Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!
Michalski cz. XXII
CZĘŚĆ XXII
Przewodniczka podniosła brechę i wbiła w wykuty otwór na skraju wielkiej, kamiennej płyty, a mozaiki uformowanej z biało-czarnych kostek. Później, ile tylko miała sił uwiesiła się na końcu pręta i ciągła do siebie. Marne były jej próby.
– No na co się tak gapisz Buchała! – zakrzyczała.
– Już pomogę. Iwona odsunęła się na krok, a aspirant sam zaczął mocować się z głazem. Nawet z początku mu wychodziło i kamień się lekko unosił, lecz po chwili słychać było jęk zawodu i wielki huk kamienia. Przewodnicza tylko stwierdzała wnioski:
– No! Chyba do rozwiązania tej zagadki potrzeba nam będzie więcej osób.
– Co to znaczy? – zdziwił się Buchała.
– Poczekaj, spróbujmy razem. Buchała złapał mocno za koniec pręta, Iwona trochę poniżej.
– Na mój znak – zawołała Przewodniczka i zaczęła odliczać wstecz. Nagle przednia część płyty uniosła się nad poziom posadzki, a z dna kościoła wydobył się ogromny tuman kurzu.
– Trzymaj, trzymaj to tak! – wołała Iwona powoli, puszczając brechę.
– Gdzie idziesz?! – krzyczał cały czerwony i spocony Buchała.
– Trzymaj i nie puszczaj. Trzeba coś podłożyć.
– Ja… nie … wy… trzyyy… maaaa… m.
– Buch!!! – rozległo się po całym kościele. Buchała leżał na posadzce z rozłożonymi rękoma, a obok podbiegła Iwona, trzymając w ręku mały kawałek deski i kiwając głową.
– No tak! Wiedziała, że tak będzie – odparła Przewodnicza. Zwijający się z bólu aspirant odparł :
– Jeśli wiedziałaś, to po co to robiliśmy?
– Ach, wstawaj już i nie jęcz.
– Czemu ciągle ja mam obrywać? – spojrzał się Buchała na Iwonę – Już mam tego dość. Rezygnuje z tych głupich poszukiwań. Iwona w momencie wytrzeszczyła oczy. Nie spodziewała się takich słów. Jak to możliwe, aby ktoś mógł zrezygnować z podjętej na przód decyzji. Albo się jest policjantem, albo tchórzem. Albo jest się księdzem, albo „tylko wilkiem w skórze owcy”. Chłopie, kim ty w ogóle jesteś? Zaczęła się zastanawiać. Jej myśli rozproszył melodyjka dobiegająca z kieszeni Buchały.
– No odbierz ten telefon – zdenerwowała się. Buchała obolały, wyciągnął z kieszeni komórkę i spojrzał na ekran. W jednej chwili podniósł się do pozycji siedzącej, wziął głęboki oddech i nacisnął zieloną słuchawkę.
– Słucham.
– Ja Ci dam słucham! Miałeś go pilnować, a gdzie Ty jesteś?! – zaczął krzyczeć podjeżdżający pod plebanie Komisarz.
– Ja! Ja! Zbieram dowody – dukał Buchała i powoli podnosił się z podłogi. Iwona domyślała się, z kim aspirant prowadzi rozmowę. Wiedziała, że potrwa to dłużej i odeszła na bok, choć zgrabnie wyłapywała ważniejsze szczegóły.
– No i co takiego ciekawego znalazłeś? – mówił zaciekawionym głosem Komendant.
– No jest parę rzeczy, ale potrzebowalibyśmy, potrzebowałbym to zabezpieczyć – owijał swą wypowiedz Buchała jak cukierek w opakowanie.
– Przestań mi tu bredzić! – zdenerwował się podwładny – Tak w ogóle, gdzie wy jesteście z tym Michalskim?
– Coś mi trzeszczy, nie słychać – zaczął wołać do słuchawki aspirant, odsuwać od swojej twarzy, po czym nacisnął czerwoną słuchawkę. Iwona, widząc co wyprawia Buchała podeszła do niego i zaskoczona zapytała:
– Co Ty wyprawiasz?
– Słuchaj, gdzie jest ten pręt? – zaczął się rozglądać wokół siebie.
– A po co ci on? – jeszcze bardziej zdziwiła się Przewodniczka – Musi gdzieś tu leżeć.
– Jeśli zaraz nie odsuniemy tego włazu mogę pożegnać się z blachą.
– Jaką blachą? – Iwona wciąż nie wiedziała, co jest grane. Była przekonana, że rozmowa była prowadzona na stopie koleżeńskiej. Załamany Buchała biegał po centrum i co chwile zaglądał do ław bocznych. Przewodniczka jeszcze w życiu nie widziała takiego zachowania kolegi. Złapała się za głowę i nie dowierzając zapytała się: – To w końcu, kto to dzwonił? Lecz nie usłyszała odpowiedzi. Zabiegany Buchała myślał tylko o jednym, a odgłos jego poszukiwań słychać było po całym kościele.
– Znalazłaś! Masz tę brechę?! – wołał co chwila.
***
Tymczasem na Plebani załamany Michalski, nie mogąc nic wydusić z młodego kleryka zauważył, że na blacie leży porzucony laptop. Podszedł do niego, a jego usta zaczęły się powoli kształtować w rogalik. Pomyślał sobie:
– A na co mi te całe przesłuchanie, dowody mam przed sobą. Otwarł laptop i wyświetlił mu się biały prostokącik z napisem hasło, które oczywiście pamiętał. Widząc to Kleryk wstał z krzesła i chciał rzucić się w stronę Michalskiego, lecz ten usłyszał niepokojące odgłosy.
– Chwila! A Ty też chcesz mi uciec? O nie, siadaj maleńki. – Michalski wysunął rękę do przodu, by popchnąć księdza. – Za dużo nerwów mnie kosztujecie. Lubisz siedzieć to siedź, a nie teraz będziesz się zrywał do odpowiedzi. Załamany Kleryk usiadł z powrotem na krześle, a Michalski zaczął się rozglądać, czym jeszcze przytwierdzić go do krzesła. Nagle usłyszał silny ruch otwieranej klamki, a następnie otwierające się wejściowe drzwi i zawołanie:
– „Stać policja”!
Poznał je wyraźnie i nie miał wątpliwości, wszak słyszał ten charakterystyczny odgłos już od dwudziestu lat.
– Wchodź Zygmunt, jestem w kuchni! Nadinspektor lekko poddenerwowany schował pistolet do kabury, wyprostował się, poprawił marynarkę i zresztą ekipy udał się w kierunku kuchni. Gdy był już w progu wejścia rozejrzał się po izbie i zdenerwowany wykrzyczał.
– Jasiu! Janie! Gdzie masz do choler… telefon? Michalski wystraszony stanął na baczność jak żołnierz w wojsku. Widział, jak część ekipy podbiega za jego plecy i zaczyna włamywać się do laptopa Proboszcza, druga cześć ekipy chwyta za ręce młodego kleryka i zabiera go do radiowozu.
– Jakby ci to wytłumaczyć – próbował mówić wystraszony Michalski. – Mów po ludzku!
– Koledzy ja znam hasło – pouczał informatyka, który głowił się nad kombinacją.
– Ty odpowiadaj na moje pytania, a nie patrz na ich robotę! – wykrzyczał Komisarz.
– Biskup mi go zabrał.
– Kto! – zaczął się śmiać pełną gębom nadinspektor.
– Dobry jesteś, ale nie czas na żarty. Gdzie ten telefon?
– Jakaś limuzyna stoi przed budynkiem – odparł jeden z policjantów. Michalski w momencie rzucił się do biegu, a za nim trochę wolniej i z ciężkim oddechem jego szef. Gdy wybiegli z plebani i zatrzymali się pod limuzyną Biskupa Michalski zaczął się rozglądać.
– Nad, czym tak myślisz? – zapytał Zygmunt.
– Jeśli nie odjechali, to gdzie pobiegli? – przyłożył dłoń do ust.
– To ogromny teren – odparł Nadinspektor.
– A tak w ogóle, gdzie jest Buchała? – Buchała jest w kościele, zbiera ślady. Mam pomysł! Zadzwoń na mój telefon.
– Co takiego? – zdziwił się Zygmunt.
– No zadzwoń – skakał jak głupi Michalski. On ma przecież moją komórkę. Komisarz wyjął własny smartphone, wyszukał nazwisko i po chwili słychać było rozchodzącą się wokoło znaną melodię, która rozbawiła wszystkich mundurowych.
– No i co? – popatrzył spod oczu nadinspektor.
– O! Znalazł się mój telefon – zaczął udawać głupiego Michalski i wsiadł do limuzyny, by sięgnąć po niego.
– A co ze zbiegłymi? – zapytał dalej zdenerwowany Zygmunt.
– Co z niby Biskupem.
– Zawsze możemy udać pomodlić w tej intencji – odparł Michalski i wskazał palcem kościół. Zygmunt kiwnął głową i w myślach stwierdził: – Przecież mogłem wydać ten rozkaz od razu. Spojrzał na liczbę funkcjonariuszy, których zabrał ze sobą i po chwili wydał rozkaz: – Otoczyć kościół, szukamy dwóch zbiegów w sutannie. Rozumiecie. To wykonać. W jednej chwili wszyscy mundurowi udali się w stronę kościoła. Michalski wyszedł z limuzyny i z Zygmuntem skierował się za nimi.
***
Iwona nie mogła już dużej znieś Buchały i postanowiła działać w pojedynkę. Rozejrzała się dobrze dookoła i przy samym wejściu do ławek (wzdłuż starych spróchniałych desek) leżało coś długiego i ciemnego. Pomyślała sobie: – Znalazła się zguba. W tej samej chwili podbiegł do niej Buchała, z jego twarzy i postury można było wywnioskować, iż był już na krawędzi załamania i rzekł:
– Dlaczego Ty mi nie chcesz pomóc?
– Ale o co chodzi? – odparła zdziwiona Iwona.
– Jak to o co?! Tyle Ci tłumacze, a ty nadal nie rozumiesz – pokręcił głowa aspirant.
– No co? Jakaś blacha, szukać pręta, ale co to ma wspólnego ze sprawą – zdziwiła się Przewodniczka. Buchała załamany złapał się za głowę. W tej samej chwili znów trzasnęły drzwi kościoła, a oboje skoczyli na równe nogi.
– Słyszałeś? – zapytała Iwona i zaczęła kierować się w stronę leżącej brechy. Buchała zaczął sięgać z tyłu za plecy po broń, ale jego uwagę przykuło zachowanie koleżanki. Wytężył wzrok i spojrzał z uwagą, gdzie Iwona się kieruje, po czym wybuchł, jak wulkan ze zdenerwowania.
– A mówiłaś, że nie wiesz, gdzie ona leży!
Krzyk ten usłyszał nawet Biskup, który przyglądał się temu za filara. Zdawał sobie sprawę, że do piki tych dwoje zajmuje się sobą on jest bezpieczny. Zerknął w stronę ołtarza głównego, gdzie najczęściej lubił przebywać. Po upewnieniu się, że nikogo tam nie ma schylił się i powoli wąskim korytarzem kierował się ku niemu. Z kolei Iwona zaskoczona wybuchem Buchały odparła:
– Jak ktoś ma zeza, to i głupiego żelastwa nie zauważy na środku łazienki.
– Sama jesteś żelastwem i zezem, i tą… no tą… łazienką! – zdenerwował się Buchała i podbiegł do Przewodnicki, popychając ją i podnosząc brechę. Iwona nieomal spadłaby na podłogę, ale złapała się ławy i uwiesiła się na niej.
– Ty idioto! – wykrzyknęła Przewodniczka. Buchała nawet się tym nie przejął. Wiedział, że zaraz przez główne drzwi może wejść Komisarz z brygadą, a wtedy nie będzie czasu na tłumaczenie się. Wbił jak najszybciej pręt w otwór i z całych sił zaczął się siłować. Jego jęki i stękanie rozśmieszały powoli Iwonę.
– Ty chyba naprawdę jesteś idiotą – stwierdziła, podnosząc się powoli i siadając w ławce. – Nieomal byś mnie przed chwilą zabił. Ktoś nas obserwuje, a Ty bawisz się w Syzyfa. Biskup zakrywał tylko usta i chciał wybuchnąć śmiechem, ale zdawał sobie sprawę, że każde piśnięcie może zdradzić jego pozycję. Do ław bocznych przy ołtarzu miał już niedaleko. To tam chciał ukryć się na jakiś czas, a jak co, to uciekać przejściem do zakrystii duchowny. Buchała nie chciał już słuchać nikogo, tylko siebie. W jego głowie wciąż nadawało radio, które powtarzało przez głośniki:
– Musisz podnieś kamień! Musisz mieć dowody! Podnieś kamień!
Tylko Iwona wstała przerażona z ławki i już nie dowierzała: – Czy to ten sam Buchała, którego przyszło jej poznać na początku sprawy? Czy jednak naprawdę wszyscy przed nią coś ukrywają?
***
Załamany ksiądz Grzegorz szedł polną drogą i szeptał do siebie: – Na co mi to było? Czy musiałem w to wplątywać aż tyle osób? Zmartwiony tym wszystkim przysiadł na granicy pola i uniósł głowę ku Niebu. Między obłokami szybował i oznajmiał swoją wolność uradowany słowik. Proboszcz zamyślił się i tak mu mijały chwile, aż z dala słychać było rowerowy dzwonek. Grzegorz szybko wstał i schował na bok swoje skute ręce. Na starej damce zbliżała się powoli kobieta z zawiązaną chustką pod brodą i sukienką w pasy łowickie.
– A dzień dobry, księże proboszczu.
– Witajcie Heleno.
– A co tak księdza zagnało na ugory? – zdziwiła się kobiecina.
– To samo, co i Helenę – próbował się jakoś wykaraskać Proboszcz.
– Jak to? To parafia też ma tu działkę – zdziwiła się kobieta.
– No może nie, ale nic nie wiadomo – zaczął wymyślać coś na szybko – Każda ziemia nada się na cmentarz. Gdy tak ks. Grzegorz próbował się wybronić z tej słownej potyczki, nagle parafiance coś błysnęło w oczach. Nie był to żaden piorun ani latarka, lecz coś na wzór odbicia światła od lustra. Helena dobrze się rozejrzała. Z początku myślała, że to słońce odbija się od leżącego obok kawałka szkła, lecz nagle znów „zajączek” przebiegł po jej twarzy. Zmrużyła oczy i nie dowierzała, Jej proboszcz miał, miał na rękach kajdanki. ZE zdumienia potrząsnęła głowa. Widząc to Grzegorz, spuścił głowę na dół i sutanną próbował zakryć ręce.
– To nie tak, jak pani myśli!
– A co ja myślę – odparła zdziwiona parafianka.
– Ja nie mam żadnej kochanki – zaczął znów zmyślać Proboszcz.
– Nawet o tym nie pomyślałam – zrobiła wielkie oczy Helena – A co ksiądz i Kyziakowa?
– Że co?! – załamał się ksiądz i przez przypadek pokazał dłonie.
– No to, jakim prawem albo nie! Nie chce wiedzieć! – i zaczęła powoli wsiadać na rower i próbować odjeżdżać, lecz Proboszcz za wszelką cenę jej to uniemożliwiał. – Niech ksiądz mnie w to nie miesza! Grzegorz nadal usilnie trzymał ją za stary wełniany sweter i nie pozwalał się rozpędzić. Helena to próbowała odbić się i zacząć kręcić pedałami, to znów ratowała się przed upadkiem.
– Czemu ksiądz Proboszcz robi mi na złość? – spojrzała mu w oczy.
– Potrzebuje Twojego roweru – odparł krótko.
– Co to, to nie – pokręciła głową – teraz już wiem, dlaczego Cię szukają. Proboszcz przerażony, popatrzył przez chwilę na wyraz twarzy kobiety, a potem opuścił dłonie i pozwolił odejść Helenie. Nie zdawał sobie sprawy, że sami parafianie stawiali na nim grubą kreskę i pragnęli się go pozbyć. Teraz zdał sobie sprawę, że uciekanie nie ma sensu i że mógł od razu wyjawić całą prawdę.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania