Poprzednie częściKroniki Elorien - Prolog

Kroniki Elorien - Rozdział 14

Dziedziniec twierdzy o świcie wyglądał zupełnie inaczej niż kilka dni wcześniej. Nie dlatego, że ktoś przestawił wozy albo wymienił straże – ludzie od zarania dziejów przeceniają znaczenie mebli i murów – lecz dlatego, że czwórka młodych magów stojąca przy bramie nie była już tą samą grupą, którą obserwowałem podczas uroczystości ukończenia szkoły. Siedząc na chłodnym żelaznym okuciu beczki, w postaci muchy, miałem doskonały widok na całe zamieszanie. Nikt nie zwracał na mnie uwagi, co od ośmiuset lat pozostawało jedną z największych zalet mojego wyjątkowo mało imponującego talentu. Lucien opierał się o drewniany słup z rękami skrzyżowanymi na piersi. Nadal sprawiał wrażenie człowieka przekonanego, że świat istnieje głównie po to, by dostarczać mu okazji do bohaterskich czynów, lecz zniknęła z niego część tej beztroskiej pewności siebie. Człowiek, który zobaczył nieprzytomną przyjaciółkę po kopnięciu demona wielkości powozu, nawet jeśli się do tego nie przyznaje, zaczyna rozumieć, że legendy nie wspominają o bólu wystarczająco często. Bram siedział na skrzyni z zaopatrzeniem, najwyraźniej uznając, że skoro i tak trzeba czekać, to równie dobrze można robić to wygodnie. Wyglądał na zaspanego, ale znałem już ten rodzaj pozornego lenistwa. Jego oczy co chwilę wędrowały po murach, bramie, wozach i twarzach strażników. Człowiek naprawdę leniwy nie obserwuje otoczenia z taką uwagą. Filius klęczał przy jednej z grządek znajdujących się przy wewnętrznym murze twierdzy, badając liście jakiejś niepozornej rośliny, która najwyraźniej bardziej interesowała go od wojskowych przygotowań. Byłem niemal pewien, że gdyby obok niego przemaszerowała armia smoków, najpierw sprawdziłby, czy pod wpływem ich oddechu nie zmienił się odcień zieleni pobliskiego mchu. A jednak to właśnie on spośród całej czwórki najczęściej zauważał rzeczy, które umykały innym. Laeria natomiast stała nieco z boku. Jeszcze niedawno trudno byłoby znaleźć osobę bardziej zagubioną, lecz teraz jej sylwetka zdradzała ostrożną pewność siebie. Co jakiś czas odrywała stopy od ziemi dosłownie na kilka cali, po czym natychmiast opadała z powrotem, jakby chciała upewnić się, że poprzedniego dnia nic jej się nie przyśniło. Gdyby ktoś powiedział jej kilka tygodni wcześniej, że największym sukcesem przed wyprawą będzie unoszenie się nad brukiem przez dwie sekundy, zapewne uznałaby to za kiepski żart. A jednak właśnie takie drobiazgi zmieniają ludzi bardziej niż widowiskowe zwycięstwa. Strażnicy kończyli przygotowywać konie zwiadowców, służba przenosiła sakwy z zapasami, a poranne słońce powoli wspinało się ponad szczyty Gór Srebrzystych, oświetlając kamienne mury ciepłym, złotym światłem. Twierdza budziła się do życia z wojskową regularnością, lecz pod tą pozorną rutyną wyczuwałem napięcie. Każdy wiedział, że gdzieś poza murami ukrywa się kolejny demon, a być może także człowiek, który wypuścił je wszystkie.

Droga do Doliny Andoniusa nie zmieniła się ani od ich poprzedniej wyprawy, ani od czasów, gdy przed kilkuset laty przemierzali ją pasterze, kupcy i żołnierze, którzy z przekonaniem twierdzili, że właśnie ich pokolenie żyje w szczególnie ciekawych czasach. Każde kolejne pokolenie powtarzało to samo, a świat z godną podziwu konsekwencją udowadniał im, że zawsze może zrobić się jeszcze ciekawiej. Leciałem kilka metrów nad maszerującą czwórką, korzystając z porannego powietrza unoszącego mnie niemal bez wysiłku. Muszę przyznać, że jako mucha miałem jedną przewagę nad ludźmi – nigdy nie bolały mnie stopy.

Kamienista ścieżka wiła się między łagodnymi wzgórzami, a w oddali srebrzyste szczyty gór lśniły w słońcu. Bohaterowie szli spokojnym tempem. Nie spieszyli się. Po wydarzeniach w kopalni wszyscy zrozumieli, że zmęczenie jest znacznie groźniejszym przeciwnikiem niż kilka minut straconych na ostrożniejszy marsz.

— Nadal uważam, że ta zbroja jest za ciężka — mruknął Bram po raz chyba trzydziesty tego ranka. — Jestem magiem ziemi. Jeśli coś będzie chciało mnie uderzyć, zrobię sobie ścianę. Nie potrzebuję jeszcze nosić na sobie połowy kuźni.

— Gdybyś zrobił tę ścianę pół sekundy później w kopalni, nie miałbyś już czego nosić — odpowiedział spokojnie Lucien.

— Szczegół.

— Raczej bardzo istotny szczegół.

Bram westchnął teatralnie.

— Bohaterowie nigdy nie potrafią docenić komfortu.

Filius uśmiechnął się pod nosem, poprawiając torbę pełną ziół.

— Komfort jest ważny.

Bram odwrócił się do niego z wyraźnym zadowoleniem.

— Wiedziałem, że ktoś mnie rozumie.

— Dlatego zabrałem dodatkowe bandaże. Są wygodniejsze od tych wojskowych.

Bram przez chwilę wyglądał, jakby nie był pewien, czy właśnie otrzymał wsparcie, czy został subtelnie obrażony.

Laeria szła kilka kroków za nimi. Co jakiś czas odruchowo spoglądała pod nogi, po czym próbowała na moment unieść się nad ścieżką. Tym razem udało jej się utrzymać w powietrzu przez kilka sekund.

— Widzieliście? — zapytała z wyraźną satysfakcją.

Lucien odwrócił się.

— No proszę. Jeszcze trochę i będziesz mogła patrzeć na Brama z góry. Dosłownie.

— To akurat nie będzie trudne — odparł Bram. — Większość czasu siedzę.

Laeria zaśmiała się cicho, po czym ponownie opadła na ziemię.

— Nadal jest to dziwne.

— Chodzenie też kiedyś było dziwne — zauważył Filius. — Po prostu tego nie pamiętasz.

Przez chwilę maszerowali w ciszy. Wiatr poruszał wysoką trawą na zboczach, a gdzieś wysoko nad nimi krążył jastrząb. W przeciwieństwie do mnie musiał naprawdę machać skrzydłami, żeby utrzymać się w powietrzu. Nigdy nie pytałem ptaków o zdanie, ale podejrzewam, że nie przepadają za muchami.

— Myślicie, że znajdziemy tego demona? — odezwała się w końcu Laeria.

Lucien wzruszył ramionami.

— Jeśli zostawił ślady, to tak.

— A jeśli jednak nie znajdziemy?

— Wtedy on znajdzie nas, bo nasz uprzejmy zły nieznajomy go ładnie naprowadzi.

Po około godzinie Bram ponownie przerwał milczenie.

— Wiecie, czego mi brakuje?

— Czego? — zapytał Filius.

— Demonka.

Lucien spojrzał na niego z rozbawieniem.

— Ty? Przecież byłeś przekonany, że planuje nas zamordować.

— Nadal jestem.

— To dlaczego ci go brakuje?

— Bo przynajmniej było na kogo narzekać.

Tym razem roześmiali się wszyscy, nawet Laeria. Śmiech szybko poniósł się po pustej dolinie, odbijając od skalnych zboczy.

Patrzyłem na nich z góry i po raz kolejny doszedłem do wniosku, że młodzi ludzie posiadają niezwykłą zdolność do żartowania dokładnie wtedy, gdy rozsądek podpowiadałby zachowanie śmiertelnej powagi. Niedługo później ścieżka zaczęła łagodnie opadać, a pomiędzy wzgórzami ponownie ukazała się dobrze już znana Dolina Andoniusa. Z tej odległości wyglądała równie spokojnie jak poprzednio. Owce pasły się na zielonych zboczach, cienka smuga dymu unosiła się nad dachami osady, a niewielki potok połyskiwał w słońcu. Wszystko sprawiało wrażenie zupełnie zwyczajnego.

Do osady dotarli późnym przedpołudniem. Tym razem nie zatrzymywali się, by podziwiać widoki ani wypytywać mieszkańców o wszystko po kolei. Wiedzieli już, gdzie szukać odpowiedzi. Ja również wiedziałem, a mimo to poleciałem za nimi do karczmy. Po ośmiuset latach człowiek zaczyna doceniać miejsca, w których zawsze pachnie pieczonym chlebem. Nawet jeśli jest muchą.

Karczma wyglądała niemal identycznie jak podczas ich poprzedniej wizyty. Kilku pasterzy siedziało przy stołach, gospodyni wycierała drewniany blat, a w kącie drzemał stary pies, który nawet nie raczył otworzyć oka, gdy weszli magowie. Najwyraźniej uznał, że jeśli mają zamiar ratować okolicę przed demonami, mogą robić to możliwie cicho.

Lucien podszedł do lady.

— Słyszeliśmy, że znowu coś się wydarzyło przy lesie.

Gospodyni skinęła głową.

— Dwa dni temu. Owce znów się spłoszyły. Kilku pasterzy znalazło ślady na skraju lasu. Mówią, że większe niż poprzednio.

— Ktoś widział stworzenie? — zapytała Laeria.

— Nie. Tylko hałas. I owce uciekające we wszystkie strony.

— Czy ślady są w tym samym miejscu? — odezwał się Filius.

— Prawie. Trochę bardziej na północ, ale przy tym samym lesie.

Kadir nie było z nimi, więc to Bram wyciągnął z torby prowizoryczną mapę, na której poprzednio zaznaczyli trasę zwiadu.

— Czy mniej więcej tutaj?

Gospodyni spojrzała przez chwilę.

— O, właśnie tam.

Lucien zwinął mapę.

— Dziękujemy.

Nie było sensu zadawać więcej pytań. Jeśli demon rzeczywiście zostawił świeże ślady, odpowiedzi czekały w lesie, a nie przy kuflu piwa.

Kilkanaście minut później maszerowali już przez pastwiska. Owce pasły się spokojnie, całkowicie ignorując fakt, że przez ich teren przechodzi czwórka uzbrojonych magów. Nigdy nie rozumiałem owiec. Potrafią spanikować z powodu cienia chmury, ale obecność ludzi rzucających ogniem najwyraźniej uznają za element krajobrazu.

— Tam chyba są — powiedziała Laeria, wskazując niewielkie stado.

Lucien spojrzał obojętnie.

— Owce.

— Tak.

— Trafna obserwacja.

— Chciałam tylko powiedzieć, że są.

— Są.

Bram pokiwał głową z udawaną powagą.

— Na szczęście ktoś to zauważył.

Laeria przewróciła oczami.

— Czasami naprawdę trudno z wami wytrzymać.

— A my nawet się nie staramy — odparł Bram.

W tej samej chwili jedna z owiec podeszła do niego zdecydowanym krokiem. Bram spojrzał na nią z lekkim zdziwieniem.

— Czego?

Owca zrobiła jeszcze dwa kroki i bez najmniejszego ostrzeżenia szturchnęła go łbem prosto w biodro. Bram zachwiał się, odzyskał równowagę i popatrzył na zwierzę z wyraźnym oburzeniem.

— Czy... czy ta owca właśnie mnie zaatakowała?

Lucien parsknął śmiechem.

— Wygląda na to.

— Bez powodu!

Owca spokojnie przeżuła trawę i odwróciła się tyłem, jakby cała sytuacja w ogóle jej nie dotyczyła.

— To było celowe — stwierdził Bram. — Widzieliście?

— Myślę, że po prostu chciała przejść — powiedział Filius.

— Przeze mnie?

— Najwyraźniej.

— Nie wierzę.

Lucien śmiał się już otwarcie.

— Najpierw bałeś się niewinnego Demonka, a teraz pobiła cię owca.

— Nie pobiła mnie.

— Trochę pobiła.

— To było... taktyczne uderzenie.

— Oczywiście.

Bram jeszcze przez chwilę patrzył podejrzliwie na zwierzę.

— Ona coś knuje.

Owca odpowiedziała mu donośnym beczeniem.

— Widzicie? Przyznała się.

Nawet Laeria nie zdołała powstrzymać śmiechu.

Ja również musiałem przyznać, że było w tym coś niezwykle budującego. Świat posiadał zadziwiający talent do przywracania właściwych proporcji. Śmiechy ucichły dopiero wtedy, gdy dotarli do skraju lasu. Tutaj krajobraz natychmiast się zmienił. Wysokie sosny rzucały długie cienie, a w powietrzu unosił się charakterystyczny zapach żywicy. Lucien przestał żartować i odruchowo położył dłoń na rękojeści kostura. Filius przykucnął przy ziemi, uważnie oglądając miękkie podłoże, podczas gdy Bram i Laeria zaczęli powoli rozglądać się po okolicy.

Nie musieli długo szukać. Kilkanaście kroków od skraju lasu ziemia była wyraźnie rozryta, jakby coś ciężkiego wielokrotnie przebiegało między drzewami. Obok widniały ciemne ślady, których zwykłe zwierzę z pewnością nie mogło pozostawić. Demon rzeczywiście wrócił. Tym razem jednak wyglądało na to, że nie zamierzał ukrywać swojej obecności równie starannie jak poprzednio.

Przez kilka pierwszych minut nikt nie odzywał się ani słowem. Czwórka młodych magów poruszała się powoli, niemal instynktownie powtarzając wszystkie zasady, których nauczyli się podczas szkolenia ze zwiadowcami. Lucien prowadził, choć tym razem jego pewny krok był wyraźnie bardziej stonowany niż zwykle. Kilka metrów za nim szedł Filius, co chwilę przykucając, by przyjrzeć się ziemi, połamanym gałązkom albo źdźbłom trawy. Bram zamykał pochód, od czasu do czasu kładąc dłoń na podłożu, jakby próbował wyczuć drgania ukryte głęboko pod warstwą ziemi. Laeria natomiast nieustannie obserwowała korony drzew i przestrzeń między pniami. Pamiętała aż za dobrze, że poprzednim razem to właśnie jej wydawało się, iż coś usłyszała. Wtedy niczego nie znaleźli. Teraz wszyscy mieli nadzieję, że tym razem będzie inaczej. Ja zaś przelatywałem od jednego do drugiego, z zainteresowaniem obserwując, jak szybko teoria zamienia się w praktykę.

Ślady rzeczywiście wyglądały inaczej niż poprzednio. Nie trzeba było ich mozolnie wypatrywać ani zastanawiać się, czy dziwnie ugnieciona trawa jest dziełem demona, jelenia czy wyjątkowo niezdarnego pasterza. Ciemne odciski wyraźnie odcinały się od wilgotnej ziemi, a kilka młodych sosen nosiło ślady głębokich zadrapań. W jednym miejscu kora została wręcz oderwana szerokim płatem, odsłaniając jasne drewno.

— To zbyt łatwe — odezwał się w końcu Bram.

Lucien odwrócił głowę.

— Myślisz, że ktoś chce nas gdzieś zaprowadzić?

— Myślę, że jeśli demon wcześniej potrafił ukryć ślady, to nagle nie zapomniał jak.

Filius dotknął palcami jednego z zadrapań.

— Albo przestało mu zależeć.

To była możliwość, która spodobała mi się jeszcze mniej. Laeria zatrzymała się przy kolejnym odcisku.

— Poprzednim razem ledwo je znaleźliśmy.

— Właśnie — mruknął Bram. — A teraz wygląda to tak, jakby ktoś szedł tędy z tabliczką „tędy proszę”.

Lucien uśmiechnął się krzywo.

— Dobrze. Przynajmniej nie będziemy błądzić.

— Optymizm to naprawdę dziwna choroba.

— A pesymizm?

— Zdrowy rozsądek.

Nie odpowiedział. Tylko zwolnił kroku. Las stopniowo gęstniał. Światło słoneczne coraz trudniej przedostawało się przez korony wysokich sosen, a podłoże stawało się bardziej miękkie i wilgotne. W powietrzu unosił się zapach żywicy i mokrego mchu. Gdzieś wysoko stukał dzięcioł, a z oddali dochodził szum niewielkiego strumienia. Wszystko wydawało się spokojne. Właśnie ta zwyczajność najbardziej mi się nie podobała. Z doświadczenia wiedziałem, że las potrafi być głośny nawet wtedy, gdy nic się w nim nie dzieje. Tutaj jednak co jakiś czas zapadały krótkie chwile ciszy. Zbyt krótkie, by zwrócił na nie uwagę ktoś niedoświadczony. Wystarczająco długie, bym poczuł znajome ukłucie niepokoju.

Filius nagle uniósł rękę. Cała czwórka zatrzymała się natychmiast. Przez kilka sekund nikt się nie poruszył.

— Co? — zapytał cicho Lucien.

Filius zmarszczył brwi.

— Nic.

Bram westchnął.

— To bardzo uspokajające.

— Nie... coś było dziwnego.

— Co dokładnie?

Filius rozejrzał się powoli.

— Ptaki.

Laeria również zaczęła nasłuchiwać.

— Faktycznie...

Lucien spojrzał pytająco.

— Co z nimi?

— Właśnie nic.

Dopiero wtedy sam zwrócił uwagę. Las rzeczywiście ucichł. Jeszcze przed chwilą słyszałem kilka gatunków ptaków. Teraz nie odzywał się żaden. Nie było to nic niezwykłego. Zwierzęta często milkły przed pojawieniem się drapieżnika. Problem polegał na tym, że zazwyczaj wiedziały o nim wcześniej niż ludzie.

Lucien ściszył głos.

— Trzymajcie się bliżej.

Nikt nie protestował. Szli dalej, ale od tej chwili każdy krok stawiali znacznie ostrożniej. Lucien miał już dłoń gotową do rzucenia zaklęcia. Bram co kilka chwil dotykał ziemi. Laeria obserwowała przestrzeń ponad nimi, a Filius niemal nie odrywał wzroku od śladów.

Te prowadziły prosto przed siebie. Bez skrętów. Bez prób zmylenia pościgu. Jakby ich właściciel był absolutnie pewny, że właśnie tam powinni dojść. Nie wiedziałem, co znajdą na końcu tego tropu. Wiedziałem natomiast jedno. Ktokolwiek zostawiał tak oczywiste ślady, nie próbował uciekać.

Ślady urwały się dopiero na niewielkiej polanie, a właściwie nie tyle się urwały, co kończyły dokładnie tam, gdzie znajdowała się ich przyczyna. Filius pierwszy dostrzegł poruszającą się między paprociami sylwetkę i natychmiast przykucnął, dając pozostałym znak, by zrobili to samo. Ja również obniżyłem lot i usiadłem na szerokim liściu kilka metrów dalej. Nie miałem najmniejszych wątpliwości. To był ten sam demon, którego spotkali w Dalewood. Wydłużone, nienaturalnie smukłe ciało, cztery ostre kończyny zakończone długimi szponami i najbardziej niepokojąca cecha ze wszystkich – zamiast głowy znajdowała się dziwna, czarna pustka, od której wzrok odruchowo chciał uciekać. Właśnie tę istotę najprawdopodobniej opisywał Venegas podczas ceremonii ukończenia szkoły. Tajemnicze stworzenie widywane w pobliżu Gór Srebrzystych, które widywali pasterze. A sądząc po śladach, które bez najmniejszego wysiłku doprowadziły ich aż tutaj, to właśnie ono od najwyżej kilku dni znowu krążyło po okolicy, pozostawiając za sobą wyraźne tropy. Tyle że sam demon zachowywał się zupełnie inaczej niż podczas ich pierwszego spotkania. W Dalewood poruszał się szybko, pewnie i bez chwili wahania rzucił się na konie. Teraz chodził powoli po polanie, zataczając nieregularne kręgi. Co kilka kroków zatrzymywał się bez wyraźnego powodu, przechylał ciało raz w jedną, raz w drugą stronę, jakby próbował zrozumieć, gdzie się znajduje. Kilkakrotnie uniósł jedną z kończyn i przeciął nią powietrze, po czym znieruchomiał na dłuższą chwilę. Nie wyglądało to ani na polowanie, ani na patrolowanie terenu. Wyglądało raczej tak, jakby coś zakłócało jego zmysły. Jakby był oszołomiony. Albo zdezorientowany.

— To na pewno ten sam demon? — szepnęła Laeria.

— Na pewno. — Lucien nie odrywał od niego wzroku. — Trudno zapomnieć coś, co nie ma głowy.

— Właśnie ma — mruknął Bram. — Tylko jakąś... dziwną.

— Nie ma. — Filius pokręcił głową. — To bardziej... pustka.

Musiałem przyznać mu rację. Im dłużej patrzyłem na stworzenie, tym mniej potrafiłem określić, gdzie właściwie kończy się jego szyja. Człowiek instynktownie próbował dostrzec tam oczy, pysk albo choćby zarys czaszki. Nie znajdował niczego. Demon ponownie zatrzymał się przy jednym z drzew. Oparł szpony o pień, trwał tak przez kilka sekund, po czym nagle odskoczył, jakby sam siebie przestraszył. Zaraz potem zaczął krążyć w przeciwną stronę.

— Coś jest z nim nie tak — powiedział Bram.

— Zauważyłem. — Lucien mówił coraz ciszej. — W Dalewood był zupełnie inny.

— Wygląda... jakby nie wiedział, co robi — dodała Laeria.

Filius przez chwilę obserwował demona w milczeniu.

— Albo nie wiedział, gdzie jest.

Nikt nie odpowiedział. Ja również nie potrafiłem znaleźć rozsądnego wyjaśnienia. Przez osiemset lat widziałem demony wściekłe, głodne, ostrożne, przebiegłe i zaskakująco inteligentne. Nigdy jednak nie widziałem demona zachowującego się tak... bezradnie. Nie sprawiał wrażenia rannego. Nie kulał, nie chwiał się ani nie poruszał z wysiłkiem. Raczej przypominał człowieka, który obudził się w obcym miejscu i przez kilka pierwszych minut usiłował sobie przypomnieć, jak właściwie się tam znalazł.

— Może jest chory? — zapytała cicho Laeria.

— Nie wiem, czy demony chorują — odpowiedział Bram.

— Ja nie wiem nawet, czy powinny zachowywać się w ten sposób — odparł Lucien.

To akurat było bardzo trafne spostrzeżenie. Jeszcze bardziej zastanawiało mnie jednak coś innego. Czwórka młodych magów ukrywała się zaledwie kilkanaście metrów od polany. Podczas spotkania w Dalewood demon dostrzegł ich niemal natychmiast. Teraz zdawał się całkowicie nieświadomy ich obecności.

Przez dłuższą chwilę nikt się nie poruszał. Czwórka magów obserwowała demona w milczeniu, jakby liczyła, że za moment wydarzy się coś, co wyjaśni jego osobliwe zachowanie. Nic takiego jednak nie nastąpiło. Stworzenie nadal krążyło bez celu po niewielkiej polanie, zatrzymywało się, wykonywało gwałtowne, pozbawione sensu ruchy i ponownie ruszało przed siebie. W końcu Lucien powoli odwrócił głowę w stronę pozostałych.

— Musimy działać.

Filius spojrzał na niego z wyraźnym wahaniem.

— Jesteś pewien?

— Tak.

— Ale... spójrz na niego.

Lucien spojrzał.

— Właśnie patrzę.

— On chyba nawet nie wie, co się dzieje.

Lucien przez chwilę milczał.

— Być może.

— W takim stanie... — Filius zawahał się. — To trochę tak, jakbyśmy atakowali chore zwierzę.

Nie spodziewałem się, że akurat on wypowie to na głos, choć z drugiej strony nie wyobrażałem sobie, żeby zrobił to ktokolwiek inny. Filius należał do tych ludzi, którzy najpierw zastanawiają się, czy coś cierpi, a dopiero potem, czy jest niebezpieczne.

Lucien westchnął cicho.

— To nadal demon.

— Wiem.

— Zaatakował ludzi w Dalewood.

— Wiem.

— I właśnie jego mamy odnaleźć.

Filius spuścił wzrok.

— Wiem...

Przez kilka sekund nikt się nie odzywał. W końcu sam skinął głową.

— Dobrze. Masz rację. To nasza misja.

Lucien odpowiedział tylko krótkim skinieniem głowy.

— Bram.

— Już.

Obaj powoli zaczęli obchodzić polanę z przeciwnych stron. Bram położył dłoń na ziemi, gotów w każdej chwili wznieść kamienne przeszkody. Lucien wyciągnął rękę, między jego palcami zatańczyły pierwsze płomienie. Laeria i Filius pozostali nieco z tyłu, gotowi wesprzeć ich zaklęciami.

Ja wzbiłem się wyżej. Z doświadczenia wiedziałem, że w takich chwilach lepiej nie siedzieć zbyt blisko. Lucien wykonał jeszcze dwa ostrożne kroki. Demon nagle znieruchomiał. Przez ułamek sekundy wydawało się, że wreszcie ich zauważył.

— Teraz! — rzucił Lucien.

Płomień wystrzelił w stronę polany. Nie trafił. Nie dlatego, że Lucien chybił. Demon dosłownie w ostatniej chwili rzucił się gwałtownie w bok. Ale nie wyglądało to na unik. Wyglądało raczej na bezładny odruch. Stworzenie odbiło się od pnia jednej z sosen, zachwiało, po czym natychmiast pognało w przeciwnym kierunku. Nie uciekało. Nie atakowało. Po prostu pędziło przed siebie. Po kilku metrach z impetem uderzyło barkiem w kolejne drzewo. Gałęzie zatrzęsły się głośno. Demon odbił się od pnia i pobiegł zygzakiem między paprociami.

— Co on wyprawia? — zawołała Laeria.

Nikt nie odpowiedział. Bram wyrzucił przed siebie kamienny filar, próbując odciąć stworzeniu drogę. Demon nawet nie spojrzał na przeszkodę. Wpadł na nią z całym impetem. Kamień pękł z głuchym trzaskiem. Stworzenie odbiło się od niego, zatoczyło kilka chaotycznych kroków i natychmiast pobiegło w zupełnie inną stronę.

— On wcale nie próbuje walczyć! — krzyknął Filius.

I rzeczywiście. Nie przypominało to żadnego zachowania, jakie widziałem wcześniej u demonów. Nie szukał drogi ucieczki. Nie wybierał kierunku. Nie próbował nawet ominąć przeszkód. Miotał się po polanie niczym oszalałe zwierzę zamknięte w zbyt ciasnej klatce, raz po raz obijając się o drzewa, skały i wystające korzenie. Przez moment przemknęła mi przez głowę absurdalna myśl, że gdyby nie wiedział, czym jest, uznałbym, iż pierwszy raz w życiu próbuje używać własnych nóg. Był to oczywiście niedorzeczny pomysł. Demony nie rodzą się dorosłe z nagłą amnezją.

Chaotyczny pościg trwał jeszcze kilkadziesiąt sekund, choć wydawał się znacznie dłuższy. Demon wciąż miotał się po polanie, odbijając od pni drzew, przeskakując przez kamienie i zmieniając kierunek bez najmniejszego sensu. Lucien próbował dwukrotnie trafić go niewielkimi pociskami ognia, Bram raz jeszcze zastawił mu drogę kamiennym murem, Laeria poderwała w powietrze tumany igliwia, licząc, że zmusi go do zatrzymania się. Nic z tego. Stworzenie nie walczyło, ale też nie uciekało. Zachowywało się jak coś, co całkowicie utraciło kontrolę nad własnym ciałem. W końcu Lucien opuścił rękę i ciężko westchnął.

— Dosyć.

W jego głosie nie było gniewu. Było zniecierpliwienie.

— Skończmy to.

Bram spojrzał na niego krótko.

— Lucien...

Nie dokończył. Znałem ten wyraz twarzy maga ognia aż za dobrze. Przez osiemset lat widziałem go u wielu ludzi władających płomieniami. Kiedy subtelność przestawała przynosić rezultaty, dochodzili do jedynego słusznego wniosku: skoro mały ogień nie działa, należy użyć znacznie większego.

Lucien uniósł obie dłonie. Powietrze wokół polany natychmiast zadrżało. Między źdźbłami trawy zaczęły przeskakiwać drobne języki ognia, które w jednej chwili połączyły się w szeroki krąg otaczający demona ze wszystkich stron. Płomienie wystrzeliły na wysokość kilku metrów, zamykając stworzenie w ognistym pierścieniu.

Demon zatrzymał się po raz pierwszy od chwili, gdy go zobaczyli. Z nieruchomej, czarnej pustki, która zastępowała mu głowę, wydarł się dźwięk. Nie przypominał ryku. Ani wycia. Ani czegokolwiek, co słyszałem wcześniej. Był przenikliwy, chropowaty i tak przepełniony cierpieniem, że nawet mnie przebiegł nieprzyjemny dreszcz. Przez ułamek sekundy nie potrafiłem stwierdzić, czy stworzenie konało w agonii, czy wrzeszczało z przerażenia.

Bram odruchowo spojrzał na Luciena. Nie powiedział ani słowa. Ale jego mina wyrażała wszystko. Nie było Zhany. Nie było nikogo, kto zwykle studził zapędy młodego maga ognia. Filius zrobił krok do przodu.

— Lucien, może...

Nie zdążył. Lucien zacisnął dłonie. Krąg ognia gwałtownie zaczął się zamykać. Płomienie ruszyły do środka niczym ściany rozpalonego pieca. W jednej chwili objęły ciało demona. Czarna sylwetka szarpnęła się jeszcze kilka razy, próbując wyrwać z ognistej pułapki, lecz nie miała dokąd uciec. Ogień pochłaniał ją z każdej strony. Wrzask urwał się równie nagle, jak się pojawił.

Po kilku sekundach wszystko było skończone. Płomienie zgasły. Na środku wypalonego kręgu leżało nieruchome, zwęglone ciało demona. Las ponownie pogrążył się w ciszy. Nikt się nie odezwał. Nawet Lucien patrzył na swoje dzieło dłużej, niż się spodziewałem. A ja, choć przez stulecia widziałem śmierć w niezliczonych postaciach, nie potrafiłem pozbyć się wrażenia, że tym razem zwycięstwo pozostawiło po sobie wyjątkowo gorzki posmak.

Przez dłuższą chwilę nikt nie powiedział ani słowa. Wypalony krąg po zaklęciu Luciena powoli stygnął, a zapach spalonej ziemi i magii unosił się jeszcze między drzewami. Młody mag ognia stał nieruchomo, wpatrując się w miejsce, gdzie przed chwilą znajdował się demon. Nie wyglądał na dumnego. Nie wyglądał też na zadowolonego. Raczej jak człowiek, który dopiero po wszystkim zaczął zastanawiać się, czy zrobił dokładnie to, co powinien.

Po chwili odetchnął głęboko i odwrócił się do pozostałych.

— Wracamy do twierdzy.

Nikt nie zaprotestował.

— Zadanie wykonane — dodał po chwili.

Brzmiało to jak stwierdzenie faktu, ale pod jego słowami kryło się coś jeszcze. Jakby sam próbował przekonać siebie, że właśnie tak należy na to patrzeć.

Bram spojrzał jeszcze raz na wypalone miejsce.

— Tak po prostu?

Lucien przez moment milczał.

— Tak.

Nie zabrzmiało to pewnie. Ale nikt nie naciskał. Ruszyli z powrotem przez las. Tym razem droga była znacznie cichsza niż wcześniej. Nawet Bram nie narzekał na ciężką zbroję, co samo w sobie było wydarzeniem godnym zapisania w kronikach. Filius szedł zamyślony, co chwilę spoglądając za siebie. Laeria natomiast kilka razy próbowała coś powiedzieć, ale za każdym razem rezygnowała. Lucien również milczał. Znałem ten rodzaj ciszy. To nie była cisza zmęczonych ludzi. To była cisza ludzi, którzy zastanawiają się nad czymś, czego nie chcą jeszcze wypowiedzieć na głos.

Przeszli już niemal połowę drogi, gdy ponownie go usłyszeliśmy. Głos. Nie dochodził z żadnego konkretnego kierunku. Jak zawsze. Rozbrzmiewał między drzewami, odbijał się od pni i kamieni, jakby cały las sam stał się jego ustami.

— Muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem.

Wszyscy zatrzymali się natychmiast. Lucien odwrócił się w stronę drzew.

— Ty.

Cień nie odpowiedział od razu. Jak zwykle najwyraźniej uważał, że odpowiednia chwila na milczenie jest równie ważna jak odpowiednia chwila na przemowę.

— Najpierw pozwólcie, że przeproszę za niedogodności, których doświadczyliście podczas spotkania z poprzednim demonem.

W jego głosie nie było ani grama poczucia winy.

— Obrażenia, które odniosła jedna z waszych towarzyszek, były oczywiście niefortunne. Jednak taka jest kolej rzeczy. W starciu z siłami, których nie rozumiemy, zawsze pojawia się ryzyko.

Bram skrzywił się.

Cień zdawał się nie przejmować ich reakcją.

— Niemniej gratuluję. Pokonaliście kolejnego przeciwnika. Wasze postępy są interesujące.

Zatrzymał się na chwilę.

— Zarówno w przypadku demona z kopalni, jak i tego, którego właśnie z łatwością pokonaliście.

Filius zmarszczył brwi.

— Co masz na myśli?

Odpowiedź przyszła spokojnie.

— Ten drugi przeciwnik był… nieco prostszym wyzwaniem. Przyznaję, pomogłem wam.

W lesie zapadła cisza.

— Pomogłeś nam? — powtórzył Lucien.

— Tak. Rzuciłem na niego jedno z moich zaklęć cienia.

Po raz pierwszy jego głos zabrzmiał niemal dumnie.

— Magia ta przesłania zmysły, odbiera orientację i sprowadza ból, który stopniowo wypełnia całe ciało. Demon nie był już zdolny do normalnego działania. Jego ruchy, reakcje, nawet sposób postrzegania otoczenia zostały zaburzone.

Filius zacisnął dłonie.

— Czyli dlatego zachowywał się w taki sposób...

— Oczywiście.

Cień mówił dalej, jakby wyjaśniał prostą rzecz uczniom.

— Nie chciałem aby był szczególnym wyzwaniem. Nigdy nie miał nim być. Wykonał swoje zadanie i przestał być mi potrzebny.

Lucien spojrzał w ciemność między drzewami.

— Wykonał swoje zadanie?

— Owszem.

Nikt się nie odezwał.

— Skoro o zadaniach mowa — kontynuował tajemniczy mag — nie zapominajcie o jednym elementów swojego.

Filius zesztywniał. Wiedzieli już, o czym mówi.

— Mały demon przebywający obecnie w lochu twierdzy.

Mag natury natychmiast spojrzał w stronę, z której przyszli.

— On też?

— Oczywiście.

Głos zabrzmiał niemal rozbawiony.

— Myśleliście, że został wyłączony z zadania tylko dlatego, że jest mniejszy i mniej groźny?

Nikt nie odpowiedział.

— To również jest demon. A wy macie wyeliminować wszystkie cztery.

Przez chwilę słychać było tylko szum liści.

— Dwa zostały przez was pokonane. Kolejnego macie na widelcu, wystarczy jedno zaklęcie — powiedział cień. — Ostatni pozostał na wolności.

Te słowa zawisły w powietrzu.

— Jestem pewien, że wkrótce go poznacie.

Po tych słowach zapadła cisza. Tym razem prawdziwa.

— Do zobaczenia, młodzi magowie.

I głos zniknął. Las znów wyglądał zwyczajnie.

Droga powrotna do twierdzy minęła spokojnie, choć trudno było nazwać ją spokojną w myślach czwórki młodych magów. Jeszcze niedawno wracali po zwycięstwie nad demonem z kopalni, zmęczeni, ranni, ale dumni. Teraz również wracali jako zwycięzcy, a jednak nikt nie wyglądał na zadowolonego. Lucien szedł na przedzie i przez większość drogi nie odezwał się ani słowem. Zwykle trudno było go uciszyć, szczególnie gdy miał okazję opowiadać o swoich zaklęciach, ale tym razem milczał. Co jakiś czas spoglądał na swoje dłonie, jakby próbował sobie przypomnieć moment, w którym ogień wymknął się odrobinę spod kontroli. Nie sądzę, by żałował, że pokonał demona. Raczej zastanawiał się, czy sposób, w jaki to zrobił, był właściwy. Bram również pozostawał cichy, co samo w sobie było wydarzeniem niemal nadprzyrodzonym. Zazwyczaj zawsze znajdował powód do narzekania – na pogodę, drogę, ciężar ekwipunku albo fakt, że inni chodzą zbyt szybko. Tym razem jednak nawet on nie wspominał o zmęczeniu. Szedł z rękami założonymi na piersi i marszcząc brwi, najwyraźniej układając w głowie wydarzenia ostatnich dni. Byłem prawie pewien, że jego myśli wracały do słów cienia i do tego, że demon, którego pokonali, nie był prawdziwym przeciwnikiem, lecz jedynie kolejnym elementem przygotowanej próby. Filius natomiast kilka razy zatrzymywał się, by przyjrzeć się roślinom albo śladom pozostawionym przez zwierzęta, ale robił to bez dawnego zainteresowania. Nawet piękna, rzadka roślina nie potrafiła całkowicie odciągnąć jego uwagi od tego, co wydarzyło się na polanie. Najbardziej ze wszystkich przeżywał chyba to, że demon nie zachowywał się jak potwór, którego można po prostu pokonać i zapomnieć. Laeria szła obok niego, również pogrążona w myślach. Kilka razy próbowała rozpocząć rozmowę, ale szybko rezygnowała. W końcu cisza między nimi stała się czymś naturalnym. Nie była niezręczna. Była raczej pełna rzeczy, których żadne z nich jeszcze nie potrafiło odpowiednio nazwać. Zatrzymali się dopiero na krótki odpoczynek przy strumieniu, gdzie napełnili bukłaki i pozwolili koniom napić się wody. Przez chwilę wyglądało to jak zwykły postój podczas zwykłej podróży. Gdyby ktoś zobaczył ich z daleka, nigdy nie pomyślałby, że kilka godzin wcześniej stali naprzeciw demona, a potem słuchali głosu człowieka, który traktował ich życie jak eksperyment. Jednak ja wiedziałem swoje. Pozory były jedną z najczęstszych rzeczy, jakie widziałem przez całe moje życie. Królowie wyglądali na pewnych siebie, zanim tracili korony. Bohaterowie wyglądali na niezwyciężonych, zanim ginęli. A młodzi magowie często wyglądali na zagubionych, zanim dokonywali rzeczy, o których później opowiadano przez pokolenia. Kiedy późnym popołudniem w oddali ponownie zobaczyli mury twierdzy, nikt nie przyspieszył kroku. Wszyscy wiedzieli, że wracają z wykonanym zadaniem, że jeden z demonów został pokonany i że powinni być z siebie dumni. A jednak każdy z nich zdawał sobie sprawę z jednej rzeczy – prawdziwy problem nie został rozwiązany. Tajemniczy mag cienia nadal pozostawał gdzieś w pobliżu, kolejny demon wciąż był na wolności, a w lochu twierdzy czekało małe stworzenie, które według zasad tej dziwnej gry również miało zostać zabite.

Po przekroczeniu bramy twierdzy nie zostali jednak przywitani tak, jak można by oczekiwać po powrocie z udanej misji. Nie było wiwatów, gratulacji ani poczucia zwycięstwa. Twierdza była miejscem wojskowym, a ludzie, którzy w niej służyli, zbyt dobrze wiedzieli, że każde zwycięstwo często oznaczało jedynie, że tego dnia ktoś przeżył. Strażnicy przy bramie od razu zauważyli ich poważne miny,. Nie zadawali wielu pytań. Wystarczyło kilka spojrzeń, by zrozumieć, że młodzi magowie wrócili z czymś więcej niż tylko kolejnym raportem. Ja oczywiście udałem się z nimi. Jako mucha miałem ten komfort, że mogłem uczestniczyć w najważniejszych rozmowach, a jednocześnie nikt nigdy nie prosił mnie o zachowanie dyskrecji. W pewnym sensie przez całe życie byłem najlepszym szpiegiem świata, choć przyznaję, że moja aparycja nie wzbudzała szczególnego respektu. W sali narad czekał już Zheron. Doświadczony mag światła siedział przy dużym stole pokrytym mapami okolicznych terenów. Gdy zobaczył ich twarze, od razu zrozumiał, że wydarzyło się coś ważnego. Nie przerywał im jednak. Pozwolił, by sami opowiedzieli wszystko od początku. Lucien rozpoczął raport, choć tym razem nie robił tego z typową dla siebie pewnością siebie. Przedstawił drogę do Doliny Andoniusa, odnalezienie śladów przy lesie i spotkanie z demonem z Dalewood. Opisał, jak stworzenie zachowywało się inaczej niż podczas pierwszego starcia i jak trudno było przewidzieć jego ruchy. Bram uzupełniał informacje dotyczące terenu i prób zatrzymania demona, a Filius dokładniej opisał jego stan, zwracając uwagę na to, że stworzenie wydawało się zdezorientowane i nie w pełni świadome własnych działań. Kiedy doszli do momentu, w którym Lucien użył ognistego kręgu, w sali na chwilę zapadła cisza. Nie dlatego, że ktokolwiek chciał go oskarżyć. Zheron widział już wiele bitew i wiedział, że w walce decyzje często podejmuje się w ułamku sekundy. Jednak z jego spojrzenia można było wywnioskować, że zapamiętał ten szczegół. Lucien również to zauważył, bo po raz pierwszy od dawna nie próbował tłumaczyć swojego działania ani go usprawiedliwiać. Po prostu powiedział, że chciał zakończyć walkę szybko. Następnie przeszli do najważniejszej części raportu – pojawienia się głosu tajemniczego maga cienia. Tym razem cała czwórka mówiła niemal równocześnie, uzupełniając się nawzajem. Opowiedzieli o jego słowach, o przyznaniu się do osłabienia demona zaklęciem cienia, o tym, że stworzenie nie było dla niego prawdziwym wyzwaniem i że zostało wypuszczone jedynie jako część próby. Gdy wspomnieli o Demonku przebywającym w lochu oraz o ostatnim pozostałym stworzeniu, twarz Zherona wyraźnie spoważniała. Mag światła przez chwilę patrzył na mapę rozłożoną przed sobą, jakby próbował połączyć wszystkie elementy układanki. Po zakończeniu raportu pozwolił im odejść, lecz zanim wyszli, poprosił, by odwiedzili rannych. „Ranni” było w tym przypadku właściwym słowem, choć wszyscy najbardziej czekali na spotkanie z Zhaną. Kiedy weszli do skrzydła medycznego, Kadir siedziała już podparta na łóżku i czytała jedną z ksiąg, którą najwyraźniej zdobyła jeszcze przed powrotem do pełni sił. Nie potrafiłem powstrzymać uśmiechu. Niektórzy ludzie odpoczywali po walce, śpiąc. Kadir odpoczywała, ucząc się. Zhana natomiast wyglądała znacznie lepiej niż kilka dni wcześniej. Nadal była osłabiona, ale odzyskała przytomność i od razu chciała wiedzieć, co się wydarzyło. Bohaterowie opowiedzieli jej wszystko. O śladach. O demonie. O dziwnym zachowaniu stworzenia. O cieniu. O tym, że autor listu nadal prowadzi swoją grę. Tym razem jednak rozmowa była inna niż wcześniej. Nie było w niej ekscytacji przygodą ani radości z odkrywania tajemnic. Była świadomość, że znaleźli się w czymś znacznie większym, niż początkowo przypuszczali. Zhana słuchała w ciszy, a kiedy skończyli, przez chwilę patrzyła na nich wszystkich po kolei. Widziałem po jej twarzy, że również zauważyła zmianę. Nie byli już grupą uczniów wysłanych na pierwszą misję. W ciągu kilku dni stali się ludźmi, którzy musieli podejmować decyzje, których wcześniej nawet sobie nie wyobrażali.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania