Poprzednie częściMichalski cz. I

Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Michalski cz. XXIV

CZĘŚĆ XXIV

Załamany proboszcz swoją winą podążał już w kierunku murów kościelnych, gdy nagle coś uderzyło go w prawy bark i zawołało:

– A dokąd to się wybieramy?! Zdziwiony ksiądz obejrzał się i ku zdumieniu zobaczył kogoś, kogo najmniej się spodziewał.

– Co ty tu robisz Bogdanie? – jego nerwowe gesty mówiły za wszystko– Przecież musisz się schować, policja jest w miasteczku.

– Wiem, wiem – kiwał głową z uśmiechem na twarzy Kościelny. – Już mnie przesłuchiwali, ale to nic. Teraz przyjechali całą brygadą. My obaj musimy się ukryć.

– A co ze Zbigniewem? – odparł zaniepokojony klecha.

– On! On zawsze spada na cztery łapy – stwierdził Hryniewicz i obrócił się bokiem.

– Nie możemy tak go zostawić – upierał się Proboszcz – on nam pomógł, my też musimy. Wydeptując ścieżkę wokół siebie, Hryniewicz bił się z myślami. Zakopać topór wojenny, czy nadal usiłować walczyć i pokazywać „kto jest górą, a kto doliną”. Przecież tak niedawno jego żona uratowała mu życie, ktoś musiał kiedyś wyciągnąć tą dłoń na pojednanie (pomyślał).

– To co, idziemy? – zapytał się Proboszcz, patrząc mu prosto w oczy.

– Idziemy – kiwnął głową Bogdan. W kościele trwała wnikliwa dyskusja, kto i czemu jest winien.

– A Pani co wyprawia?! – odparł zaskoczony nadinspektor.

– Może ja to wyjaśnię – przepychał się do przodu Michalski, aby powstrzymać buchające jak wulkan spocone ciało Zygmunta.

– A co to, sama nie umiem się wybronić – odparła Iwona i wychodząc z ław zepchnęła na bok podinspektora. – Jestem już dorosła i sama za siebie odpowiadam – podniosła czoło do góry.

– Jeśli tak, to proszę mówić – skrzyżował ręce nadinspektor i pokiwał głową.

– Cały czas pomagam w śledztwie i was słucham, a sprawa ciągle nie ruszyła się z miejsca. Ani nie znaleziono płyty, ani złodziei. Nie wydaje się Panu, że to kpina.

– Miała Pani nam pomóc, a nie nas ośmieszać – odparł Zygmunt.

– Co Ty mówisz? – postukał się po głowie Michalski – przecież wiesz, że próbowałem przesłuchać Proboszcza.

– I co?! Z marnym skutkiem. W dodatku chyba uciekł – spojrzała wielkimi oczyma Janowi w twarz. – A może zabezpieczyliście już miejsca kradzieży?

– Miejsca? – zdziwił się Komisarz. – O co jej chodzi? – rozejrzał się po kolegach.

– No bo oprócz płyty coś jeszcze zginęło – cichutko i niewyraźnie mamrotał Buchała.

– Że co?! – skrzywił się Zygmunt – i ja się dopiero teraz dowiaduję! Michalski lekko wsunął się za plecy Iwony i pochylił głową, a Buchała złapał się za uszy.

– To czego jeszcze nie wiem?! – wykrzyczał zdenerwowany nadinspektor. Buchała ze spuszczona głową popatrzył to w kierunku Michalskiego, to na Przewodniczkę, a później na swojego podwładnego i widząc, że wszyscy skupili oczy na nim próbował wydusić:

– Bo bo wie Szef.

– Mów, że normalnie Buchała, a nie jak jakiś menel.

– Bo jak poszedłem przesłuchiwać Hryniewicza, to na jego podwórku, konkretnie w furtce…

– Szybciej! Nie ma czasu – poganiał nadinspektor.

– Tam leży kawałek tej skradzionej płyty.

– CO!!! – wykrzyknęli chórem pozostali.

– Człowieku, teraz to mówisz! – zagotowała się adrenalina w Zygmuncie i zaczęło bić szybciej serce. Po chwili skoczył i zaczął wołać na cały kościół: – Chłopaki szybko do mnie! Trzech pójdzie z tą Panią. Ona wskaże wam co robić, a my szybko biegniemy do tego… Jak to on miał na nazwisko? Hryniewicza. Szybko, szybko!!! Gdy cała ekipa wybiegła z kościoła, przed murami bazyliki utworzył się wielki wiec. Na czele, które stała oczywiście Kyziakowa. Widząc ją Michalski z Buchała w momencie stanęli, a zdziwiony nadinspektor zbliżył się pierw do swojego podwładnego i zapytał:

– Co tu się dzieje?

– Sam chciałbym wiedzieć – spojrzeli obaj na Michalskiego.

– Czy to taki codzienny rytuał? Co nic nie mówicie? – spytał poddenerwowany Zygmunt.

– To my lepiej przejdziemy na podwórko obok – odparł Buchała, a Michalski mu przytakiwał.

– Co takiego?! – widział uciekających jak zające podwładnych nadinspektor i kręcił głową. Po chwili stanął na baczność, jakby miał przed sobą generała.

– Co wy sobie myślicie! – wrzasnęła Kyziakowa – Tygodniami cały naród czeka na Mszę Świętą, a wy nawet szacunku dla biskupa nie macie! Niech was diabeł ukarze! Po czym zaczęła okładać nadinspektor z całej siły szmacianą siatką, w której miała schowane swoje prywatne rzeczy. Mieszkańcy zebrani na chodniku, widząc co się dzieje zaczęli chórem krzyczeć:

– Oddajcie nam proboszcza! Oddajcie nam proboszcza! Komisarz, trzymając ręce w górze, aby móc osłonić twarz, w jednym momencie zrozumiał zachowanie swoich podwładnych. Nie mógł tylko pojąć, dlaczego uciekli, a nie chcieli mu pomóc. Postanowił, że rozwiąże tę sprawę później, a teraz, złapał ręką za nadgarstek Kyziakowej, spojrzał jej prosto w twarz i zapytał:

– Po co Pani to wszystko? Chce Pani na stare lata wylądować w areszcie?

– Za co?! – zdziwiła się Kyziakowa.

– A choćby za pobicie funkcjonariusza – odparł Zygmunt.

Ale ludzie nie dawali spokoju:

– Niech Pan ją puści! Co Pan jej robi?! Podamy Pana do Sądu! Kyziakowej przez sekundę zrobiło się głupio, ale niesina okrzykami, po chwili odgryzła się:

– Ja tak tego nie zostawię! Pan mnie obmacywał bez pozwolenia! Ja to zgłoszę do przełożonych! – krzyczała, oddalając się w stronę grupy mieszkańców. Nadinspektor już nie chciał tego słuchać. Spuścił głowę i noga za nogą kierował się w stronę płotu, gdzie stał już Michalski z Buchała.

– Co to miało w ogóle być? – zapytał. Michalski udawał poważnego, ale w duszy śmiał się od ucha, do ucha. Razem z kolegą zdołali nie raz się przekonać, jaki charakter ma tutejsza gościnność.

– Może lepiej przejdźmy na sąsiednie podwórko – odparł Buchała.

– Ale którędy chcesz to zrobić? – spojrzał na niego jak barana Komisarz. Przecież widzisz, że jest siatka – wskazał mu rękoma.

– No jest – przytaknął – Ale gdzieś widziałem dziurę.

– Wypraszam to sobie – pokręcił głową Komisarz. – Czy ja wyglądam jak pies?

***

Podczas gdy policja próbowała dotrzeć na podwórko Hryniewiczów do zabudowań gospodarczych państwa Witaszczyków zakradał się Proboszcz z Bogdanem. Obaj niepewni, zestresowani powoli stawiali każdą stopę na nieskoszonym ściernisku. Kiedy ksiądz próbował podwinąć swoją poszarzałą i pogniecioną sutannę, aby wygodniej mu było iść, Kościelny nie wytrzymał i wybuchnął:

– Mógłbyś ją w końcu zdjąć. Przecież nie jesteś na jakiejś procesji, tylko uciekamy. Grzegorz spojrzał na niego spod byka i wyciągnął ręce złączone kajdankami. – Uwierz chętnie bym to zrobił. I podsunął mu dłonie pod oczy, żeby dobrze się przyjrzał. Jego nadgarstki były już tak obdarte, że widać było nawet nacięcia na skórze, z których wypływała krew. Bogdan, widząc to przypominało mu się zło, które sam dokonywał i za które przyjdzie mu zapłacić. Odsunął szybko głowę i rzekł:

– Już dobrze. Pozbędziemy się i tego. Najważniejsze dotrzeć do domu Zbiegniewa niezauważonym.

– Ale jak? – spytał z zaciekawieniem Proboszcz. – Przecież wszyscy sąsiedzi wyszli właśnie teraz na ulicę, a Witaszczykowa z Januszkiem jest przy płocie. Hryniewicz zawiesił tylko oczy i rozłożył ręce. Jego głowa przechodziła teraz „burzę mózgów”, ale żaden z nasuwających się pomysłów nie był dokładnie doprecyzowywany. Proboszcz nie mógł wytrzymać tej chwili milczenia i postanowił sam zadziałać. Wyszedł spomiędzy gałęzi leszczyny, zbliżył się do starych drewnianych sztachet i zawołał:

– Jasiek! Jasiek!!! Bogdan przerażony zachowaniem księdza podbiegł, chwycił go za bark i zaczął ciągnąć do tyłu.

– Co ty wyrabiasz? Teraz wszystko poszło z dymem, zaraz po nas przybiegną.

Przy płocie Kościelnego Buchała podważał siatkę do góry, by zrobić przejście, a Michalski już, leżąc na trawie powoli się przeczołgiwał. Przypominało mu to coroczne testy sprawnościowe, które za parę miesięcy będzie musiał ponownie zaliczyć. Nadinspektor z kolei nie miał chęci upadać na kolana przed swoim podwładnym, spoglądał na niego z posępnym wzrokiem, jakby chciał mu dać do zrozumienia, że jeszcze wyrówna z nim tę sprawę. Gdy Michalski już prawie się znalazł na posesji sąsiadów i wyprostowywał ręce, Buchała wykrzyknął:

– Zaraz! Nie słyszeliście tego! Zdziwiony nadinspektor spojrzał w stronę krzaków porastających tył ogrodzenia kościelnego i posesji obok, dodając:

– Chyba możemy mieć naszego uciekiniera. Wyjął z kieszeni krótkofalówkę, zbliżył do ust i nacisnął przycisk.

– Dawać mi tu dwóch na tyły, odbiór.

– Usłyszałem już biegną. A co z Biskupem i tym drugim? Odbiór.

– Jak to? Oni jeszcze nie pojechali na komendę! – wściekł się Komisarz i opuścił krótkofalówkę. – Z kim ja muszę pracować do cholery?! Wystraszony Buchała odsunął się z lekka w bok, a Michalski, stojąc już po drugiej stronie z przerażenia odparł:

– To może ja pójdę sprawdzić – pokiwał głową, obrócił się i wyjął za pleców broń. Nadinspektor wściekłymi oczyma spojrzał na Buchale, a ten, trzęsąc się jak mały królik trzymał siatkę i chciał coś powiedzieć, lecz się bał. Czekał, aż pierwszy wypowie słowo jego szef, ale on nic nie mówił. Odwrócił się i poszedł żołnierskim krokiem w stronę krzyczącego tłumu. Ledwie zbliżył się na krok, a już zaczął odpychać wszystkich i krzyczeć:

– Proszę się odsunąć! Natychmiast, proszę się odsunąć! Za płotu dobiegał śmiech Witaszczyk owej, która wszystkiemu się bacznie przyglądała. Jej syn zaś, który koło niej stał zaniepokoił się tymi szumami. Wszak ktoś używał jego imienia. Obrócił się i udał się na środek podwórza, nadstawiając ucha i oka. Lecz nie było, czego Proboszcz przytrzymywany rękami przez Hryniewicza leżał zwinięty u podnóża pnia leszczyny. Nawet Michalski, choć spoglądał swoim sokolim wzrokiem nie mógł nic wypatrzeć w tych starych sztachetach i kępie zarośli. Janusz zwątpił i chciał wrócić do matki, gdy nagle z chaty wyszedł jego ojciec i zapytał:

– Co się tam dzieje?!

– To znaczy gdzie? – zapytał syn.

– Jak to? – zdziwił się Zbigniew – Ja się pytam o drogę. A gdzieś jeszcze coś się dzieje?

– A, na drodze? – machnął ręką Januszek. – Takie tam, przepychanki – odparł szybko i chciał iść w stronę zabudowań gospodarczych.

Średnia ocena: 3.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania