Kaleka księżniczka z końca świata: Niesnaski nad talerzem ziemniaków
11 września 2026, piątek, 13:15, stołówka w ośrodku w Wielkopolsce
Monika podjeżdża wózkiem do mojego stolika. Za nią idzie tęga kucharka niosąca jej obiad. Kiedy porcja ląduje na stole, mimowolnie porównuję ją z moją i czuję dziwne ukucie. Ona je zdecydowanie mniej ode mnie, nie ma co się dziwić że jest drobna jak źdźbło trawy. Ja bardziej przypominam Godzillę. Monika zna chyba połowę ośrodka z imienia ,a z drugą połową się przyjaźni. Często słyszę, wykrzykuje czyjeś imiona, śmieje się, macha rękami, kiedy akurat nie trzymają obręczy wózka. Milknie tak, jak zawsze gdy jestem w promieniu kilometra. Ma tak od wrześniowego turnusu, tego zeszłorocznego,kiedy na jej ciągłe nagabywania mnie na przyjście wieczorem co świetlicy w końcu odparłam że tutejsze towarzystwo nie jest na moim poziomie intelektualnym. Idzie się przyzwyczaić, jak do wszystkiego co jest dobre i wygodne.
- Jak się masz? - pyta w końcu, nakłuwając ziemianka na widelec
- Jeszcze żyję, więc dobrze - mówię, i nawet mi podoba się mój własny żart.
- Czemu tak mówisz, że jeszcze żyjesz? - pyta, marszcząc brwi, jakby faktycznie się zaniepokoiła.
- Takie poczucie humoru - odpowiadam, bo to prawda, tylko że tłumaczenie żartu nigdy nie sprawia, że staje się on śmieszniejszy, jest wręcz odwrotnie.
Monika kiwa głową, niezupełnie przekonana, po czym pyta, ile mam lat. Mówię. Liczy coś w głowie, po czym oznajmia, że jest ode mnie starsza.
- Wiem - mówię tylko.
Nie dodaję, że wiem, bo to widać, bo to już by było przegięcie. Pogawędka przy ziemniakach to nie miejsce na brutalne fakty. Chyba w ogóle nie ma na nią miejsca gdziekolwiek.
Milczymy chwilę. Ona je, ja też, cisza robi się gęstsza niż zupa, którą podawali wcześniej.
- Jestem wcześniakiem - mówię w końcu, głównie po to, żeby coś powiedzieć, cokolwiek. - Urodziłam się w sierpniu, a powinnam gdzieś w listopadzie.
- Ja też jestem wcześniakiem - odpowiada Monika. - Sierpień zamiast października.
I znowu nic z tego nie wynika. Zdanie leży między nami jak coś, co powinno otworzyć rozmowę, a zamiast tego ją zamyka. Może to moja wina, może jestem zbyt mało reaktywna. Jednak nie umiem się przejmować tym tak jak najprawdopodobniej powinnam
Wtedy przy stoliku pojawia się Krystyna i od razu przejmuje rozmowę z Moniką, pytając o jej rodzinę, jej dom, jak leci. Monika ożywia się przy niej dokładnie tak, jak się spodziewałam - mówi więcej w minutę niż powiedziała do mnie przez cały posiłek. Wychodzi, że u nich w domu wymieniają teraz wszystkie okna,teraz gdy jest na turnusie.
- U nas ostatnio też wymieniali okna - mówię, bo to akurat prawdziwe, neutralne wspomnienie. - Zajęło to jeden dzień.
- No bo ty mieszkasz w bloku, to dlatego tak szybko - Odpowiada natychmiast. - Ja mieszkam w domu jednorodzinnym, na wsi. Osoba niepełnosprawna nie może tak siedzieć w przeciągu.
- Ja też mieszkam na wsi, w domu jednorodzinnym - mówię, bo to fakt.
Monika nie odpowiada. Patrzy w talerz, potem odjeżdża od stołu, mówi, że idzie do toalety, i znika w stronę korytarza szybciej, niż zwykle. Krystyna patrzy za nią, potem fuka na mnie że znów siedzę krzywo, dzień jak co dzień.
Ja i tak muszę iść na rozciąganie. Krystyna szybko odnosi nasze talerze po czym szybko wychodzimy. Kątem oka widzę jak Monika wraca na stołówkę, ale nie patrzy w moją stronę. Może nawet mnie nie zauważyła.
Komentarze (1)
Czuję ukłucie, a nie ukucie...
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania