Gołodupce - O tym, jak Mitia i Dima wstają w nocy na Roraty…

Piąty dzień z rzędu nie mogli wyjść z lasu na Roraty, czymkolwiek by one nie były. Olbrzymia śnieżyca opanowała cały świat poza lasem w Gołodupcach – Bosonogach, a przynamniej okolice ich lasu. Próbowali wyjść od strony kapliczki, a nawet raz przeszli przez Zgniłe Bagno. Nic, tylko śnieżyca. Za to po powrocie ciągle znajdowali rozmaite kaktusy porozstawiane w nieoczekiwanych miejscach, na ławach, stołkach, zydlach, nawet na łóżku i na zapiecku, wszędzie, gdzie planowali usiąść.

– Życzeniu nie stało się zadość – orzekła w pewnym momencie mateczka. – To magiczna śnieżyca, nie wypuści nas, dopóki nie zrealizujecie swojego Życzenia.

– Ciągle siadam na jakimś kaktusie – rzucił płacząc Mitia. – Co mam jeszcze zrobić?

– Widocznie nie chodzi o to, aby siąść na kaktusie – odparła Malina. – Co dokładnie wtedy powiedziałeś?

– Ja tylko potaknąłem Dimie, że ja też – rzucił płacząc Mitia. – To było coś o siadaniu na kaktusie… Nie wiem, nie zwracałem uwagi.

– Dima, musisz sobie przypomnieć – powiedziała twardo mateczka. – Bez tego nie wyjdziemy.

– Nie wierzę w przesądy! – warknął Dima. – To zwykłe załamanie pogody, zima idzie, białe święta i tak dalej! A na pewno nie będę sobie wkładał w tyłek kaktusa!

– Tak dokładnie powiedziałeś? Że sam sobie włożysz? – upewniła się mateczka.

– To nie ma żadnego znaczenia! – wrzasnął Dima.

– Naprawdę? – zapytała się Malina, udając zdziwienie. – To skąd ta cała kolekcja kaktusów?

– Jaka kolekcja?

Malina bez słowa pokazała im stojące na ławach kaktusy.

– Ktoś to przyniósł… – odparł niepewnie Dima.

– Kto? Kiedy? Widziałeś kogoś wchodzącego? – dociekała mateczka.

– Godzinę temu byłem w wygódce. To pewnie wtedy – wzruszył ramionami Dima. – Wszystko da się wytłumaczyć naukowo.

– Godzinę temu tego tu nie było! – wrzasnął Mitia. – Nawet pięć minut temu nie było! Tu siedziałem! – wskazał miejsce na ławie za stołem. – A teraz tu stoi… – policzył dokładnie – sześćdziesiąt dziewięć różnych kaktusów!

– Przypadek – wzruszył ramionami Dima.

– To teraz przypadkiem wsadzę ci je wszystkie w dupę! – wrzasnął na brata Mitia.

– I uważasz, że to pomoże na śnieżycę? – zaśmiał się Dima. – Niemożliwe!

– Niemożliwe, masz rację – nieoczekiwanie poparła go Malina.

– A widzisz! – Dima wystawił bratu język.

– Niemożliwe, bo Życzenie może odwołać tylko jego dokładne zrealizowanie. Nic nie da, jeśli ci Mitia wsadzi nawet wszystkie kaktusy w tyłek. Sam musisz!

– Bzdura! – westchnął Dima. – To jakieś bajania! Brakuje wam naukowego myślenia! Logiki!

Przez trzy kolejne dni nic Dimie nie dało naukowe myślenie i logika. Z lasu, porastającego bagienka Gołodupiec – Bosychnóg, nie dało się wyjść. Poza ścianą drzew szalała śnieżyca. Naukowe myślenie nie wyjaśniało także, w jaki sposób w chałupie przybywa kaktusów. Co chwilę wynosili kolejne doniczki z kłującymi roślinami do stodoły, a i tak w żadnej izbie nie było można się poruszyć bez obawy o ukłucie.

– Dima! – jęknął Mitia, gdy wyniósł do stodółki kolejne czterdzieści doniczek. – Proszę! Daj się namówić!

– Ty jakoś nie planujesz tego zrobić, nie? – wytknął mu Dima. – Sam w to nie wierzysz!

– Wierzę! Ale bez ciebie to nie ma sensu!

– To w ogóle jest bez sensu! – wytknął mu Dima. – To sprzeczne z rozumem!

– Udowodnij!

– Niby jak?

– Wsadź sobie kaktusa i zobaczymy, czy minie śnieżyca!

– To nie tak działa nauka!

Dima dał się ubłagać, gdy przed snem musieli oczyścić łóżko z doniczek z kaktusami. Było pewne, że do alkierza nikt w czasie kolacji nie mógł wejść, a na zasłanym łóżku pojawiło się sto trzynaście doniczek z kaktusami.

– No dobra – zadecydował Dima – udowodnię ci, że to bez sensu. Wybierz sobie kaktusa, ja sobie wybiorę, a resztę do stodoły!

Wspólnie z Mikołajem wynieśli nadmiarowe kaktusy. Zamknęli się w alkierzu.

Malina im nie przeszkadzała. To był dla niej pracowity wieczór i zapowiadała się pracowita noc. Ponad osiemset doniczek wynieść do lamusa. Większość kaktusów poszła na kompost, część, głównie rozmaite opuncje, odstały kozy do zjedzenia. Kozioł Sierioża sam sobie wybrał kaktusy, które chciał zeżreć. Malina nie protestowała, Sierioża był magicznie uzdolniony nie mniej od niej, choć w inny sposób. Sam wiedział, co może zeżreć. A z części kaktusów, tych rzadszych, porobiła nalewki. Ponad sto nowych słojów tej nocy powędrowało na półki w komorze.

– Chcecie robić to przy świeczce, czy po ciemku? – zapytał Mikołaj.

– Przy świecy, aby było wiadomo, że nikt nie oszukuje – zaproponował Mitia, patrząc spod łba na brata.

– No co, zgodziłem się! – westchnął Dima, mając nadzieję, że w ciemności uda mu się oszukać i uniknąć hańbiącego i bolesnego czynu.

Złapali kaktusy. Z rozpędem machnęli doniczkami.

– Ałaaaa! – rozległ się wspólny płacz bliźniaków.

Mikołaj litościwie zdmuchnął świeczkę. Doniczki z okrwawionymi roślinami rzucili na podłogę. Płacząc zakopali się pod kołdrę. Nawet nie wiedzieli, kiedy zasnęli.

– Chłopcy! Pobudka! – obudził ich wesoły głos Maliny. – Wstajemy na Roraty! Już czwarta!

– Mateczko! Litości! – jęknął z zamkniętymi oczami Mitia. – Pupa mnie po tym kaktusie boli! Pewnie śnieżyca jeszcze się nie skończyła…

– Jaka śnieżyca? – zdziwiła się mateczka.

– No ta, co od ośmiu dni szaleje poza lasem – dodał Dima. – Co ją niby nazywacie magiczną!

– Co ty bredzisz? – zdziwił się Mikołaj. – Wczoraj przyjechaliście dopiero. Jaka śnieżyca?

– Przecież nie mogliśmy opuścić lasu, bo sypał śnieg! – upierał się Dima. – Przez całe osiem dni!

– Coś ci się śniło, kochanie – westchnęła Malina. – Wstańcie, ubierzcie się, ja zrobię gorącą kawę i kawałek sera na drogę ukroję.

Wyszła z alkierza do izby. Wypiła piątą kawę.

Dima rozejrzał się za swoimi gaciami. Spodziewał się znaleźć je gdzieś pod ścianą, gdzie je rzucił spod pierzyny wieczorem. Gacie jednakże, razem ze spodniami i koszulą były starannie złożone na jednym z trzech zydelków stojących pod ścianą alkierza. Na dwóch pozostałych leżały równie starannie poskładane ubrania jego brata i kuzyna.

– Przysiągłbym, że ciuchy rzuciłem na podłogę – mruknął.

– Ja rzuciłem na pewno – dodał Mitia, z trudem wstając z łóżka. – I na pewno miałem bokserki z Myszką Miki, a tu leżą czyste z Kaczorem Donaldem. W tych z Myszką Miki jechałem na pewno pociągiem, a potem… jakie ja gacie nosiłem przez osiem dni?

– Wczoraj przyjechałeś. Brudy są w koszu na pranie. Twoje gacie z Myszką Miki też – wzruszył ramionami Mikołaj, wskazują spory wiklinowy kosz, stojący w kącie. – Tu się dba o porządek.

– Miki, to trochę… zawstydzające – mruknął Mitia. – Nie musisz za nas sprzątać…

– To was będzie kosztowało – zastanowił się – pewnie coś koło wielkiej Milki i słoja miodu raz na tydzień.

– Dobry interes – wzruszył ramionami Dima.

– Trochę tak głupio – mruknął Mitia.

– Takie są tu zwyczaje – wzruszył ramionami Mikołaj. – Chodźcie, bo babcia się zdenerwuje, że ciągle śpimy.

– No, jesteście – mruknęła Malina, widząc ich wchodzących do izby. – A już miałam nadzieję, że trzeba was będzie rzemieniem wyganiać z łóżka. Jak powiadają, lanie z rana jak śmietana…

– Nie, nie, my nie mamy problemów ze wstawaniem – zapewnił szybko Mitia.

– Kawa z miodem dla każdego – Malina wręczyła chłopcom po sporym emaliowanym kubku z czarną cieczą – i kawałek sera – w drugą rękę wetknęła im coś przypominającego oscypka. – Powinien być dobry, stara Tania z Suchego Gruntu przyniosła w zamian za maść na hemoroidy.

– Dobre – ocenił skromnie Dima.

– Zajefajny serek! – skomentował Mitia. – Gdzie go sprzedają?

– To domowy wyrób, tutaj mało kto kupuje gotowe – odparła Malina. – Ludzie sami pieką chleby, robią wędliny, sery. Potem handlują tym między sobą albo dają w prezencie, jak to na wsi… No, już, wychodzimy na Roraty!

– Śnieżyca ciągle pewnie trwa… – mruknął Dima.

– To ci się tylko śniło! – odparł Mikołaj.

– To tylko zły sen – potwierdziła Malina.

– Mi się śniło to samo – zauważył niepewnie Mitia.

– Jesteście braćmi, bliźniakami, to nic dziwnego, że śnicie to samo – wzruszyła ramionami Malina. – No, już, wychodzimy!

Średnia ocena: 3.4  Głosów: 5

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (4)

  • Domenico Perché pół roku temu
    UWAGA - Zmieniłem imiona głównych bohaterów, Mam nadzieję, że po raz ostatni.

    I parę drobnych szczegółów, jeśli ktoś chce, to może na nowo przeczytać.

    Dima (wcześniej Franek) już nie jest wysoki na ponad dwa metry. I parę drobnych innych szczegółów się pozmieniało.
  • yanko wojownik 1125 pół roku temu
    Wpadaj na pitolenie https://www.opowi.pl/forum/pitolenie-97-poetyckie-w1455/ , raczej jesteś świrem, więc się nadajesz jak najbardziej, zwyczajni porządni i o podwyższonej moralności omijają, a potem źle piszą o jak tu: https://podobnestrony.pl/do/opowi.pl
  • SwanSong pół roku temu
    Za dużo didaskaliów.
  • Domenico Perché pół roku temu
    Niezbyt rozumiem, co masz na myśli pisząc "didaskalia". Ja znam to pojęcie tylko z dramatów, a to jest proza.

    Słownik Języka Polskiego PWN i Wikipedia niezbyt pomagają.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania