Gołodupce - O tym, jak Mitia i Dima poznają tożsamość Świętego Mikołaja

Mitia, Dima i Mikołaj grali w dupniaka. Ich ulubiona zabawa. Najfajniej się bawiło, gdy byli jeszcze inni kumple. Tym razem przyszli Piotr i Andrzej Kowalscy oraz Jerzy Kwiatkowski. Ich ojcowie razem służyli w jednej jednostce.

Teraz spokojnie w kuchni domu Krótkich urzędowali przy wódeczce i kaszance, a chłopcy mieli cały wielki salon dla siebie. Na szczęście zupełnym przypadkiem mama Mikołaja zabrała jego siostrę do kina.

Obecność rok starszej Ani zdecydowanie przeszkadzała przy dupniaku. Ania była dziewczyną!

Nie przeszkadzało im, że ojcowie się patrzą. To w końcu oni ich tej zabawy nauczyli. A dupniak miał swoje twarde zasady. Zero oszukiwania. Solidny pas. Goła dupa. Zabawę kończyli dopiero, gdy któryś z bólu się rozryczał i nie chciał się bawić dalej. Zazwyczaj był to najmłodszy, Mikołaj. Nigdy nie potrafił odgadnąć, czy uderzył go Dima czy Mitia.

– Ja nie chcę się bawić z nimi! Nie pójdę na wieczorek! Znowu przegram! – Mikołaj zaczął jęczeć.

Mitia otwarł oczy. Spojrzał na Mikołaja. Pierwszy raz widział go w takiej bluzie. Nietypowy krój, luźna, do kolan, przewiązana w pasie. Był boso, ale to normalne, nigdy rodzice nie mogli się doprosić o założenie kapci. „Jakąś nową mu bluzę ojciec musiał przywieźć, może z Iranu? Szkoda, że nasz nigdy żadnej pamiątki nie przywiózł" – pomyślał. – „To nasze ostatnie spotkanie na dupniaku, za pół roku jego ojciec wejdzie na minę, a po pogrzebie wyprowadzą się pod Warszawę".

Rozejrzał się wokół. Ściana zmieniła barwę na niebieską. Zeskoczył z pieca wprost na żółtą podłogę. „Zagrzebisty sen" – pomyślał. – „Znam przyszłość. A te barwy, lepsze niż pastelowe kolorki w ich domku".

– Cześć, Mitia – powitał go Mikołaj – fajnie, że przyjechaliście, dawno was nie widziałem. Ciągle jesteś najniższy w szkole?

– Jo, najniższy, ale w dupniaku i tak ty będziesz pierwszy płakał! – odszczekał się Mitia.

– Widzisz, babciu? – poskarżył się komuś Mikołaj. – Nie chcę z nim iść na Wieczorek!

„Ciekawe, jak wygląda jego babcia" – pomyślał Mitia. – „Niech chociaż w śnie ją zobaczę".

Odwrócił głowę.

– Ale jaja! – zawołał na głos. – Mateczka Malina jest twoją babcią? Ale zagrzebisty sen!

– To nie sen, pacanie! – Dima trzepnął go w głowę. – Wczoraj przyjechaliśmy do mateczki Maliny! Jesteś w jej domu!

– Ał! – zawył krótko Mitia. – Boli! Czyli to nie sen? A jo – rozejrzał się zdziwiony. – Mateczko, śniło mi się, że nasz kolega Mikołaj mówił do ciebie babciu! Kupę lat go nie widziałem!

– Trzy lata – odparł głos Mikołaja za jego plecami. – A przyjechaliście dzisiaj, trochę przed południem. Dopiero wieczór się zbliża.

Mitia odwrócił się. Ujrzał Mikołaja i odskoczył.

– Aaaa! Ratunku! Mikołaj wylazł z mojego snu!

– Uspokój się, głąbie – szczypnął go Dima. – To nie sen. Nie wiem czemu, ale Mikołaj tu jest.

– Nie jesteś duchem? – zdziwił się Mitia. – Od pogrzebu twojego taty ciebie nie widziałem! Zamieszkaliście gdzieś pod Warszawą! W klasie myśleli, że też umarłeś!

– Gdy tata zginął – Mikołaj posmutniał – mama nie miała dość pieniędzy i wyprowadziliśmy się do rodziny pod Warszawę. A teraz mieszkam u babci, bo Ania…

– Od zawsze mówiła ja twojej matce, abyście wszyscy wrócili tu, gdzie wasze miejsce! To tych wszystkich kłopotów by nie było. Źle ci się u mnie mieszka, Kolia, co? – zapytała Malina.

– Zaraz, jak Mikołaj jest pani wnukiem, a pani jest siostrą naszej babci, to my jesteśmy kuzynami?

– Jaki tam on mój wnuk – zaśmiała się Malina. – Kolia jest moim prapraprawnukiem, ale bardzo udanym! Choć jego matka wyszła za mąż za Krótkiego, ale z wyglądu typowy Hujek, nie? Zobaczcie sami – przyciągnęła chłopca do siebie – niski, tłuściutki, z daleka widać, że rodzina! Tyłeczek tłusty, nie trzeba się wysilać, aby rzemieniem przyrżnąć! – poklepała Mikołaja po tyłku. – Tylko obrzydliwie grzeczny jest! Święty Mikołaj! Kiedyś to każdy Hujek co najmniej trzy razy w tygodniu lanie brał na gołą dupę, a my dziewczyny miałyśmy ubaw, jak skacze pod rzemieniem. A teraz – wydęła wargi z obrzydzeniem – grzeczne to, usłużne, nawet nie zapyskuje! Ikonę można by pisać! Od kiedy tu zamieszkał, ani razu nie mogłam dyscypliny z haka ściągnąć! To ma być chłopak? Pytałam nawet farosza raz po sumie, czy za grzeczność mogę mu przylać, bo mnie wkurwia, ale zabronił…

A wy – kontynuowała, spoglądając na Mitię i Dimę z urazą w oczach – po matce latawicy jak patyki chude! I śniade jako latawce! Toż to chciałam was solą egzorcyzmowaną wypędzić, myśląc, że latawce się do Gołodupiec zapuściły! Ale latawce to przynajmniej łobuzy zawsze były, to się pobawię dyscypliną, nie ma tego złego… Nic tak nie kołysało do snu, jak płacz braci po laniu…

Blady ze strachu Mitia zastanawiał się, jak stąd zwiać. Może jednak ten miły pan na Dworcu Centralnym w Warszawie wcale nie był taki zły?

– Ty, mateczko, często biłaś swoje dzieci? – zaryzykował pytanie, obmyślając, o której musi się wymknąć, aby dojść na czwartą nad ranem na pociąg.

– Ani razu! – odparła Malina zdziwionym tonem.

Mitii ulżyło. Na moment, bo Malina dodała:

– Miałam same córki, a potem wnuczki. A dziewczynek to ani kwiatem nie wolno! Mikołaj jest moim pierwszym męskim potomkiem, ale to taka grzeczna łajza, że nie dał mi ani razu okazji… Święty Mikołaj, jak z ikony! Mam nadzieję, że wy będziecie broić codziennie!

– No… jo… – Mitia wolał nie wypowiadać się na ten temat.

Zastanawiał się tylko, czy Mikołaj się zmienił, czy też Malina miała większy prób odporności na wybryki. W klasie to z Mikołajem w trójkę piastowali mało zaszczytne według nauczycieli i najbardziej zaszczytne według uczniów pierwsze miejsce pod względem liczby wystawianych uwag. Swego czasu, zanim im się znudziło, prowadzili nawet fanpage na Facebooku ze swoimi uwagami.

Dima nie słuchał przemowy Maliny. Ciągle coś liczył na palcach i coraz bardziej coś mu nie pasowało.

– Mateczko – wtrącił – jak Mikołaj może być twoim praprawnukiem? To niemożliwe!

– Prapraprawnukiem, nie praprawnukiem, kochanie – poprawiła go z radością Malina. – Tylko wasza babka Jarzyna, moja najmłodsza siostra, czekała latami, aż urodziła Antoszę. To jej pierworodny i jedyny. A, że była młodsza ode mnie ze trzydzieści lat, stąd i taka różnica wieku.

– To my z Mikim jesteśmy rodziną? – upewniał się Dima. – Tata nic nie mówił...

– Toć Misza Krótki był waszym krzestnym! Chyba nie myślisz, że pozwoliłabym wziąć obcego na kuma?

– No niby jo... – Mitia nie wiedział, co powiedzieć.

– Piotrek, Endrju i Jurek to też rodzina! – pochwalił się Mikołaj. – Babcia obiecała zaprosić wszystkich na święta!

– Muszę was poznać, skoro okazuje się, że zupełnie się nie znacie! – fuknęła oburzona Malina. – A zawsze Hujki trzymały się razem! A teraz młode pokolenia to nawet się nie znają! Co za czasy, co za czasy! No, siadać do stołu, obiad jest! – zakomenderowała.

Nałożyła na talerze jakąś beżową masę.

– Co to jest? – zdziwił się Mitia.

Skosztował.

– Dobre! – ocenił. – Ale nie wiem, co to?

– U was się nie jada kapusty z grochem? – zdziwiła się Malina. – To co wy tam jecie w mieście?

– W nocy jedliśmy kebaby! Bardzo dobre! Z prawdziwym ostrym sosem! – pochwalił się Mitia.

– Jo – przytaknął Dima. – Ogień w gębie! Aż mi wszystkie włosy na nogach wypaliło!

Wystawił nogę spod stołu, podciągając nogawkę.

– Widzicie? Ani jednego włoska! Mikiemu też wypaliło! Na nogach i wszędzie indziej!

– Kebaby? – zastanawiała się Malina. – Czy to nie aby bułka z mięsem?

– Jo, mateczko, z baraniną – potwierdził radośnie Mitia ku swoje zgubie.

– Co? – wrzasnęła Malina, wyciągając bliźniaków za uszy zza stołu. – Mięso? W Adwencie?

– Boli! – zapłakał Mitia, dyndając półtora metra nad ziemię.

Dima ze zdziwienia nawet nie zapłakał. Niewysoka Malina dała radę ich obu za ucho podnieść nad ziemię! Dyndał nogami, usiłując dosięgnąć podłogi.

– Boli! – powtórzył Mitia. – Proszę, puść nas! Nie zrobiliśmy nic złego!

– Nic złego? – wycedziła wykręcając im uszy. – A mięso w Adwencie? Kto to widział! Jutro przed Roratami do spowiedzi! A po spowiedzi łapę mi zaraz pokazać, jaki numer wam farosz napisze!

Posadziła ich na ławie. Płakali ciuchutko, rozcierając piekące uszy.

– No, zuch chłopaki! – ucieszyła się.

Mitia ze zdziwieniem spojrzał na nią spod łba. Identycznym spojrzeniem obrzucił ją Dima.

– Będzie dyscyplina w robocie! Jupi! Po tylu latach żem się doczekała! La cucaracha, la cucaracha, ya no puede caminar. Porque no tiene, porque le falta una pata para andar! – zaczęła tańczyć na środku izby.

Po trzech zwrotkach opadła zadyszana na ławę.

– Może jeszcze na Wigilię mięso jecie, co? Pieczone gęsie po germańsku i pieczone indyki po jankesku, co?

– Nie obchodziliśmy Wigilii – odparł Mitia.

Malinie łyżka z ręki wypadła.

– Toć Anastazja to latawica, z Tumidaja! – wyszeptała kręcąc głową. – Jak ona mogła Wigilii nie obchodzić? To dlatego nigdy tu z wami nie przyjechała była... To by jej latawce popalić dały! Pogany to, nieochrzczone, ale toć Wigilię wszystkie obchodzą!

– Mama też stąd pochodzi? – zdziwił się Dima. – Nigdy nic nie mówiła...

– Nie stąd, a z Tumidaja! To wioska latawców! Tak samo, jak Całowanie i Pieścidła! To przy samej granicy, za torami. Latem to pewnie co dzień tam biegać będziecie...

– Po co?

– No toż do latawic – zdziwiła się Malina. – Na sianko. Bzykać się. Ciupciać.

– Mateczko! – oburzył się Mitia. – My mamy tylko dwanaście lat!

– A ja jedenaście! – dodał Mikołaj. – Rok wcześniej do szkoły poszedłem…

– Stare chłopy jesteście – oceniła Malina. – Mój Nikola miał trzynaście, gdyśmy się zeszli. Akurat były jego urodziny... No i narodziła się Różyczka. To twoja praprababka, Wowa – zwróciła się do najmłodszego chłopca. – Ech, rodziny swojej nie znacie, życia nie znacie. Pewnie tylko bobra czochracie przed snem.

– Nigdy nie widziałem bobra. Tu żyją, w tym strumieniu przed chatą? – zapytał Mitia.

– Miastowe! – złapała się za głowę Malina.

W milczeniu dokończyli obiad. Malina tylko co chwilę łypała na chłopców spod łba i kręciła głową.

Średnia ocena: 4.0  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (3)

  • rozwiazanie 8 miesięcy temu
    Hujar urodził się 11 października 1934 roku w Trenton w stanie New Jersey jego matka Rose Murphy, kelnerka, porzucona przez męża w czasie ciąży. Został wychowany przez dziadków Ukraińców w ich gospodarstwie, gdzie do rozpoczęcia szkoły mówił tylko po ukraińsku. Pozostał na farmie z dziadkami aż do śmierci babci w 1946 roku. Przeniósł się do Nowego Jorku, by zamieszkać z matką i jej drugim mężem, gdzie był bity i prześladowany , w 1950 roku, kiedy Hujar miał 16 lat, opuścił dom i zaczął żyć samodzielnie. Peter Hujar (11 października 1934 – 26 listopada 1987) był amerykańskim fotografem najbardziej znanym ze swoich czarno-białych portretów. Został pośmiertnie uznany za głównego amerykańskiego fotografa końca XX wieku. Jednak praca Hujara zyskała jedynie marginalne uznanie opinii publicznej za jego życia.

    Odnośnie Hujarów, Peter artysta, a jego korzenie nie odbiegają daleko od opowieści o Antku i Franku. Twoja wyobraźnia pracuje na wiarygodnych schematach.
  • Domenico Perché 8 miesięcy temu
    Dziękuję. Staram się bazować.na wiarygodnych schematach. Z lekkim podkolorowaniem pastiszem, wyolbrzymieniem, tak, ale bez jakichś zupełnie nowości.

    A postaci Petera Hujara nie znałem wcześniej. Obejrzałem w necie fotografie. Faktycznie, był artystą. Pozwolę go sobie wykorzystać :-)
  • Domenico Perché 8 miesięcy temu
    Trochę nazwy własne pozmieniałem.

    Zawiedzionych odsyłam do mateczki Maliny. Tylko namalujcie najpierw ładne "100" na dłoni.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania