Ostatnia - wpis nr 9

Styczniowe dni były mroźne i wypełnione pracą. Nowe obowiązki zajmowały mi większość krótkich popołudni i długich wieczorów, ale znajdowałam też czas na dalszą obserwację gryfów. Czasem latały poza swoje terytorium aby zapolować na ludzi i poczuć dreszczyk emocji - o jak dobrze to rozumiałam. W małych grupach, parach, albo pojedynczo. Postanowiłam zaatakować takiego samotnego łowcę przy najbliższej możliwej okazji.

 

Kolejnej nocy wzięłam z domu sztylet. Jeśli tych cholernych gryfów nie da się zabić magią i stalą, to już nie wiem jak się za nie zabrać. Jak to mówią - jeśli krwawi, to można to zabić, i nawet ja tu nie jestem wyjątkiem. Muszę dowiedzieć się czy mają jakieś słabości. Przyznaję, ludziom nie żyje się tak źle pod ich panowaniem, ale to ja jestem szczytowym drapieżnikiem na tej planecie i nie zamierzam do końca swoich dni udawać, że nie istnieję. Posiliłam się obficiej niż zwykle i teraz trzech osłabionych stratą krwi niewolników odpoczywało na moim łóżku, a ja pobudzona krążyłam po pokoju. Magia mocno pulsowała mi w żyłach i bałam się, że to przyciągnie uwagę gryfich czarodziejów. Ech, ostatnio spędzałam tu bardzo mało czasu. Kilka sztuk ubrań, których nie miałam jeszcze okazji założyć, leżało na fotelu. Kiedy udawałam Patrycję, ubierałam się bardziej w jej stylu, który mocno odbiegał od mojego. Na stoliku obok moi ludzie kładli książki, które kazałam kupić, ale nie miałam kiedy przeczytać. Stosik zrobił się już całkiem pokaźny. Na samej górze położono nowy telefon, musiał przyjść dziś, bo wczoraj jeszcze go nie widziałam. Zamówiłam sobie najnowszy model, ale przecież na razie z niego nie skorzystam, bo u gryfów to zakazane... Ta konspiracja coraz bardziej mi ciążyła i stwierdziłam, że muszę zakończyć ją jak najszybciej, zanim zaliczę jakąś spektakularną wpadkę.

 

Przed teleportem do państwa gryfów rzuciło mi się w oczy urządzenie do podróży w czasie. Mały magiczny artefakt stworzony - o dziwo - z szarego plastiku, przypominał nieco pilota do telewizora z niewielkim ekranem. Od czasu katastrofy nie użyłam go ani razu.

 

Pierwsza okazja nadarzyła się cztery dni później. Miałam dyżur przy pracach porządkowych i w towarzystwie kilku innych osób sprawdzałam okolice dwóch rzek wpadających do Jeziora Czorsztyńskiego. Szukaliśmy śmieci, które woda mogła przynieść z okolic zamieszkanych przez ludzi. Gryfy były dość mocno wyczulone na punkcie zanieczyszczeń, więc robiliśmy takie obchody regularnie, chociaż zimą nie miało to za wiele sensu. Niemniej zawsze udawało się coś znaleźć. Samotny gryf przeleciał niemalże nad moją głową, zmierzał na północ, w stronę granicy. Rozeszliśmy się w różne strony, niektórych towarzyszy straciłam z oczu i raczej nikt nie powinien zwrócić uwagi na to, że ja też zniknęłam. Prawie za nim poszłam, ale rozpoznałam tego osobnika - to był Długie Pióro, znajomy z wyprawy do Krakowa. Nie mogłam mu tego zrobić, w końcu znałam go lepiej od innych. Przez wyrzuty sumienia postanowiłam poczekać na kolejną szansę.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania