Ostatnia - wpis nr 7

Nadeszła zima, dość ciepła i bezśnieżna, a ja dalej nie wiedziałam co robić. Tkwiłam więc pomiędzy gryfami i pasłam moje króliki zeschłą trawą. Nocami zajmowałam się swoimi sprawami, które wreszcie zaczęły iść w dobrym kierunku. Może interesy nie przynosiły takiego dochodu, żebym znalazła się w pierwszej dziesiątce najbogatszych, bo postawiłam duży nacisk na ich legalność i etyczność, ale pierwsza setka jak najbardziej była w zasięgu. Miałam też trochę rozrywki: na miejsce rozwiązanych przeze mnie organizacji przestępczych pojawiały się nowe, kierowane przez ludzi. Wreszcie mogłam polować i zastraszać kryminalistów. Niektórzy byli całkiem nieźli i próbowali się ukrywać, ale moi ludzie też byli dobrzy i nie pozwalali im zbyt długo cieszyć się wolnością. Te nocne łowy sprawiały wiele frajdy i pozwalały rozładować energię. Lubię też myśleć, że w jakimś stopniu przyczyniam się do poprawy bezpieczeństwa na świecie - choć, nie czarujmy się, nie jestem w stanie wyłapać wszystkich, a na miejscu tych zjedzonych kiedyś pojawią się następni.

 

W połowie grudnia wydarzyło się coś ciekawego. Zbliżały się święta i nasza mała społeczność zapragnęła mieć księdza (poprzedni został zjedzony podczas gryfiego najazdu). Nie żeby większość była jakimiś super gorliwymi katolikami, raczej zadecydowała nasza rodzima tradycja - ludzie chcieli karpia, choinki, pasterki i takich tam. Gryfie władze zrobiły ankietę, w której napisałam, że nie jestem wierząca i w sumie jest mi to obojętne, ale jeśli inni chcą, to niech mają tego księdza. O ile wiem, to gryfy mają podobne podejście do religii, więc Szara Skała na specjalistkę ds. księdza wybrał właśnie mnie. Do moich obowiązków miało należeć znalezienie odpowiedniego kapłana, sprowadzenie go tutaj i pośrednictwo między nim a gryfim władcą. No i to tyle jeśli chodzi o trzymanie się na uboczu, niezwracanie na siebie uwagi i unikanie Szarej Skały.

 

Dzięki temu nowemu zadaniu odwiedziłam Kraków, oczywiście z asystą dwojga gryfów - żołnierza i mocno utalentowanej magiczki. Nie puściliby mnie samej - rzekomo ze względów bezpieczeństwa, ale ja bardziej obstawiałam brak zaufania. Przed podróżą Wiosenna Pogoda - magiczka - powiedziała mi, że w razie jakichkolwiek większych problemów, jeśli nas napadną, albo zaczną strzelać, mam schować się za Długim Piórem - wojownikiem, nie wychylać się i czekać, aż ona wszystko załatwi. Fajnie, że pomyśleli o moim bezpieczeństwie, ale gdybym pojechała sama, nikt nie domyśliłby się, że reprezentuję gryfy i nic by mi nie groziło. Zachowałam te przemyślenia dla siebie, bo przecież udaję pokorną i posłuszną istotę ludzką. Po drodze mieliśmy kilka incydentów, głównie ludzi rzucających kamieniami w nasz samochód, ale Wiosenna Pogoda szybko sobie z nimi poradziła. Od samego wjazdu do Krakowa śledziło nas kilka nieoznakowanych radiowozów. Gryfy zdawały się ich nie zauważać albo nie zwracać na nich uwagi, więc ja też ich zignorowałam. Pojechałam prosto na Franciszkańską pod siedzibę Kurii nie przejmując się takimi banalnymi znakami jak zakaz wjazdu czy zatrzymywania się. Wysiadłam z samochodu, gryfy zeskoczyły z paki. Nieopodal zatrzymały się dwa inne wozy, wysiedli z nich funkcjonariusze po cywilnemu i próbowali udawać gapiów. Gdyby to był sezon już bylibyśmy otoczeni przez tłum turystów, ale i tak, pomimo niekorzystnej pogody, wokół utworzyło się już małe zbiegowisko. Wiosenna Pogoda popatrzyła na mnie pytająco. Nie miała pojęcia gdzie teraz powinniśmy pójść, więc przejęłam inicjatywę i poprowadziłam gryfy do głównego wejścia.

 

Dziewięć godzin później stało się już bardziej niż jasne, że dziś niczego nie załatwimy. Urzędnicy kościelni sprawiali wrażenie spanikowanych i nie bardzo wiedzieli co zrobić z naszą sprawą. Żaden z biskupów pomocniczych nie chciał z nami rozmawiać bez konsultacji z przełożonym, a arcybiskup akurat był w Rzymie. Trzymano nas więc w różnych poczekalniach i korytarzach, ale przez zamknięte drzwi usłyszałam wystarczająco dużo. Byliśmy czymś nieoczekiwanym, jak bomba rzucona w sprawne tryby kościelnej machiny. Kościół słynie z cierpliwości, na którą my nie mogliśmy sobie pozwolić. Gryfy stawały się coraz bardziej niespokojne. Chyba były głodne. Ja też niedługo zrobię się głodna, a to może wszystko skomplikować. Nie chciałam tego, więc w końcu zwróciłam się do Wiosennej Pogody:

- Dziś już nikt nas nie przyjmie, wróćmy tu jutro. Jestem z Krakowa i mam tu mieszkanie... koleżanka ma klucze. Mogłabym pójść do niej, a potem przenocowalibyśmy u mnie.

Gryfini zastanawiała się chwilę, po czym odparła:

- Dobrze, chodźmy.

I już chciała ruszyć ku wyjściu, ale szybko zastąpiłam jej drogę.

- Przepraszam, ale chciałabym pójść sama. Na zewnątrz jest już pewnie pełno policji, będą nas śledzić. Wolałabym nie robić problemów koleżance. Sama nie będę tak bardzo rzucać się w oczy. Proszę...

 

Musiałam wypaść bardzo przekonująco, bo Wiosenna Pogoda zgodziła się. Szybko odeszłam w stronę wyjścia i teleportowałam się do domu, kiedy tylko upewniłam się, że nikt mnie nie widzi.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania