Ostatnia - wpis nr 12

Magowie nie pozwalali nam ingerować w ludzką politykę w jakikolwiek sposób. Politycy dla nas nie istnieli - nie robiło się z nimi interesów, nie pożywiało się nimi, nawet przebywanie w jednym pomieszczeniu mogło zostać źle odebrane. Ciężko znosiliśmy ograniczenia, ale to był jeden z warunków rozejmu między nami a magami, który zakończył długą epokę krwawych wojen, a obowiązywał już prawie trzysta lat. Do tej pory myślałam, że zakaz ten ustanowiono tylko dlatego, żeby uniemożliwić nam zdobycie nadmiernych wpływów, ale teraz wydaje mi się, że to nie do końca prawda. Po prostu każdy szanujący się wampir po spotkaniu z przeciętnym ludzkim politykiem miałby ochotę tylko na jedno: urwać takiemu łeb i dobrze się upewnić, że skurwysyn nie żyje, bo to, ile te szuje mają na sumieniu, przechodzi wampirze pojęcie. I to niby my byliśmy tymi złymi...

Tak, pamiętacie tę dziwną serię zgonów na najwyższych szczeblach władzy sprzed kilku tygodni? To byłam ja. Co prawda urwałam łeb tylko jednego, potem szkoda było marnować krew. Miałam pomysł, wyjątkowo głupi jak się okazało: chciałam podzielić się informacjami o gryfach z rządem. Dało się z nimi skutecznie walczyć, dla zwykłych ludzi było to trudne, ale nie niemożliwe. Nie łudziłam się, że siłom rządowym uda się odbić zajęte przez nie terytorium, za dobrze go chroniły. Jednak powstrzymanie pojedynczych gryfów od zjadania mieszkańców sąsiednich miejscowości było jak najbardziej w zasięgu. Mam wyrobiony pewien nawyk: zawsze przed zrobieniem interesów z człowiekiem szybko sprawdzam jego umysł, czy aby na pewno warto z nim współpracować; tak też postąpiłam z premierem. To, co tam zobaczyłam... Nie będę tego opisywać, nie chcę się znów denerwować. Sami wiecie, że premier i czterech innych już nie żyją. Przyznaję, przy generale trochę mnie poniosło, w porównaniu z tamtymi być może nie zasłużył na śmierć. Cóż, wtedy nie miałam wątpliwości.

I tak upadł mój pomysł współpracy z ludźmi. Przez kilka dni byłam wściekła, musiałam wyładować się w Meksyku. Meksyk to takie magiczne miejsce, wykończysz tam jeden gang, a po paru tygodniach na jego miejsce pojawiają się dwa następne. Lubiłam też polować na kłusowników w Azji i w Afryce, ale to była wyrafinowana rozrywka, wymagająca tropienia śladów w dżungli albo na sawannie, bezszelestnych podchodów i ataków w środku nocy. W Meksyku było inaczej. Wystarczy wejść do cieszącej się złą sławą dzielnicy dowolnego miasta, poczekać, aż ktoś będzie chciał cię okraść albo napaść, ewentualnie sprzedać prochy. Potem czyta się takiego delikwenta, szuka miejsca pobytu jego mocodawcy - zawsze jest ktoś ponad takim zwykłym leszczem z ulicy - idzie się tam i robi rozwałkę. Potem czynność można powtórzyć, nawet kilka razy, bo zwykle jeszcze jest szef szefa, i jeszcze jakiś szef. Dużo krwi, dużo frajdy, a i okolicznej policji nagle poprawiają się statystyki... Chociaż ostatnio jakby tych wielkich szefów brakowało, moja działalność zaczęła widocznie przynosić długofalowe skutki. Tak więc pobawiłam się trochę w Meksyku, ochłonęłam, i przeniosłam się do absurdalnie uroczej chatki nad kanadyjskim jeziorem, cudownej miejscówki, w której mogłam na spokojnie wymyślić coś mądrzejszego.

Poprzedni właściciel tej chatki miał świetny gust. Drewno, kominek z otoczaków, miękkie kanapy, ciepłe koce. Wszystko idealnie do siebie pasowało, jak w magazynie wnętrzarskim. Porządku pilnowała tu trójka ludzi, którzy bardzo tęsknili za swoim panem. Widziałam, że bardzo ucieszyli się z mojego przybycia, ale żeby mogła wytworzyć się między nami prawdziwa więź, musiałabym tu zostać na długie miesiące. Ich właściciel już do nich nie wróci, smoki skutecznie o to zadbały. Właśnie, smoki były na tyle silne, by stanowić przeciwwagę dla gryfów... Ale raczej nie zechcą wchodzić z nimi w otwarty konflikt, w końcu pochodzą z tego samego świata i przybyły tu razem. Ba, może nawet nie powinnam zadzierać z gryfami, bo te poskarżą się smokom i wspólnie zetrą mnie z powierzchni Ziemi. Zresztą kogo ja tu chcę oszukiwać, do tego wystarczyłby jeden porządnie uzdolniony gryf, który wiedziałby, jak się za to zabrać.

Wyszłam na taras, usiadłam na drewnianych schodkach i wpatrywałam się w ciągle zamarznięte jezioro. Wymyśliłam plan, który miał szanse powodzenia, niepozbawiony ryzyka, ale co mi tam. Najwyżej mnie zabiją i przynajmniej przestanę czuć się jak relikt przeszłości.

Średnia ocena: 4.8  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (2)

  • MKP tydzień temu
    Hobby tej wampirzycy dotyczące polityków i kłusowników, jak najbardziej wpisuje się w moje przekonania o obu grupach społecznych 😂
  • Vespera tydzień temu
    Ja bym nieco rozszerzyła tę listę. No może trochę bardziej niż nieco...

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania