Totalny kosmos - rozdział 3

Wyjątkowo wcześnie wróciłam do domu z wyjątkowo zabawnej misji. Z uśmiechem na ustach wmaszerowałam do łazienki, zrzuciłam z siebie ubranie i wskoczyłam pod prysznic. Po orzeźwiającej kąpieli stwierdziłam, że mam nastrój na pójście do klubu. Szkoda, że nie będzie tam K, ale wtedy zobaczyłabym go bez maski. A tego nie chciałam. Jeszcze. W masce jest taki tajemniczy, taki pociągający. Bez maski pewnie też. Niestety w naszej pracy zabronione są romantyczne związki między partnerami. A to najlepsza praca jaką mogę mieć, więc nie kuśmy losu. Usłyszałam pukanie do drzwi. Owinęłam się ręcznikiem i poszłam otworzyć. Moim oczom ukazała się młoda kobieta. Śniada cera, długie niebieskie, lekko kręcone włosy i błękitne oczy. Uśmiechnięta od ucha do ucha. Moja przyjaciółka.

- Cześć, Toby. - powiedziałam z uśmiechem.

- No cześć, Tina. Jednak żyjesz. - odpowiedziała wchodząc do środka z miną jakby była na mnie zła.

- A co to niby ma znaczyć? - spojrzałam na nią zdziwiona zamykając drzwi. - Jasne, że żyję.

- No wiesz, są takie urządzenia, które się nazywają telefony. Bierzesz takie jedno urządzenie, twoje pewnie już się zakurzyło, no i wiesz, możesz do mnie napisać albo zadzwonić. Ale to nie jedyne takie zmyślne urządzenie, za pomocą którego...

- Serio? - przerwałam jej poirytowana. - Wiesz, Toby, jest też coś takiego zwanego pracą. Potrzebujesz tego, żeby mieć za co zapłacić rachunki, kupować jedzenie, ciuchy i takie tam.

"A jeśli masz takiego partnera jak ja, to nawet nie wiesz, że więcej czasu spędzasz na misjach niż w domu" - dokończyłam w myślach przywołując uśmiechniętą twarz K i te jego oczy. Mimowolnie westchnęłam zapominając, że Toby jest wyjątkowa i czyta w myślach. Między innymi. Pewnie potrafi też nieźle namieszać. Sama do końca nie wie do czego jest zdolna. Nie znała biologicznych rodziców, wychowywała się na Ziemi w kochającej rodzinie, nawet nie przypuszczając co potrafi.

- Zaraz, zaraz... czy to jest gbur K? Uśmiechnięty? Czy zmienili ci partnera? - zapytała Toby zdziwiona.

- Toby! Co ty robisz w mojej głowie? Wyłaź!

- Muszę sobie jakoś radzić, skoro nie raczysz mi nic powiedzieć od... nie pamiętam kiedy. - odparowała.

- Dobra, wszystko ci powiem. Pozwolisz, że najpierw się ubiorę?

- Jasne. - odpowiedziała i usiadła zadowolona na kanapie. - Tylko szybko!

Poszłam do sypialni i stanęłam przed szafą. Toby miała rację, ostatnio w ogóle nie miałam czasu, żeby wysłać jej choćby wiadomość. Zaniedbałam ją. Ale prawda jest taka, że ona nie mieszkała sama. Nie wracała do pustego mieszkania, gdzie nikt na nią nie czekał. Toby mieszkała w pięknym domu na obrzeżach miasta, który zbudował dla niej jej narzeczony. No właśnie. Narzeczony. Nadal nie mogłam w to uwierzyć. Moja przyjaciółka się zaręczyła już jakiś czas temu.. Ja nawet nie jestem w związku. Jak to się stało? Obie mamy po dwadzieścia cztery lata, a jesteśmy na zupełnie różnych etapach życia. Włożyłam na siebie granatowe, obcisłe rurki i jasny, krótki, zwiewny top na ramiączkach odsłaniający brzuch. Włosy postanowiłam zostawić na później, bo niedługo mój niebiesko-włosy gość zacznie wrzeszczeć. Wróciłam szybko do salonu i usiadłam obok przyjaciółki.

- No nareszcie. Myślałam już, że pokryję się warstwą kurzu jak twój telefon. - odezwała się Toby.

Puściłam tą uwagę mimo uszu. Uśmiechnęłam się i zapytałam:

- Może się czegoś napijesz?

- Zwariowałaś? Opowiadaj, co u ciebie, bo zaraz sama sobie poradzę.

- Trzymaj się od mojej głowy z daleka. Ostrzegam cię.

Po jej minie widziałam, że jej cierpliwość się kończy. Wiedziałam, że to moja wina. Jak nie byłam w pracy, to na siłowni wyładowywałam resztę energii albo w klubie szalałam na parkiecie. Nie miałam czasu dla niej. Wzięłam głęboki oddech i opowiedziałam jej jak odkryłam prawdziwego K. Partnera idealnego i super gorące ciacho w jednym.

- No, ale bicepsy to ma niezłe. - stwierdziła, kiedy skończyłam mówić.

- Toby! - rzuciłam czując, że się rumienię.

To tylko pogorszyło sprawę. Toby mając gdzieś moje ostrzeżenia, wyciągała z mojej głowy obrazy K.

- Rumienisz się, Tina. No nie dziwię ci się. Chyba minęło sporo czasu od kiedy tak reagowałaś na myśl o facecie, co?

Otworzyłam usta, żeby jej odpowiedzieć, ale zanim jakikolwiek dźwięk zdążył z nich wyjść, ona znowu zaczęła gadać:

- Ale te oczy. Nie wydają ci się znajome? Są takie niesamowite, że to nie mógłby być zbieg okoliczności. A może to tylko przypadek? Nie sądzisz, że wyglądają zupełnie jak oczy...

Słuchałam jej z niedowierzaniem. Prawie natychmiast zrozumiałam o kim mówiła. Na samą myśl poczułam dziwny ucisk w żołądku i serce zaczęło szybciej bić. Nie, to nie może być prawda.

- Nie! Toby, przestań. To nie są Jego oczy. Może i miał podobne. Może nawet bardzo, ale na pewno nie jest jedyną osobą we wszechświecie z takimi oczami! To nie może być On, rozumiesz? K jest inny. To, że mają prawie takie same oczy jeszcze nic nie znaczy!

Nie. Po prostu nie. On i K to dwie, zupełnie różne osoby. Uspokój się, Tina. Toby tylko rzuciła swoje spostrzeżenia. Tylko, że przez nią teraz będzie mnie to dręczyć. Spojrzałam na nią i patrzyłyśmy sobie w oczy przez dłuższą chwilę. Widziałam po jej minie, że zrozumiała.

- Och, Tinka... Nadal coś do Niego czujesz? - spytała robiąc smutną minę.

Spuściłam wzrok. Tak. Chyba tak. Po tym co mi zrobił, po tym co ja zrobiłam dla Niego, po tym wszystkim nadal coś do niego czuję. To jest chore. Gdyby tylko istniał jakiś eliksir, jakieś zaklęcie, jakaś hipnoza, cokolwiek... Zrobiłabym wszystko, żeby o Nim zapomnieć. Wymazać wspomnienia. Zarówno te dobre jak i całą resztę. Wszystko, co razem przeszliśmy. Chciałabym, żeby zniknął z mojej głowy. Ale jeszcze bardziej chciałabym, żeby zniknął z mojego serca. Z każdym dniem przekonuje się, że to niemożliwe. Chociaż teraz może jednak jest szansa z pomocą K. Toby przytuliła mnie nie mówiąc ani słowa. Ona wszystko wiedziała. A nawet jeśli nie wiedziała, to wyczytała to w moim umyśle. I wtedy mnie olśniło.

- Toby. - spojrzałam na nią. - Wejdź do mojej głowy i wymaż mi Go z pamięci.

- Tina... Nie zrobię tego. Wiesz, że zrobiłabym wszystko, by ci pomóc, ale nie w ten sposób. Nie będę ci grzebać w głowie. Poza tym tak naprawdę to ty tego nie chcesz.

- Właśnie, że chcę. Zrób to.

- Nie. Nie upieraj się. - pokręciła głową.

- Zrób to!

- Nie i koniec tematu. - skrzyżowała ręce na piersi. - Wybierasz się gdzieś, że się tak odstrzeliłaś?

Patrzyłam na nią ze złością. Zmieniała temat. Ale miała rację. Wiedziałam to, ale upierałam się przy swoim. W końcu westchnęłam.

- Tak. Idę do klubu. Muszę się napić.. Może idziesz ze mną?

- Nie, wracam do domu. Do Diablo. Niedługo wróci z pracy. - odpowiedziała z uśmiechem.

No tak. Diablo Delgallo. Miał czarne włosy spięte w fikuśnego koczka na czubku głowy, z wygolonymi bokami i oczy koloru płynnego srebra. Wysoki i umięśniony, w końcu żołnierz. Podobno geniusz strategii. Najmłodszy generał w historii Thanagaru. Był cztery lata starszy ode mnie i Toby. A ja za nim nie przepadałam. Kiedy Toby wyszła, ja szybko się pomalowałam, włosy związałam w wysoki kucyk i wyszłam z domu. Moje mieszkanie znajdowało się na ostatnim piętrze apartamentowca w centrum miasta. Oczywiście mogłabym schodzić schodami, ale po co, skoro jest przeszklona winda, z której można było podziwiać niesamowity widok na miasto. Po chwili byłam już w klubie i szalałam na parkiecie. Po wypiciu kilku drinków i wyskakaniu procentów zauważyłam znajomą osobę przy barze. Siedział tyłem, ale i tak go poznałam. Fioletowy irokez na głowie, piękne, złote oczy, wysoki, umięśniony jak na żołnierza przystało przystojniak. Pułkownik Oscar Shade. Łamacz kobiecych serc we własnej osobie. Nauczyciel sztuk walki w szkole przeniesionej z Ziemi. I muszę wspomnieć były chłopak Toby oraz dawny, najlepszy przyjaciel Diablo. To on ją z nim poznał. Toby prawie natychmiast zakochała się w Diablo z wzajemnością, łamiąc Oscarowi serce. Podeszłam do niego. Siedział pochylony nad rzędem pustych kieliszków. Nadal coś do niej czuł. Jedziemy na tym samym wózku.

- Siema, Oscar. - powiedziałam z uśmiechem. - Zapijasz smutki?

Podniósł głowę i spojrzał na mnie swoimi złotymi oczami.

- Cześć, mała. Taa, chcesz się przyłączyć?

- Pod warunkiem, że obdarzysz mnie swoim czarującym uśmiechem. - odpowiedziałam.

Nie musiałam długo czekać. Natychmiast podarował mi jeden ze swoich powalających uśmiechów. Odwzajemniłam go. Zawsze byliśmy blisko. Ale nigdy nie byliśmy ze sobą i nie będziemy. Jestem dla niego jak siostra, a on dla mnie jak brat. Chociaż zdarzyło nam się kilka pocałunków. Dobra, było ich więcej niż kilka. Ale to i tak niczego nie zmienia.

- Polewaj. - powiedziałam siadając obok niego.

Resztę nocy spędziliśmy głównie pijąc, chociaż udało mi się wyciągnąć go na parkiet kilka razy. Tak naprawdę to

zaszaleliśmy. Wypiliśmy zdecydowanie za dużo i ostatnie co pamiętam to, to jak zaczęliśmy się namiętnie całować pod drzwiami mojego mieszkania.

 

Nie mam pojęcia co F ma w sobie, ale musi mieć to coś. Udało jej się przywrócić mnie do życia, za co jestem jej dozgonnie wdzięczny. Postanowiłem odnowić kontakt ze swoimi znajomymi ze szkoły. O ile już jej nie skończyli. I tak leciałem zobaczyć się z ojcem. Spędziłem tam pół życia, chociaż większe pół zdecydowanie jak jeszcze mieściła się na Ziemi. To właśnie tam poznałem Ją. Ale to już przeszłość. Nie wrócę tam, by dokończyć naukę i wreszcie ukończyć szkołę. Nie wiem jakim cudem MAO mnie znalazło, ale nie zamierzam stracić tej pracy. Nie zależało im na wykształceniu, tylko na moich umiejętnościach. Wylądowałem jak zwykle przy hangarze. Znałem to miejsce jak własną kieszeń. Udałem się do gabinetu dyrektora po drodze witając się z tymi, którzy mnie jakimś cudem pamiętali. Do środka wszedłem bez pukania. Jak zawsze. Ojciec siedział za biurkiem, a gdy otworzyłem drzwi natychmiast wstał z zamiarem nawrzeszczenia na bezczelnego gościa, ale gdy mnie zobaczył zatkało go.

- Cześć, tato. - powiedziałem z uśmiechem.

- Joshua! Ile razy mam Ci powtarzać, że się puka?! - wrzasnął na mnie i tym razem to mnie zatkało.

Zawsze się tak na mnie darł, kiedy jeszcze się tu uczyłem. Roześmiał się i podszedł do mnie. Żartował? To do niego niepodobne. Nie poznaje własnego ojca.

- Witaj, synu. - powiedział i przytulił mnie.

Poważnie go nie poznaję. Czy ja o czymś nie wiem? Stęsknił się? Niemożliwe.

- Tato, dobrze się czujesz? - zapytałem.

- Wyśmienicie. Wreszcie raczyłeś mnie odwiedzić. Przypuszczam, że nie wróciłeś na stałe. - odpowiedział i usiadł za

biurkiem.

- Nie, ja tylko na chwilę. Ale mogę zostać trochę dłużej i przetestować te statki stojące w hangarze. - odpowiedziałem z uśmiechem.

- Chyba je rozwalić. Ani trochę nie wydoroślałeś?

- Przestań, tato. Jasne, że wydoroślałem. Na pewno nikt z nich nie wyciśnie tyle co ja. Mam nadzieję, że mój motor nadal stoi w hangarze. Stoi, prawda?

- Oczywiście, że stoi. Nadal mam nadzieję, że jednak wrócisz.

- Tato... Ja już tu nie wrócę.

- To przez Nią? Co ta dziewczyna ci zrobiła? Ja rozumiem, że się zakochałeś, ale żeby od razu rzucać szkołę? Josh, na

miłość boską, opamiętaj się!

- Gdyby nie Ona, nie miałbyś już syna! Uratowała mi życie!

- Gdyby nie Ona, nie wpakowałbyś się w kłopoty! Co ci strzeliło do tego łba, że zadarłeś z najniebezpieczniejszą rasą w kosmosie?! Ona! To wszystko przez Nią!

- Nigdy Jej nie tolerowałeś! Dlaczego pozwoliłeś Jej wrócić po tym co zrobiła?! Gdybyś tego nie zrobił nic by się nie stało! Więc, przestań obwiniać Ją! Odkąd matka nas zostawiła umiesz być tylko dyrektorem tej swojej głupiej szkoły! Przestałeś być ojcem, więc nie udawaj teraz troskliwego tatusia!

Pierwsza kłótnia z ojcem odkąd wyjechałem. Super. Ojciec siedział w fotelu za biurkiem i patrzył na mnie zszokowany. Byłem wściekły. Zawsze o wszystko obwiniał Ją. Zacisnąłem dłonie w pięści. To, że Ona nie żyje, nie znaczy, że może tak o Niej mówić.

- Tak! Dobrze słyszałeś! - krzyknąłem.

Patrzył na mnie tylko. Nie powiedział ani słowa, co jeszcze bardziej mnie rozwścieczyło.

- Do widzenia, panie dyrektorze! - rzuciłem i wyszedłem trzaskając drzwiami.

Idąc wściekły przez korytarz widziałem jak kadeci się na mnie patrzą. Co najmniej jedna trzecia słyszała naszą kłótnią, bo

się wydzieraliśmy. Jak zawsze. Nie miałem ochoty rozmawiać z nikim innym. Chciałem tylko odlecieć stąd jak najdalej i nie

wracać. Wsiadłem do statku i poleciałem przed siebie.

 

Obudziło mnie dobijanie się do drzwi. Leżałam w poprzek łóżka, kołdra w połowie leżała na podłodze, a ja nie

pamiętałam, co się działo. Myślałam, że ból rozsadzi mi głowę. Z trudem wstałam z łóżka, owinęłam się kołdrą i poszłam

otworzyć drzwi. Okazało się, że do drzwi dobijał się wysoki, czarnowłosy kretyn o zielonych oczach mamy. Ryan.

- Co się z tobą dzieje?! Od dwóch godzin się do ciebie dobijam, od czterech dzwonię! I nic! - krzyknął i wszedł do środka.

- Też się cieszę, że cię widzę braciszku. - odpowiedziałam i zamknęłam za nim drzwi. - I proszę cię, nie krzycz.

Odwrócił się i zmierzył mnie wściekłym wzrokiem.

- Masz kaca? Impreza udana? Z kim balowałaś? - zasypał mnie pytaniami.

- Tak, mam. To takie dziwne? A co cię to obchodzi? - odpowiedziałam wzruszając ramionami.

- Jasne, nie pamiętasz. Wiesz która jest godzina? Martwiłem się o ciebie! Nie odbierasz telefonu, nikt nie wie gdzie jesteś, nie otwierasz drzwi, tak nie można!

- Jestem dorosła jakbyś nie zauważył. A ty masz aż tak nudne życie, że kontrolujesz mnie? Umiem o siebie zadbać. - odparowałam natychmiast.

- Tak? Co to jest? - wskazał na moje ramię.

Była na nim dopiero co zagojona rana z poprzedniej misji. Nic poważnego. Już o niej zapomniałam. Okryłam się bardziej kołdrą, żeby nie widział reszty. Wtedy, by dopiero było.

- To nic takiego. - powiedziałam po chwili.

- Nic takiego? Tina, czy ty siebie słyszysz? Twoja praca jest niebezpieczna, możesz stracić życie.

- Wiem o tym. To właśnie czyni ją fajną.

- Siostra.. Nie mogę stracić i ciebie. Tylko ty mi zostałaś. Mamy tylko siebie, to chyba normalne, że się martwię? Przecież nie

musisz pracować. Jesteś Thanagariańską księżniczką. Poza tym ojciec zostawił nam sporą sumkę.

Znowu to samo. Zachowywał się jakbym ciągle była małą, wystraszoną dziewczynką. I znowu temat naszej królewskiej krwi. Nie prosiłam się o to. Moje życie było wystarczająco skomplikowane i bez bycia częścią królewskiego rodu. Nie wychowaliśmy się na Thanagarze. Często się przeprowadzaliśmy. Po śmierci taty dowiedzieliśmy się kim tak naprawdę jesteśmy.

- Ale ja nie chcę być księżniczką! Nie wciągaj mnie w to. Chcesz być królem to sobie bądź. A ja pracuję, bo chcę.

- Ale ty jesteś uparta. Nie rozumiesz, że się o ciebie martwię? Może przeprowadzisz się do mnie? Co tu będziesz sama robić?

- Zwariowałeś już do reszty?! Powiedziałam, nie wciągaj mnie w to! Nie chce być księżniczką i żyć w pałacu! Może tobie to się podoba, ale to nie dla mnie! I będę tu mieszkać, bo to moje mieszkanie! Rozumiesz?! Moje! A Ty nie będziesz mi mówił jak mam żyć!

- Nie wrzeszcz! Jestem twoim bratem, więc moim obowiązkiem jest troszczenie się o ciebie! Chce cię mieć na oku! Wiem jaka jesteś! Trzeba cię pilnować!

- Nie jestem małym dzieckiem! Powiedziałam ci, że nie będziesz mnie kontrolował! Ja przynajmniej korzystam z życia!

- Sugerujesz, że ja nie?! A co ty takiego robisz, że bardziej korzystasz z życia niż ja?! Sypiasz z kim popadnie?!

- Że co?! Na jakiej podstawie śmiesz tak mówić?!

- Wystarczy na ciebie spojrzeć! Impreza za imprezą! Pijesz do upadłego! Nic nie pamiętasz! Nie wiadomo kogo sprowadzasz do domu!

- Sugerujesz, że najpierw się nawalę, a potem pieprzę każdej nocy z innym?!

- Tak to właśnie sugeruję! Jesteś do tego zdolna! Ojciec pewnie w grobie się przewraca! Jakby widział co jego ukochana córeczka wyprawia to by zawału dostał!

- Jak śmiesz tak mówić o tacie! Jak śmiesz tak mówić o mnie! Odwaliło ci?! Sodówa uderzyła ci do głowy, Wasza Wysokość?!

- Dziwka! - wrzasnął czerwony ze złości.

Kłótnia kłótnią, ale to już było przegięcie. Zabolało mnie to. Gdy byliśmy młodsi zawsze się przezywaliśmy, no ale nie tak.

- Wynoś się! - krzyknęłam. - Wypierdalaj z mojego mieszkania!

Szarpnęłam go za koszulkę i wywaliłam za drzwi. Na koniec sprzedałam mu pięknego, prawego sierpowego.

- I nie wracaj! Nigdy! - wrzasnęłam do niego ze łzami w oczach i trzasnęłam drzwiami, zamknęłam na klucz i oparłam się o nie.

Czując jak coraz więcej łez spływa mi po policzkach zsunęłam się po drzwiach na podłogę. Nie mogłam ich powstrzymać. Rozpłakałam się jak małe dziecko. Nigdy bym nie pomyślała, że mój własny brat zrobi coś takiego. Mieliśmy tylko siebie. Mama zmarła kiedy byłam mała, prawie jej nie pamiętam. Tata sam nas wychowywał. Nauczył nas wszystkiego. Ryan chodził do różnych szkół, zawsze dobrze się uczył. Ja zawsze miałam problemy, musiałam często zmieniać szkoły. Łatwo traciłam nad sobą panowanie, wdawałam się w bójki, wyzywałam nauczycieli. Kiedy skrzydła zaczęły się niekontrolowanie pojawiać i wszyscy dowiedzieli się, że jestem aniołem śmierci, zaczynało się piekło. Wyzwiska, rzucanie różnymi przedmiotami, szydzenie. Nikt nie chciał mieć ze mną do czynienia. Kiedy ktoś rzucił we mnie szklaną butelką i wróciłam do domu z raną na czole, tata zaczął mnie zabierać ze sobą na misje. Albo pracował w MAO albo w podobnej organizacji. Nauczył mnie walczyć, strzelać z pistoletu i ranić sztyletami. Kiedy miałam szesnaście lat, tata został zamordowany. Zostaliśmy z Ryanem sami. Jakby śmierć taty nie była wystarczająco przytłaczająca to jeszcze dowiedzieliśmy się, że należymy do rodziny królewskiej i mój brat musi objąć tron. Nasz dziadek, o którym nie mieliśmy pojęcia zmarł nagle, kiedy dowiedział się o śmierci syna. Ja się wycofałam, nie chciałam być częścią tego wszystkiego. Ryan musiał zrezygnować z żałoby, miał za dużo na głowie. To Oscar pomógł mi się pozbierać. Wyciągnął mnie z bezdennej rozpaczy po stracie ukochanego taty. Postanowiłam odnaleźć mordercę i się zemścić. Zemścić się za mnie i za brata, który musiał ogarnąć całe to rządzenie. Od tamtej pory żyłam żądzą zemsty za nas oboje. Poszłam do szkoły na Ziemi, gdzie poznałam Toby i Jego, po czym zdradziłam ich wszystkich. Dołączyłam do kosmicznych piratów i zniszczyliśmy szkołę zabierając jak najwięcej łupów. Musiałam tak postąpić. Oni mieli informacje o mordercy, o jego współpracownikach. Byłam w stanie zrobić wszystko. Liczyła się tylko zemsta. Kiedy szkoła została przeniesiona na Thanagar, na pewien czas wróciłam, żeby się tam uczyć. Ryan myślał, że szkoła mnie zmieni, że stanę się bardziej odpowiedzialna, przestanę tylko niszczyć. Trochę nie wyszło, więc teraz jest nadopiekuńczy. O ile czas mu na to pozwoli. Jako król ma bardzo dużo obowiązków. To jednak nie usprawiedliwiało jego dzisiejszego zachowania. Upijałam się, ale przecież z nikim nie spałam. I wtedy przypomniałam sobie. Oscar. Wstałam nadal płacząc i pobiegłam do sypialni. Przeszukałam dokładnie każdy kawałek pomieszczania, ale nie znalazłam niczego, co wskazywałoby na to, że poszłam z nim do łóżka. Zwłaszcza czerwonej plamy, na prześcieradle, kołdrze albo gdziekolwiek indziej. Przecież nie zrobiłabym czegoś tak głupiego, nawet pod wpływem alkoholu. Przecież Oscar, by mi tego nie zrobił. Ale musiałam się upewnić. Chwyciłam telefon i wtedy usłyszałam pukanie do drzwi. Miałam nadzieję, że to nie mój kretyński brat. Rzuciłam urządzenie na podłogę, ubrałam jakąś wielką koszulkę, która służyła mi jako część piżamy i poszłam otworzyć.

- Oscar? - zdziwiłam się, gdy go zobaczyłam.

- Cześć, mała. - powiedział z uśmiechem, który szybko zniknął z jego twarzy. - Płaczesz? Coś się stało?

No tak. Twarz miałam mokrą od łez. Nadal. Szybko je wytarłam.

- Nie, to nic. - odpowiedziałam i wpuściłam go do środka.

- Kłamiesz. Mnie nie oszukasz. Twardzielka Tina Flux nigdy nie płacze. Mów co jest grane. - powiedział jak tylko odwróciłam się w jego stronę po zamknięciu drzwi.

- Pokłóciłam się z Ryanem, ok? Nazwał mnie dziwką. Pieprzony dupek.

- No przestań. Od kiedy jesteś taka wrażliwa?

- On myśli, że co noc idę do łóżka z innym, wyobrażasz sobie? Przecież to nie prawda! Z nikim nie spałam...

- Noo...

- Noo? O nie.. Oscar, proszę powiedz, że ze sobą nie spaliśmy.. No powiedz!

- No właśnie... dlatego tu przyszedłem.. Ja nie pamiętam.

 

Przez dłuższy czas nie otrzymaliśmy żadnej misji. Myślałem, że oszaleje. Nie miałem co z sobą zrobić. Od czasu kłótni z ojcem nie odezwałem się do niego. Czekałem tylko, aż wezwą mnie do kwatery głównej i wreszcie dadzą coś do roboty. A oni jak na złość nawet solowej misji nie chcieli mi przydzielić. W końcu pewnego dnia dostałem wezwanie. Z uśmiechem na twarzy wskoczyłem w statek i poleciałem do MAO. Cieszyłem się, że zobaczę F. Dawno się nie widzieliśmy. Wiedziałem, że ona szybko poprawi mi humor. Gdy doleciałem na miejsce, jej jeszcze nie było. To do niej niepodobne. Stanąłem przed drzwiami do szefostwa i już miałem wchodzić do środka, gdy usłyszałem:

- K, Ty gburze!

Odwróciłem się z szerokim uśmiechem i zobaczyłem F idącą w moją stronę.

- Spóźniłaś się, F. - powiedziałem.

- Niee. Spóźniłabym się, gdybyś wszedł do środka, ale jeszcze tego nie zrobiłeś, więc się nie spóźniłam. - odpowiedziała z uśmiechem.

Podeszła do mnie i przybiliśmy piątkę.

- Siema, K.

- Siema, F.

I weszliśmy do środka. Pół godziny później szliśmy korytarzem innym niż zwykle. Remontowali przejście do hangaru po naszej stronie kwatery i musieliśmy przejść przez nieznaną nam część budynku. Tam pracowali w większości zwykli agenci. Gdy szliśmy tak przez korytarz patrzyli na nas z podziwem. Wcale nie czułem się lepszy od nich, ale oni widocznie za takiego mnie uważali. F chyba miała dość bycia w centrum uwagi, bo przyspieszyła kroku. Dołączyłem do niej i chwilę później byliśmy w hangarze. Tym razem mieliśmy lecieć nowym statkiem. Ktoś musiał go przetestować, więc zaproponowałem, że my go weźmiemy. Czekała nas najniebezpieczniejsza misja odkąd pracujemy razem. Dlatego dla rozluźnienia poszaleliśmy po drodze. F stwierdziła, że trzeba zobaczyć ile można wyciągnąć z tych silników. Ta dziewczyna czyta mi w myślach. Tak więc ustawiłem silniki na pełną moc i lecąc opustoszałym szlakiem przekroczyłem dozwoloną prędkość. Przed nami znajdował się tunel czasoprzestrzenny, w który musieliśmy wlecieć. Zwolniłem, ale niewystarczająco. W tunelu nie mogłem utrzymać statku w odpowiedniej pozycji i czułem się jakbyśmy wpadli do ogromnej pralki. Wylatując z tunelu wpadliśmy w pas asteroid i dopiero się zaczęła prawdziwa próba wytrzymałości statku. Pas asteroid to nie jest dla mnie wyzwanie, więc z łatwością manewrowałem między skałami. Do czasu. Zrobiłem beczkę i wtedy zahaczyłem o jedną z większych skał. Kontrolki w kokpicie oszalały. Sprawność jednego silnika spadła o 30%.

- Spoko, nie jest tak źle. - powiedziałem i w tym momencie zauważyłem, że lecimy prosto na ogromną asteroidę.

Chciałem poderwać statek wyżej, ale on zareagował z opóźnieniem i zahaczyliśmy znowu. Sprawność już i tak uszkodzonego silnika spadła o 25%. Miałem powiedzieć, że zawsze może być gorzej, ale gdy tylko otworzyłem usta F mi przerwała:

- Ani słowa. Nic nie mów. Wyleć w końcu z tego pasa, bo jak tak dalej pójdzie to stracimy silnik. A dobrze wiesz, że z jednym nie przelecimy z powrotem przez tunel czasoprzestrzenny.

Miała rację. Nie odezwałem się ani słowem. Wyleciałem z pasa asteroid i zmniejszyłem moc silników. Spokojnie lecieliśmy we wskazane miejsce. Naszym celem była niezamieszkana planeta, pokryta dzikimi lasami prawie w całości. Ukrywał się tam przestępca poszukiwany w kilku galaktykach. Jest szczególnie niebezpieczny, bo posiada moc mieszania w umysłach. Nie byliśmy na to przygotowani. Naszą jedyną szansą pokonania go była szybkość. Musieliśmy jak najszybciej go unieszkodliwić zanim namiesza nam w głowach. Wydawało nam się, że nie będzie to specjalnie trudne. Nie wiedzieliśmy wtedy jak wielkim błędem było niedocenianie go i przecenianie naszych umiejętności. Gdy tylko przedarliśmy się przez atmosferę planety naszym oczom ukazał się jeden, wielki las. Nie było gdzie wylądować, zostawiliśmy statek w powietrzu. Wiedziałem, że nie wytrzyma długo z uszkodzonym silnikiem, więc musieliśmy się spieszyć, znaleźć jakieś miejsce wolne od drzew i tam naprawić silnik. Przedzieraliśmy się przez tą dżunglę już chyba godzinę. Mieliśmy dokładne współrzędne miejsca, gdzie ukrywał się nasz cel.

- Nie sądzisz, że powinni nas jakoś zabezpieczyć przed jego mocą? - zapytała F przerywając ciszę.

- Może myślą, że jesteśmy odporni na tyle. Albo nie mieli jak nas zabezpieczyć. - odpowiedziałem po chwili.

- No proszę cię. Myślisz, że nie mają wystarczająco rozwiniętej technologii, by stworzyć coś takiego?

- A ty myślisz, że mają? Jeśli mieliby coś takiego to na pewno by nam to dali.

- Chyba, że chcą się nas pozbyć.

- F, opanuj się. Jesteśmy najlepsi z najlepszych, zapomniałaś?

- Racja.

Dalej szliśmy w ciszy. Zbliżaliśmy się do celu. Nagle F zahaczyła nogą o korzeń i wpadła na mnie. Straciłem równowagę i wylądowaliśmy w krzakach. Ja na plecach, a F na mnie. Nie dość, że moje plecy ucierpiały uderzając o wystające korzenie, to jeszcze ona mnie przygniotła. Była blisko. Zdecydowanie za blisko. Serce zaczęło mi szybciej bić. Poczułem, że jej także przyspieszyło. Zamiast skupić się na misji, skupiłem się na niej. Prawie stykaliśmy się nosami. Jej oczy, dwie czarne perły, patrzyły w moje. Nie mogłem oderwać od nich wzroku. Leżeliśmy tak przez dłuższą chwilę. A czasu było coraz mniej.

- Lecisz na mnie? - zapytałem w końcu z uśmiechem.

F tylko prychnęła i natychmiast się podniosła. Chyba się zarumieniła. A może tylko mi się wydawało? Wstałem i ruszyłem za nią. Specjalnie zostałem trochę z tyłu, by móc popatrzeć na jej tyłek. No co? Jestem facetem w końcu. K, do cholery, skup się na misji, a nie na tyłku F. Zauważyłem, że las zaczął się przerzedzać, więc dołączyłem do F. W oddali było widać polanę i jakąś postać. To musiał być on. Jakoś specjalnie to ukryty nie był. Chyba na nas czekał. Zwolniliśmy i zaczęliśmy się skradać uważnie stawiając każdy krok. F wyciągnęła broń i spojrzała na mnie.

- Schowaj się. - szepnęła i ruszyła w kierunku polany.

Przez chwilę chciałem pobiec za nią, ale zrozumiałem o co jej chodziło. Ona odwróci jego uwagę, żebym ja mógł go unieszkodliwić. Zamiast iść naprzód ruszyłem w bok. Znalazłem najdogodniejszą pozycję do strzału. Przygotowałem broń i obserwowałem jak F wbiega na polanę. Oddała kilka strzałów, ale żaden go nawet nie dotknął. Wszystkie pociski nagle zatrzymały się tuż przed nim i opadły na ziemię. Broń stała się bezużyteczna. Teraz jej jedyną szansą było zbliżenie się do niego. F zaczęła biec w jego stronę. Gdy była już dość blisko nagle dobiła do czegoś niewidzialnego. W momencie, gdy zetknęła się z tym na sekundę zmaterializowała się tarcza wokół niego. To do niej dobiła. Było naprawdę źle. Nie mogłem jej pomóc, musiałem pozostać w ukryciu i czekać na możliwość czystego strzału. Miałem tylko jeden, specjalny nabój. Nie mogłem ryzykować. Patrzyłem jak F próbuje przebić się przez jego tarczę. Bezskutecznie. A on się tylko śmiał. Przez jak długi czas potrafił utrzymywać taką tarczę? Nie miałem pojęcia, ale z pewnością na tyle, by F opadła z sił próbując się przez nią przebić. Zastanawiałem się kiedy mu się to znudzi. Niedługo musiałem czekać, by się przekonać. F nagle chwyciła się za głowę i zaczęła krzyczeć z bólu. Upadła na kolana. Wrzeszczała coraz głośniej. Byłem na tyle blisko, że widziałem jak praktycznie wyrywa sobie włosy z ciasno związanego kucyka. Nie mogłem patrzeć jak cierpi, ale nic nie mogłem zrobić. Zacisnąłem dłonie na broni, palec trzymałem na spuście. Nasz cel zrobił krok w jej stronę i jej wrzask stał się jeszcze głośniejszy. Zrobił kolejny i F skuliła się z bólu nadal wrzeszcząc. Przecież on ją zabije! Musiałem coś zrobić, nie mogłem na to pozwolić. Ale wtedy nagle z pleców F wyrosły skrzydła. Czarne pióra lśniły, były takie piękne. Głowę miała dziwnie opuszczoną w dół jakby patrzyła w ziemię. Coś było nie tak. Cel coś do niej powiedział i F wyprostowała się kierując wzrok prosto we mnie. Rozłożyła szeroko skrzydła, przykucnęła i wzbiła się w powietrze odbijając od ziemi. Wyglądało to tak, jakby była jego marionetką. Cel spojrzał w moją stronę, po czym na nią i znów coś powiedział. Wyciągnął rękę w jej stronę i w dłoni F pojawił się prawie przezroczysty miecz. Co to było? Czy on potrafił coś więcej niż tylko namieszać w głowie? Na to wyglądało. Zdałem sobie sprawę, że mam kłopoty. F leciała w moją stronę, gotowa wbić miecz w moje ciało. Ścisnąłem broń i zacząłem przedzierać się przez las tak, by znaleźć się jak najbliżej celu. Był zajęty obserwowaniem swojej marionetki, więc to był doskonały moment na strzał. Nie wiedziałem, gdzie była F. Musiałem działać szybko. Znalazłem się na idealnej pozycji. Wycelowałem i oddałem strzał. I wtedy w połowie drogi między mną a celem, z nieba spadła F i przecięła pocisk na pół mieczem. Zamurowało mnie. To było niemożliwe. Jeden nabój, jeden strzał. To koniec. Nie wiedziałem co mam robić. Jak unieszkodliwię teraz cel? Nie miałem czasu wezwać pomoc, a nawet jeśli by mi się to udało, to oni nie zdążyliby tu przylecieć. Jedynym wyjściem była walka z F. Nie chciałem jej skrzywdzić, ale musiałem się bronić. Leciała do mnie, więc nie czekając strzeliłem do niej pociskiem paraliżującym. Trafiłem w skrzydło. Rozległ się wrzask i F spadła na ziemię z dużej wysokości. Przestraszyłem się, że stało jej się coś poważnego. Ale ona podniosła się i spojrzała na mnie morderczym wzrokiem. Nadal trzymała w ręku miecz. Ruszyła w moją stronę. Zacząłem uciekać, co chwilę się odwracając, żeby oddać strzał. Albo nie trafiałem, albo ona je odbijała mieczem. Widziałem jak się denerwuje, że nie może mnie złapać. To tylko pogarszało sytuację. Cel dosłownie wyczarował jej więcej broni. Miecze, topory, włócznie, sztylety leżały porozwalane na całej polanie. Ale tylko ona mogła ich dotknąć. Gdy ja chciałem to zrobić nie mogłem ich złapać, jakbym był duchem, rękojeści przechodziły mi przez palce. Skończyła mi się amunicja, a innej broni nie miałem. Rzucała we mnie sztyletami. Nie wiem jakim cudem nie dostałem ani razu, ale kilka razy przeleciały na tyle blisko by rozciąć kostium i skórę w różnych miejscach na ciele. Sparaliżowane skrzydło skutecznie utrudniało jej ruchy. Miałem przewagę. Ale co z tego. Zobaczyłem na ziemi kamienie. Złapałem kilka do ręki i pobiegłem dalej. Rzuciłem w cel i zobaczyłem jak przez sekundę jego tarcza materializuję się, by zaraz potem stać się niewidzialną. I wtedy wpadłem na pomysł. Był okrutny, ale albo on albo my. Zacząłem rzucać w F kamieniami, by ją rozwścieczyć do granic możliwości. Nie było to trudne zadanie, F nie należała do super opanowanych osób. Podbiegłem do celu i czekałem na nią. F wzbiła się w powietrze, obleciała polanę trochę koślawo przez teraz już tylko częściowo sparaliżowane skrzydło i wylądowała niedaleko mnie. Zdecydowanie za blisko. Rozejrzała się wokoło szukając odpowiedniej broni. Znalazła. Podniosła z ziemi wielkie ostrze na długim kiju. Nie wiedziałem co to, ale było ciężkie. Zaczęła machać skrzydłami powoli wznosząc się w powietrze i podnosząc ostrze z ziemi. Zbliżyłem się do celu jak najbardziej się dało. Poczułem tarczę za sobą. Zaraz za nią był cel. Całkowicie skupiony na marionetce. Obserwowałem F modląc się, by mój plan wypalił. Jeśli się nie powiedzie to zginę. Z jej rąk. Starałem się oddychać spokojnie, ale świadomość, że mogłem lada chwila zginąć nie pomagała. Była już dość wysoko w powietrzu, ale nie mogła poradzić sobie z ciężarem ostrza. Podniosłem dłoń do słuchawki, którą miałem w uchu. Wcisnąłem mały guzik. Sygnał S.O.S. Rzuciłem w nią ostatnimi kamieniami. Dostała szału. Wrzasnęła i podniosła ostrze wysoko w powietrze. Była tuż nade mną. Serce waliło mi jak oszalałe. Zamachnęła się i wrzeszcząc zaatakowała. W ostatniej chwili odskoczyłem w bok, zrobiłem przewrót i wylądowałem na ziemi. Słyszałem dźwięk tłuczonego szkła. Odwróciłem się i zobaczyłem jak F przecina ostrzem cel na pół. Odwróciłem wzrok. Myślałem, że zwymiotuje. To było dla mnie za dużo. Usłyszałem jej wrzask. Ale tym razem był inny. Nie był przepełniony gniewem, lecz bólem. Na czworakach zbliżyłem się do niej. Kręciło mi się w głowie. Widziałem jak F pada na kolana i patrzy na swoje zakrwawione ręce. Właściwie to cała była we krwi. Usiadłem przy niej, tyłem do tego, co zostało z naszego celu. Cała się trzęsła. Płakała.

- F? - z trudem przeszło mi to przez gardło.

Podniosła głowę i spojrzała na mnie przerażonym wzrokiem. Dotknęła zakrwawionymi dłońmi mojej twarzy i odetchnęła jakby z ulgą. Zaraz potem jej wzrok stał się nieprzytomny. Widziałem jak odlatuje. Przysunąłem się bliżej i przytuliłem ją mocno. Straciła przytomność, ale nie miałem zamiaru jej puścić. Nie mogłem nic zrobić. Statek pewnie już dawno runął w las. Nie ma sensu go nawet szukać. Jedyne co pozostało to czekać na ekipę ratowniczą MAO. Spojrzałem na F. Nadal nie odzyskała przytomności. Tuliłem ją do siebie. Nawet cała we krwi tego świra była śliczna. Nie mogłem przestać na nią patrzeć. Odgarnąłem jej włosy z twarzy i przez chwilę moja ręka zatrzymała się przy jej masce. Chciałem ją zdjąć i zobaczyć jak wygląda bez niej. Ale powstrzymałem się. Zamiast tego pogładziłem ją tylko po policzku. Jęknęła i otworzyła oczy. Natychmiast po jej policzkach popłynęły łzy. Przytuliłem ją mocniej.

- Ciii... Jestem przy tobie. Już wszystko dobrze. - powiedziałem cicho.

- Nie zostawiaj mnie. - wyszlochała. - Nie zostawiaj...

- Nie bój się. Nie zostawię cię. Nigdy.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 10

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (20)

  • betti 28.03.2017
    Nie przepadam za fantastyką, ale ''to'' wciągnęło mnie na maksa. Świetnie piszesz. Gratuluję.

    Pozdrawiam.elka.
  • betti 28.03.2017
    Zapytam jeszcze nienachalnie, kiedy wstawisz kolejny rozdział?
  • Paradise 28.03.2017
    Dziękuje bardzo, naprawdę bardzo mi miło :) co do następnego rozdziału postaram się jak najszybciej, mam już szkielet, że tak powiem, więc nie powinno mi to zająć dużo czasu :)
  • betti 28.03.2017
    Będę czekała. Napisałeś, że masz już szkielet... ja nie piszę opowiadań, ani powieści, prozę wolę czytać niż pisać, ale ciekawi mnie jak powstaje ''szkielet''? Fantastyka musi być niesamowicie trudna, na dodatek taka jak Twoja, spójna i logiczna. Naprawdę jestem pod wrażeniem.
  • Paradise 29.03.2017
    To znaczy tak tylko napisałam, że szkielet :) na studiach trochę pisałam i grono koleżanek czytało, a potem nie miałam czasu i tak wyszło. Mam to w pliku, więc pierwsze rozdziały można powiedzieć, że są napisane, poprawiam je, albo w ogóle pisze od nowa, nieraz dopisuje sporo rzeczy, dlatego nazwałam to szkieletem :D a co do samego powstawania to czasami wpadnie mi pomysł ni stąd ni zowąd i wymyślam sobie akcje, dialogi, a potem to przelewam na wirtualny papier, że tak powiem :D
  • Tanaris 29.03.2017
    Końcówka jak zawsze piękna, piszesz genialnie, wszystko tak płynnie opisane xD 5
  • Paradise 29.03.2017
    dziękuje bardzo :)
  • katharina182 29.03.2017
    Znalazłam literówkę:
    "- Właśnie, że chce. Zrób to." - chcę
    Jeszcze w paru momentach tak było. Tzn. Zamiast "ę" miałaś "e" w pierwszoosobowej.
    Liczby pisze się słownie, np.24 lata - dwadzieścia cztery lata.

    Bardzo się cieszę że udało Ci się dodać kolejny rozdział.
    Piszesz ciekawie i zachęcająco. Fajnie ci dialogi wychodzą. Nie są sztuczne co jest wielkim plusem dla mnie.

    Podejrzewam że ten tajemniczy On o tych samych oczach co K jest właśnie nim. Tym bardziej że on też wspomniał o tajemniczej Jej;)
    Podoba mi się jak opisujesz zbliżenia między tą dwójką. Dobrze ci to wychodzi.
    Końcówka intrygująca. Ciekawe co będzie dalej.

    Będę czekać na koleiny rozdział. Oczywiście 5 ode mnie leci. Super rozdział;P
  • Paradise 29.03.2017
    dziękuje pięknie za komentarz i dobre rady :) czytałam to tyle razy i wyłapywałam te literówki, ale jak widać jeszcze się ich sporo znalazło :) o liczbach nie wiedziałam, dzięki za zwrócenie uwagi, zaraz poprawię :D naprawdę podobają Ci się dialogi? wydawało mi się, że są średnie xD postaram się dodać kolejny rozdział jeszcze w tym tygodniu :)
  • katharina182 30.03.2017
    Paradise wkleilam na prosbe ten miniety przez ciebie rozdzial. To byl 24 czesc III
    zostaie go tak tak dlugo az przeczytasz, wiec bez pospiechu:)
    To tyle... pozdrawiam i milego dnia zycze:P
  • Freya 29.03.2017
    "jakikolwiek dźwięk z nich wyjść," - wyszedł; wybrzmiał - cuś teges
    "Ale miała racje." - rację
    "To do niego nie podobne." - niepodobne
    "Poważnie go nie poznaje." - poznaję
    "ja tylko na chwile." - chwilę
    "Mam nadzieje, że mój" - nadzieję
    "Nadal mam nadzieje," - nadzieję
    ", od czterech dzwonie!" - dzwonię
    "braciszku.-odpowiedziałam i" - spacja
    "Po śmierci taty dowiedzieliśmy kim" - dowiedzieliśmy się - albo przecinek
    "najpierw się nawale, a potem pieprze" - nawalę; pieprzę
    "- Tak to właśnie sugeruje!" - sugeruję
    "traciłam nad sobą panowie," - panowanie
    ", od czterech dzwonie!" - dzwonię
    "To do niej nie podobne." - niepodobne
    "patrzyli nas z podziwem." - na nas
    "ale nie wystarczająco." - niewystarczająco
    "Znalazłam się na idealnej" - znalazłem
    "uciekać, co chwile się" - chwilę
    Brakuje także trochu przecinków.
    Nie wiem co było wcześniej, a więc tylko odnośnie tej części. Tekst jest w miarę poprawnie napisany; te literówki musisz po prostu wyłapywać osobiście, ponieważ program korekcyjny nie reaguje na takie niuanse. Dla mnie; to jest taka "młodzieżówka" i w adekwatnej grupie wiekowej twoje opko może się podobać. Może spróbuję kiedyś cofnąć się do poprzedzających części, ponieważ zdaję sobie sprawę z tego, że taki wyrwany z kontekstu odcinek nie jest odzwierciedleniem pełni fabuły. Pozdrawiam serdecznie. ;)
  • Paradise 29.03.2017
    dziękuje za komentarz i wyłapanie tych literówek :) czytałam chyba z milion razy, ale w końcu przestałam je widzieć niestety. Tak to jest jak się pracuje na szkicu, te literówki uciekają, już się biorę za poprawianie :) zachęcam do przeczytania poprzednich części i również pozdrawiam :)
  • Dimitria 11.04.2017
    Bardzo się wciągnęła w czytanie Twojego opowiadania :)
    Dla mnie jest pod każdym względem świetne i co tu dodawać 5 i już! :)
  • Paradise 11.04.2017
    bardzo się cieszę, że tak Cię wciągnęło :D mam nadzieję, że nie zepsuje tego w kolejnych częściach ;) dziękuje za komentarz i ocenę :)
  • Ayano_Sora 15.08.2017
    Właśnie się skapnęłam, że w komentarzu pod poprzednim rozdziałem walnęlam się w pseudonimach XD Agentka F została agentką T, już po tym rozdziale wiadomo dlaczego haha
    Kurde, ale feelsy. Josh, Tina, Toby, Diablo, Oscar, Ryan.. skąd ja ich znam <3
    Cudowny koniec. Uwielbiam takie makabryczne sceny, jestem chorym zwyrolem, ale liczę na więcej takich. Przed oczyma miałam tą scenę, jak załatwiła tego zwyrola na pół, a potem K tulił nieprzytomną F i to, jak się przebudziła, awww.
    dobra, lecę dalej.
  • Paradise 15.08.2017
    haha można jej zmienić na chwilę XD czemu nie :P czytaj dalej to się nie zawiedziesz :D na F zawsze możesz liczyć jeśli chodzi o takie sceny :D
  • blaackangel 25.08.2017
    Piszesz pięknie, aż miło się czyta :) A więc F jest księżniczką. Noo coraz ciekawiej. Zgadzam się, że końcówka świetna! 5 <3 <3
  • Paradise 25.08.2017
    Ojej bardzo dziękuję <3 cieszę się, że Ci się podoba :)
  • candy 08.10.2017
    No i oczywiście, akurat jak chciałam dodać komentarz to internet mi padł... grrrrrrrr

    A więc, od nowa:

    Jestem facetem w końcu. K, do cholery, skup się na misji, a nie na tyłku F. - XDDDDDDD nie wiem, co oni mają z tymi tyłkami.

    A więc w końcu pojawiły się jakieś postacie z przeszłości. Fajnie, bo wtedy zawsze jest ciekawiej - tajemnica, złamane serce, któż to wie. Na koniec czekała mnie niespodzianka - myślałam, że F odtrąci K, jak zwykle, a ona okazała słabość :D ładnie, ładnie akcja się rozwija. 5 :D
  • Paradise 08.10.2017
    nie ma to jak po ciężkim dniu w pracy zobaczyć komentarz od Ciebie pod kolejnym moim rozdziałem :D cieszę się, że kontynuujesz czytanie :D no weź tu zrozum faceta xD fajnie, że udało mi się zaskoczyć końcówką :D dziękuje za komentarz i 5 :D

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania