Ostatnia - wpis nr 13

Najpierw musiałam przedłużyć gatunek. Pojedynek z gryfem był niebezpieczny, ale zawsze mogłam uciec, za to teraz zamierzałam pójść prosto do Szarej Skały, co mogło okazać się samobójstwem. W razie najgorszego scenariusza lepiej, żeby mój gatunek przetrwał. Wybrałam czworo ludzi: Asię, moją główną księgową, która marzyła o przemianie właściwie od zawsze; Marcina, znajomego ze studiów, który bez wahania porzucił dziewczynę i resztę swojego ludzkiego życia, gdy tylko wyjaśniłam mu, o co chodzi; Amarę, która wcześniej nie miała z wampiryzmem nic wspólnego, poznałam ją przypadkiem w Nowym Jorku, również przypadkiem odczytałam jej myśli i okazało się, że ma charakter bardzo podobny do mojego; no i jeszcze mój ulubiony ekspert od biznesu, Min-soo, który oprócz bycia geniuszem finansowym wprost kipiał charyzmą i znał się na zarządzaniu ludźmi. Wydawało mi się, że ci ludzie będą dobrym materiałem na wampiry. Wszyscy zgodzili się na przemianę i zdawali się rozumieć, czego od nich oczekuję.

Postanowiłam zrobić to za jednym zamachem. Zabrałam moich wybrańców do Warszawy, bo tam łatwo było o ofiarę, nawet w środku nocy. Przygotowałam dobrze zaciemnione mieszkanie w centrum. Nigdy wcześniej nikogo nie przemieniałam. Nie, żebym nie chciała, młode wampiry często chcą przemienić kogoś ze swojej rodziny albo znajomych, też miałam takie pomysły. Wydaje nam się, że jesteśmy tacy wyjątkowi, a tu proszę, mamy swoje własne schematy. Ale nie byłam szefową klanu, więc nie mogłam tego zrobić. Takie zasady. Właśnie, klany. Mogłabym kontynuować swój Klan Szmaragdu, ale to, co chciałam zrobić, niezbyt dobrze pasowało do jego założeń. W Szmaragdzie lądowały wampiry, które naprawdę mocno chciały nimi zostać. Aśka i Marcin by się nadali, reszta już niezbyt. Mój nowy klan miał zdobyć władzę, czyli zrobić coś, co do tej pory było zabronione. Potrzebowaliśmy nowej nazwy i nowego symbolu.

Początkowo odruchowo pomyślałam o czarnej róży, to w końcu podstawowy i najbardziej oczywisty symbol wampiryzmu w ogóle. Sama mam przed domem krzaczek tych pędzonych magią kwiatów. Zrobiłam już nawet pięć srebrnych zawieszek w kształcie róży w pełnym rozkwicie z emaliowanymi na czarno płatkami. Ale potem przypomniało mi się, że czarnymi różami najbardziej jarali się sadyści i nieudacznicy, tacy, co to tylko mhrok, zuo i nietoperze. No dobra, może przesadzam, ale tylko odrobinę. A my teraz mieliśmy chronić ludzi, nie tylko żywić się nimi. Zmieniłam więc kolor emalii na czerwony, oznaczający krew, która daje życie i nam, i ludziom. Jedną różę od razu zawiesiłam sobie na szyi. I tak nie zakładałam już starego klanowego pierścienia, wielki szmaragd osadzony w złocie niepotrzebnie zwracałby uwagę w trakcie mojej szpiegowskiej misji, a potem jakoś się od niego odzwyczaiłam. Nadal darzę go wielkim sentymentem, w końcu to prezent od ojca, a zielony kamień wciąż jest przepięknym symbolem wieczności. Pozostała jeszcze kwestia nazwy. Nie chciałam przekombinować, pozostałam więc przy prostym Klanie Róży.

Moje przyszłe wampiry mocno się denerwowały, chociaż przecież dokładnie wytłumaczyłam im, co się niedługo stanie. Będę pić z nich, aż prawie umrą, a wtedy nakarmię ich własną krwią. Ona zabije ich do końca, stracą przytomność, przestaną oddychać, serce się zatrzyma. I zacznie dziać się magia, mroczna stara magia, która zmieni ich ciała w silne maszyny do zabijania, polepszy ich zmysły, usprawni umysł i da moce, które pozwolą im panować nad materią i zwykłymi, słabymi ludźmi. Żeby utrwalić przemianę, muszą zabić: wyjść w noc, odnaleźć ofiarę i wyssać z niej życie. Pójdzie im to łatwo, instynkt jest silny od samego początku. Musimy odebrać życie, by dostać życie, inaczej cała krew naszego stwórcy pójdzie na marne, bo i tak umrzemy, tym razem już na dobre. Słyszałam o przemienionych wbrew własnej woli, którzy odmawiali dokonania tego pierwszego rytualnego zabójstwa. Większość z nich łamała się, bo ból prawdziwej śmierci był nie do zniesienia, ale potem słabe były z nich wampiry i ginęli szybko, nawet celowo prowokując sprzeczki z silniejszymi od siebie. Kilkoro podobno wytrzymało i umarło, ale szczerze? Jakoś trudno mi w to uwierzyć. Pamiętam dobrze swoje pragnienie krwi i nie wyobrażam sobie, jak mogłabym się mu oprzeć.

W każdym razie moje wampirki mniej więcej wiedziały, co je czeka. Słońce zaszło już na dobre, mogliśmy więc zaczynać. Nie żeby pora dnia miała jakieś magiczne znaczenie, po prostu nasze oczy po przemianie są wyjątkowo wrażliwe i wyjście na jaskrawe światło dzienne byłoby nieprzyjemnie bolesne. Pierwszą do zaciemnionego pokoju zaprosiłam Amarę. Ona wydawała się być najbardziej zestresowana, wydawało mi się nawet, że zbladła, chociaż na jej ciemnej skórze ciężko było to poznać. Poszło mi całkiem dobrze, bez problemów usłyszałam moment, w którym jej serce zaczęło zwalniać, a umysł odpływać. Dałam jej krwi i wtedy musiałam ją trochę przytrzymać, bo zaczęła panikować. Traciła siły powoli, poczułam, jak targają nią skurcze. A tak, przemiana była bolesna. Ja miałam to szczęście, że zemdlałam tuż po podaniu krwi i nic nie czułam, Amara widocznie miała silniejszy organizm. Byłam z nią przez ostatnie kilkadziesiąt sekund jej ludzkiego życia, powtarzałam, że wszystko będzie dobrze. W końcu odpłynęła, a ja zawołałam Marcina.

Miałam nadzieję, że z Marcinem będzie lepiej, w końcu już od dawna marzył o czymś magicznym, ale on też mocno trzymał się życia, nawet krzyknął tuż przed utratą przytomności. A przecież wyssałam z niego tyle krwi, że rozcinałam sobie nadgarstek w panicznym pośpiechu, bo bałam się, że mi tu zaraz umrze. Min i Asia znieśli to o wiele lepiej, może dlatego, że jako byli niewolnicy byli przyzwyczajeni do obecności wampirów? Podkreślam, byli niewolnicy, bo poprzedniego dnia oficjalnie ich wyzwoliłam, mogli nawet odejść, jeśliby chcieli. Może od teraz stosunki między nami a wami, zwyczajnymi ludźmi, będą inne, ale nie zamierzałam zmieniać reguł rządzących wampirzą społecznością. Wypracowaliśmy je przez stulecia i jak dotąd dobrze się sprawdzały. Przemienianie niewolników nie było zabronione, ale było postrzegane jak coś, co zrobiłby tylko ostatni frajer.

Miałam już cztery nieprzytomne ciała leżące na podłodze w niemal całkowitej ciemności. Okna zasłoniłam wcześniej roletami i grubymi zasłonami, więc światło latarni prawie nie przedostawało się do środka. Nawet przy wyostrzonym wzroku widziałam tylko kontury przedmiotów i szarości zamiast kolorów. Zapaliłam malutką świecę w pokoju obok, żeby moje dzieci po przebudzeniu jednak cokolwiek zobaczyły i nie deptały jedno po drugim. Usiadłam wygodnie w fotelu i czekałam. Miało to potrwać mniej niż godzinę, zaskakująco krótko jak na ilość zmian, która miała w tym czasie nastąpić.

Pierwszy obudził się Marcin. Standardowo najpierw przez dłuższą chwilę zachwycał się światem, wyglądającym teraz zupełnie inaczej, potem zorientował się, że już nie musi oddychać.

- Ależ to wszystko dziwne... Dlaczego mówię, skoro nie oddycham? Przecież mówi się tylko przy wydechu, to jak ja teraz...

- Magia - przerwałam mu krótko, ale to była prawda. Mówimy tylko dzięki magii, tak samo jak gryfy. - Idź teraz, zapoluj. Dopiero po tym przyjdzie do ciebie prawdziwa moc i zacznie się prawdziwa zabawa - zachęciłam go z uśmiechem. Wyszedł i słyszałam, jak skacze po schodach, przeskakuje kilka stopni naraz. Widocznie zaczął bawić się od razu.

Po kilku minutach wstały dziewczyny, jedna dosłownie chwilę po drugiej. Wpatrywały się w siebie z ekscytacją, dotykały włosów, zasłon, nawet ozdobnej poduszki z mojego fotela. Im też musiałam przypomnieć, że mają coś ważnego do zrobienia.

- Tylko rozdzielcie się, nie polujcie na jedną ofiarę - dodałam. - To nie wystarczy, zmarnujecie czas, a im dłużej wam zejdzie, tym będzie bardziej bolało.

Min nadal się nie ruszał, wyglądał jak zwłoki. Może potrzebował więcej czasu. Albo coś poszło nie tak. Nachyliłam się nad nim, ale nie byłam w stanie niczego stwierdzić. Nie chciałam zaglądać mu do umysłu, nie wiedziałam, czy nie spowoduje to jakiejś katastrofy. Po prostu czekałam. Wreszcie, prawie równo godzinę po przemianie, podniósł się gwałtownie i spojrzał na mnie pytająco.

- Reszta już poszła - wyjaśniłam.

- Ok, ja też pójdę - powiedział tylko krótko i wyszedł. Powściągliwy typ.

Min może i przemieniał się najdłużej, ale sprawę pierwszego polowania załatwił bardzo szybko. Nie było go tylko piętnaście minut, z zegarkiem w ręku. Siedział ze mną w pokoju ze świeczką i czekaliśmy na powrót reszty. Nie mówił za wiele, ale w pewnym momencie zauważyłam zmianę w jego zachowaniu.

- Czyżby magia zaczęła do ciebie przychodzić? - zapytałam.

Przytaknął i powoli wyciągnął dłoń w stronę świecy. Płomyk zgasł, po chwili zapłonął znowu. Min uśmiechał się szeroko. Teraz uniósł świeczkę w powietrze, zatoczył nią małe kółko i powoli opuścił na blat.

- Nie spodziewałem się, że to będzie takie łatwe.

- Widocznie masz do tego talent, duży talent - pochwaliłam go.

Rozmawialiśmy o magii dopóki nie wróciła reszta. Czułam ich radość, tylko Marcin wydawał się nieco przybity.

- Wasze pierwsze, i być może ostatnie, w życiu morderstwo, już za wami - powiedziałam na jego użytek. Wiedziałam, że był dobrym człowiekiem i zabijanie może mu nie do końca pasować. - Witajcie w Klanie Róży. Pamiętacie Prawa, pamiętacie nasze zadanie, nie będę się teraz powtarzać.

Rozdałam im róże zawieszone na długich srebrnych łańcuszkach. Założyli je, a ja poczułam autentyczną dumę z tego, co udało mi się tu stworzyć.

- Teraz jest czas świętowania, więc pójdziecie gdzieś na miasto i się zabawicie, chyba, że wolicie wrócić do domu i cieszyć się nowym życiem w samotności. Możemy być w kontakcie, nie wahajcie się dzwonić, pisać, przysłać kogoś z wiadomością, albo po prostu wpaść z wizytą, albo też możecie sami wszystko ogarnąć, nie ma pośpiechu. Nie mam zamiaru wam rozkazywać, ale byłoby miło, jakbyśmy wszyscy spotkali się za miesiąc u mnie i omówili najważniejsze sprawy. Czujcie się oficjalnie zaproszeni. A teraz lećcie już, noc na was czeka - zakończyłam trochę zbyt pompatycznie.

- Może pójdziesz gdzieś ze mną.. - spytała Aśka urywając niezręcznie. Pewnie chciała dodać na końcu "pani".

- Nie, nie, to jest wasz czas. Zresztą muszę po was posprzątać, na pewno narobiliście bałaganu. Ale to będzie pierwszy i ostatni raz, zapamiętajcie to dobrze! - skrzyczałam ich żartobliwie i teleportowałam się na zewnątrz kamienicy zostawiając w pokoju cztery nowo narodzone wampiry.

Średnia ocena: 4.5  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania