… – Wyciągnął z portfela zwitek banknotów i wcisnął Mitii w rękę. – Więcej nie mam… Proszę, nie mówcie nic czcigodnej Malinie! – kuśtykając, uciekł czym prędzej korytarzem.

– Prawie same Sobieskie! – wyszeptał zdziwiony Mitia.

Sprawnie policzył banknoty.

– Dima, tu jest dziesięć tysięcy osiemset pięćdziesiąt złotych – dodał po chwili.

Spojrzeli z bratem na siebie.

– Kim jest nasza matka chrzestna? – wyszeptali naraz.

Pociąg do Białegostoku przyjechał z dziesięciominutowym opóźnieniem. Odjechał z półgodzinnym. Na miejsce przyjechał mając zaledwie sto minut opóźnienia. Gdy wjechał na stację końcową, minęła dwudziesta druga. Wszystkie punkty handlowe na dworcu były już zamknięte.

– I nici z kebaba – mruknął Dima. – Mitia, a nie mówiłem, że tamten był naszym ostatnim w życiu?

– Nie marudź, Dima – ofuknął brata Mitia. – Rano kupimy.

– Nie kupimy – narzekał Dima. – Widzisz? – wskazał na tabliczkę na drzwiach. Otwierają o szóstej rano. A nasz pociąg odjeżdża pięć przed szóstą.

– By to kogut krzywą nogą kopnął! – Mitia popisał się zapamiętanym określeniem Mateczki Maliny.

Błysnęło i zagrzmiało w jednym momencie. Całym budynkiem wstrząsnęło.

– Co to było? – przeraził się Mitia.

– Mitia, to tylko piorun w budynek walnął – wzruszył ramionami Dima. – Patrz, spięcie jakieś – wskazał za szybę.

Istotnie, po stojącym w barze sprzęcie skakały niebieskie iskry. Po chwile żółte płomienie zaczęły lizać obudowę, spod której wydobywał się czarny dym.

– Ty, Dima, pali się! – wrzasnął nagle Mitia. – Dzwoń pod sto dwanaście!

Dyżurny przyjął zgłoszenie. Po chwili usłyszeli wycie syren w oddali. Wyszli przed budynek. Pierwszy wóz straży pożarnej wyłonił się zza zakrętu.

Strażacy pracowali sprawnie. Zawiadowca stacji zdążył wyłączyć prąd w obiekcie. Cała akcja trwała niecałe dwie godziny. Po wszystkim dowódca oddziału strażaków podszedł do przyglądających się z zaciekawieniem chłopców.

– To wy dzwoniliście, chłopcy? Bardzo dobrze, udało się zgasić, zanim pożar objął inne pomieszczenia.

– No… Mieliśmy nadzieję, że właściciel przyjdzie wcześniej i zdąży zrobić nam kebaba. – przyznał Dima. – Ale walnął piorun i nici ze śniadania.

– Piorun? – zaśmiał się strażak. – Z bezchmurnego nieba? To było jakieś spięcie w instalacji... A jeśli chcecie kebaba, tam za rogiem jest całodobowy. Tylko nie bierzcie ostrego sosu, bo nie przełkniecie – zaśmiał się.

Poszli za wskazówkami strażaka. Drżeli z zimna i niewyspania.

– Ale ziąb! – mruknął Dima, patrząc na kłęby pary wydobywające się z ust. – Bezchmurne niebo, faktycznie – spojrzał w górę.

– Minus trzynaście, Dima, jak telefon wskazuje – uzupełnił Mitia. – A odczuwalna minus dwadzieścia.

– Moim zdaniem co najmniej minus trzydzieści – zatelepał się Dima. – Podbiegnijmy.

Kebabownia czynna był rzeczywiście całą dobę i ciągle byli w niej klienci.

– Dwa kebaby z ostrym sosem poproszę – zamówił Dima, gdy przyszła na nich kolej.

– Barani? Drobiowy?

– E… – zawahał się Dima.

W ich ulubionej kebebowni w Toruniu nie było takiego wyboru.

– Ten lepszy – rzucił Mitia.

– Czyli barani – zagrzmiał właściciel. – A sos ostry, to jaki?

– No… ostry – wzruszył ramionami Mitia.

– Dla dzieci ostry jest i keczup – właściciel spojrzał na Mitię.

– Nie jestem dzieckiem – rzucił Mitia obrażony. – Jakiś porządnie ostry!

– W kolejności mamy Jalapeño, Tabasco, Piri Piri, Habanero i Naga Jolokia. Tej ostatniej to nie zjecie, nawet nie próbujcie.

– Nagą Jolkę chcę – rzucił Mitia.

– Nie zjesz, szkoda kasy – odparł właściciel.

– Zjem! – tupnął nogą Mitia.

– U mnie się jedzenia nie marnuje – oczy właściciela zalśniły czerwienią. – Nie zjesz, to ci na siłę wpakuję i popchnę paluchem, jak przy tuczeniu gęsi.

– A jak zjem sam z radością, to co?

– To wtedy tego i drugiego masz gratis – odparł rzucając na ladę gumową rękawiczkę.

– A to do czego? – zdziwił się Mitia. – Zamiast serwetki czy jak?

– Nie będę przecież wpychał ci do gardła kebaba gołą ręką. To niehigieniczne – zdrygnął się właściciel.

Mitia po chwili z radością chwycił gorącą bułkę. Wbił w nią zęby. Poczuł, jak ogień ogarnia jego wargi, dziąsła, język, policzki. Przechodzi na oczy, z których wyciska momentalnie strugi łez. Z rozpalonych do czerwoności uszu poleciał dym, mógłby przysiąc. Włosy stanęły mu dęba, najpierw te na głowie, po chwili na rękach i nogach. Żar ogarnął go całego. Wreszcie przestało być mu zimno. Przełknął pierwszy kęs i z radością wciągnął w płuca haust powietrza.

Mroźny powiew na chwilę przytłumił ogień, ale momentalnie rozgorzał nowy, z jeszcze większą mocą. Czuł, jak w płucach gorzeje ogień, wypalając wszelkie koronawirusy.

– Rewelacja – wyszeptał.

Przy drugim kęsie zrzucił z siebie kurtkę, bo było mu za gorąco. Płynny ogień już płynął w żyłach. Potem zrzucił sweter w bożonarodzeniowy wzorek. Potem koszulę w kratkę. Na koniec podkoszulek. Smętny dym poleciał z wypalających się włosów pod pachami.

– Genialny! – podsumował. – To co, mogę jeszcze jednego?

Właściciel wysunął się zza lady, czujnie oglądając uśmiechniętego Mitię.

– Czyżbym nie rozpoznał dżinna?

Nachylił się nad Mitią. Powąchał go. Polizał po szyi. Mitia uskoczył.

– Łapy przy sobie, zboku!

– Nie jesteś dżinnem! Nie smakujesz dżinnem, ani człowiekiem. Choć wyglądasz na dżinna… Wzrost masz taki iście tatarski… Kto ty jesteś?

– Polak mały – odparł automatycznie Mitia. – Czego ty chcesz ode mnie? Nie chcesz dać tego kebsa, którego obiecałeś, to nie, obejdzie się.

– Obiecałem, to dam. Dżinny nie łamią obietnic. Myślałem, że jesteś jednym z nas… – podrapał się po głowie. – Wiem! Pewnie was nie obrzezali, co? Dlatego moc jest ukryta!

– Co? – podrapał się po głowie Mitia.

– Nie wiesz, co to obrzezanie?

– Nie… – niepewnie odparł Mitia.

– To ja może nie będę sprawdzał – właściciel wycofał się za ladę. – W waszym kraju to nie uchodzi… Ale dałbym głowę, że nie jesteś do końca człowiekiem.

– Że co, że lubię ostre kebsy? Dużo ludzi lubi ostre – wzruszył ramionami Mitia.

- Mitia, przy obrzezaniu obcina się chłopakom siusiaka – wyszeptał Dima bratu do ucha. – Tak robią w krajach arabskich czarodziejów, którzy strzegą skarbów w sezamach! Taki czarodziej nazywa się eunuchem! Wiem, oglądałem program na Tok Toku!

Sprzedawca wydał się chłopcom jakiś dziwny. Nazywał ich tatarskimi ifrytami. Ale skoro można było spędzić czas przesiadki w kebabowni, zamiast na nieprzytulnym dworcu, pożerając do tego darmowe kebaby z piekielnie ostrym sosem… prosty rachunek. Dopiero parę minut po piątej opuścili lokal. W obu rękach trzymali świeże kebaby.

– Dla moich małych ifrytów na drogę, aby dobrze wspominali Ibrahima bin Ibrahim – pożegnał się z nimi właściciel lokalu, wciskając każdemu kolejne dwa kebaby obficie polane sosem Naga Jolokia.

Szli spokojnie. Nieliczni ludzie patrzyli się na nich ze zdziwieniem, czasem kręcąc kółka na czole. Gorąco ich rozpierało. Mimo mrozu szli goli od pasa w górę. Śnieg wokół nich topniał. Mijane latarnie uliczne i neony sklepowe trzaskały i gasły. W samochodach włączały się alarmy.

Doszli na dworzec. Pociąg, stary piętrus pamiętający czasy narodzin ich ojca, był już podstawiony. Weszli. Nikogo jeszcze nie było. Było gorąco. Zdjęli buty, skarpetki i długie spodnie. Zostali w samych szortach.

– Kto to widział tak grzać pusty pociąg! – skrytykował Dima. – A w szkole uczą o efekcie cieplarnianym, że się klimat zmienia!

Zasnęli, zanim pociąg ruszył.

Śnił im się maj w Tajlandii, gdzie matka ich zabrała, gdy dziewięcioletni Mitia zaczął narzekać, że inne dzieci mają Pierwszą Komunię i prezenty. Ciepły piasek, materac huśtający się na falach. Jakaś ręka wyłoniła się z morza i złapała każdego za ramię. Chłód ich ogarnął, mimo, że woda była ciepła.

– Pobudka, panowie! Stacja końcowa!

Otwarli oczy. Siedzieli w pociągu, rozebrani prawie do golasa. Ogrzewanie dawno ktoś wyłączył i zaczęli telepać się z zimna.

– Co się stało? – wymamrotał Mitia. – Kiedy ruszamy?

– Jutro o czwartej rano! – zagrzmiał głos nad jego uchem. – Stacja końcowa, wysiadamy!

Zerwali się jednocześnie.

– Mała Wieś Przy Drodze! – wrzasnął Dima. – Wysiadamy!

– Mała Wieś Przy Drodze była dwadzieścia kilometrów temu – mruknął stojący za nimi kolejarz. – Przespaliście. Tu są Budy Graniczne. Stacja końcowa. Ale do Całowań, Pieścideł czy Tumidaja stąd jest bliżej, ktoś was źle pokierował.

– My do Gołodupiec – W Ogrodach idziemy – odparł Mitia, wciągając koszulę. – Daleko to stąd?

– Na pewno do Gołodupiec? – konduktor spojrzał na nich z powątpiewaniem. – Latawce to się w Całowaniu, Pieścidłach i Tumidaju gnieżdżą.

– Nie jesteśmy żadne Latawce! My są Wujkowie, ja jestem Dima Wujek, a to mój młodszy i głupszy brat Mitia! I na pewno idziemy do Gołodupiec.

– Hujkowie? Niemożliwe... Zupełnie nie wyglądacie. Zresztą oni nie mają chłopców w tym wieku. Pewnie wy adoptowani?

– Dopiero się wprowadzamy – wyjaśnił grzecznie Mitia.

– To was z domu dziecka w podróż wysłali… – konduktor źle zinterpretował odpowiedź Mitii. – Po utuczeniu to będziecie wyglądali jak każdy z Hujków, w sam raz niewysocy jesteście, ale wasza ciemna skóra i czarne włosy! Wszystkie Hujki jak jeden to blondyni! Nie zdziwiłbym się, gdyby was odesłali z powrotem do domu dziecka… Ale teraz ubierajta się i zaczekajcie przy dworcowym kiblu na mnie, podrzucę was kawałek. Sierotom pomóc, dobry uczynek.

Odszedł kręcąc głową.

– Te miastowe takie głupie… – doleciało do chłopców jego ciche mamrotanie. – Jeśli to faktycznie nie są Latawce, to w Potworowie by ich… – więcej nie dosłyszeli.

– Dima, co teraz? – Mitia wolał się poradzić brata.

– Chyba dobry człowiek, podwiezie nas, nie będziemy musieli szukać stopa.

– A jeśli to kolejny pedofil?

– Przełóż nóż do buta, jak uczył tato – wyszeptał Dima. – Jakby co, to damy sobie radę.

Po chwili ubrani stosownie do trzaskającego mrozu czekali przed dworcowym szaletem. Parę minut później nieśpiesznie podszedł konduktor. Okutanego w kożuch i baranią czapę, niosącego dwa wypchane worki, ledwie chłopcy poznali.

– To ja was do Dwunastu Apostołów podrzucę, pod kościół, może być? – zagaił. – Wsiadajcie do Malucha.

Niewielki pojazd, zdecydowanie pamiętający lepsze czasy, przednie siedzenie pasażera miał wyjęte. Zamiast niego leżał worek cebuli. Konduktor rzucił na cebulę przyniesione worki.

– Zakupy żem szwagrowi w mieście zrobił – wskazał. – No, siadać na tył.

Mitia wsunął się na siedzenie za kierowcą, Dima obok. Tu mógł rozprostować nogi.

– Zapiąć pasy! – mruknął kolejarz, patrząc moszczących się na kanapie chłopaków. – Na pewno wy aby Latawcami nie jesteście?

– No nie, proszę pana, Dima Wujek, z Torunia.

– Z Torunia? – zdziwił się kolejarz, sprawnie wyjeżdżając spod dworca. – Aż z Piernikowa dzieciaki sobie znaleźli? Toż to w Sierotach i Bachorach pełno…

– Jedziemy odwiedzić naszą mateczkę chrzestną na Święta – pochwalił się Mitia. – Tata pokazał nam zdjęcia ze chrztu. To tutaj, w Dwunastu Apostołach byliśmy chrzczeni! Z Warszawy, z wojska przyjechał tu z nami. Był w mundurze na zdjęciu! Wtedy jeszcze tylko podporucznika.

– A, to pewnie w Budach Rządowych na jednostce był… Potem wyjechał, a dzieciaki do domu dziecka do Piernikowa trafiły – próbował domyślić się kolejarz.

Po drodze gawędził jeszcze o różnych sprawach kościelnych i parafialnych, których niezbyt rozumieli. Coś mówił o Adwencie, o Roratach, że idzie Niedziela Gaudete i farosz ku radości dzieciaków na różowo się ubierze. Mitia z Dimą kiwali głowami, bojąc się przyznać, że nie wiedzą, o czym mówi.

– To do jutra – pożegnał się z nimi, parkując pod kościołem w Dwunastu Apostołach.

– Do jutra? – zdziwił się Mitia.

– Zobaczymy się na Roratach – wyjaśnił kolejarz. – Na zmianę mam dopiero jutrzejszą nockę, to przecież Rorat nie opuszczę, nie godzi się!

– Tak, tak, do jutra – pożegnali się niepewnie chłopcy.

– A do kogo z Hujków wy idziecie? – zawołał jeszcze z ciekawości.

– Do Maliny Wozignojowej!

Zbladł.

– Do Maliny? Na pewno?

– Coś nie tak? – zapytał Mitia.

– Ależ nie! Złego słowa nie da się powiedzieć o Malinie! – przeżegnał się zabobonnie. – Ale może ja was z powrotem do sierocińca zawiozę?

– Damy sobie radę – odmachał mu Dima. – Dziękujemy za podwózkę!

Blady jak mąka kolejarz stał nieruchomo.

– Przecież gdy wiedźmę Jadwigę mój Jasiek z Gochą w piecu upiekli, to Malina publicznie przysięgała przed ołtarzem, że dzieci nie jadała, nie jada i jeść nie będzie… to na co jej te sieroty? – mamrotał cicho do siebie.

Ani Dima, ani Mitia na szczęście nie usłyszeli go. Milcząc wyszli za wieś.

Gdy minęli zieloną tablicę z napisem „Dwunastu Apostołów”, Dima obejrzał się lękliwie.

– Uff, nie idzie za nami – odezwał się po chwili. – Co on, myśli, że na jakieś Roraty przyjdziemy? O której on gadał, że to jest? O szóstej rano? Pogięło go? Może jeszcze na pieszo, sześć kilosów drałować w nocy, przy jakiejś latarce?

– Lampionie – poprawił go Mitia. – Gadał o jakichś lampionach, cokolwiek by to było.

– Prędzej kaktusa sobie w tyłek wsadzę, niż wstanę na jakieś Roraty! – warknął Dima.

– Ja też! – poparł go brat.

Zagrzmiało z jasnego nieba. Dwukrotnie, raz za razem. Aż się obejrzeli.

– Co to było?

– Pewnie strzelają na granicy – wzruszył ramionami Dima. – Albo w tej jednostce, w tych całych Budach Rządowych. Ciekawe, czy nasz ojciec tam służył…

– Tajemnica wojskowa – rzucił Mitia naśladując ton ojca.

Buchnęli śmiechem.

Śmiejąc się doszli do niebieskiej kapliczki. W środku nieudolnie rzeźbiona w drewnie kobieta trzymała na ręku gołego dzieciaka. Rzeźba naturalnej wielkości pomalowana było mocno pstrokato, co całkiem dobrze pasowało do plastikowych kwiatów, oplatających kapliczkę niczym łańcuch choinkowy.

– Brak zasięgu – Mitia wyciągnął komórkę z kieszeni. – Dima, jak my teraz znajdziemy mateczkę?

– Analogowo, Mitia. To ta kapliczka na rozstajach, przy drodze na Kozie Doły – Dima wskazał na skrzyżowanie, podciągając opadające mu spodnie. – Gdzieś tu musi mieszkać nasza mateczka chrzestna. Spytajmy się gdzieś…

Podeszli do najbliższego gospodarstwa. Zza niebieskiego sztachetowego płotu widać było drewnianą chałupę. Pomalowana w biało-czerwone pasy, z niebieskimi okiennicami i drzwiami, sprawiała dobre wrażenie. Z komina unosił się dym. Podeszli bliżej.

Otwarły się drzwi i wyszedł mężczyzna w sile wieku. Podszedł do płota. Rozpiął rozporek, wyciągnął penisa i zaczął sikać. Spodnie opadły mu całkiem na ziemię. Mitia odskoczył, aby nie zostać obryzgany.

– Szukacie tu czegoś, hę? – zagadnął ich przyjaźnie. – Latawicę byście jaką przysłali, to bym rozumiał, he he. U mnie dziewuch nie ma, a ja taki nienowoczesny jestem i chłopców nie ciumciam, jak to w telewizornii mówią, że modne. Czego to Latawce szukają u mnie, hę?

– Idziemy do mateczki Maliny – wyjaśnił Dima.

– Wozignojowej – dodał Mitia.

Mężczyzna przeżegnał się trzykrotnie. Obejrzał na dwie strony, splunął przez lewe ramię.

– Nawet tego imienia nie wymawiajcie, bo może usłyszeć! Wam się pewnie pomyliło, chcecie Jeżynę? Niby ona młoda żona, ale kto wie, jak tam jej się z sołtysem układa… Latawców dwóch zamówiła, co? To sołtys już nie daje rady? A może wy do babki jej, Kaliny? Niby staruszka, ale ogień ją nosi…

– Nie, proszę pana, do wdowy po sołtysie, Maliny. Mieszka w największym domu we wsi – odparł Dima zirytowany.

– Wiedźma poślubiła sołtysica, Kolię, to fakt, ale o sołtysem nigdy nie był. Nie przeżył swego ojca. Z taką wiedźmą to nie dziwota. A sama wiedźma to mieszka tamoj, o – machnął ręką w jedną stronę. – Tą krętą drogą cały czas, aż będzie wzgórek z cmentarzem. A za cmentarzem chałupa, to jej. Nie sposób się pomylić!

– Dziękujemy! Do widzenia! – odparł grzecznie Dima, obracając się we wskazanym kierunku.

– A zaczekajcie jeszcze chwilę, hę! – zawołał mężczyzna.

Chyba nie zauważył, że mu spodnie i gacie opadły podczas sikania, bo ze zwisającymi luzem klejnotami poczłapał do chałupy i szybko wrócił.

– Macie to butelkę samogonu na drogę – rzekł, wciskając im butelkę z żółtawym płynem. – Moja śliwowica, osiemdziesiąt stopni jak najmniej! No, wieźcie, a jakby was wiedźma pytała, to powiedzcie, że Wania, co mieszka przy kapliczce, to był usłużny i pomocny, i że złego słowa o niej nie powiedział! No, weźcie!

Chwycili butelkę i oddalili się szybkim tempem.

– Miki, jacyś dziwni ludzie tu mieszkają – skomentował Dima.

– Ale mili – odparł Mitia. – Kolejarz nas podwiózł. Wania, czy Frania, jak mu tam było, dał prezent. A tak w ogóle, co to jest?

Odkręcił butelkę i łyknął. Zamarł na chwilę i zaczął ostro wciągać powietrze.

– Dima, ale to mocne – rzekł po chwili. – Pali bardziej niż ta whisky, co ją ostatnio matce podciągnęliśmy.

– Dawaj, Mitia! – brat wyrwał mu butelkę z ręki.

Łyknął dużo ostrożniej.

– Mniamuśne – ocenił. – Ma kopa. Lepsze od whisky! I czuć śliwki!

Ostrożnie sącząc małe łyczki z butelki, co chwilę podciągając opadające im portki, wędrowali krętą błotnistą drogą wzdłuż strumienia. Droga raz po raz przecinała strugę. W większości miejsc był kamienny mostek czy choćby drewniana kładka, ale zdarzało się, że trzeba było skakać lub brodzić po wodzie. Parędziesiąt metrów od drogi i strugi porozrzucane były pojedyncze domostwa, drewniane, zarośnięte często bluszczem czy czymś takim. Chłopcy nie za bardzo rozróżniali, zresztą było daleko i utrzymywała się mgła. Pomiędzy drzewami rozlewały się mniejsze i większe oczka wodna, znad których unosiły się opary. Czasem na powierzchni bajorka pękał bąbel gazu, rozsiewając przykre aromaty siarki i zgnilizny.

Wreszcie grunt zaczął się podnosić z jednej strony. Ujrzeli rzędy pochylonych, drewnianych krzyży i groby ułożone z polnych kamieni. Droga otaczała cmentarz prawej strony, wychodząc na starą, niewielką, drewnianą chatę, obsadzoną luźno różnymi drzewkami i krzewami. Lichy płotek otaczał ją szeroko wokół, sięgając aż pod cmentarz.

– To nie wygląda na największy dom we wsi – mruknął Mitia.

Drzwi się otwarły i wyszła staruszka. Niezbyt wysoka, przysadzista, okutana w wełniane chusty.

– Hę? Latawce tutaj? Czego chcą? Do chyży niech nie podchodzą, bo bzem i jarzębiną obsadzona, aby który nie płakał potem! – zabrzmiał ten sam głos, który słyszeli wczoraj w smartfonie.

– Babcia Malina? – zdziwił się Dima.

– Tylko nie babcia, co? – wrzasnęła staruszka. – Ja ci dam babcię! Przychodzi taki latawiec nieproszony i obraża ludzi! Osiemdziesiąt cztery zimy ledwo mam, nie? Młoda jeszcze jestem! Czego chce? A najlepiej niech się wynosi, bo solą egzorcyzmowaną posypię!

– Czy pani… to nasza mateczka chrzestna? – wyjąkał Dima. – Ja jestem Dima Wujek, a to mój brat Mitia. Szukamy pani Maliny…

– Dima? Mitia? – przerwała mu babuleńka. – Toż to wy zupełnie jak latawce wyglądacie! Czarne to jak noc, chude i patykowate, nie ma tyłeczka tłustego… To przy laniu będę musiała okulary zakładać, albo ten, no, mikroskop brać, co by w zadek rzemieniem trafić! Wchodźcie, wchodźcie, wczoraj na was czekałam, już myślałam, że ten ojciec wasz coś się rozmyślił…

– Takie połączenia koleją, mateczko – odparł grzecznie Mitia, zaniepokojony fragmentem dotyczącym lania. – Od wczorajszego południa jedziemy pociągami. A ostatni kawałek to nas taki miły pan samochodem podwiózł. Pod kościół w Dwunastu Apostołach. A stamtąd pieszo. I potem nas taki miły pan Frania pokierował.

– A, to pewnie Ludwik, szwagier farosza, wracał był z kolei. Nietutejszy, ale dobry chłop, jakich mało. A żonę ma jeszcze lepszą. Ino dzieci nie mają, wilkołak mu w dzieciństwie odgryzł, czego nie powinien. A Wania to ciota, jaja ma mniejsze niż Ludwik, który ich nie ma. Ale zacny bimber ze śliwek pędzi. Ale wchodźcie, wchodźcie – wskazała na furtkę zarośnięta pnącą różą. – Zmęczone pewnie są, to coś zjedzą i się wyśpią, dzień krótki, a w Wieczorku mus uczestniczyć. Za co się przebiorą?

– Że co? – Dima niepewnie podszedł do furtki, ale kolczaste pędy jakby same go omijały.

Bez problemów przeszedł też Mitia. Chłopak był prawie pewien, że gałązki z kolcami same rozsunęły się przed jego głową. Prawie pewien, bo ze zmęczenia zasypiał na stojąco.

– Buty ściągać przed progiem, abyście błota do chyży nie nawnosili! Zamiatałam! – rzuciła, zanim otwarła drzwi.

Posłusznie ściągnęli buty, wchodząc do środka w samych skarpetkach.

– No, Wieczorek, dziś wieczorem – rzuciła mateczka, wchodząc do sieni. – Adwent jest, nie? Nie mów, że u was nie gromadzicie się na Wieczorkach!

– Nie? – zaryzykował cichą odpowiedź Mitia.

– Ach, miastowe! – machnęła ręką babuszka. – Nie wiedzą, co dobre. Ale jeść, to jecie jak ludzie, czy jak miastowe, bułeczki z Nutellą i soczki?

Spojrzeli na siebie. Podstawą diety u Dimy były kebaby i bułki z Nutellą. A u Mitii kebaby i koktajle owocowe.

– Ech, widzę, że miastowe. Trudno, nauczę was, co dobre. Siadać! – babcia wskazała stół pod oknem.

Siedli zatrwożeni. Nad głowami wisiały im deski kolorowo malowane z różnymi postaciami. Ozdobione były haftowanymi szalami i suszonymi kwiatami.

Rozejrzeli się po izbie. W jednym rogu malowanego na niebiesko pokoju stał stół, przy którym siedli. Przy ścianach ciągnęły się szerokie ławy. Pod nimi było widać upchane kosze i kufry. Po drugiej stronie stołu stały zwykłe zydle na trzech nogach. Naprzeciw pysznił się piec. Wielki, murowany, pobielony. Przy nim krzątała się mateczka Malina.

Na belkach podtrzymujących niski deskowy sufit powieszone były warkocze czosnku, cebuli i różnych ziół. Na wolnych ścianach powieszone były talerze i rozmaite garnki. Rude, zardzewiałe, jak pomyślał Mitia. Miedziane, wypolerowane, jak ocenił Dima.

Malina podstawiła im pod nos dwa wielkie talerze z dziwnymi jasnymi kiełbaskami i kubki z jakby jogurtem.

– Co to jest? – zaryzykował pytanie Mitia.

– Kiszka ziemniaczana – odparła Malina. – I zsiadłe mleko. Od własnych kóz, możecie pić bez obaw.

Dziwne danie okazało się nad pozór dobre. Wsunęli wszystko. Malina wskazała im piec. Na górce było urządzone posłanie.

– Tam się teraz połóżcie. Ale nie myślcie, że będziecie tam zawsze spali! Zapiecek należy do mnie! – usłyszeli zasypiając.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (3)

  • rozwiazanie 8 miesięcy temu
    Potrafisz wywołać w opowiadaniach swoisty klimat, przez co fajnie się brnie przez akcję.
  • Domenico Perché 8 miesięcy temu
    Dziękuję.

    Chciałbym tutaj wywołać klimat trochę sielski, trochę rubaszny, na pewno nic, co kwafiliflkowałoby się do "high fantasy" :-)
  • Domenico Perché 8 miesięcy temu
    Trochę nazwy własne pozmieniałem.

    Zawiedzionych odsyłam do mateczki Maliny. Tylko namalujcie najpierw ładne "100" na dłoni.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania