Poprzednie częściMichalski cz. I

Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Michalski cz. XXV

CZĘŚĆ XXV

– Przepychanki – odparł Zbigniew – Ja zaraz się z nimi rozprawie. Wszedł do chałupy i wyciągnął z przedsionka starą myśliwską strzelbę. Wyszedł przed dom. Przyłożył do boku i wystrzelił na salut. W jednej chwili cała uwaga skupiła się na podwórku Witaszczyków. Nawet sam nadinspektor zrezygnował z obejrzenia bramy Hryniewiczów, tylko pobiegł prosto, posesję dalej. Michalski stał jak wbity i nie wiedział, co ma robić. Przeskoczyć następny płot, czy dalej udać się w zarośla. Tak czy siak, już nagiął tyle procedur, że jedna więcej, jedna mniej nie robiła mu różnicy. Na tym zamieszaniu korzystali tylko Proboszcz z Bogdanem. Wybiegli spod drzewa i udali się w kierunku stodoły Witaszczyków. W tym samym kierunku szedł Janusz i mocno zaciekawiony pochylił głowę i rozglądał się, to na płot to na drewnianą bramę, to na drzwi od obory i kręcił głową, nie dowierzając. – Chyba mi się coś przewidziało – mówił sobie w myślach. Gdy nagle za rogu stodoły znów Proboszcz wystawił swoją głowę i wyszeptał:

– Januszek! Januszek!

Michalski, widząc z sąsiedniego podwórka stojącego jak ciele chłopaka, który nie wie, gdzie ma iść, ale przynajmniej coś słyszy lub się domyśla. Szybko podbiegł do płotu i zawołała:

– Może w czymś pomóc?! Kiedy Janusz chciał odpowiedzieć podinspektor poznał jego twarz i zaczął szybko reagować.

– My się chyba znamy?! – zaczął chwytać za szczeble płotu, chcąc przeskoczyć.

Janusz zerwał się do ucieczki. – Czekaj no! Całą akcje zauważył zamieniający się w stróża prawa ojciec.

– Co się tam dzieje! – wykrzyknął.

– To ja chciałbym wiedzieć! – odparł dobiegający do niego nadinspektor i łapiący oburącz rękoma za strzelbę.

– Niech Pan nie szarpie! – krzyczał Witaszczyk.

– To Pan niech puści! – zaczęli się szarpać na środku podwórza.

– Bach!!! – wystrzeliła strzelba powtórnie, po czym obaj upadli na ziemię. Wokoło rozległ się jeden wielki krzyk przerażenia. Wołali ludzie na ulicach, przeraził się Buchała, syn Witaszczyka z żoną stojącą parę kroków od tego miejsca, a nawet z tego wszystkiego Proboszcz. Wszyscy stali nieruchomo czekając, czy któryś się podniesie. Byli wpatrzeni jak kura w ziarno albo kot w mysz, nad którą czuwa od minut paru. Nagle na trawie zaczęła się poruszać jedna osoba i coś wołać. Zaciekawiona, ale i pragnąca pomóż swojemu mężowi Witaszczykowa podbiegła do leżących mężczyzn. Kiedy zobaczyła cieknącą krew złapała się za usta i upadła na kolana. Łzy zaczęły jej płynąć po policzkach niczym niezatrzymany strumień górski. Michalski sam nie wiedział, czy biec w stronę stodoły, czy na środek podwórka, ale gdy zobaczył chłopca, który był w tej samej sytuacji i wybrał ratunek ojca, sam wyjął telefon i po chwili zawołał:

– Halo! Tu podinspektor Michalski potrzebuję karetki do Kościan. Na już! Tak. Strzelanina, jeden ranny. Dziękuje. Następnie wyłączył telefon i już spod oka spoglądał w stronę leszczyny, w której stał załamany Proboszcz. Bogdana już nie było, on się nie przejmował takimi sprawami. Mogła zginąć jego córka lub syn, on machnąłby ręką. Ważne dla niego, by było, jaki będzie miał z tego zysk lub czy coś wypije. Aż dziw, że to właśnie jego, a nie Witaszczyka wolał Proboszcz wziąć na kościelnego. Michalski powoli, cichym krokiem szedł w kierunku drzew. Zauważył to Buchała i postanowił odciągnąć uwagę, krzycząc:

– Czy ktoś w ogóle wezwał karetkę! Wszyscy spojrzeli w stronę Buchały, jakby on był znawcą od wszystkiego, a w tym samym czasie nadinspektor, próbując się wydostać przekręcał na bok ciało Zbigniewa. Żona jego otarła oczy i przysunęła się. Witaszczyk z bólu zaczął jęczeć:

– Kim Pan jest do cholery?!

– Gdzie Pan dostał? – oglądał jego ciało Zygmunt.

– Kim Pan jest? – powtarzał cały zaczerwieniony i plując krwią Witaszczyk.

– O matko! – przeraziła się żona. Po chwili dobiegł syn i nie wiedząc co ma robić zaczął podnosić ojca za ręce.

– Aaa! – krzyczał wykrwawiający się Zbigniew. Nadinspektor zauważył ranę postrzałową i zaczął przystępować do „pierwszej pomocy”.

– Słuchaj połóż go – rzekł do syna. – Musimy mu zdjąć ten sweter i zatamować ranę. Czy ktoś zadzwonił po pogotowie?

– Chyba tak – odparł Janusz – tamten funkcjonariusz coś krzyczał. W tym samym czasie Michalski zaszedł pod leszczynę, wyciągnął do przodu swoje długie dłonie, w których trzymał pistolet. Między gałęziami widać było odwracającą się już głowę Proboszcza, który miał zamiar odejść.

– Hola, hola a my dokąd? – zapytał Michalski. – No dalej rączki w górę i w stronę podwórka. Proboszcz nawet się nie zastanawiał. Przecież już wcześniej rozważał wyjście, aby się oddać w ręce władzy. Istotne było dla niego to, że nadal winowajca skradzenia płyty jest nie odnaleziony i pozostaje na wolności.

***

W czasie, gdy na podwórku u Witaszczyków działy się rzeczy, które przykuwały wzrok i słuch wszystkich mieszkańców miejscowości, to w pobliskim kościele Iwona z pomocą dwóch policjantów odkryła wejście do podziemi. W jednej chwili, kiedy podniesiono płytę, wydobył się spod niej ogromny swąd i kłęb kurzu. Wszyscy troje zakryli rękami twarz i odwrócili się plecami od wejścia. Zapach był tak wstrętny, iż łzy same płynęły z oczu.

– Czego Pani tak w ogóle tu szuka? – zapytał jeden z funkcjonariuszy. – Przecież ja tu nie mogę wytrzymać, co dopiero podeszły klecha. Drugi policjant roześmiał się pod nosem, ale po chwili przestał, widząc sięgającą do torby Przewodniczkę i obracającą się powoli.

– Nie! Chyba Pani żartuje? – nie dowierzał, widząc włączoną latarkę w telefonie kobiety.

– Chyba Pani tam nie wejdzie? – przeraził się i drugi.

– Czemu by nie? – odparła Iwona. – W końcu ktoś musi przeszukać to miejsce.

Policjanci spojrzeli na siebie, jakby pierwszy raz siebie widzieli. Ich oczy wodziły od góry, do dołu, a usta nie wiedziały co mają wypowiedzieć. Jedynie myśli nadawały prawie na tych samych falach: – Ona jest stuknięta. Przekazywali sobie nawzajem źrenicami. Kiedy oni byli zajęci sobą, Przewodniczka zdążyła już podejść do wejścia i wskoczyć do środka. Z jedną ręką zatykającą nos, a drugą oświetlającą wnętrze piwnicy, rozglądała się na wszystkie możliwe strony.

– I co Pani tam widzi?! – zapytał jeden z funkcjonariuszy. Drugi zaś wyciągnął z kieszeni swój telefon i zaczął oświetlać dno pomieszczenia. Iwona przez chwilę czuła się nieswojo. Bo jak niby mogła się czuć żywa osoba w krypcie zmarłych, pośród stosu rozłożonych kości i trumien. Zerkających z każdego kąta prawie bezzębnych czaszek i tego okrutnego zapachu. Tak jakby nie była sama. Tak jakby za każdym kątem czaił się stary, dobry kolega. W szarym, srebrzystym futerku co się lśni niczym księżyc na niebie i ze swym długi jak żmija ogonem w pewnym momencie zapiszczy. Ze strachu, aż ręka nie utrzymywała w górze latarki, a światło padało na ściany, niczym zdmuchiwane wiatrem na boki. Nagle, przesuwając się do przodu poczuła coś pod swymi nogami:

– Aaa! – prawie, by się potknęła. Oboje z policjantem zaczęli świecić w jednym kierunku. Iwona schyliła się i zaczęła wymacywać podłoże rękoma.

– No i co Pani znalazła? – niecierpliwili się mundurowi.

– Chwilę! Nie widać, że szukam – odparła Przewodniczka.

– Jak to szukam? – zdziwił się jeden. – Prawie, by się przewróciła o to, a mówi, że szuka – żartowali. Nagle zdenerwowana tymi aluzjami Iwona wyprostowuje się i podnosi czarną szatę.

– Chcieliście dowód! Macie!

– Ale co to jest?! – zdziwili się policjanci. – Kawałek czarnego materiału.

– I o niego niby miała się Pani przewrócić? – zdziwił się też drugi.

– To nie jest kawałek, a cała sutanna – odparła Iwona.

– Wielkie mi to odkrycie – spojrzeli na siebie mundurowi. – A ilu tam tych (przeżegnał się jeden) ś.p. księży leży.

– No dobrze – broniła się Przewodniczka – ale czy któryś z nich był chowany niedawno.

– Jak to niedawno? – zdziwił się jeden.

– No przyjrzyjcie się – podniosła do samej góry rękoma – Jakby to było któryś z tych tu obecnych, to by już dawno zgniło lub były same skrawki. Ja wam podaję świeży i mało co ubrudzony materiał. Prawie jak sprzed paru tygodni. Policjanci spojrzeli na siebie, złapali za dowód i zaczęli lepiej się jemu przyglądać. – Trzeba to dać do analizy – stwierdził jeden. – Ciekawe, dlaczego wrzucono to do krypty? Przecież i tak wiemy, że winnym jest Proboszcz. – zamyślił się. Iwona zaś nie marnowała czasu, wiedziała, że krypta chowa coś innego. Z powrotem przykucnęła i zaczęła wymacywać podłoże. W pewnej chwili wyczuła jakiś próg. Miał ostre kanty i nierówne brzegi, jakby bardzo duży kamień. Wręcz skała tylko była oszlifowana po bokach. Wzięła do dłoni telefon i zaczęła świecić w to miejsce. Ujrzała wyryte w skale litery i wzory. Była pewna, że to kawałek płyty. Z radości nie wiedziała, co ma zrobić. Usta roześmiały jej się od ucha, do ucha, a ręce złoży, jakby do modlitwy. Na przebudzenie usłyszała z góry:

– Coś jeszcze Pani ma?! Sama nie wiedziała, czy zdradzać się z tym odkryciem, czy pozostawić je dla siebie. W końcu na darmo tu nie przyjechała i nie zmarnowała tyle dni. Gdy tak rozkoszowała się w swym znalezisku jeden z mundurowych postanowił powiadomić resztę ekipy o odkryciu:

– Baza odbiór!

– Baza słyszę Cię.

– Weszliśmy do podziemi.

– Rozumie.

– Mamy tu ubranie księdza, sztuk jeden i chyba coś jeszcze potrzebny ktoś do zabezpieczenia.

– No a wy.

– Rozumie. Bez odbioru.

– Słuchajcie mamy to wszystko powyjmować, spisać i zabezpieczyć – odparł, chowając krótkofalówkę do kieszeni.

– Co takiego? – zdziwił się jego kolego – Oni poszaleli! Zachwycona z takiego obrotu sprawy była Iwona. Wiedziała, że to, co odnajdzie, będzie miała na oku. Sama opisze, sama upamiętni, a i pomocników ma za darmo.

***

Na podwórzu parę metrów dalej leżał na półprzytomny Witaszczyk. Spoglądał tylko na swoją żonę i szeptał coś po cichu, lecz ona nie mogła go zrozumieć. Wściekły jak niedźwiedź nadinspektor wykrzykiwał co chwila:

– Jedzie w końcu ta karetka, czy nie?! Ludzie na drodze rozglądali się to na prawo, to znów w lewo, ale żaden nic nie powiedział. Jedynie syn Witaszczyka spanikowany powstał i rzekł:

– To ja wyjadę traktorem. Zawieziemy go do ośrodka. Słysząc to ojciec zrobił wielkie oczy i jakby dostał przypływu energii. Zaczął się podnosić i kręcić głową, chcąc powstrzymać Janusza. Widząc to wszystko Proboszcz podbiegł, a z nim Michalski i zatrzymali chłopca.

– Spokojnie – szepnął mu ksiądz. – Tu trzeba rozumu nie emocji. Złapał Witaszczyka za dłoń, a żona jego zaczęła płakać wielkimi strugami deszczu.

– Proszę odejdźcie na chwile – poprosił Proboszcz. Wszyscy spojrzeli na niego i na jego skute ręce, ale nie mieli wątpliwości. Każdemu należy się ostatnia spowiedź i namaszczenie. Odsunęli się, a ksiądz przysunął ucho do ust Zbigniewa, który mu wyszeptał:

– Wykonałem swoją pracę, teraz Twoja kolej. I z ogromnym pędem na podwórko wjechał ambulans. Szybko podjechał pod leżące ciało gospodarza, ale za szyby jego ratownicy widzieli, jak Proboszcz podnosił głowę, a ręka Witaszczyka suwała się powoli na ziemię. Jedynie poddenerwowany nadinspektor wołał:

– No szybciej, szybciej! Reanimujcie go! Róbcie coś! On musi żyć!

Średnia ocena: 1.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania