Totalny kosmos - rozdział 7

Otworzyłam drzwi do mieszkania i weszłam do środka. Raito czekał już na mnie w salonie. Uśmiechnęłam się lekko, podeszłam do niego, usiadłam na podłodze i przytuliłam wilka mocno wtulając się w jego mięciutką sierść. Cały czas myślałam o K i o tym, co między nami zaszło. Nie możemy więcej tego robić. Staniemy się nieostrożni. Nakryją nas i rozdzielą. Już nigdy się nie zobaczymy. Musiałam zrobić coś, żeby do tego nie doszło. Nie chcę go odtrącać, ale nie mam wyjścia. Tylko, że kiedy go nie ma obok to łatwo mi tak mówić. Co innego, kiedy jest blisko, albo co gorsze jeszcze mnie dotknie, wtedy moja wolna wola znika. Czemu mam takiego pecha i nie mogę mieć normalnego związku...

-Tina, wszystko ok? Jakoś inaczej pachniesz.

Już otworzyłam usta, żeby mu odpowiedzieć, ale usłyszałam pukanie do drzwi. Wstałam niechętnie i otworzyłam. Stanęłam jak wryta, bo w progu stał Diablo. Co on tu robi? Nie wiedziałam jak mam się zachować. Czułam się nieswojo przy nim. Stał przez chwilę i patrzył na mnie zaskoczony. No tak, maska. Zdjęłam ją.

- Nie bój się. Nic ci nie zrobię. - powiedział w końcu.

- Nie boję się. Czego chcesz? - warknęłam.

- Toby prosi, żebyś ją odwiedziła.

Natychmiast przypomniały mi się moje ostatnie odwiedziny. A co jeśli to się powtórzy? Jestem bezbronna przy niej. Bezbronna. To słowo zdecydowanie do mnie nie pasuje. Spojrzałam na Diablo. Czekał na moją odpowiedź.

- Zastanowię się. - powiedziałam i zamknęłam mu drzwi przed nosem.

- Ładnie to tak traktować gości? - zapytał Raito.

Prychnęłam. Moje nastawienie do Diablo się nie zmieniło. Nie zasłużył sobie na godne traktowanie. Związałam włosy w kok i poszłam pod prysznic. Kilkanaście minut później stałam w drzwiach już gotowa do wyjścia.

- Raito, na co czekasz? - zapytałam. - Chodź.

- Mogę iść? Super! - zerwał się z podłogi i podbiegł do mnie.

Zamknęłam drzwi i ruszyliśmy do szpitala. Miałam nadzieję, że Diablo tam nie będzie. Nie miałam ochoty go znowu oglądać. Przed szpitalem spotkaliśmy Oscara.

- Cześć, mała. - jak zwykle obdarował mnie powalającym uśmiechem.

- Cześć. Byłeś u Toby?

- Tak. A ty co? Z obstawą? Nie bój się, już ci nic nie zrobi.

- Wcale nie z obstawą. Nie mogę go nigdzie już zabrać ze sobą? I coś ty taki pewny?

- Nauczyłem ją kontrolować swoją moc.

- Co? Jak? Na czym się uczyła?

- Na mnie.

Gdy to powiedział wmurowało mnie w ziemię. Pamiętam ten otępiający ból, nie byłam w stanie nawet myśleć, a on dobrowolnie pozwolił na sobie trenować? Nawet bałam się pomyśleć ile wycierpiał. I to wszystko dla niej.

- Bardzo bolało? - zapytałam w końcu.

- Daj spokój, mała. Jestem twardzielem. - powiedział z uśmiechem i napiął mięśnie.

- Przestań, nie robi to na mnie wrażenia. - zaśmiałam się.

- Jasne. Nie udawaj, że możesz się oprzeć mojemu urokowi. - i znów ten jego powalający uśmiech.

- Dobra, dobra już nie pajacuj. - starałam się ze wszystkich sił zachować powagę.

- I tak wiem, że udajesz. To co, wieczorem widzimy się w klubie?

- Mooooże.

- No już nie udawaj takiej niedostępnej. I tak wiem, że przyjdziesz. - szturchnął mnie lekko.

- Jak ty dobrze mnie znasz. Dobra, to do wieczora. - powiedziałam i razem z Raito ruszyliśmy do szpitala.

Szliśmy przez korytarze w ciszy. Zauważyłam, że przy Oscarze wilk jest dziwnie milczący. Nie rozmawiałam z nim nigdy o tym. Może on go nie lubi? Już miałam go o to zapytać, ale dotarliśmy do sali Toby. Gdy weszliśmy do środka, niebiesko-włosa siedziała na łóżku zaczytana w jakiejś książce. Wyglądała już dużo lepiej niż ostatnim razem. Raito od razu wskoczył jej na łóżko i zaczął ją lizać po twarzy.

- Też się cieszę, że cię widzę, wilczku. - powiedziała chichocząc.

Spojrzała na mnie i natychmiast przestała się śmiać.

- Tina... bardzo cię przepraszam za to, co się stało ostatnio... naprawdę nie chciałam tego, nie panowałam nad tym...

- Było minęło. Nie przejmuj się już tym. - podeszłam do niej i przytuliłam ją.

- Ważne, że z tobą już lepiej. Jak się czujesz?

- Dobrze, za kilka dni wychodzę, więc szykuj się. Lecimy kupić suknię ślubną. - odpowiedziała z uśmiechem.

- Ślub aktualny? Jesteś pewna?

- Tina, nie znasz go tak jak ja. On jest naprawdę cudowny. Kocham go. To ten jedyny.

- Nawet pomimo tego, co się stało?

- Tak.

Jestem pełna podziwu. To się nazywa prawdziwa miłość. Nawet nie potrafię sobie wyobrazić jak postąpiłabym na jej miejscu. Powinnam ją teraz wspierać, ona naprawdę nie może się doczekać tego ślubu. Przesunę moją niechęć do Diablo na dalszy plan i będę przy niej jak na przyjaciółkę przystało. Toby patrzyła na mnie wyczekująco. Na pewno wie o czym myślałam.

- Było by idealnie, gdybyś zaakceptowała Diablo. - powiedziała w końcu.

- Postaram się, Toby. Ale niczego nie obiecuję. - uśmiechnęła się jak tylko to usłyszała.

- I zorganizuję ci najlepszy wieczór panieński. Zobaczysz.

- Impreza? - Raito włączył się do dyskusji.

- To babska impreza, więc cię tam nie będzie. - pokazałam wilkowi język.

- Jak możesz. Taka impreza i mnie nie zaprosisz?

- A co chcesz zmienić płeć?

- Nie, nie koniecznie.

- Nie martw się, wilczku. To tylko jeden wieczór. Na ślubie będziesz, prawda? - powiedziała Toby głaszcząc go po łebku.

- No pewnie. - wyszczerzył białe jak śnieg kły.

Przesiedzieliśmy u Toby całe popołudnie. Nie mogłyśmy się nagadać. Na szczęście udało mi się sprawić, że wydarzenie poprzedniej nocy nie wyszło na jaw. Nie chciałam o tym rozmawiać. Na razie. Wróciliśmy do domu, przebrałam się, na szybko zrobiłam coś do jedzenia i błyskawicznie zjadłam. Prawie cały dzień nic nie jadłam. Byłam tak przejęta zbliżeniem z K, że nie czułam głodu. Raito oglądał coś w telewizji, naszykowałam mu jego ulubione smakołyki i wyszłam. Poszłam po Sophie i razem szłyśmy powoli w stronę klubu. Na miejscu czekał na nas Oscar.

- Cześć, dziewczyny. - jak zwykle obdarował nas jednym ze swoich cudownych uśmiechów.

- Cześć, chłopaku. - Sophie podeszła do niego i pocałowali się.

- Uuuu, co ja widzę. Ale ładnie razem wyglądacie. - powiedziałam z uśmiechem.

Sophie była wpatrzona w Oscara jak w obrazek, a on z kolei wydawał się być szczęśliwy, choć tak naprawdę rozpaczał z powodu ślubu Toby i Diablo.

- Kto ostatni przy barze ten stawia! - rzucił Oscar i puścił się biegiem do klubu.

Spojrzałyśmy na siebie z Sophie i zaczęłyśmy go gonić. Czerwonowłosa wyprzedziła mnie, bo wpadłam na jakiegoś gościa, a kiedy dotarłam do baru oboje się śmiali.

- Stawiasz, mała. No dalej, dalej wyciągaj portfel. - popędzał mnie Oscar.

- Pożałujesz tego. - powiedziałam patrząc na niego wściekłym wzrokiem.

- Nie składaj gróźb bez pokrycia, Tina. - zaśmiała się Sophie.

- A po czyjej ty jesteś stronie? Gdzie damska solidarność? - oburzyłam się.

Sophie pokazała mi język, a Oscar wybuchnął śmiechem. Przekomarzaliśmy się jeszcze przez jakieś pół godziny. Musiałam się ugiąć i postawić im drinki. Straciliśmy poczucie czasu tańcząc i pijąc w przerwach. Wróciłam do domu nad ranem i od razu poszłam spać.

 

Leżałem na łóżku gapiąc się w sufit, myśląc o cudownej nocy spędzonej z F. Nagle usłyszałem jak coś stuka w okno. Myślałem, że się przesłyszałem, ale po chwili znowu usłyszałem stukanie. Wstałem i otworzyłem okno. Na parapecie siedziała F z rozłożonymi skrzydłami.

- Siema, K. - powiedziała i wepchała się do środka.

- F? Co ty tu robisz? Jak mnie znalazłaś? - byłem tak zaskoczony, że nie czułem zimna wdzierającego się do środka przez nadal otwarte okno.

- Jak to co? Pomyślałam, że może ci jest zimno i przyleciałam cię ogrzać. - odpowiedziała patrząc na mnie uwodzicielsko.

Zadrżałem z zimna i dotarło do mnie, że okno nadal jest otwarte. Szybko je zamknąłem, a kiedy odwróciłem się do F, ona już leżała na moim łóżku przykryta kołdrą, a jej ubranie leżało na podłodze. Zrobiło mi się gorąco na samą myśl, że ona leży tam kompletnie naga. Stałem jak ten kołek nie mogąc w to uwierzyć.

- No na co czekasz? Rozbieraj się i wskakuj pod kołderkę. Trzęsiesz się z zimna jak galaretka. - odkryła kołdrę prezentując swoją nogę od stopy aż po samo udo.

- Na pewno tego chcesz? - zapytałem bardzo powoli rozpinając bluzę.

Wolałem się upewnić. Żeby potem nie było, że moja wina.

- Na pewno. No dawaj, tygrysie. Upoluj mnie. Rooaar. - odpowiedziała marszcząc nosek i odsłaniając ząbki.

Podniecenie we mnie rosło z każdą sekundą. Raz dwa zrzuciłem z siebie ubrania i wskoczyłem na łóżko. Zdarłem kołdrę z F i pochyliłem się nad nią.

- Roar. Mam cię. - zamruczałem.

- Och, tygrysie. I co teraz ze mną zrobisz?

- Zjem cię. - i złożyłem kilka pocałunków na jej szyi i dekolcie.

Moje dłonie badały jej ciało kawałek po kawałku, a nasze języki tańczyły oplatając się nawzajem w namiętnym tańcu. F przejęła inicjatywę i przewróciła mnie. Leżałem na plecach, a ona na mnie. Patrzyliśmy sobie w oczy dysząc z podniecenia i kiedy już nasze ciała miały się złączyć w miłosnym uniesieniu, nagle zupełnie się tego nie spodziewając, najzwyczajniej w świecie obudziłem się! Usiadłem na łóżku i rozglądałem się po pustym pokoju nadal dysząc. To był tylko sen. Tak bardzo realny, ale jednak tylko sen. Tak bardzo jej pragnę, że śni mi się to po nocach. Nie ma chwili żebym o niej nie myślał. Wstałem i ubrałem się. Muszę coś zrobić. Odciągnąć moją uwagę od niej i zająć się czymś. Postanowiłem polecieć na Thanagar. Nie wiem dlaczego. Może miałem nadzieję, że ją tam spotkam? To niedorzeczne. Ale jednak tam poleciałem. Spacerowałem po ulicach pełnych nie tylko Thanagarian, ale też przedstawicieli innych ras. Nagle zauważyłem niebiesko-włosą dziewczynę. Szła w tym samym kierunku co ja, tyle że parę metrów przede mną. Przyspieszyłem kroku i kiedy byłem tuż za nią, zaczepiłem ją:

- Toby?

Odwróciła się zaskoczona i spojrzała na mnie błękitnymi oczyma.

- Josh? To naprawdę ty?

- Kopę lat. - uśmiechnąłem się szeroko.

Odwzajemniła uśmiech i rzuciła mi się na szyję. Objąłem ją i przytuliłem.

- Nie mogę uwierzyć. Tak dawno cię nie widziałam, nie spodziewałam się, że możemy się tutaj spotkać. Przypakowałeś.

- No tak trochę. A masz teraz czas? Może wstąpimy do jakiejś kawiarni i pogadamy?

- No pewnie, chodź, znam fajne miejsce. - powiedziała Toby i przeszliśmy kilka ulic.

Usiedliśmy przy stoliku i złożyliśmy zamówienie. Patrzyliśmy tak na siebie szczerząc się jak głupki.

- Josh, opowiadaj. Co u ciebie? Co teraz robisz? Nie mieliśmy kontaktu od kiedy rzuciłeś szkołę.

- Pracuję, robię praktycznie to samo co w szkole, tyle że dostaje za to kasę i nie muszę chodzić na żadne zajęcia. A Ty? Mieszkasz tu?

- Tak. Aktualnie szukam pracy no i niedługo wychodzę za mąż. - odpowiedziała z uśmiechem.

- Poważnie? Łał. - nic więcej nie byłem w stanie powiedzieć, byłem zaskoczony.

- A właśnie. Miałam iść do szkoły i dać to dyrektorowi, ale mogę przecież dać to tobie. - zaczęła grzebać w torebce.

- Ale co?

- Zaproszenia. - wyciągnęła z torebki dwie koperty i podała mi je. - Jedno jest dla ciebie, a drugie dla twojego ojca. Możesz mu je przekazać?

- Taa... - otworzyłem swoją kopertę, wyjąłem zaproszenie i zacząłem je oglądać.

- Więc ty i.... - już miałem powiedzieć Oscar, ale na zaproszeniu nie znalazłem tego imienia.

Znalazłem za to inne. Co mnie jeszcze bardziej zaskoczyło. Gdy opuszczałem szkołę Toby i Oscar byli razem, a teraz Toby wychodzi za mąż za kogoś innego. Na zaproszeniu widniało: Diablo Delgallo. Coś mi mówiło to nazwisko. Tylko co? Skąd mogłem je kojarzyć? I wtedy mi się przypomniało. To było jeszcze przed Jej śmiercią, ale już po opuszczeniu przez Nią szkoły. Był to zwykły dzień. Siedzieliśmy właśnie na zajęciach z Oscarem, trenowaliśmy nową technikę, którą pokazał nam w zeszłym tygodniu. Tak, to były moje ulubione zajęcia i chyba jedyne, na których nie spałem, i których nie opuszczałem. Oscar podzielił nas na trzyosobowe grupy i ćwiczyliśmy, aż nagle nadeszło potężne trzęsienie ziemi. To było dziwne. Nigdy nie słyszałem, żeby na Thanagarze występowały trzęsienia. Wszyscy straciliśmy równowagę i wylądowaliśmy na podłodze. Oscar próbował dostać się do biurka, z którego pospadały jakieś papiery i jego telefon. Złapał urządzenie i w tym momencie trzęsienie minęło, a jego telefon zaczął dzwonić. Przyłożył go do ucha i nie czekając aż rozmówca się odezwie powiedział szorstko:

- Wyobraź sobie, że też to czułem. - poczekał na odpowiedź. - Masz mnie za jakiegoś debila? Wiem, co to oznacza ty skretyniały urzędasie! - znów poczekał na odpowiedź. - Och, naprawdę? Czas się liczy? To nie zawracaj mi dupy swoimi bezużytecznymi telefonami, bo mam w dupie, że właśnie spadłeś ze stołka i poparzyłeś sobie jaja gorącą kawą! - znów poczekał na odpowiedź, ale było widać, że jeszcze chwila i wybuchnie. - Zaraz będę. - wycedził przez zęby.

Jeszcze chwilę wyzywał pod nosem na swojego rozmówcę, a my patrzyliśmy na niego w lekkim szoku, bo nigdy się tak nie zachowywał. Spojrzał na nas i wziął głęboki oddech.

- Skupcie się. Słuchajcie uważnie, bo nie mam czasu na powtarzanie. To nie było zwykłe trzęsienie ziemi. Wszyscy jesteśmy w poważnym niebezpieczeństwie. Jak tylko stąd wyjdę, dwie osoby pobiegną włączyć tarczę ochronną, a reszta ma zebrać wszystkich ze szkoły w jednym miejscu. Nie wolno, słyszycie, nie wolno wam opuścić terenu szkoły. Jeśli ktoś to zlekceważy, przypłaci życiem. Macie czekać, aż ktoś z wojska do was przyjdzie i powie, że jest już bezpiecznie. Zrozumiano?

Kiwnęliśmy głowami.

- A i jeszcze jedno. Jak już będzie po wszystkim to wymieńcie to okno.

Popatrzyliśmy zdziwieni po sobie. Nikt nie wiedział o co chodzi. Oscar przebiegł przez całą salę i nawet nie zwalniając wyskoczył przez okno tłukąc szybę. Na zewnątrz rozłożył skrzydła i poleciał gdzieś przed siebie. Natychmiast zaczęliśmy wykonywać polecenia Oscara. Cała szkoła, zarówno kadeci jak i wykładowcy zgromadzili się na stołówce. Usiadłem pod ścianą. Nadeszło kolejne trzęsienie ziemi. Silniejsze od poprzedniego. Toby stała niedaleko mnie podpierając ścianę i gdyby nie to, że w ostatniej chwili ją złapałem to przygniótł by ją jakiś koleś. Objąłem ją i siedzieliśmy skuleni czekając, aż trzęsienie minie. Nagle zrobiło się ciemno. Przez okna nie wpadały już promienie słońca, bo niebo było czarne. Trzęsienie ustało, ale tylko na chwilę. Zostaliśmy odcięci od prądu. Siedzieliśmy w ciszy, którą czasami przerywał wrzask albo ryk czegoś wielkiego, jakby bestii, a ciemność co jakiś czas rozjaśniała błyskawica. Trzęsienia ziemi były coraz częstsze i dłuższe. Jakieś dziewczyny zaczęły panikować. Ktoś próbował je uspokoić, ale na darmo. Toby wtuliła się we mnie. Było coraz gorzej. Zaczynałem myśleć, że to się już nigdy nie skończy, że zawali się zaraz cały budynek i umrzemy przygnieceni gruzami. Ale z czasem trzęsienia w końcu ustały. Niebo zaczęło się wypogadzać i prąd również wrócił. Niedługo po tym w szkole zjawił się ktoś z wojska i poinformował nas, że już jest bezpiecznie. Toby wstała i już szła w jego kierunku, żeby zapytać o Oscara, ale wojskowy się szybko zmył. Następnego dnia czekaliśmy w sali, aż Oscar przyjdzie i zaczniemy zajęcia. Ale zamiast niego zjawił się ktoś inny. Czarnowłosy o zimnych oczach koloru płynnego srebra. Gdy wszedł do sali zaczęły się szepty:

- To jest generał...

- Co on tu robi?

- Gdzie jest Oscar?

Generał? Ten koleś to generał? Przecież on jest może kilka lat starszy ode mnie. Wydawało mi się, że generałem powinien być ktoś o wiele starszy, ale to nie Ziemia. Tu panują inne zasady. Generał usiadł na fotelu Oscara i wywalił nogi na blat jego biurka. Wytrzeszczyliśmy oczy. Spodziewałem się raczej surowego, poważnego pana generała. Nikt się nie odzywał, czekaliśmy aż on się odezwie. W końcu zaszczycił nas wyjaśnieniami.

- Oscara nie będzie przez najbliższy czas. Jestem generał Diablo Delgallo i zastąpię go, ale nie chce mi się dzisiaj robić zajęć, więc możecie iść.

Zamurowało nas. Przez dobre kilka minut nikt się nie ruszał, aż w końcu wszyscy zaczęli wychodzić. Szedłem za Toby do wyjścia, ale ona nagle podeszła do biurka i bez żadnych uprzejmości wypaliła:

- Nie chce ci się robić zajęć? Czy ty zdajesz sobie sprawę z tego, że przygotowujemy się do międzygalaktycznych zawodów? I uprzedzę twoje pytanie, nie, nie możemy trenować sami. Nie znamy tych technik i nie wiemy jak należy je prawidłowo wykonywać, a ty siadasz sobie jak jakiś baron i mówisz, że nie chce ci się robić zajęć! Bo przecież co cię to obchodzi czy my mamy jakieś zawody czy nie mamy, ty i tak weźmiesz za to kasę! Zajęcia powinny się odbyć bez względu na wszystko!

Podszedłem do niej i chwyciłem ją za ramię.

- Toby, nie świruj. Chodź już. - pociągnąłem ją lekko zerkając na generała.

Wyglądał na... zaskoczonego. Wyciągnąłem ją z sali zanim zdążyła się zmienić jego reakcja. Wyrwałem się ze wspomnienia i spojrzałem na Toby.

- I Diablo. - dokończyła za mnie z uśmiechem. - Przyjedziesz, prawda?

- No pewnie, że tak. - uśmiechnąłem się do niej. - Miałbym przegapić takie wydarzenie?

Przegadaliśmy jeszcze dwie godziny, po czym Toby wróciła do domu, a ja udałem się do szkoły. Mojego ojca nie było, więc zostawiłem mu zaproszenie na biurku i wróciłem do domu. Spędziłem kilka dni na graniu i oglądaniu filmów. Chodziłem też na siłownię. Nie rozwaliłem żadnego worka treningowego, pilnowałem się. Czekałem aż w końcu mnie wezwą, w końcu ile można siedzieć w tym domu. Wreszcie dostałem wezwanie. W mgnieniu oka przebrałem się i wskoczyłem do statku. Mniej więcej w połowie drogi zrównał się ze mną drugi statek. Ktoś chciał się ze mną ścigać? Proszę bardzo. Przyspieszyłem i wysunąłem się na prowadzenie. Nie na długo. Mój rywal dogonił mnie po kilku sekundach, a po kilku następnych leciał nade mną do góry nogami. Spojrzałem do góry przez szybę i co zobaczyłem? Mój rywal okazał się rywalką, a na dodatek nawiązała ze mną połączenie.

- Siema, K. - usłyszałem.

- F? Mogłem się domyślić, że to ty.

- Zaskoczony? Słyszałam, że testujemy dzisiaj nowy statek. Kto pierwszy w kwaterze głównej ten za sterami!

- Nie masz ze mną szans, F.

- Taki jesteś pewny? To patrz. - rozłączyła się i przyspieszyła tak gwałtownie, że straciłem ją z oczu. Zrobiłem to samo i niedługo potem zrównałem się z nią. Przez jakiś czas lecieliśmy łeb w łeb, aż nagle statek F zniknął z mojego pola widzenia. Zerknąłem na radar. Nic. Gdzie ona jest? Zbliżaliśmy się już do celu. Byłem pewny, że wygram. A tu niespodziewanie tuż przed strefą kosmiczną kwatery głównej, F wyłoniła się spode mnie i w rezultacie wygrała ten wyścig. Jest niesamowita. Gdy wylądowałem w hangarze, czekała tam na mnie z kluczykami do nowego statku.

- Cieniaaas. - powiedziała przeciągając ostatnią samogłoskę i machając kluczykami.

- Ułamek sekundy. Wyprzedziłaś mnie tylko o ułamek sekundy.

- Ale wygrałam. - pokazała mi język. - Chodź, pokaże ci jak się naprawdę lata.

Chwile później siedzieliśmy już w statku. Na pierwszy rzut oka nie różnił się niczym od tych statków, którymi zazwyczaj latamy. Gdy zapiąłem pasy, F podała mi zdjęcie jakiegoś faceta.

- Kto to?

- Nie wiem, jakiś frajer. Mamy go śledzić.

- Tylko tyle? To my się zanudzimy na śmierć.

Zobaczyłem na jej twarzy uśmiech. Pomyślała tak samo. Zdjęła rękawiczkę i położyła dłoń na czymś, co wyglądało jak niewielki skaner. Tuż przed przednią szybą pojawił się napis: Tożsamość potwierdzona. Agentka F. Udzielono pozwolenia na start. F założyła rękawiczkę i włączyła silniki. To po co w takim razie były kluczyki? F poderwała statek z płyty i wprowadziła jakiś kod na klawiaturze z boku. Znów pojawił się napis: Skok w nadprzestrzeń za 3... 2.... 1.... Statkiem szarpnęło i w ułamku sekundy rozwinął prędkość większą niż wszystkie poprzednie statki razem wzięte. Przekroczył prędkość światła. Przy takiej prędkości łatwo było stracić panowanie nad sterami, ale F dawała sobie świetnie radę. Po kilku minutach statek zwolnił do normalnej prędkości. Spojrzeliśmy na siebie z szerokimi uśmiechami na twarzach.

- Ja prowadzę z powrotem. - powiedziałem.

- Jak się postarasz to mooooże. - spojrzała na mnie takim wzrokiem, że zrobiło mi się gorąco.

Moje myśli podążyły w zdecydowanie nie odpowiednim kierunku. F wylądowała na jakiejś wielkiej asteroidzie zabudowanej przeróżnymi budynkami, parkami rozrywki i centrami handlowymi.

- Tutaj?

- Mamy się tu spotkać z kimś od nas. Ma nam przekazać informacje. Jakbyś przyleciał pierwszy to byś wszystko wiedział - pokazała mi język.

Już ja wiem co bym z nim zrobił. Z jej językiem rzecz jasna. Stop. O czym ja do cholery myślę. Jesteśmy na misji, nie mogę się rozpraszać. Wyszliśmy ze statku i zaczęliśmy się rozglądać za kimś kto miał taką odznakę jak my. To znaczy F się rozglądała, bo ja patrzyłem na jej pośladki. Nagle się odwróciła do mnie.

- Czy ty się gapisz na mój tyłek? - zapytała.

- Ja? No co ty, F. - podrapałem się w tył głowy.

Patrzyła na mnie podejrzliwie, aż w końcu się odwróciła do mnie plecami. A kiedy to robiła wydawało mi się, że widziałem cień uśmiechu na jej twarzy. Zobaczyłem, że idzie w naszym kierunku jakiś facet. W podobnym ubraniu do naszego, tylko nie miał maski. Od kiedy to współpracujemy ze zwykłymi agentami? F skrzyżowała ręce na piersi, a ja stanąłem obok niej. Już z daleka widziałem, że ten typ się na nią gapił z głupawym uśmieszkiem. Zacisnąłem pięści. Gdy do nas podszedł oczywiście przywitał się najpierw z F. Nie powiem, bo był przystojny, lekki zarost, śniada cera, czarne włosy i tak samo czarne oczy. No i oczywiście człowiek, a nie żaden kosmita z mackami.

- Agent Vincent Harvelle, do usług. - i pocałował ją w rękę.

Oczy mi wyszły na wierzch, a F wyglądała jakby zaraz miała zwymiotować.

- Agentka F. - wyrwała rękę z jego uścisku i wytarła ją w moje ramię.

- Agent K. To co masz dla nas?

- Mam współrzędne domniemanej kryjówki oraz miejsca, w którym rzekomo pracuje. A więc ruszajmy.

- Ruszajmy? MY? - zapytałem.

- No tak. Nie mówili wam, że to mój teren? Będziemy współpracować. - uśmiechnął się czarująco do F. - Panie przodem.

F wywróciła oczami i ruszyła we wskazaną stronę. Razem z Vincentem ruszyliśmy za nią. Oboje wiedzieliśmy dlaczego puścił ją przodem. Teraz mógł się gapić na jej tyłek bez przerwy. Ja mogłem się gapić, ale on zdecydowanie nie. Nagle F odwróciła się z bronią w ręku wycelowaną w Vincenta i powiedziała:

- Jeszcze raz spojrzysz na mój tyłek, to nacisnę spust.

- Nie możesz tego zrobić. - odpowiedział pewny siebie.

- Nie masz pojęcia do czego jestem zdolna. - powiedziała z rozbawieniem.

- Nie masz racji. Widziałem cię na ostatniej służbowej imprezie.

- Skoro tak mówisz. - opuściła broń, rzuciła mi znaczące spojrzenie i ruszyła dalej.

Rozumieliśmy się bez słów. Dobrze wiedziałem, co chce zrobić. Nie przeszliśmy nawet metra, a on znowu się gapił. Pieprzony cwaniak.

- F!

F w mgnieniu oka się odwróciła i strzeliła do Vincenta. Jego sparaliżowane ciało runęło na ziemię. Podeszła do mnie i przybiliśmy piątkę.

- Ostrzegałam. - powiedziała pochylając się nad sparaliżowanym. - A teraz poleż sobie i przemyśl swoje zachowanie. A my rozejrzymy się po twoim terenie.

- A co jeśli to zgłosi szefostwu? - zapytałem, gdy ruszyliśmy dalej.

- A co mi mogą zrobić? Zawieszą mnie? Nawet go nie dotknęłam. Poza tym mam świadka. - spojrzała na mnie z uśmiechem. - Prawda?

- Jasne. Skąd wiedziałaś, że zczaje o co ci chodzi?

- Wystarczy, że... - przybliżyła się do mnie, nasze ciała prawie przylgnęły do siebie, spojrzała mi w oczy. - Zrobię tak..

Zrobiło mi się gorąco. Znowu tak na mnie patrzyła. W dodatku była tak blisko. Mógłbym ją... Nie, nie. O czym ja myślę. Jesteśmy w miejscu publicznym. Za duże ryzyko, że ktoś nas zobaczy. Ale ona tak patrzyła... Otworzyła lekko usta i oblizała wargi.

- F...

- Co? Zrobiło ci się ciasno w spodniach? - no tak zrobiło, a ona w dodatku położyła dłoń na mojej klacie i zaczęła jechać nią w dół, ale zdążyłem ją złapać tuż pod pępkiem.

Czy ona chce, żebym się na nią tutaj rzucił? Poza tym wysyłała mi sprzeczne sygnały. A może to sen? Jasne, a zaraz się obudzę i będzie po wszystkim.

- Chodź. - zamruczała mi do ucha i pociągnęła za sobą.

Weszliśmy do pierwszego, lepszego, zatłoczonego klubu i udaliśmy prosto do toalety. Nie było za dużo miejsca, ale nam to nie przeszkadzało. Podniosłem F łapiąc ją za pośladki, żeby nasze biodra znalazły się na tej samej wysokości. Objęła mnie nogami w pasie, a ja przybiłem ją do ściany. Całowaliśmy się coraz gorliwiej. F przygryzła moją wargę, chyba trochę za mocno, bo poczułem smak krwi. Ale to mało ważne. W tej chwili nic nie było ważne. Była tylko ona. Pozbyliśmy się kombinezonu F, mojego w sumie też. Pożądanie przejęło nad nami kontrolę. Nasze ciała idealnie do siebie pasowały. Było jeszcze lepiej niż za pierwszym razem. Modliłem się, żeby to nie był sen. Na koniec krzyknęła i wbiła mi paznokcie w plecy. Oboje dysząc spojrzeliśmy sobie w oczy. Uśmiechnęliśmy się i oparliśmy nasze czoła o siebie, wciąż dochodząc do siebie. Ubraliśmy się w końcu i wyszliśmy z klubu.

- K, patrz. To ten koleś ze zdjęcia. - powiedziała F trącając mnie w ramię.

Ruszyliśmy w jego stronę wtapiając się w tłum, żeby nas nie zauważył. Śledziliśmy go niezauważeni przez następne pół godziny, dopóki F mnie nie wyprzedziła i nie zaczęła machać mi tyłkiem przed nosem. Ja nie wiem czy ona robiła to nieświadomie czy specjalnie, ale skutecznie odwracała moją uwagę od wszystkiego wokół. W końcu wpadłem na kogoś.

- Ej, koleś, patrz jak leziesz! - usłyszałem, a zaraz potem. - To agenci!

Nasz cel zaczął uciekać. F rzuciła się za nim w pogoń, a ja za nią. Zauważyłem, że coś jest nie tak. Nagle wokół naszego celu znalazło się za dużo ludzi. Prawie straciliśmy go z oczu. F rozłożyła skrzydła i w tym momencie rzucił się na nią Vincent, przygniatając ją do ziemi i tym samym ratując ją przed postrzeleniem.

- Schowaj je! - rozkazał. - Nie ujawniaj się!

Gdy kucnąłem obok nich, żeby sprawdzić czy F nic się nie stało, Vincent wydarł się na mnie:

-Co ty robisz?! Goń go, debilu!

Rozejrzałem się, ale cel zniknął z pola widzenia. Zawaliłem. Jakbym nie gapił się na tyłek F, nie wpadłbym na tego gościa. Nie rozpoznaliby nas.

- Tutaj nie lubią Thanagarian, więc się pilnuj, mi ángel. - zamruczał Vincent do ucha F, ale na tyle głośno, żebym słyszał, nadal na niej leżąc.

Mój aniele? Od kiedy to F jest JEGO aniołem? Co za bezczelna szuja. F chyba trochę zamroczył upadek, bo nic mu nie odwarknęła. Nie przyjmowałem do wiadomości, że mogło się jej to spodobać. Dopiero po chwili zrzuciła go z siebie. Vincent i ja chcieliśmy pomóc jej wstać w tym samym momencie, ale ona nie skorzystała ani z mojej pomocy, ani z jego. I dobrze. Niech ta szuja sobie nie myśli, że F na niego poleci. Wykonał kilka telefonów po czym skierował na mnie gniewne spojrzenie i powiedział:

- Gratulacje. Spieprzyłeś sprawę. Nasz cel uciekł. Wiesz ile miesięcy zajęło mi obserwowanie go? Dzisiaj był idealny dzień, żeby go złapać. Taka okazja już się więcej nie powtórzy. Wszystko przez ciebie. Nie dość, że masz maskę i wystarczająco rzucasz się w oczy to jeszcze musiałeś na kogoś wpaść, żeby zwrócić na siebie uwagę.

- Sugerujesz, że zrobiłem to specjalnie? Każdemu się mogło zdarzyć.

- Ale przytrafiło się tobie. Przypadek? Nie sądzę.

Jak ten koleś mnie wkurzał. Zacisnąłem pięści. Co on sobie wyobrażał? Że jest kimś ważniejszym ode mnie i może mnie poniżać? Ten gnojek za bardzo się wywyższał. Gówno mnie obchodzi ile zajęło mu obserwowanie, i że to jego teren. To ja jestem agentem specjalnym, a nie on. Starałem się trzymać nerwy na wodzy. Niewiele brakowało, żebym się na niego rzucił i pokazał mu dlaczego to mnie wybrali, a nie jego. Ale pamiętając karę F za pobicie tamtej blondyny, wolałem nie ryzykować.

- A tobie nie zdarzyła się wpadka? - zapytałem przez zaciśnięte żeby.

- Nie. - odpowiedział dumny jak paw.

- To ciekawe dlaczego jeszcze cię nie awansowali na agenta specjalnego. Widocznie nadajesz się tylko do obserwowania. - powiedziałem wkładając to tyle jadu ile tylko mogłem.

- Proponowali mi awans, ale odmówiłem. Gdybym wiedział, że mogę mieć taką partnerkę, to bym się zgodził od razu. Może propozycja jest nadal aktualna. - powiedział patrząc na F i puścił do niej oczko. - Co o tym myślisz, mi ángel?

Idiota. No jeszcze chwile i mu przywalę.

- Mam już partnera. - odpowiedziała nie zaszczycając go spojrzeniem. - Chodź, K. Nic tu po nas.

Rzuciłem Vincentowi triumfalne spojrzenie i poszedłem razem z F do naszego statku. Nie rozmawialiśmy o tym, co się stało w toalecie jednego z klubów. Widocznie zasłużyłem, bo F pozwoliła mi siąść za sterami. Niesamowite uczucie prowadzić statek lecący z prędkością większą niż prędkość światła. W kwaterze głównej złożyliśmy raport. Szefostwo nie było zadowolone. Wrobiłem Vincenta mówiąc, że nie podał nam podstawowych informacji, a F to potwierdziła. Już niedługo ta szuja będzie się spowiadać na dywaniku i nie ważne co powie, on jest jeden, a nas dwoje. To oczywiste, że uwierzą w naszą wersję. Na pożegnanie F obdarowała mnie swoim uwodzicielskim spojrzeniem. No i jeszcze ten uśmiech. Ten obraz wrył mi się w pamięć i długo nie mogłem myśleć o niczym innym. Gdy wróciłem do domu zobaczyłem na biurku kopertę. Znajdowało się w niej zaproszenie na ślub Toby. To już niedługo. Czas pomyśleć nad jakimś prezentem. Zadzwonił do mnie ojciec. Pierwszy raz od dłuższego czasu. Zaproponował, żebyśmy kupili wspólny prezent. Zgodziłem się. Z jednej strony miałem z głowy szukanie tego, co mogłoby się przydać młodej parze, ale z drugiej nie miałem teraz czym się zająć i moje myśli po raz kolejny opanowała F. Cały czas siedziała w mojej głowie. Z Shaunem nie widziałem się jakiś czas, bo znowu poleciał na jakieś szkolenie. W końcu nadszedł dzień ślubu. Założyłem garnitur i naszykowałem bukiet kwiatów, żebym nie zapomniał go zabrać. Już miałem wychodzić kiedy zadzwonił telefon. Wezwanie. Nie ma to jak wyczucie czasu. Dlaczego dzisiaj? Nie mogli poczekać jeden dzień? Próbowałem się jakoś wykręcić, ale F już odmówiła, więc ja nie miałem wyjścia. Musiałem lecieć do roboty.

 

Kilka dni temu byłyśmy z Toby kupić suknię ślubną. Byłyśmy chyba we wszystkich możliwych salonach, zajęło nam to calutki dzień, ale w końcu znalazłyśmy idealną. Z butami było o wiele prościej, bo Toby już miała upatrzone, więc wystarczyło jeszcze raz je przymierzyć i do kasy. Wróciłyśmy późnym wieczorem, a ja jeszcze miałam na głowie wieczór panieński. Wynajęłam klub tylko dla nas, Sophie była barmanką, zaprosiłam koleżanki Toby ze szkoły i wszystkie przebrałyśmy się za króliczki. Strój dla Toby też oczywiście był przygotowany. Tylko, że ona o tym nie wiedziała. Gdy tylko się zjawiła wręczyłyśmy go jej i kazałyśmy się przebrać. To była najlepsza babska impreza, na jakiej kiedykolwiek byłam. Zero facetów. Bawiłyśmy się do samego rana. Potem zdychałam pół dnia lecząc kaca, ale było warto. I wreszcie nadszedł ten dzień. Od samego rana siedziałam u Toby i patrzyłam jak fryzjerka i kosmetyczka zajmują się jej fryzurą i makijażem. Później zajęły się mną, a potem pomogłam Toby ubrać suknię, buty i welon. Na koniec biżuteria i gotowe. Wyglądała przepięknie.

- I jak się czujesz? To twój wielki dzień. - powiedziałam patrząc na nią z uśmiechem.

- Jak księżniczka. - odpowiedziała i zachichotała.

- Prawidłowo. Bukiet masz w wazonie w salonie, a to twoje bolerko na oparciu kanapy. A teraz lecę do domu się przebrać, bo zostało mało czasu. Chyba nie chcesz, żebym się spóźniła na twój ślub, co nie?

- No spróbowałabyś tylko. No to leć już.

Już otwierałam drzwi, kiedy Toby się odezwała:

- Tina?

- Tak? - odwróciłam się w jej stronę.

- Dziękuję. - powiedziała z uśmiechem.

- Nie ma za co, przyjaciółko. Tylko się nie ubrudź. - odpowiedziałam i wyszłam.

Chwilę później byłam już w domu i zakładałam sukienkę. Kupiłam taką małą czarną, tylko że czerwoną. Do tego czarne szpilki z czerwonym spodem i czarna kopertówka. Dobrze, że wczoraj pomalowałam paznokcie na czerwono. Dzisiaj bym nie zdążyła. Raito czekał już przy drzwiach gotowy do wyjścia i tylko mnie popędzał. Na szyi miał piękną, czerwoną muchę. I nawet nie musiałam go namawiać, żeby ją założył.

- Raito, zamknij się z łaski swojej. Chcesz, żebym wyrypała w tych szpilkach i złamała nogę? Toby by mnie zabiła.

- Wyższe trzeba było kupić. Toby cię zabije jak nie zjawisz się w porę, więc ruszaj dupę, bo zaraz się spóźnimy.

- Już idę, już idę. Zakładam ostatniego kolczyka. O i już. Idziemy.

Zamknęłam mieszkanie i ruszyliśmy z Raito do sali balowej, gdzie miał odbyć się ślub. A miał go udzielić sam król Thanagaru – mój kochany braciszek. Ksiądz nie wchodził w grę ze względu na Diablo, a że pan młody był generałem, a panna młoda moją przyjaciółką, Ryan zgodził się udzielić im ślubu. Dotarliśmy z Raito na czas. Prawie wszyscy już byli. Sala była ogromna i pięknie przystrojona, a gości naprawdę mnóstwo. Założę się, że połowa z nich należy do wojska. Wszystkie miejsca z przodu były już zajęte. Niech to szlag. Rozglądałam się, gdzie mogłabym usiąść i zauważyłam Oscara. Stał mniej więcej w środku sali, a co ważniejsze miejsce obok niego było wolne.

- Cześć, mała. - powiedział z uśmiechem, kiedy podeszłam do niego. - Cześć, wilczku.

Raito coś wymamrotał na powitanie i zajął miejsce z mojej drugiej strony, żeby nie być koło Oscara.

- Cześć, przystojniaku. - powiedziałam mierząc go wzrokiem od stóp do głów. - Drugi raz w życiu widzę cię w garniaku.

- A ja ciebie w szpilkach. Jeden jeden. - zaśmiał się, ale jego złote oczy były smutne.

- Jak się trzymasz? - zapytałam.

- Jak widać. - odparł i zamilkł.

Przez salę przeszedł Ryan razem z dwoma kobietami. Jedna niosła poduszkę, a na niej leżały obrączki. Druga niosła jakieś dokumenty. Kilka minut później do Ryana dołączył Diablo. I wreszcie do sali weszła Toby pod rękę ze swoim ojcem. Nie była do niego ani trochę podobna. Ale zaraz przypomniało mi się, że Toby wychowywała się w rodzice zastępczej. Jej biologiczna matka zmarła przy porodzie, a ojciec ją porzucił. Podobno. Ja znam trochę inną wersję, prosto od jej biologicznego ojca. Niebiesko-włosa nie była pewna czy jej zastępczy rodzice przylecą aż z Australii, ale jak widać udało im się. Zdążyli w ostatniej chwili. Nie znałam ich osobiście, ale wiedziałam jak wyglądali, bo Toby pokazywała mi ich zdjęcia jeszcze w szkole. Mężczyzna odprowadził ją do Diablo, po czym zajął swoje miejsce obok żony. Młoda para obróciła się przodem do siebie, a bokiem do nas i chwycili się za obie ręce patrząc sobie w oczy.

- Moi kochani. - zaczął Ryan, kiedy uciszył gestem gości. - Zebraliśmy się tutaj, by połączyć węzłem małżeńskim dwie przeznaczone sobie dusze: Toby Madmaster i Diablo Delgallo.

Młoda para wyrecytowała słowa przysięgi zakładając sobie nawzajem obrączki. Spojrzałam na Oscara. Wydawało mi się, że widziałam jedną, samotną łzę spływającą po jego policzku, kiedy Ryan ogłaszał Diablo i Toby mężem i żoną. Pocałowali się i wszyscy zaczęli bić brawo. Wszyscy oprócz Oscara. Młodzi wypełnili dokumenty i Ryan z dwoma kobietami opuścił salę. Zaczęło się składanie życzeń oraz dawanie prezentów. Rodzice Toby stali za nią i Diablo i odbierali prezenty układając je na kupkę. Po wszystkim pomogłam im zapakować je do pojazdu, którym przewieźli je do domu. Nigdzie nie widziałam rodziców Diablo. Nie zaprosił ich? Ale jeśli jego ojciec jest demonem, to może to nie był dobry pomysł, żeby go zapraszać. W ogóle chyba nie było nikogo z jego rodziny. Oscar zatańczył ze mną tylko raz, a tak to siedział cały czas przy stoliku i pił. Raito, choć był wilkiem, zatańczył kilka razy ze mną i z Toby. Gdy wspiął się na tylne łapy był tak wielki jak ja i nawet dobrze mu szło poruszanie się na tylnych łapach. Tańczyłam też z Diablo. Ale tylko raz. Nie powiem, bo tancerz z niego nawet dobry, ale nadal nie mogłam przełamać tej niechęci do niego. Praktycznie na niego nie patrzyłam, nie mówiąc już o rozmowie. Ale widziałam, że oboje z Toby byli bardzo szczęśliwi, więc życzyłam im jak najlepiej. Próbowałam wyciągnąć Oscara na parkiet, ale nic z tego. Powoli zbliżała się północ. Właśnie usiadłam przy stoliku po serii piosenek przetańczonych z tajemniczym panem żołnierzem. Oscar wstał.

- Gdzie idziesz? - zapytałam.

- Tańczyć.

- Sam?

- Z Toby. - odpowiedział i ruszył w kierunku młodej pary.

Miałam złe przeczucie. Obserwowałam go uważnie. Diablo chyba nie pozwolił mu zatańczyć z Toby albo wynikło jakieś nieporozumienie, bo Oscar zaczął się awanturować. Zaczęły się wyzwiska i krzyki. Wstałam i podbiegłam do nich, żeby odciągnąć Oscara, ale ten machnął ręką uderzając mnie z taką siłą, że przeleciałam przez pół sali i wylądowałam na stolikach tłukąc kieliszki i talerze. Zaparło mi dech w piersiach. Przez chwilę nie mogłam się podnieść. Raito był już obok mnie, ale nie mógł mi pomóc. W końcu ktoś pomógł mi wstać. Nie mogłam ustać na nogach, zdjęłam szpilki i usiadłam na podłodze. Wilk podszedł do mnie i pozwolił, bym się o niego oparła. Ktoś dał mi szklankę wody. Spojrzałam w stronę Toby. Próbowała uspokoić Diablo i Oscara, ale ten drugi nie dawał za wygraną i wrzeszczał:

- Ona była moja! Zabrałeś mi ją! Ty gnoju! Ona powinna być moją żoną!

- Ona nie jest rzeczą, żebyś tak o niej mówił! - warknął Diablo.

Nie wytrzymał i rzucił się na niego. Zaczęli się bić. Toby wyglądała jakby zaraz miała wybuchnąć ze złości.

- Przestańcie! - wrzasnęła i wyciągnęła rękę w ich stronę.

Oboje padli na kolana łapiąc się za głowy. Robiła im to, co mnie w szpitalu. Aż przeszedł mnie dreszcz. Po chwili Toby przesunęła rękę bardziej w stronę Oscara. Diablo był teraz na czworakach ciężko oddychając. Dochodził do siebie, a Oscar przyjmował coraz większa dawkę bólu. Jakby jeszcze miał go za mało.

- Zaprosiłam cię, bo nadal jesteś moim przyjacielem. A ty jak się zachowujesz? Niszczysz najpiękniejszy dzień mojego życia! Kocham Diablo! Jestem żoną Diablo! Niech to wreszcie do ciebie dotrze! - krzyczała zaciskając dłoń w pięść, a Oscar wrzeszczał wijąc się z bólu.

To doszło zdecydowanie za daleko. Wstałam i podbiegłam do nich.

- Przestań, Toby! Zaraz go zabijesz! - krzyknęłam klękając przy Oscarze.

Toby jakby się ocknęła z jakiegoś transu, opuściła rękę i chwilę później zemdlała. Diablo na szczęście zdążył ją złapać, wziął ją na ręce i zakomunikował gościom, żeby bawili się dalej, bo młoda para musi na chwilę zniknąć. Pomogłam Oscarowi wstać i wyszliśmy na zewnątrz. Ledwo stał na nogach, więc posadziłam go przy ścianie budynku i usiadłam obok niego. Nadal ciężko oddychał.

- Nauczyłem ją.... nad tym... panować.... a ona.... tak mi się.... odwdzięcza.... pozwoliłem... na sobie... trenować.... być królikiem.... doświadczalnym... a ona.... tak mnie.... potraktowała.....

Spojrzałam na niego, a on na mnie. Jego oddech wrócił do normy w końcu.

- Ja już tak dłużej nie mogę, mała. Nie daję rady. To istna tortura.

- Ale co chcesz zrobić? Chyba nie chcesz...

- To nie działa... już próbowałem...

- C..co? - byłam w szoku, że próbował popełnić samobójstwo.

- Muszę odejść... to jedyne wyjście..

- Jak to? Chcesz nas wszystkich zostawić?

- Muszę.. to nie jest łatwe, ale nie mam innego wyjścia.

- A Sophie? Widziałeś jak ona na ciebie patrzy? Ona cię kocha...

- Wiem... ale ja nie jestem w stanie dać jej tego, czego chce... nie jestem w stanie jej pokochać...

Gorączkowo myślałam jak mogłabym go zatrzymać, ale nie mogłam nic wymyślić. Widziałam jak cierpi. Może faktycznie to jedyny sposób. Łzy napłynęły mi do oczu, właśnie traciłam przyjaciela. Nie chciałam myśleć jak zareaguje Sophie. Oscar wstał, więc ja zrobiłam to samo. Nadszedł czas pożegnania.

- To ostatni raz kiedy mnie widzisz, mała.

Głos ugrzązł mi w gardle. Objęłam go i przytuliłam mocno. Był dla mnie jak drugi brat. Już czułam, że mi go brakuje. Objął mnie i po raz ostatni przytulił.

- Bądź szczęśliwa. Mam nadzieje, że chociaż ty zakochasz się w odpowiedniej osobie. - powiedział wyplątując się z moich objęć. - Żegnaj, mała.

Odwrócił się, zrobił kilka kroków, rozłożył skrzydła i wniósł się w powietrze. Zaczęłam za nim biec, ale zapomniałam, że nie mam butów i skaleczyłam o coś stopę. Upadłam na ziemię, podniosłam głowę do góry i patrzyłam jak Oscar znika za chmurami. W głowie dudniły mi jego słowa. Tylko, że ja zakochałam się w nieodpowiedniej osobie. Wstałam i wróciłam na salę. Raito wiedział, że coś jest nie tak, ale ja nie chciałam o tym gadać. Musiałam się skupić na czymś innym, żeby Toby nie wyczytała tego, co się stało z mojej głowy. Miałaby wyrzuty sumienia, a to przecież jej dzień. A potem podróż poślubna. Nie muszą o tym wiedzieć. Niech cieszą się sobą.

 

Wróciłem z solowej misji i od razu poszedłem pod prysznic. Od razu też moje myśli podążyły w kierunku F. Nawet, a może zwłaszcza pod prysznicem nie mogłem się jej pozbyć z mojej głowy. Po kąpieli owinąłem się ręcznikiem, a w lustrze zobaczyłem jak bardzo F podrapała mi plecy podczas szybkiego numerku w toalecie jednego z klubów. Założyłem spodnie i poszedłem do kuchni zrobić sobie coś do jedzenia. Lodówka świeciła pustkami, więc zamówiłem pizzę. Pół godziny później siedziałem przed telewizorem i pochłaniałem kawałek za kawałkiem. Kiedy skończyłem jeść, ktoś zapukał do drzwi. Poszedłem otworzyć. W progu stał Shaun z butelką jakiegoś alkoholu.

- Wróciłem, stary. I przywiozłem prezent. - powiedział z uśmiechem machając butelką przed moim nosem.

- Siema, stary. Chyba wieki cię nie było. - odpowiedziałem i wpuściłem go do środka.

- O stary, widzę, że się działo jak mnie nie było. - powiedział Shaun i zagwizdał.

- Co? O co ci chodzi?

- Widziałeś swoje plecy? Kto cię tak podrapał?

- A, to. No tak. - na samą myśl o F uśmiechnąłem się. - F.

- F cię tak podrapała? Ta sama F, która doprowadzała cię do szału? Ta sama F, przez którą rozwalałeś worki treningowe na siłowniach? Ta sama F...

- Tak, ta sama. - przerwałem mu. - Ale teraz jest inna.

- Wyruchałeś ją i od razu lepiej, co? Chyba brakowało jej faceta.

- Co? Nie, to nie tak. Ona już wcześniej się zmieniła. Wiedziałbyś jakbyś nie latał co chwilę na te swoje szkolenia.

- Wiedziałbym jakbyś mi cokolwiek mówił. Wiesz, że są komunikatory internetowe? No i telefony.

Akurat kiedy to mówił zadzwonił telefon.

- No popatrz. Wiem. Nawet mam jeden i właśnie dzwoni. - odpowiedziałem i odebrałem.

Znowu mnie wzywali. Wyprosiłem Shauna, ale prezent zabrałem. Mając nadzieje, że to nie kolejna solowa misja przebrałem się i wsiadłem do statku. Szkoda, że nie mam takiego, jakim lecieliśmy ostatnio z F. Skoki w nadprzestrzeń zaoszczędzają mnóstwo czasu. W kwaterze głównej idąc korytarzem z hangaru zobaczyłem przed sobą F. Serce zabiło mi szybciej.

- F! - zawołałem.

Odwróciła się z uśmiechem na twarzy. Podszedłem do niej i przybiliśmy piątkę. Chciałem klepnąć ją w tyłek, ale się powstrzymałem. Poszliśmy do szefostwa, dostaliśmy rozkazy i kilka minut później już byliśmy w drodze. Siedziałem na sterami i czułem na sobie wzrok F. Rozpraszała mnie.

- Naprawdę myślisz, że nas nie nakryją? - zapytała nagle.

- Raczej mało prawdopodobne, jeśli będziemy ostrożni. - odpowiedziałem.

Czyżby zmieniła zdanie? Miałem taką nadzieję.

- Nie możemy już więcej tego robić, K.

- Dlaczego?

- Ryzykujemy zbyt dużo.

- Skoro tak mówisz. Ale chciałbym ci przypomnieć, że to ty zaciągnęłaś mnie do tej toalety.

Nie odpowiedziała. Zaczynałem mieć tego dość. Mówi jedno, a robi drugie. Nagle podeszła i usiadła mi na kolanach przodem do mnie. Ujęła moją twarz w swoje dłonie i spojrzała mi głęboko w oczy. Znowu była tak blisko. Serce zaczęło mi szybciej bić. Przybliżyła się jeszcze bardziej i pocałowała mnie. Najpierw delikatnie, a potem rozchyliła językiem moje wargi i dotknęła mojego. Puściłem stery i objąłem ją zmniejszając przestrzeń między nami praktycznie do zera.

- Wiesz, że wysyłasz mi sprzeczne sygnały? - zapytałem z ustami na jej ustach. - Przecież mieliśmy już tego nie robić.

- Walić to. Należy nam się trochę przyjemności. - odpowiedziała i wpiła się w moje usta.

Jestem w niebie? Żeby to tylko nie był sen, bo chyba oszaleję. Nagle poczułem, że tracimy równowagę. To statek przechylił się za bardzo na bok. Puściłem F i złapałem stery za jej plecami, wyglądając zza jej ramienia, żeby widzieć cokolwiek.

- F, coś tu jest nie tak. - powiedziałem.

Zeszła z moich kolan i usiadła na swoim fotelu.

- Czy to są szczątki jakiegoś statku?

- Na to wygląda. - podleciałem bliżej i przyjrzeliśmy się szczątkom unoszącym się w próżni.

- Nic tu nie ma. - powiedziała F. - Sprawdźmy tą asteroidę. Może ktoś się uratował z tego wraku.

To był dobry pomysł. Polecieliśmy tam. Asteroida porośnięta była praktycznie w całości lasem, ale znalazłem jedną polanę, żeby wylądować. Gdy wyszliśmy ze statku było dziwnie cicho. Żadnych odgłosów zwierząt. Ruszyliśmy przed siebie, bo tylko jedna ścieżka prowadziła gdziekolwiek z tej polany. Szliśmy ramię w ramię w milczeniu. Musieliśmy być czujni. Bo coś było bardzo nie tak. Przed nami na środku ścieżki coś leżało. Coś dużego. Wyciągnęliśmy broń. Spojrzeliśmy na siebie i bardzo powoli obserwując wszystko dookoła podeszliśmy. To było ciało kobiety. F podeszła jeszcze bliżej i kopnęła ciało, które przewróciło się na plecy. Spojrzała na mnie.

- Ona jest od nas. - powiedziała.

- Co? Niemożliwe. - podszedłem i zobaczyłem, że jej oczy są martwe, a z ust wypływa zielonkawa ciecz.

- Myślisz, że to był jej statek? - zapytała F.

- Prawdopodobnie tak. Ale jej obrażenia nie przypominają ratowania się ze statku. Nigdzie nie leżą szczątki kapsuły ratunkowej.

- Masz rację. - F zaczęła się rozglądać wokoło.

Nagle znikąd pojawiła się grupa facetów. Powalili mnie na ziemię i chyba na mnie usiedli, bo poczułem ogromny ciężar i prawie nie mogłem oddychać. Zabrali mi broń. F złapało dwóch kolesi, a trzeci na siłę wlał jej do gardła taką samą zielonkawą ciecz jaka wypływa z ust martwej agentki. F krztusiła się płynem, ale on uporczywie wlewał w nią jeszcze więcej. W końcu wlał całą, a buteleczkę wyrzucił za siebie. Puścili ją, a ona upadła na kolana. Wyglądała jakby miała zaraz zwymiotować. Nagle z pleców wyrosły jej skrzydła.

- To Thanagarianka! W końcu nam się udało. Brać ją!

Chcieli złapać ją za skrzydła, ale zdążyła je schować. Uderzyli ją w tył głowy czymś, co przypominało kij bejsbolowy. Upadła nieprzytomna na ziemię. Jeden facet złapał ją za nogę i zaczął gdzieś ciągnąć. Zacząłem się szarpać, ale z każdym ruchem zapierało mi dech w piersiach. Nie mogłem pozwolić, żeby ją zabrali. Poczułem ostry ból z tyłu głowy i straciłem przytomność. Kiedy się obudziłem byłem sam. Nie było nikogo wokół oprócz martwego ciała agentki. Wstałem i rozejrzałem się dookoła. Nie było żadnych śladów. Zabrali ją. Muszę ją odnaleźć. Jeśli spadł jej choć włos z głowy, to ich pozabijam. Połączyłem się z kwaterą główną i zgłosiłem porwanie F oraz zabójstwo jednej z naszych agentek. Czekając, aż przyleci jakaś ekipa ratunkowa zająłem się szukaniem jakichkolwiek śladów. Miałem nadzieję, że może ktoś z kwatery złapie sygnał jej czipa w słuchawce. Na moje nieszczęście nic nie znalazłem. Nic. Zero śladów. Jak oni to zrobili do cholery? I co teraz? Jak mam ją znaleźć? Może być wszędzie! Na miejsce przybyła ekipa ratunkowa. Jedni zajęli się pakowaniem ciała agentki, a drudzy sprawdzaniem moich obrażeń chociaż mówiłem im, że nic mi nie jest. Myślałem, że oszaleję kiedy badali mi głowę. Trzeba było im nie mówić, że tam dostałem. Trwało to tylko kilka minut, ale dla mnie to było jak wieczność. F jest w niebezpieczeństwie, a ja nie wiem jak ją znaleźć. W końcu dostałem wiadomość. Namierzyli ją. Nareszcie! Poprosiłem o wysłanie współrzędnych do statku i o nie wtrącanie się w moją misje ratunkową. Chwilę potem siedziałem już za sterami i sprawdzałem wytrzymałość silników na najwyższych obrotach. Niestety ten statek nie posiadał hipernapędu, więc nie mogłem skrócić sobie drogi. Zbliżając się do celu włączyłem opcję kamuflażu i zwolniłem maksymalnie. Zmieniłem naboje we wszystkich broniach na normalne, a nie paraliżujące. Nie będę się z nimi cackał. Zabili naszą agentkę. No i mają F, nie będę ryzykował jej życia. Posadziłem statek lekko na płycie lotniska. Wyszedłem ostrożnie gotowy w każdej chwili oddać strzał. Wszedłem do budynku. Zobaczyłem strażnika, więc zakradłem się do niego od tyłu, jedną zakryłem mu usta, a drugą strzeliłem w głowę. Po cichu położyłem go na podłodze i ruszyłem dalej. Potraktowałem każdego napotkanego tak samo jak pierwszego. Wreszcie dotarłem do miejsca, gdzie miała być przetrzymywana F. Przy przezroczystych drzwiach stało dwóch strażników. Zastanawiałem się jak to rozegrać, żeby nie mieli czasu wszcząć alarmu. Postanowiłem wziąć ich z zaskoczenia. Wyskoczyłem zza rogu z dwoma pistoletami i zanim zdążyli wyjąć swoją broń leżeli już martwi. Nikogo w środku pomieszczenia to nie ruszyło. Stałem na środku i mnie nie widzieli? Przecież patrzyli się w moją stronę. Zrozumiałem dopiero po chwili. To było lustro weneckie służące jako drzwi. Tylko czemu z tej strony dało się zajrzeć do środka pomieszczenia? Na moją logikę powinno być na odwrót. Ale okey. To ich drzwi. Podszedłem do nich i zobaczyłem, co znajdowało się w środku. Po prawej stronie przykuta do ściany za ręce i nogi wisiała F. A w pomieszczeniu znajdowało się chyba z dziesięciu typa. Zacząłem szukać czegoś żeby otworzyć te drzwi. Znalazłem tylko niewielkie urządzenie na ścianie. No tak. Kod. Ale ja miałem swoje niewielkie urządzenie specjalizujące się w łamaniu kodów. Połączyłem je ze sobą za pomocą krótkiego kabelka. Teraz pozostało mi czekać. Przykucnąłem przy urządzeniach. Zajrzałem do pomieszczenia. F była przytomna. Całe szczęście, że żyje. Jeden z typów, grubas, podszedł do niej i coś do niej powiedział. Ona patrząc mu prosto w oczy opluła go. Grubas uniósł potężną łapę i uderzył ją w twarz. Zacisnąłem pięści. Ty szujo. Poczekaj, aż otworze te pieprzone drzwi. F szarpnęła się próbując się odwdzięczyć za cios, ale laserowe łańcuchy wbijały się jej w kostki i nadgarstki przy każdym szarpnięciu. Nawet z tej odległości widziałem, że ma mnóstwo ran i siniaków. Jej strój był poszarpany, jakby ktoś go pociął nożem. Spojrzałem na urządzenie. 43%. Czemu to tak wolno idzie. Przydałaby się tu Toby, ona posiadała hakerskie umiejętności i raz dwa by to rozgryzła. Grubas znów coś powiedział do F, chyba kazał jej coś zrobić, a ona odmówiła. Znowu dostała, tym razem w brzuch, zgięła się w pół prawie nie mogąc złapać tchu. Nie mogłem na to patrzeć. 66%. Szybciej, szybciej. Inny koleś do niej podszedł. Coś jej powiedział i zbliżył się jeszcze bardziej. Był zdecydowanie za blisko. Odsuń się od niej, gnoju. F przywaliła mu z główki łamiąc mu nos. Facet aż zatoczył się do tyłu łapiąc za twarz. 71%. Któryś wyciągnął nóż, inny kastet. Miałem złe przeczucia. Grubas znowu podarował jej prawego sierpowego. Z ust F popłynęła krew. Znowu się szarpnęła. Trzymaj się, mała. Jeszcze troszkę. 85%. Nagle w pomieszczeniu błysnęło ostre światło i tuż przed F pojawił się czarno-srebrny wilk. Odsłonił białe kły. On jej bronił. To musi być jej strażnik. Ulżyło mi trochę, bo do otwarcia drzwi zostało zdecydowanie za dużo czasu, a te szuje już czaiły się na życie F. Wilk rzucił się na grubasa, zacisnął szczęki na jego karczychu i chwile później grubas padł na ziemię. W tym czasie jeden z nich rzucił się na niego, ale wilk zrobił unik i skoczył mu do gardła. Padł na ziemię z rozharataną tętnicą szyjną. Kolejny złapał wilka za futro na karku i rzucił nim o ścianę. 90%. Wilk zawarczał z tego, co widziałem i rzucił się na niego, ale ten go złapał, a drugi wbił nóż w bok wilka. Strażnik zawył z bólu, a F znowu szarpnęła laserowe łańcuchy. 92%. Nóż znowu wbił się w ciało wilka, a ten podrapał trzymającego go kolesia i to porządnie. Kłapnął zębami tuż przy jego szyi. Co za gnojek, zdążył odchylić w porę głowę. 95%. Wilk zdołał się oswobodzić, ale mocno krwawił i szybko tracił siły. Ledwo stał na łapach, ale rzucił się jeszcze na kolesia z nożem. Zacisnął szczęki na jego szyi, a on wbił nóż głęboko w brzuch wilka. Koleś już był martwy. Osunął się na ziemię razem z wilkiem. Nagle pomiędzy strażnikiem a F wytworzyła się błękitna nić. Była niesamowicie gruba. Ale gdy wilk został ponownie zaatakowany nożem, nić zaczęła robić się cieńsza i cieńsza. 97%. F zaczęła się szarpać nie zważając na ból jaki sprawiały jej wbijające się w jej ciało laserowe łańcuchy. Zaczęła krzyczeć i o dziwo słyszałem, co krzyczy.

-Nie! Raitooo! Raitoooooooo!

Wilk chwiał się na łapach. Zatoczył się i padł na ziemię. Nić pękła, a F zaczęła płakać i wrzeszczeć jednocześnie:

-NIEEEEEEE! RAITOOOOOO! RAITOOOOOO! NIEEEEE!

Nie słyszałem jeszcze tak przepełnionego bólem i rozpaczą krzyku. 99%. Szybciej do cholery. Ci, którzy zostali przy życiu zbliżyli się do F. Szarpała łańcuchami jakby chciała je wyrwać, ale tylko robiła sobie krzywdę. Jej nadgarstki i kostki mocno krwawiły. 100%. Drzwi się otworzyły w tym samym momencie, co jeden ze zbirów podniósł nóż i już miał go wbić w ciało F, ale wpakowałem mu kulkę w łeb. Pozostali byli tak zaskoczeni, że nie zdążyli zareagować. Wszyscy oprócz jednego wyjątku. Wpakował mi kulkę w ramię. Pozabijałem ich wszystkich i podbiegłem do F. Uwolniłem ją, złapałem, ale przeleciała mi przez ręce jak bezwładne ciało. Upadła na ziemię.

- Raito. - wychrypiała i przeczołgała się do niego. Objęła martwe ciało wilka i przytuliła cały czas płacząc. - Raito... nie rób mi tego... nie zostawiaj mnie.... nie zostawiaj... nie umieraj...

Było mi jej tak żal. Podszedłem do niej i kucnąłem obok. Nie wiedziałem jak zareaguje na mój dotyk, więc się wstrzymałem. Ciało wilka zaczęło się zamieniać w miliony światełek, niby świetlików. F zaczęła tulić je jeszcze bardziej, ale ono przestało być materialne. Po prostu zniknęło. F złapała się za głowę i zaczęła krzyczeć z rozpaczy. Objąłem ją i przytuliłem mocno.

- Ciii... Jestem tu... - powiedziałem łagodnie.

Chciałem ją jakoś uspokoić, pocieszyć. Ale nic nie przywróci życia wilkowi. Wezwałem pomoc. F przestała krzyczeć, cała się trzęsła, wtuliła się we mnie i płakała.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 5

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (16)

  • Dimitria 12.04.2017
    Aż mi się łezka zakręciła podczas śmierci Raito :/
    Smutna część... Oscar odszedł Raito też ehh...
    Będę czekać na kolejny rozdział, bo jestem ciekawa jak sb F z tym poradzi.

    No i literowke znalazłam w wypowiedzi K
    "Na moje nieszczęście nic nie znalazłam" - Znalazłem

    I oczywiście 5 zostawiam ;)
  • Tanaris 12.04.2017
    Zerkając na komentarze, na głównej stronie opowi czytam urywek twojej wypowiedzi; "Aż mi się łezka zakręciła podczas śmierci Raito". Spojler rażący w oczy. :D Ale cóż, teraz udam, że tego jednak nie widziałam. I zabieram się za czytanie. ;p
  • Dimitria 12.04.2017
    Tanaris przepraszam, nie pomyślałam nawet o tym. Następnym razem napiszę gdzieś na końcu, żeby nie bylo widać spojlera na glownej ;)
  • Paradise 12.04.2017
    dzięki za wyłapanie literówki :D zaraz poprawię, ale wstyd xD a czytałam to tyle razy, no cóż zdarza się :D dzięki za komentarz i ocenę :) no nie mogą być same szczęśliwe i radosne części :P
  • Tanaris 12.04.2017
    "Pracuję, robię praktycznie to samo co w szkole, tyle że dostaje za to kasę i nie muszę się chodzić na żadne zajęcia. A Ty? Mieszkasz tu?" - chyba bez "się"
    Nie ci się robić zajęć? - chyba zabrakło słowa "chce"
    Uwolniłem ją, złapałem ją, ale przeleciała mi przez ręce jak bezwładne ciało. - może tylko jedną "ją"
    Bardzo długi rozdział, było co czytać. No i ta rozpacz F. Jestem razem z nią w żałobie. Leci 5
  • Paradise 12.04.2017
    dzięki za wyłapanie tych "niedociągnięć" :D plama na moim honorze xD już się biorę za poprawie :D chyba za szybko chciałam wstawić nowy rozdział i nie wyłapałam tego :D dobrze, że czuwacie :) dziękuje za komentarz i ocenę :)
  • Tanaris 12.04.2017
    Paradise Myślę, że lepiej byłoby ten rozdział podzielić na dwie części. Ale to tylko moje zdanie. :)
  • Paradise 13.04.2017
    Tanaris aż tak? staram się, żeby rozdziały były mniej więcej takiej samej długości :D po dwie narracje od F i K, ale czasami jedna wychodzi dłuższa niż zamierzałam xD
  • Tanaris 16.04.2017
    Paradise mi się nie wiem czemu, ale czyta lepiej krótsze rozdziały :) Tamte wydawały mi się krótsze, ale jak piszesz podobne, to musiało mi się coś przewidzieć. Może ten rozdział jakoś mi się dłużył za bardzo. Hehe ale końcówka świetna. XD Każdemu nie dogodzisz przecież, więc nie bierz tego do serca. Radosnych Świąt :*
  • Paradise 16.04.2017
    Tanaris niektórzy wolą krótsze, inni dłuższe :D ja osobiście też lubię długie, ale jeśli Ty wolisz krótsze i czytasz te moje tasiemce to jestem zaszczycona :D no może ten rozdział faktycznie troszkę dłuższy się zrobił :) dziękuje i Tobie również życzę Wesołych Świąt :)
  • katharina182 13.04.2017
    No to sie porobilo. Milosc potrafi byc okrutna. Taka akcja na slubie. Wspolczuje Oscarowi.
    A koniec rozdzialu mnie troche zaskoczyl. makabra:( Az sie smutno zrobilo. Bardzo fajnie przedstawilas odczucia F.
    Ciekawe, co bedzie dalej.

    Wydaje mi sie, ze interpunkcja troche nie gra. Czasami byly powtorzenia. Ale to mi jakos specjalnie nie przeszkadzalo. Najwazniejsza jest tresc i przekaz:)
    Zasluzone 5 ode mnie.
    Super, ze dajesz takie dlugie rozdzialy, bede czekac z niecierpliwoscia na kolejny:)
    Pozdrawiam.
  • Paradise 13.04.2017
    dziękuje za komentarz i ocenę :D cieszę się, że długość rozdziału Ci odpowiada :) postaram się niedługo dodać kolejny :) Pozdrawiam
  • Ayano_Sora 15.08.2017
    Ech, ach ten Josh i jego mokre sny xD <3 typowy facet no, a Tina typowa kobieta - te jej "sprzeczne sygnały" :D Koniec mocny, biedny Raito. Nie spodziewałam się tego... :(
  • Paradise 15.08.2017
    no nie mogą za bardzo odstawać od normy XD no szkoda mi Raito, ale cóż musiałam ;( ale o to chodziło, żeby nikt się nie spodziewał ;)
  • candy 17.10.2017
    Nieeeeeeee... Nie zabijaj Raito :((((
  • Paradise 17.10.2017
    ;((((

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania