Między rytmem a ciszą - Dzień 2 - Sophia (16)

Sophia

Tiago podniósł się z podłogi i podał mi rękę. Pomógł mi wstać, po czym poprowadził w stronę aneksu kuchennego. Delikatnie posadził mnie na jedynym krześle, które nie zostało połamane. Sam podszedł do łazienki i po chwili wrócił z małą plastikową apteczką.

Usiadł na podłodze tuż przy moich kolanach. Jego twarz była teraz na wysokości moich dłoni. Rozcięta warga wciąż lekko krwawiła, a lewy policzek zaczął puchnąć i przybierać siny kolor. Otworzył pudełko, wyciągnął z niego butelkę ze środkiem odkażającym oraz gaziki. Jego dłonie, zazwyczaj pewne i silne w tańcu, teraz lekko drżały. Odkręcił butelkę, ale kiedy spróbował nasączyć gazik, kilka kropel rozlało się na jego dżinsy.

Wyciągnęłam rękę i odebrałam mu butelkę. Tiago uniósł brwi, ale nie protestował. Puścił materiał i oparł dłonie o swoje uda, pozwalając mi działać.

Docisnęłam czysty gazik do szyjki butelki i przechyliłam ją. Płyn natychmiast wsiąkł w białą strukturę materiału. Uniosłam dłoń do jego twarzy. Tiago zamknął oczy, kiedy zbliżyłam palce do jego zranionej szczęki. Pierwsze dotknięcie było bardzo delikatne. Gdy nasączona gaza dotknęła rozciętej skóry, Tiago gwałtownie syknął i drgnął. Jego mięśnie karku napięły się, a on sam mocno zacisnął zęby.

– Desculpe – szepnął, natychmiast otwierając oczy. Chciał mnie przeprosić za swoją reakcję.

– Przepraszam – odpowiedziałam automatycznie tym samym słowem w swoim języku.

Przez chwilę patrzyliśmy na siebie w ciszy. Zaczęłam powoli, milimetr po milimetrze, oczyszczać ranę wokół jego wargi. Zbierałam zaschniętą krew, która zdążyła już ściemnieć na skórze. Tiago siedział nieruchomo, kontrolując każdy oddech, by ułatwić mi zadanie. Czułam ciepło bije od jego skóry. Moje palce co chwilę ocierały się o jego nieuszkodzony policzek.

Kiedy pierwszy gazik zrobił się czerwony, odłożyłam go na bok i wzięłam kolejny. Ponownie nasączyłam go płynem. Tym razem zajęłam się opuchlizną wokół kości policzkowej. Skóra w tym miejscu była napięta i gorąca. Przyciskałam materiał bardzo ostrożnie, starając się nie wywoływać większego bólu. Tiago patrzył prosto na mnie. W jego błękitnych oczach nie było już paniki ani złości. Było tam tylko wyczekiwanie i spokój, który próbował mi przekazać bez użycia słów.

Na koniec wyciągnęłam z apteczki małą tubkę z maścią na obrzęki. Wycisnęłam odrobinę chłodnego żelu na czubek palca wskazującego. Tiago nie drgnął, kiedy dotknęłam jego spuchniętego policzka. Rozprowadziłam maść kolistymi ruchami. Żel szybko wchłaniał się w skórę, zostawiając błyszczącą warstwę.

Kiedy skończyłam, Tiago uniósł swoją dłoń i nakrył nią moją, która wciąż spoczywała na jego twarzy. Docisnął moje palce do swojego policzka na kilka sekund. Nie musiał nic mówić. Usłyszałam jedynie, jak wypuścił z płuc długi oddech i przymknął na moment powieki. Rozluźnił ramiona.

Wokół nas wciąż panował bałagan, a zdemolowane meble przypominały o niebezpieczeństwie, ale w tym jednym momencie, przy dźwiękach kapiącej wody z uszkodzonego kranu w kuchni, odzyskaliśmy kontrolę nad oddechami.

Tiago powoli odsunął moją dłoń od swojej twarzy, ale nie puścił moich palców. Splecionymi dłońmi wskazał na podłogę obok siebie, niemym gestem zapraszając, bym zeszła z krzesła. Przez moment się wahałam. Moje ciało wciąż było spięte, gotowe do ucieczki przed zagrożeniem, które przecież mogło wrócić w każdej chwili. Spojrzałam jednak w jego oczy i poczułam, jak opuszcza mnie resztka oporu. Zsunęłam się z krzesła bezpośrednio na chłodne kafelki, siadając naprzeciwko niego. Nasze kolana prawie się stykały.

Zabrał z moich rąk tubkę z maścią i odłożył ją z powrotem do plastikowego pudełka. Zamknął wieczko z cichym, plastikowym kliknięciem, które w ciszy mieszkania zabrzmiało niezwykle głośno. Przez dłuższą chwilę po prostu siedzieliśmy w milczeniu. Dźwięk kapiącej wody odmierzał sekundy niczym zepsuty zegar.

Tiago uniósł rękę i wskazał na okno, za którym słońce przebijało się przez rolety, malując ściany na jasnopomarańczowo. Potem wykonał dłonią gest nad podłogą, udając idące palce i pokręcił przecząco głową.

– Não sair – powiedział cicho, marszcząc brwi w wysiłku, by znaleźć odpowiednie słowa. – Nie... idź. Zostań. – Pokazał palcem na mnie, a potem na podłogę. – Tutaj. Bezpiecznie.

Skinęłam głową, dając mu znać, że rozumiem. Nie miałam zamiaru nigdzie wychodzić, choć momentami miałam ochotę wyjść i uciec gdzieś przed siebie, gdzieś daleko stąd. Tiago chyba to wiedział, może bał się, że w przypływie paniki naprawdę ucieknę bez słowa. Jednak strach przed tym, co działo się na zewnątrz, skutecznie więził mnie w tych czterech zniszczonych ścianach.

Tiago uśmiechnął się delikatnie, choć grymas bólu natychmiast ściągnął jego rozciętą wargę. Syknął cicho i dotknął palcem kącika ust. Poczułam nagłe, dziwne ukłucie w klatce piersiowej, mieszaninę wdzięczności i podziwu. Ten człowiek, którego znałam zaledwie od kilkudziesięciu godzin, ryzykował dla mnie wszystko, choć nie potrafiliśmy ze sobą nawet normalnie porozmawiać.

Nagle w brzuchu Tiago burknęło tak głośno, że oboje drgnęliśmy. Spojrzał na siebie, potem na mnie, a jego zdrowy policzek pociemniał od lekkiego rumieńca. Zaśmiał się cicho, kręcąc głową ze zrezygnowaniem. Rozbawiło mnie to. W tak dramatycznym momencie ludzka fizjologia okazała się bezlitośnie przyziemna. To rozładowało resztki gęstego napięcia.

– Com fome? – powiedział, masując się po brzuchu.

– Głodna? – podpowiedziałam po angielsku, uśmiechając się blado. – Trochę. – Kiwnęłam głową.

Tiago podniósł się z podłogi, ostrożnie prostując obolałe plecy. Rozejrzał się po zdemolowanej kuchni. Napastnik przewrócił stojak na przyprawy, a na podłodze leżało kilka potłuczonych talerzy, lodówka kącie wydawała się opustoszona. Tiago podszedł do niej i po chwili wyciągnął ze środka plastikowy pojemnik z ugotowanym ryżem, czarną fasolą i kilkoma kawałkami pieczonego kurczaka. Jedna z niewielu rzeczy, które się ostały.

Znalazł dwa ocalałe widelce w otwartej szufladzie. Nie próbował szukać talerzy, które jakimś cudem nie były rozbite, tylko postawił pojemnik na podłodze między nami, usiadł z powrotem i podał mi jeden z widelców.

– Comer – zachęcił, wskazując na jedzenie. – Jedz.

Jedliśmy w milczeniu z jednego naczynia, siedząc na podłodze pośród ruin jego dotychczasowego życia. Każdy kęs przypominał mi o tym, jak bardzo byłam wyczerpana. Strach karmił się moją siłą, a teraz, gdy odzyskałam odrobinę spokoju, głód uderzył ze zdwojoną siłą. Tiago jadł powoli, ostrożnie przeżuwając lewą stroną ust, by nie podrażnić rany. Raz po raz unosił wzrok, sprawdzając, czy wszystko ze mną w porządku.

Gdy pojemnik był pusty, Tiago odstawił go na bok. Znowu przysunął się odrobinę bliżej. W tym świecie, jego sylwetka wydawała się jedynym stałym, bezpiecznym punktem w całym São Paulo.

Wyciągnął rękę i delikatnie dotknął mojego ramienia. Jego dłoń była ciepła, a dotyk, choć pewny, nie miał w sobie nic z natarczywości. Przesunął palcami w dół, aż do mojego nadgarstka, po czym delikatnie odwrócił moją dłoń wnętrzem do góry. Swoim palcem wskazującym zaczął powoli kreślić małe, niewidzialne okręgi na mojej skórze. To był ten sam rytmiczny, hipnotyzujący ruch, który widziałam wczoraj przez okienko przy podłodze, gdy uczył swoje kursantki kroków hip-hopu. Tyle że teraz ten taniec odbywał się na mojej skórze.

Moje serce przyspieszyło, ale tym razem nie był to efekt strachu. To było zupełnie inne napięcie. Ciepło z jego palców rozchodziło się wzdłuż mojego ramienia, docierając prosto do klatki piersiowej. Spojrzałam na jego usta, potem znowu w oczy. Tiago przestał kreślić wzory. Przesunął dłoń, delikatnie gładząc mój kciuk.

– Depois de amanhã... – szepnął, a jego głos brzmiał jeszcze głębiej niż normalnie. – Pojutrze. – Zawahał się, szukając angielskiego słowa. – Miami?

W jego głosie usłyszałam cień smutku. To przypomnienie uderzyło we mnie jak lodowaty prysznic. Pojutrze miałam wracać. Moje idealne, poukładane życie w Miami czekało na mnie, podczas gdy jego światem była ta fawela, zdemolowany pokój i sala taneczna pod nami. Byliśmy z dwóch różnych galaktyk, połączonych tylko tym jednym, brutalnym dniem.

Zamiast odpowiedzieć, po prostu przysunęłam się bliżej i oparłam głowę o jego zdrowe ramię. Tiago westchnął cicho i objął mnie, przytulając mocno do siebie. Na moment napięłam mięśnie, uświadamiając sobie, że to chyba pierwszy raz, gdy w pełni świadomie, bez żadnej wymuszonej potrzeby sama go przytuliłam. Rozluźniłam się, słysząc miarowe bicie jego serca. Mężczyzna gładził mnie po ramieniu, ponownie kreśląc kółka i niewidzialne wzory. Moje serce wybijało coraz szybszy rytm, gdy muskał moją skórę.

Napięcie między nami gęstniało z każdą sekundą, stając się niemal namacalne.. Tiago powoli uniósł dłoń i ujął mój podbródek. Jego ruch był niezwykle ostrożny, jakby bał się, że gwałtowniejszym gestem spłoszy mnie i zmusi do ucieczki. Uniósł moją twarz lekko do góry, zmuszając, bym spojrzała mu w oczy. Jego źrenice były ogromne i odzwierciedlały światło wpadającego przez okno.

Zbliżył się o milimetr. Poczułam na twarzy jego ciepły oddech, pachnący miętową pastą i maścią, którą przed chwilą nałożyłam na jego policzek. Moje serce uderzało o żebra jak oszalałe, a w głowie pulsowała tylko jedna myśl: pragnienie, by ten moment trwał, by odciął mnie od całego koszmaru ostatnich godzin. Chciałam zatracić się w jego cieple, zapomnieć, że jeszcze kilka minut temu walczyłam o życie.

Tiago przymknął powieki i pochylił się jeszcze bardziej. Jego rozcięta warga była tuż obok mojej. Wtedy jego palce, wciąż wspierające mój podbródek, delikatnie przesunęły się po mojej szyi.

Ten pełen czułości dotyk natychmiast wywołał w moim ciele brutalne, fizyczne wspomnienie. Przed oczami stanęła mi scena z piwnicy. Silne dłonie porywacza zaciskające się na moim ramieniu. Szarpnięcie. Zimny pot, zapach stęchlizny i strachu.

Moje ciało zareagowało szybciej niż umysł. Gwałtownie cofnęłam głowę, aż moje plecy uderzyły o nogę krzesła. Złapałam powietrze głośnym, chrapliwym haustem, jakbym nagle zaczęła tonąć. Moje dłonie instynktownie uniosły się przed klatkę piersiową, tworząc barierę między nami.

Tiago zamarł. Otworzył oczy, a w jego spojrzeniu momentalnie pojawiło się przerażenie i głębokie poczucie winy. Natychmiast cofnął ręce, unosząc je w górę w gestie poddania, dokładnie tak, jakby chciał mi pokazać, że nie stanowi żadnego zagrożenia.

– Desculpe... Sophia, desculpe... – szepnął gorączkowo. Jego głos drżał. – Przepraszam. Nie… Nie... – Brakowało mu słów. – Przepraszam.

Patrzyłam na niego, wciąż szybko oddychając. Widziałam ból w jego oczach. Ból świadomości, że jego bliskość mogła mnie przestraszyć. Dotarło do mnie, jak bardzo go skrzywdziłam tą reakcją. On mnie ratował, a ja potraktowałam go jak zagrożenie.

– Nie, Tiago... to nie ty – wykrztusiłam, a do oczu znowu napłynęły mi łzy. Przełknęłam ślinę, starając się opanować drżenie głosu. – To nie ty. Ja po prostu... ja nie potrafię. Jeszcze nie teraz.

Bariera językowa znów stała między nami, ale Tiago patrzył na moją skuloną sylwetkę i obronny gest moich rąk. Zrozumiał. Całe romantyczne napięcie, które budowało się między nami przez ostatnie minuty, nagle pękło, ulatniając się z pokoju i zostawiając po sobie jedynie surową, bolesną rzeczywistość.

Tiago powoli opuścił ręce. Nie przysunął się już, szanując mój dystans, ale usiadł prosto, opierając plecy o szafkę. Westchnął cicho i spojrzał na swoje dłonie splecione na kolanach.

– Tudo bem38 – powiedział cicho, neutralnym, kojącym tonem. – Bezpieczna, Sophia. Tylko bezpieczna.

W tym jednym zdaniu zamknął wszystko. Zrezygnował z własnych pragnień, by dać mi to, czego potrzebowałam najbardziej: absolutne poczucie kontroli i bezpieczeństwa. Napięcie opadło, zastąpione przez ciężką, ale pełną wzajemnego szacunku ciszę. Siedzieliśmy naprzeciwko siebie w kuchni, za blisko na zwykłą znajomość, za daleko na miłość, uwięzieni w zawieszeniu, które miało potrwać już tylko dwa dni.

Jednak nie potrafiłam tak tego zostawić. Nie chciałam po prostu siedzieć w tej niezbyt wygodnej ciszy. Powoli przesunęłam się do niego. Znowu oparłam głowę o jego bark. Chyba bał się, że znowu mnie wystraszy, bo nawet nie drgnął. Sama więc wzięłam jego rękę i przerzuciłam przez siebie jakby mnie obejmował. Gdy przyciągnął mnie do siebie, wypuścił głośno powietrze. Ulżyło mu. I mnie także. Wróciliśmy do normy.

Zamknęłam oczy, odcinając się od widoku zniszczonego pokoju. Wiedziałam, że jutro znowu przyjdzie strach i trudne decyzje. Ale teraz, w tej minucie, liczyło się tylko to, że jego ramię było silne, a świat na zewnątrz nie miał do nas dostępu.

 

38 Tudo bem (z portugalskiego) – Wszystko dobrze.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania