Sklep rzeczy utraconych - rozdział 11c
Z lasu dobiegł niski, chrapliwy dźwięk. Nie przypominał głosu żadnego zwierzęcia, które znała Eveline. Między drzewami coś się poruszyło.
Najpierw zobaczyła tylko gałęzie odchylające się jedna po drugiej. Potem ciemny kształt przemknął między pniami i zniknął. Konie cofnęły się gwałtownie, jeden z nich uderzył kopytem o dyszel.
Vaelen odwrócił głowę w stronę lasu. Kadeńczyk zrobił to samo. Przez moment żaden z nich nie patrzył już na drugiego.
Z zarośli wysunęła się kończyna — zbyt długa, pokryta ciemną, nierówną skórą, która miejscami połyskiwała jak mokry kamień. Potem druga.
Stworzenie wyszło na trakt.
Eveline zrobiła krok do tyłu.
Bestia była większa od konia, choć trzymała ciało nisko nad ziemią. Przednie kończyny miała nieproporcjonalnie długie, tylne krótsze i mocno ugięte. Ciemna, niemal czarna skóra przylegała ciasno do żeber. Boki pokrywały grube, zachodzące na siebie łuski, a wzdłuż grzbietu sterczały krótkie kostne wyrostki. Głowa kończyła się szeroką szczęką pozbawioną warg.
Kadeńczyk powoli wysunął miecz.
— Lordzie Vaelen — powiedziała Eveline cicho.
— Cofnij się.
— Co?
— Cofnij się!
Stworzenie skoczyło.
Eveline odskoczyła, zanim zdążyła pomyśleć. Szczęki zatrzasnęły się tam, gdzie stała. Upadła na jedno kolano i dopiero wtedy poczuła, że drżą jej ręce.
Bestia obróciła się natychmiast. Kadeńczyk ciął ją w bok, ale ostrze ześlizgnęło się po twardych łuskach z suchym zgrzytem. Cofnął się o pół kroku.
Tylko o pół.
Stworzenie zamachnęło się przednią łapą. Zdążył unieść ramię — to, przy którym segment pancerza nadal odstawał po wcześniejszej walce — ale uderzenie i tak odrzuciło go na ziemię.
Vaelen dopadł do uprzęży. Nóż wciąż leżał w piachu tam, gdzie upadł. Podniósł go w biegu i przeciął jeden z pasów. Koń wyrwał się i pognał w dół traktu.
Bestia odwróciła głowę za ruchem i dopiero wtedy Eveline zrozumiała, po co to zrobił.
Kadeńczyk poderwał się i ciął ponownie, tym razem niżej. Ramię nie pozwoliło mu dokończyć ruchu, ale ostrze zahaczyło pod jedną z łusek. Jedna z nich pękła przy krawędzi i odchyliła się, odsłaniając jasną tkankę.
Vaelen zobaczył to w tej samej chwili.
Eveline nie dostrzegła, jak znalazł się przy bestii. Jeszcze przed chwilą stał przy powozie, a teraz był już przy jej boku. Nóż trzymał w lewej dłoni, prawą wciąż przy piersi.
Uderzył w odsłonięte miejsce.
Bestia zawyła i obróciła się ku niemu. Kadeńczyk wszedł z drugiej strony i wbił miecz między odchylone łuski. Stworzenie szarpnęło się gwałtownie. Vaelen odskoczył, a tamten wyrwał ostrze, zanim ciężar bestii zdążył go przygnieść.
Ogon uderzył w bok wozu. Deski rozprysły się drzazgami, a odłamki drewna pomknęły w stronę Eveline.
Nie zdążyła się schylić.
Coś uderzyło w nią z boku i szarpnęło w dół. Zielony materiał zasłonił jej twarz. Upadła na kolana za kołem i przez chwilę widziała tylko fałdy płaszcza oraz pył unoszący się przy ziemi.
Kiedy podniosła głowę, płaszcz Kadeńczyka leżał częściowo na jej ramionach. On sam stał przed nią w samej zbroi, odwrócony plecami. W zaciśniętej dłoni Eveline nadal tkwił medalion.
— Zostań.
Nie było w tym prośby.
Bestia ruszyła na niego. Kadeńczyk opuścił miecz i czekał, podczas gdy Vaelen przesunął się w bok.
Stworzenie skoczyło. Kadeńczyk uskoczył i ciął po przedniej łapie. Bestia szarpnęła się, odsłaniając bok, a Vaelen natychmiast dopadł szczeliny między łuskami. Uderzył raz i odskoczył, zanim szczęki zdążyły obrócić się w jego stronę.
Kadeńczyk zaatakował chwilę później, dokładnie w to samo miejsce. Bestia zachwiała się.
Przez moment obaj stali po przeciwnych stronach stworzenia. Kadeńczyk ruszył pierwszy, a Vaelen niemal równocześnie.
Na początku jeszcze sobie przeszkadzali. Raz ostrze zatrzymało się w połowie ruchu, gdy Vaelen znalazł się zbyt blisko. Chwilę później to on musiał odskoczyć, kiedy bestia została zepchnięta w jego stronę.
Potem coś się zmieniło.
Kadeńczyk trzymał bestię przed sobą, zmuszając ją do obracania się ku niemu. Vaelen wykorzystywał każdą chwilę, kiedy między łuskami odsłaniała się miękka tkanka. Gdy stworzenie rzucało się na jednego, drugi był już przy jego boku.
Eveline patrzyła na nich z ziemi. Nie porozumiewali się, a jednak po kilku wymianach przestali wchodzić sobie w drogę.
Bestia cofnęła się o kilka kroków. Kadeńczyk ruszył za nią.
— Nie — powiedział Vaelen.
Zatrzymał się, ale nie od razu — o pół kroku za późno, jakby dopiero w trakcie zdecydował, że posłucha.
Stworzenie stało jeszcze przez chwilę na skraju lasu, ciężko oddychając z nisko opuszczonym łbem. Spod odgiętej łuski sączyła się ciemna krew. Potem odwróciło się i zniknęło między drzewami.
Przez kilka sekund słychać było trzask łamanych gałęzi, coraz dalej. A potem tylko ciszę.
Kadeńczyk powoli opuścił miecz. Nie patrzył już w stronę drzew.
Patrzył na nóż w lewej dłoni Vaelena.
Vaelen otworzył palce. Nóż wbił się czubkiem w piach.
Eveline pomyślała o wozach, które mijali przez cały dzień. O wszystkich jadących na południe.
— Co to było? — zapytała.
Komentarze (1)
Technikalia:
"Kadeńczyk ruszył pierwszy, a Vaelen niemal równocześnie."
lub
"Kadeńczyk ruszył pierwszy, a Vaelen zaraz za nim"
albo
"Kadeńczyk ruszył, a niemal równocześnie z nim, Vaelen"
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania