Pieśń pokoju cz.15
Tym razem nie wróciłem do Sabatu z pustymi rękoma. Wizja, choć nieklarowna pochodziła z zewnątrz. Moc nie pozwoliła mi zranić Eleny. Kobieta opowiedziała, że zastygłem w miejscu ze szpikulcem w ręku, a potem ogarnął mnie obłęd obrazów.
Usiadłem na skraju łóżka.
Nadal mnie mdliło, a wspomnienie trupich rąk wywoływało dreszcze. Nie mogłem tego opanować, pomimo oczyszczających ziół i szeptanej mantry. Nawet wianek z wrotyczu nie pomógł. Ta kobieta… W sumie nie wiem o niej nic, a moc z jaką wparowała do mojej świadomości, prawie mnie złamała. Równie dobrze wizja mogła być jej dziełem.
Musiałem ochłonąć.
Wieczorem Nazar przysyłał jedną ze swoich przybocznych, żeby spróbować wywołać urok w kontrolowanych warunkach. Kobieta, żołnierka, Rosjanka czystej krwi. Najpewniej z jakimiś zdolnościami. Wołchwa Dorma nie przepuściłby okazji, żeby wyszpiegować przybytek Mokoszanek, i myślę, że Matrona Makrid doskonale o tym wiedziała, dlatego tak zaciekle protestowała przeciw moim zamiarom.
Zdjąłem wianek. I tak nie oczyszczał myśli. Powtórzę ćwiczenie, ale tym razem bez Eleny. Tylko gdzie? Gdzie będziemy mieli spokój i gwarant bezpieczeństwa, a zarazem pewność, że akurat w tym miejscu urok działa? Uliczka między blokami odpada: zbyt publicznie. Pokój w zbombardowanej dzielnicy: bezdomni i ślady krwi naznaczone cudzą obecnością do tego stopnia, że aż przyćmiewa twój własny umysł. Zostaje szkoła, ale nie za dnia. To musi być noc.
Zerwałem się z posłania, dopadłem do walizki i przerzuciłem fetysze.
Śmierdziula zostawiona przy wejściu mocno zniechęci potencjalnych gapiów a broń… Wyciągnąłem pistolet z dna bagażu. Jeżeli to, co się tu dzieje, jest prawdą, to może mnie zawieść, aczkolwiek do tej pory urok działał tylko na Rosjan. Schowałem pistolet za pas. Lepiej mieć i przekonać się, że nie działa, niż nie mieć i żałować.
Telefon zawibrował na szafce.
,,Wszystko w porządku?” – przeczytałem wiadomość.
Dziwny przejaw altruizmu, po tym, jak kompletnie mnie ignorowała całą drogę powrotną do sabatu.
,,Dziękuję, jeszcze dochodzę do siebie.”
Pisała po polsku. Może udaje, jak wcześniej. Nie miałem ochoty sprawdzać.
,,Przesadziłam, ale należało ci się.”
Może i tak, ale próba zrobienia ze mnie chowańca i tak była grubą przesadą.
,,Jeżeli taka jest kara za podglądanie snów, to możesz być przekonana, że już się to nie powtórzy.”
,,Twoja orczyca właśnie dotarła do sabatu. Babcia musiała się nieźle natrudzić, żeby nikt nie splunął jej w twarz po drodze do pokoju.”
Chyba nie ma na co czekać.
,,Chcę z nią pojechać do szkoły. Za jakieś trzydzieści minut będę gotowy.”
,,Dzisiaj?”
,,Tak. Noc naszym sprzymierzeńcem. Pojedziemy do szkoły.”
,,Zaraz powiadomię Babcię. Będziemy czekać. Nie będzie zadowolona.”
,,Chyba i tak rzadko bywa. Widzimy się za max czterdzieści minut.”
Zamierzałem powiedzieć jej, że nie jedzie, dopiero jak przekona demona kobiecej przyzwoitości, żeby nie zabił mnie wzrokiem. Trudno, przyjaźni i tak z tego nie będzie, ale może też nie będzie nowej wojny, jeśli się postaram. Pozostało zabrać kamienie, kredę i sprzęt elektroniczny. Pakiet ziół też się przyda.
***
Negocjacje trwały długo i przynajmniej w trzech językach. Elena kłóciła się ze mną, że powinna być przy eksperymencie. Odmówiłem. Przytoczyłem argument, że każdy obdarzony talentem może zakłócić wynik. Nie kupiły tego, ale i tak nie miały wyboru. Nie planowałem się też zbytnio tłumaczyć, choć smutna mina Eleny rozdzierała mi serce. Cała wczorajsza buta i przytłaczająca moc wyparowała, pozostawiając delikatną wydmuszkę. Przełożona sabatu też spokorniała po rozmowach z Somą i myślę, że to ona dała mojej przewodniczce mocną reprymendę za jej wybryk. Jakkolwiek patrzeć, w czasach wojny lepiej nie tworzyć sobie nowych wrogów.
Matrona Makrid posłała po Rosjankę.
Dziewczyna, na oko około dwadzieścia pięć lat, szła bardzo wojskowym krokiem i mocno nie pasowała do zgrzebnej kobiecej sukni, tak bardzo podobnej do wszystkich innych noszonych przez mokoszanki. Czujność kobiety i kontrola otoczenia zdradzały poboczne rozkazy Wołchwa Dormy: obserwuj, zapamiętuj, zdaj relację. Manewr do przewidzenia. Rosjanka otaksowała mnie wzrokiem i, jeśli to, co słyszałem o Volchitsach było prawdą, wiedziała o mnie więcej niż koledzy z komendy w Warszawie. Wilczyce zasłynęły na froncie z wyjątkowo skutecznych akcji dywersyjnych, przez co rozsądek nakazywał ostrożność. Żołnierka w stroju ewidentnie urągającym jej poczuciu własnej wartości rzuciła mi harde spojrzenie, ale nie odezwała się ani słowem.
Wyciągnąłem rękę.
– Maksymilian Gondel.
– Katia. – Odwzajemniła uścisk.
Imię zapewne tak prawdziwe jak jednorożce czy UFO.
Elenę olśniło.
– Jak planujesz z nią rozmawiać? – spytała po polsku. Słowo ,,nią” miało w sobie więcej pogardy niż wywód Renaty o innych użytkownikach drogi.
Niezłe zagranie.
Wiedziała, że kłamałem z moim ukraińskim, ale czy powiedziała już Matronie?
– Mam telefon z dobrym internetem. Tłumacz Google, trochę na migi i damy radę.
Rosjanka nic nie powiedziała, tylko stała dalej prawie na baczność. Ciekawe, czy czuła na sobie spojrzenie Matrony Makrid, bo ta patrzyła na opaskę w romby zawiązaną na ramieniu Wilczycy i pąsowiała od gniewu.
– Weźmiecie auto – przerwała milczenie.
Elena przetłumaczyła.
Zdziwiłem się, bo użyczenie auta widniało jako kolejna pozycja na mojej liście próśb do wypowiedzenia proszalnym tonem. Potem do mnie dotarło, skąd ten nagły altruizm. Nie chciała, żeby ktoś zobaczył Rosjankę w świętych symbolach bogini patronki, choć nie sądzę, żeby ktoś o tym wiedział. Wystarczyło, że ona wiedziała.
***
Spakowałem torbę ze sprzętem do bagażnika i ruszyliśmy w drogę. Szkoła nie leżała daleko, piętnaście minut miejskiej jazdy. Okazało się, że moja nowa towarzyszka nie należała do tych rozmownych.
– Ile lat w armii? – zapytałem po rosyjsku.
Nie była zdziwiona. Wołchwa Dorma nie wysłałby nikogo bez porządnej odprawy.
– Pięć. Jak mnie nie zastrzelisz, to za trzy miesiące będzie sześć.
Czyli zaczęła przygodę w armii jeszcze przed inwazją na pełną skalę.
– W najgorszym wypadku postrzelę, ale ty będziesz strzelać pierwsza.
Skręciłem za cysterną z wodą. Czerwony krzyż rozlewał deficytowy płyn do baniaków, wiader i do czego tylko ktoś przywlókł ze sobą. Katia zerknęła na kordon ludzi, głównie starszych, bo ci nie mieli po co ani gdzie uciekać. Spojrzałem na jej odbicie w lusterku. Zacięta mina nie złagodniała, spojrzenie nie wyrażało niczego.
Wjechaliśmy do zniszczonej części miasta.
– Widzę, że mnie obserwujesz, Maksymie. Jeżeli myślisz, że nagle się rozpłaczę na widok biedy i nieszczęść, to wiedz, że rosyjska wieś wygląda dużo gorzej, i to bez bombardowania czy wojny.
Przytaknąłem. Miała rację.
W przeszłości bywałem w tej części świata całkiem często. Wiedziałem, o czy mówi. Znajomość mojego prawdziwego imienia i pochodzenia też nie była dla mnie zaskoczeniem. Soma musiała się targować, rzucić półprawdy i prawdy na stół, żeby rodoverański niedźwiedź zaaprobował wspólną akcję.
Stanęliśmy przed wejściem do zamkniętej szkoły.
Zgasiłem silnik.
– Poczekaj – zatrzymałem Katię, kiedy ta łapała już za klamkę. – Musimy ustalić zasady. – Maska miłego polskiego eksperta od uroków straciła rację bytu.
– Słucham.
– Jak coś mówię, to nie dyskutujesz. To, co tu zrobimy, będzie niebezpieczne, a ty nie masz jak się bronić. Przynajmniej nie przed tym, co przywołam.
– Będzie bez chojraczenia. Obiecuję.
– Dobrze. Druga i może ważniejsza sprawa. Zobaczysz dziwne rzeczy; ja mogę zachowywać się dziwnie: majaki, szepty, krzyki. Jeżeli to potrwa dłużej niż kwadrans wyrwiesz mnie z transu. Dostaniesz instrukcje. Jeżeli to nie pomoże, jedziesz prosto do sabatu. Zrozumiano?
– Zrozumiano.
– Dobrze. Teraz możemy iść.
– Przeparkuj samochód. Za salą gimnastyczną jest niewielki plac oddzielony płotem od drogi.
Spojrzałem na nią nieco skonsternowany.
– W małym mieście każdy jest rozpoznawalny, jego auto też, a my jechaliśmy samochodem poważanej kobiety.
– Dzięki. – Przekręciłem klucz w stacyjce. – A skąd wiedziałaś o tym placu?
– Naprawdę sądzisz, że wybrali mnie w losowaniu?
– Słuszna uwaga.
***
Pomimo późnej pory w pobliżu budynku nadal kręcili się ludzie, niemniej jednak we wskazanym przez Katię miejscu samochód nie powinien przyciągać uwagi. Ostatnim czego bym chciał, to grupa gapiów na seansie. Przygotowałem się na taki obrót zdarzeń. Smierdzula mocno zwiększała nasze szanse na spokojny rytuał. Zawiesiłem materiałową laleczkę na linie tuż przy wyjściu z placówki. Jedna z tych sztuczek podpatrzonych u mongolskiej Babci, która miała przesyt interesantów. Sam fetysz przypominał prymitywną zabawkę dla dzieci, ale jego wnętrze bynajmniej nie należało do przyjemnych. Co bardziej obeznany w tajemnych sztukach patolog wiedział, że włosy i odchody wisielca są w cenie, jeżeli trafi się na odpowiedniego kupca.
Katia patrzyła na cały dziwaczny zabieg z mieszanką zainteresowania i strachu przed potencjalnym wariatem. W sumie sam prosiłem Nazara, żeby przysłał mentalnie czystego wojskowego, aczkolwiek nie liczyłem, że spełni moją prośbę. No cóż. Mam, co chciałem.
– I co to ma niby robić?
Rosjanka wskazała na upiorną kukiełkę.
– Zaraz zobaczysz. A raczej poczujesz.
Fetysz dyndał sobie na lince zapętlonej na materiałowej szyi. Wystarczyło tylko pobudzić go do działania. Nakłułem opuszek palca, posmarowałem krwią lniane czoło i lekko rozbujałem laleczkę. Zaszyte reszki pamiętały ostatnie chwile umierającego, a krew ożywiała wspomnienia, jak woda ożywia wyschnięty mech. Strach, żal, uczucie, że już za późno – i smród własnych fekaliów.
– Normalnie bym powiedział, że należy uciekać, ale chciałaś zobaczyć.
– Zobaczyć co…? Blya chto za von!
Zasłoniła twarz rękawem, choć w tym wypadku to daremne działanie. Woń nie była fizyczna, stanowiła echo potwornych doświadczeń. Przechodnie najpierw poczują dyskomfort, patrząc w stronę wejścia do szkoły, podświadomie ją ominą, a co bardziej ciekawscy, którzy podejdą bliżej zostaną przywitani odorem fekaliów i mocnym uderzeniem lęku.
– Chodź. – Złapałem moją podarowaną wilczycę za ramię. – To działa tylko na kilka metrów. Przynajmniej tak intensywnie.
Katii nie trzeba było namawiać. Dała się prowadzić, śląc kolejne przekleństwa w stronę mojego stracha na ludzi.
Na sali gimnastycznej działanie Śmierdziuli ograniczyło się do ledwie wyczuwalnej woni amoniaku. I dobrze. Potrzebowałem metafizycznie czystej przestrzeni, jeżeli chciałem przywołać zajście sprzed kilku tygodni, kiedy rosyjski patrol próbował strzelać do nastolatków pijących wódkę na trybunach.
Katia już nie drwiła z moich guślarskich sztuczek. Wykonywała polecenia bez zająknięcia. Rozstawiliśmy cztery kamery wysokiej rozdzielczości tak, żeby nagrywały cały obszar eksperymentu. Na posadzce rozłożyłem kryształy kwarcu, a że nie znałem natury uroku, który miejscowi brali za wojenny cud, rozsypałem dookoła sporo czerwonej kredy.
– To wszystko. Gotowa?
– Nie można być gotowym na coś kompletnie nieznanego.
– Celna uwaga. Stań w tym kręgu ochry pomiędzy trzema kryształami.
Szybko wykonała rozkaz, choć jej ruchy straciły poprzednią butę. Na wojnie rzeczy są dość proste, a mechanizmy znane. Tutaj nic nie było ani proste, ani znane – przynajmniej dla niej. Elena wiedziałby, do czego to wszystko ma służyć.
– Wiesz, gdzie celować. – Klepnąłem się w tyłek, wziąłem szałwiowe zawiniątko pod język i odwróciłem do niej tyłem. – Dalej, nie wahaj się.
Katia miała ewidentny problem ze strzelaniem do cywila. To dobrze. Jest jeszcze szansa, że po wojnie będzie normalnym człowiekiem.
Słyszałem jak odbezpiecza swój PSM i zapewne mierzy w któryś z moich pośladków.
– Gotowa.
Zacisnąłem powieki.
– Strzelaj!
Ból eksplodował w całym ciele. Tuman kurzu poderwał się z podłogi.
Śpiew. Melodia. Teraz wyraźniejsza, smutna. Czerń oplatająca zmarłych. Ziemia chłepcząca krew. Fetujące robactwo. Trupy modlą się do trupa. Płacz. Dziewczynka. Nie chce tu być. Więzienie z pustki. Mały pluszowy miś przybity do pala.
Padłem na posadzkę, jak ściągnięty hakiem. Zwymiotowałem.
Katia podeszła, odganiając rękoma opadającą kurzawę.
– Żyjesz?
– Ta, to normalne. – Wskazałem bełta wymieszanego z ochrą. – Pomóż mi wstać. Dzięki.
Oboje zaczęliśmy otrzepywać ubrania.
– Co się stało?
– Najpierw ty opowiedz, co się stało. Skoro nie mam dziury w siedzeniu, wnioskuję, że coś cię powstrzymało. – Zapadła cisza. – Nie myśl, co masz zataić. Po prostu opisz. To ważne też dla twoich.
– Chciałam nacisnąć spust, ale nie mogłam. Jakby cały pistolet zmienił się w pieprzoną bryłę litego kamienia. Ledwie mogłam go utrzymać. Potem podłoga zaczęła lekko wibrować; nie czułam tego, ale kamienie i kreda, one zaczęły drżeń, jakby gdzieś pędziło stado koni. Potem wyrzuciło pył w powietrze. Blyat! Całe moje ciało zrobiło się ciężkie. Trwało to może minutę, dwie. Kiedy odpuściło, zobaczyłam, że rzygasz na podłodze. Resztę znasz.
– Sprawdzałaś, czy broń jest sprawna?
Wyjęła PTM i strzeliła w trybuny sali gimnastycznej. Stłumiony huk zmodyfikowanej lufy rozszedł się słabym echem.
– Sprawdzałam trzy razy przed przyjazdem. Broń była i jest sprawna.
Tylko przytaknąłem. Gdybym chciał sam sprawdzić, dostałbym w pysk.
– Odczucia? Jakieś myśli, obrazy. Cokolwiek nienormalnego w obliczu nienormalnej sytuacji.
– Ciężko stwierdzić. W chwilach zagrożenia nie analizuję swoich myśli tylko otoczenie. Nie poganiaj.
Zaproponowałem, żebyśmy usiedli. Nadal mnie mdliło.
– Lekka panika, ale to raczej normalne, kiedy broń zmienia ci się w dziesięciokilowy głaz. Szum w głowie. Szum, ale taki niejednolity. Coś jakby…
– Jakby ktoś śpiewał, gdzieś daleko w wietrzny dzień.
– Tak, dokładnie tak. Też to słyszałeś?
– Nieco wyraźniej, ale tak. Ochłonę chwilę i zbierzemy sprzęt. Muszę to wszystko obejrzeć na spokojnie.
– Będę potrzebowała kopii.
– Prześlę Wołchwa Dormie po zakończonym dochodzeniu. Taka była umowa.
Nie kłóciła się. Aczkolwiek miałem wrażenie, że dostała inne rozkazy. W sumie nie sprawdzałem, czy ma jakiś podsłuch lub inny sprzęt szpiegowski. Rosyjskie wojsko i tak nie wyciągnie wniosków z nagrań bez asysty Rodovery.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania