Gołodupce - O tym, jak wygląda wnętrze chałupy wiedźmy Maliny

- No dobra, pokazać łapę. Co wam tam farosz napisał? – zażądała Malina.

Wyciągnęli posłusznie prawe dłonie.

- Co? Różaniec? – oklapła na ławę. – No, ja złego słowa o naszym faroszu nie powiem, co to to nie, ale świętej pamięci Srogicz, to był farosz! Jak chłopaki ze spowiedzi wracali, to żaden nie miał mniej jak pięćdziesiąt napisane! Jak potem płakali, gdy ojciec łoił skórę! A teraz co! Różaniec! Ja już nawet do papieża pisałam, czy to naprawdę prawdziwy ksiundz jest, a nie przebieraniec! Ale pisze, że prawdziwy, i że teraz pokuta to nie musi być lanie rzemieniem po gołym tyłku, tylko modlitwa, albo jakie inne dobre uczynki – westchnęła.

- Mateczka z papieżem Franciszkiem pisuje? – zdumiał się Dima.

- A nie, to jeszcze za tego Niemca było! Po argentyńsku to ja nie umiem, to nie piszę. Dobry papież ten Niemiec był, błogosławieństwo mi wysłał, o tu wisi, zobaczcie – wskazała na rząd świętych obrazów nad stołem.

Pomiędzy rzędem drewnianych ikon i malowanych na szkle świętych wisiał faktycznie ozdobny dokument ze zdjęciem papieża, wypisany dziwnymi literami.

- A to po jakiemu? – zdziwił się Mitia.

- A po naszemu – odparła mateczka. – Tak się tu pisało zawsze w cerkwi i tak napisałam list, i papież uczony, też tak odpisał. A teraz wy młodzi po nowemu piszecie i starych liter was nie uczą… no, poza naszą szkołą, bo tu nauka jest porządna, są i stare cerkiewne litery, i nowe polskie litery. I ruskie litery też.

Wreszcie mieli czas obejrzeć dokładnie chatę. Główna izba była przestronna, a wrażenie potęgował brak mebli stojących na podłodze. Jedynie wielki piec po jednej stronie, i stół po drugiej zajmowały przestrzeń. Dookoła pomalowanych na niebiesko ścian ciągnęły się szerokie ławy, pod które wepchnięte były kosze, kufry i stołki. Z belkowanego sufitu zwieszały się liczne zioła, wianki cebuli, czosnku, ususzonej papryki. Na ścianach porozwieszana były rozmaite naczynia.

- Mateczko, a ta podłoga, to co to jest za wykładzina? -zapytał nieśmiało Mitia. – Taka fajna, żółta.

- Dziecko, toż to klepisko! Co rok odnawiamy świeżą gliną, najlepsza już na Zgniłym Bagnie. I tylko tam jest żółciutka, więc tak poznasz dobrą gospodynię, po żółtej podłodze! Bogaci, oczywiście, budują podłogi z desek, na legarach, ale czy ja wiem, czy to dobre? Szczury potem pod tym biegają…

Przeszli do sieni. Mateczka pokazała im, gdzie wisi balia do kąpieli i cebrzyki na wodę, gdzie siekiera i topór do rąbania drewna.

- Potem wam Sierioża pokaże, jak łupać, aby nałupać, a się nie zmęczyć – dopowiedziała, odwieszając ciężki topór na ścianę.

Przeszli do maleńkiej obórki. Po prawej stronie była zagroda dla kozy, po lewej grzędy dla kur.

- Kozieł sobie sam wychodzi i wchodzi, kiedy chce, więc tych drzwi się nie zamyka. A i kury też same wychodzą tędy – pokazała otwór w ścianie – więc wystarczy żreć dawać i jajka zbierać.

Dalej przeszli do niewielkiej stodółki. Pustawej, bo Malina gospodarstwa nie prowadziła. Zamiast siana stały pod końcową ścianą regały zastawione słojami i koszami.

- Czasem jakieś drobne przetwory zrobię – machnęła ręką Malina – aby w domu co było do zjedzenia.

Dima próbował policzyć słoiki.

- Ze dwa lata można przeżyć na samych kompotach i kiszonych ogórkach z tych słoi – szepnął Mitii.

- To są konserwowe ogórki! – Malina miała dobry słuch. – Królewskie, z musztardą, z miodem, z gorczycą i z kari. I korniszony! Kiszone ogórki są w beczkach!

- Trzy lata, jak nic – mruknął Dima.

Wrócili do sieni.

- A te drzwi? – wskazał Mitia na niewielkie drzwiczki naprzeciwko wejścia do chaty.

- A tam komora. Same wiedźmie rzeczy tam trzymam, więc niech was ręka boska broni, aby który tam wszedł! Blekoty! Eliksiry! Przeklęte przedmioty! Nic, co byście mogli dotykać!

- Bajki – szepnął niezwykle cicho Dima.

- Czy to nie jest niebezpiecznie, tak trzymać takie rzeczy w domu? – zapytał rozsądnie Mitia. – A jeśli ktoś przez przypadek wejdzie?

- Drzwi są zabezpieczone czarami, żaden człowiek ich nie przekroczy bez mojej zgody!

- Nie wierzę w czary. Co za problem tu wejść? – Dima podszedł do drzwi.

Pchnął. Silniej. Ramieniem.

- Może trzeba ciągnąć? – zaśmiał się Mitia.

- Klamki nie ma, to tylko pchać – odparł Dima, ale próbował pociągnąć.

Malina ze śmiechem obserwowała poczynania chrześniaka. Wreszcie podeszła do drzwi i otworzyła je jednym palcem. Weszła do środka. Mitia z daleka patrzył się zdziwiony. Po otwarciu drzwi widział sad, zasadzony po drugiej stronie domu i wygódkę, która tam stała. Malina wchodząc zniknęła bez śladu.

- Mateczko! Gdzie jesteś? – zawołał wystraszony.

Przebiegł przez otwarte drzwi. Znalazł się na zewnątrz domu, tuż przed wygódką. Za nim pojawił się Dima.

- E, to tylko tylne drzwi z sieni – ocenił. – A już myślałem, że coś ukrywa…

Rozejrzeli się dookoła. Nigdzie mateczki nie było widać.

- Gdzie ona zniknęła?

- W wygódce jest – Dima wskazał najprostsze rozwiązanie.

Wygódka jednakże okazała się być pustą. Rozejrzeli się wokół, obiegli najbliższe drzewa i wrócili do sieni. Tuż za ich plecami pojawiła się mateczka Malina z niedużym workiem w ręku.

- Co, mówiłam, że są zabezpieczone? Nie wejdziecie do mojej wiedźmiej komory?

- To po prostu drzwi na zewnątrz – wzruszył ramionami Dima.

- Naprawdę? – zapytała Malina, dając krok w tył.

Zniknęła z oczy bliźniaków. Krok w przód i była w sieni.

- Ale magia! – jęknął Mitia.

- Sztuczki iluzjonistyczne. To wszystko ma naukowe wytłumaczenie – odparł pewnie Dima.

- Niby jakie?

- Jeszcze tego nie wiem.

- Mateczko, skoro tamtędy wyjdziemy na zewnątrz, a nie do komory, to czemu nam zabraniasz wchodzić do niej? – Mitia dostrzegł niekonsekwencję w opowieści Maliny.

- Brawo młody! – Dima poklepał bliźniaka po plecach. – Będą jeszcze z ciebie ludzie! Sprzeczność logiczna dowodzi fałszu!

- Bo te drzwi są zabezpieczone przed ludźmi, a nie przed wami – odparła Malina. – Idę zrobić herbatę z malin, macie ochotę?

- Normalnie powinienem czuć się obrażony – mruknął Dima.

- Przed ludźmi, a nie przed nami? – zastanowił się Mitia. – Mateczko, gdy czochrałem bobra, on mi powiedział, że jestem półdemonem. Czy to prawda?

- Rozmawiasz z wackiem? – zaśmiał się Dima.

- On ma na imię Wacek? – zdziwił się Mitia.

- No a jak? Młody, tu jesteś głupszy, niż ustawa przewiduje – westchnął Dima.

- Półdemonem, też coś… - mruczała pod nosem Malina. – Półdemonem to była twoja babka, w tobie jest jedynie ósma część ludzkiej krwi…

Mitia tego nie słyszał, wyszedł z chaty frontowymi drzwiami, kierując się nad rzeczkę. A Dima nie zwracał uwagi na mruczenia babki, którą uważał za chorą na starość.

Mitia doszedł nad rzeczkę.

- Panie Bobrze! Panie Bobrze! Wacku! – zawołał przyciszonym głosem.

Przez chwilę nic się nie działo. Nagle woda przy brzegu się zmąciła, zafalowała i głowę wystawił Bóbr.

- Byliśmy umówieni na czochranie wieczorem, czyż nie? – zapytał zdziwiony. – Buduję sobie żeremię.

- Czy to prawda, że ma pan na imię Wacek? Tak mówił Dima.

- Nie znam go – odparł Bóbr niechętnie. – A na imię mam Wacław. Wolałbym, abyś mówił mi Panie Bobrze, albo Panie Wacławie. Wacek… tak mówił tylko mój ojciec, i to wtedy, gdy coś przeskrobałem i szykowało się lanie ogona – dodał niechętnie.

- Panie Wacławie, to brzmi tak sztucznie… - odpowiedział Mitia.

- To może Wacuś? Wacenty? Wacusiek? Najbardziej lubię formę Wacunio, ale inne bobry nie chciały jej używać.

- Ja chętnie będę mówił Wacunio! – zapewnił energicznie Mitia.

- No dobrze – pokiwał głową Bóbr. – To poczochraj mnie trochę i wracam do pracy.

Ledwie Mitia wyczochrał Bobra pod prawym uchem i zabrał się za lewe, gdy usłyszał wołanie mateczki.

- Mitia! Herbatka malinowa czeka!

- Wacuniu, muszę iść – szepnął.

- Nic, co dobre, nie trwa wiecznie – odparł Bóbr. – Przyjdziesz wieczorem?

- Jasne, Wacuniu! Pamiętam! Chcesz być królem niczym kobra…

- To codziennie czochraj Bobra – dopowiedział Wacunio, zanurzając się w rzece.

Mitia wrócił spokojnie do chaty.

- Gdzieś ty polazł?

- Byłem poczochrać bobra – wzruszył ramionami.

- Teraz? – zdziwił się Dima.

- Czego się nie robi, aby Wacunio był zadowolony – westchnął Mitia.

Zupełnie nie rozumiał obrzydzenia, jakie dostrzegł w oczach brata.

Spokojnie pił herbatkę malinową, przekąszając piernikiem marchewkowym.

- Dobre ciasto, mateczko – pochwalił.

- No ba! – Malina znała swoje umiejętności. – Z marchewki najlepszy jest piernik i keks. Pojedli? To idziemy dalej, teraz obejrzymy gospodarstwo.

- I alkierz, gdzie śpimy – dodał Mitia. – Za jasności tam jeszcze nie byłem.

- Co może być ciekawego w alkierzu, głupku? Pusty pokój i jedno łóżko – wzruszył ramionami Dima.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (2)

  • Dekaos Dondi 3 tygodnie temu
    Domenico Perche😊↔Zaiste swoisty styl masz, niewątpliwie. I słownictwo i zakręcone, jak zwariowany kran:)
    A nawet w pewnej chwili, z "Opowieściami z Narnii" miałem skojarzenie, z tymi drzwiami itp... :)
    Pozdrawiam:)↔%
    😊
  • Domenico Perché 3 tygodnie temu
    Dziękuję. Odniesień do Opowieści z Narni jest parę, faktycznie.

    Szczęśliwego Nowego!
    .

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania