Ostatnia - wpis nr 11

Koniec marca, wczesna wiosna. Łąki zaczęły się zazieleniać, króliki mnożyć, a Wielkanoc zbliżała się wielkimi krokami. Miałam sporo zajęć, nawet znalazła się papierkowa robota. Gryfy potrafiły zorganizować ludziom (i jednej głęboko zakonspirowanej wampirzycy) zajęcie. Oczywiście moje obowiązki obejmowały również włóczenie się po polach i zbieranie zielska, więc dalej wypatrywałam potencjalnej ofiary. Już wcześniej zaczęłam nosić sztylet przy pasku, żeby ludzie oswoili się z jego widokiem i nikt nagle nie wyskoczył z niczym głupim. "Hej, skąd masz taki wielki nóż?" - takie pytanie rzucone przy gryfim strażniku mogło ściągnąć niepotrzebne podejrzenia. A na początku owszem, pytali.

Zauważyłam go kątem oka. Brązowe pióra, nieco jaśniejsza sierść, ale i tak był dość ciemny jak na standardy swojego gatunku. Kojarzyłam go z widzenia, ale nie wiedziałam jak ma na imię. Był zwykłym strażnikiem bez wielkiej mocy magicznej. Leciał na zachód w stronę Nowego Targu. Na szczęście byłam po właściwej stronie jeziora, jeszcze mogłam go dogonić. Porzuciłam worek z zieleniną i wbiegłam do lasu. Między drzewami rozwinęłam właściwą wampirzą prędkość. Musiałam uważać, bo koniec lasu był jednocześnie granicą, a tam mogłam natknąć się na patrole. Gryfy mogły swobodnie wylatywać ze swojego terytorium, ludzie nie mogli go opuszczać - chyba, że mieli pozwolenie. Gryf nadal tam był, co jakiś czas widziałam kawałek jego sylwetki pomiędzy koronami iglastych drzew.

Granica oczywiście była wzmocniona magicznie. W tym miejscu biegła wzdłuż małego strumyka, ale przed brzegiem gryfy kazały wykarczować trochę lasu i stworzyć wygodną drogę dla patroli. Wyszłam na nią rozglądając się we wszystkie strony. Miałam szczęście, w pobliżu nikogo nie było. Słabo bo słabo, ale jednak czułam gryfie czary nad strumykiem, więc nie ryzykowałam i teleportowałam się kilkadziesiąt metrów za nim. Gryf, wbrew moim wcześniejszym przypuszczeniom, skręcił trochę na południe, jakby chciał lecieć do Zakopanego. Może w Nowym Targu znów było dużo wojska? Słyszałam wiele opowieści gryfów chwalących się drażnieniem ludzkich żołnierzy, chociaż Szara Skała tego nie pochwalał, przynajmniej nie oficjalnie. Jeśli ten gryf chciał sobie zjeść człowieka na spokojnie, to raczej będzie szukał mało uczęszczanej miejscówki.

Minęliśmy drugi, mniejszy lasek, i wtedy zaczęłam zmniejszać dystans. Może byliśmy jeszcze trochę za blisko, ale trudno, zobaczy mnie to będziemy walczyć. Gryf jednak leciał dalej nie oglądając się za siebie. Przebiegłam obok kilku skał wystających z ziemi, potem znów był strumień i jakieś drzewa. Za nimi zauważyłam zabudowania. Podobno sporo osób wyniosło się z okolicy, ale zawsze znajdą się tacy, którzy chcą zostać, nieważne jakby nie było niebezpiecznie. No i jeszcze byli turyści, którzy teraz przyjeżdżali tu nie tylko dla pięknych górskich widoków, lecz również dla ekstremalnych wrażeń obejmujących podglądanie gryfów przez lornetkę. Więc w owych domach mógł ktoś mieszkać, a ja nie chciałam mieć widowni.

- Ej frajerze! - krzyknęłam. - Szukasz jakiejś ofiary?

Zgodnie z przewidywaniami gryf zawrócił i opadł na ziemię kilka metrów przede mną. Był duży i na pewno silny. Dziób i pazury wzbudzały respekt, spokojnie mógł nimi rozerwać na kawałki krowę.

- Ja też szukam ofiary i stwierdziłam, że się nadasz - uśmiechnęłam się. Kły miałam już częściowo wysunięte, ale chyba ich nie zauważył.

- Co ty tu robisz? Jak przeszłaś przez granicę? - pytał gniewnym tonem. Więc rozpoznał we mnie poddaną gryfiego władcy, był zły na moje nieposłuszeństwo i zdziwiony jednocześnie. Jeszcze bardziej zdziwił się, gdy wyciągnęłam sztylet.

Bo wiecie, ja nie za bardzo umiem walczyć wręcz. To znaczy wiadomo, zabijam ludzi, mam ten instynkt. Z ludźmi jest łatwo, nie jesteście specjalnie groźni. Walka ze stworzeniem magicznie uzdolnionym to zupełnie co innego niż zwykłe pranie się po ryjach. Oczywiście ostatecznie wszystko sprowadzało się do dźgnięcia przeciwnika ostrym końcem, ale zanim do tego doszło trzeba przełamać blokadę i dostać się prosto do jego myśli. Nie dało się zabić maga, który miał pełną kontrolę nad swoimi czarami. Ciężko było zabić wampira, który mógł się poruszać. Nasze pojedynki wyglądały zwykle jak powolna wymiana ciosów, po której jeden z uczestników padał bez czucia na ziemię, a ten drugi wykonywał egzekucję. Wygrałam dwa takie starcia, przy czym za pierwszym razem miałam więcej szczęścia niż rozumu, a za drugim przeciwnik był żałośnie słaby. Ale bójka z czymś, co zapewne dorównuje mi siłą fizyczną, a na dodatek może skutecznie zablokować magiczny atak, nie była prostą sprawą.

Postanowiłam więc zaatakować pierwsza i po prostu rzuciłam się na gryfa. Zareagował szybko, przysiadł na tylnych łapach, przednie podniósł i wystawił pazury. Nie złapałam się w tę oczywistą pułapkę, minęłam go z lewej strony jednocześnie ciągnąc za skrzydło. Nie chciałam, żeby odleciał. Udało się, bo gryf wydał z siebie dziki syk, spróbował ruszyć skrzydłem, które zwisało bezwładnie.

- Zabiję cię! - krzyknął.

Wypuściłam z dłoni te kilka piór, które wcześniej mu wyrwałam i kontynuowałam atak. Nie chciałam wdawać się w niepotrzebną gadaninę. Wyznawałam starą westernową zasadę "When you have to shoot, shoot. Don't talk". Tym razem spróbowałam dźgnąć go w tylną łapę, ruszał się jednak naprawdę szybko. Ostrze ześliznęło się, ale pojawiła się krew. Rana nie była tak głęboka, jakbym sobie tego życzyła, niemniej moja teoria została potwierdzona.

Nagle poczułam ogarniające mnie spowolnienie, zupełnie jakby ktoś włączył nagrywanie w slow-motion. Czyli mój przeciwnik zdecydował się użyć magii. Musiałam przymknąć oczy, skoncentrować się i odepchnąć ogarniającą mnie senność. Przez chwilę ścieraliśmy się mentalnie. Gryf wycofał się pierwszy jednocześnie wbijając mi pazury w bok.

Bolało, i to bardzo, a ja nie lubię bólu. Nikt nie byłby zadowolony z kilkucentymetrowych szponów tkwiących mu w żebrach. Na szczęście takie rany nie były groźne, mogły mnie jedynie zdekoncentrować. Nie straciłam koncentracji, nie skupiłam się na bólu, chociaż smród własnej krwi i tak mnie drażnił. Dzięki temu udało mi się zablokować drugą łapę gryfa, który już się na mnie zamierzał. Sztylet wbity w sam jej środek skutecznie ostudził jego zapał. Skrzeknął przeraźliwie; mogłabym przysiąc, że było to jakieś gryfie przekleństwo.

Ale został jeszcze dziób. Przez chwilę nasze spojrzenia się spotkały. Nie wiem, co wyczytał w moich oczach, ale ja w jego żółtym ślepiu widziałam wściekłość i determinację kogoś, kto za chwilę oderwie ci głowę. Oczywiście nie zamierzałam do tego dopuścić. Koniec przepychanek, teraz trzeba użyć prawdziwej magii.

Zdecydowanie wdarłam się do jego umysłu. Stawił opór, ale za słaby. Przejęłam kontrolę nad gryfem zanim jego dziób mnie dosięgnął. Teraz szybko: łeb uniósł mu się do góry, przednie łapy rozsunęły na boki. Zrobiłam to trochę zbyt gwałtownie, bo gryfie szpony wciąż tkwiły w moim boku. Cóż, powiększyłam sobie ranę, ale to nic, już zaczynała się goić. Za parę minut nie będzie po niej śladu. Unieruchomiłam go nie pozbawiając przytomności. Chciałam, żeby pozostał świadomy. Gryf próbował mi coś przekazać, ale specjalnie go zablokowałam. Nie będę z nim gadać, nie dam mu sposobności do wezwania pomocy. Na pewno żałował, że nie zrobił tego wcześniej. Ale tak to już jest, kiedy przeciwnik okazuje się silniejszy, niż myślałeś na początku, ale duma nie pozwala ci uciec, kiedy jeszcze nie jest za późno. A może to mi zrobiłoby mi się go żal... Nieważne.

Wzięłam sztylet. Wysunął się z łapy gryfa z dziwnym plaśnięciem. Musiałam przebić tętnicę, bo krew prysnęła obficie. Oblizałam ostrze i ręce. Mój pokonany przeciwnik, nadal sparaliżowany, przewrócił się na bok i tylko patrzył złowrogo. Co dziwne, nie bał się - sprawdziłam to. Był wściekły i najchętniej rozerwałby mnie na strzępy. Odkąd skosztowałam krwi, wyczuwałam go o wiele lepiej. Wcześniej przypuszczałam, że gryfia krew jest podobna do ludzkiej, i nie myliłam się, smak był podobny. Uklękłam nad powalonym wrogiem. Ciężko byłoby go ugryźć, te pióra porastały całą szyję. Krew tam była, słyszałam jej pulsowanie, czułam ciepło bijące od tego ciała. Wszystko to działało na mnie... hm, cóż, mocno. Na chwilę straciłam koncentrację i od razu umysł gryfa naparł na mój. Odepchnęłam go. Trzeba to zakończyć. Wbiłam sztylet w jego tętnicę szyjną, dwukrotnie, raz koło razu. Jaskrawoczerwona posoka dosłownie mnie zalała. Piłam ją, aż serce przestało bić.

To było intensywne przeżycie. Czułam się podekscytowana po wygranej walce, podekscytowana zabijaniem, a krew gryfa jeszcze to podkręciła. Płynęła we mnie moc, jakbym zabiła i wyssała kilku ludzi na raz. Widocznie gryfy były bardziej... kaloryczne? Chyba mogę to tak nazwać. Jednym ruchem zamieniłam całą swoją krew w wodę. Wreszcie przestało śmierdzieć i tylko porwane ubrania przypominały mi o tym, że dałam się zranić. Co za wstyd... Postąpiłam według Prawa Krwi i zabiłam napastnika, ale inne wampiry i tak by się ze mnie śmiały. No tak, nie było już innych wampirów, już smoki się o to postarały. Przestałam przejmować się dziurami. Wyrwałam mojej ofierze kilka piór z tego drugiego, nie uszkodzonego skrzydła, i teleportowałam się do domu.

Średnia ocena: 4.0  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (4)

  • Tauriel 8 miesięcy temu
    Super! Jest akcja!
  • Vespera 8 miesięcy temu
    Ostatnio nie mam weny na sceny akcji i koncentuję się raczej na postaciach, ale jak mi się zachciało, to i pojedynek opisałam. Powoli klaruje mi się pomysł na jakieś opowiadanie ze sporą sceną bitwy, a przynajmniej potyczki, ale to chyba jeszcze musi dojrzeć...
  • Tauriel 8 miesięcy temu
    Vespera będę czekała i zaglądała co jakiś czas. Ostatnio nic na moim profilu się nie dzieje... Cały czas układam sobie rozdział pierwszy, bo chce go napisać jeszcze raz. W przerwach lubię poczytać sobie Twoje nowe pomysły :)
    Pozdrawiam i czekam na dalsze ;))
  • Vespera 8 miesięcy temu
    Tauriel Dziękuję, również pozdrawiam!

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania