Poprzednie częściCuiavia

Cuiavia. Dzień dwudziesty ósmy.

Dojadali śniadanie, maczając w zupie kromki wczorajszego chleba.

— Sosny zetniemy i okrzeszemy w lesie, ale jak zwleczemy te kłody? — mruknął Mściwój. — Świeże drewno. Jeszcze pełne wody. Ciężkie jak Niedola. Nawet we trzech ich nie przeciągniemy.

— Gryzie mnie to od wczoraj. Zostaje nam… Krasula.

— Padnie po dziesięciu krokach — prychnął Mściwój. — Krowa jest do mleka i cielaków, nie do takiej roboty.

Pokiwał głową.

— Zgadzam się. Ta krowa nie da rady, a ten pień jest za ciężki.

Mściwój i Gniewko spojrzeli po sobie.

— Skąd weźmiemy inną krowę? — zapytał Gniewko.

— A mniejszy utrzyma dach? — dodał Mściwój.

— Zrobimy dwie rzeczy. Sprawimy, że Krasula będzie miała więcej siły i że kłoda będzie dwa razy lżejsza.

— Że jak? Mamy ociosać kłodę na wióry? Bo jak inaczej ma być lżejsza? A Krasuli miechem nie nadmuchasz. Kpisz z nas?

— Mówię śmiertelnie poważnie. Mściwoju, przynieś jarzmo od radła. Idziemy zbadać Krasulę.

Krasula uniosła łeb, przeżuwając resztki trawy. Gdy Mściwój podniósł jarzmo, wzdrygnęła się i cofnęła. Powróz napiął się z trzaskiem.

— Spokojnie, mała — szepnęła. Podeszła powoli i położyła dłoń na ciepłym boku Krasuli. — Pamięta jarzmo.

— Załóż je, ale luźno — powiedział Robert do Mściwoja. — Aga, zobacz, gdzie ją uciska.

Mściwój ostrożnie nałożył jarzmo. Robert stanął za Krasulą, chwycił rzemienie i stopniowo zwiększał opór. Krowa wyciągnęła szyję. Oddech przeszedł w głośny świst.

— Tutaj. — Wskazała belkę wpijającą się w gardło. — Dusi ją. Im mocniej ciągnie, tym bardziej drewno gniecie tchawicę.

Puścił rzemienie. Świst ucichł.

Obmacała szyję, kłąb i łopatki. Krasula opuściła łeb.

— Tu — powiedziała, naciskając mięśnie przed łopatką. — I tutaj, na piersi. Tu może się zaprzeć. Teraz ciągnie szyją, a powinna pchać. Pchać barkami, całym ciałem. Potrzebuje czegoś, co pozwoli jej napierać, zamiast wieszać się na własnej szyi.

Ułożyła dłonie po obu stronach nasady szyi.

— Sztywna belka na karku odpada. To musi ją obejmować tutaj, omijać gardło i opierać się przed łopatkami. Jak kołnierz.

— Narysujesz kształt? Stanimir wystruga kabłąki.

— Będę potrzebowała grubej skóry oraz wełny i słomy — zaczęła wyliczać. — Zrobię poduszki. Najpierw zrobimy próbę bez ciężaru. Jeśli będzie się przesuwał, obetrze ją do krwi. Nic nie może jej uwierać.

— Krowa będzie silniejsza od tych poduszek? — zapytał Gniewko. — A co z lżejszą kłodą? Też ją ubierzecie w poduszki?

Robert kucnął i patykiem wyrównał kawałek ziemi.

— Patrzcie. Kiedy ciągniemy kłodę, całą długością szoruje po piachu, korzeniach i kamieniach.

Patykiem nakreślił jej zarys, a następnie oś zakończoną dwoma kołami.

— Zbudujemy dwukołowy wózek. Oś, rama i długie dyszle. Drągami uniesiemy kłodę, podsuniemy wózek i przywiążemy ją do osi.

— Koła muszą być większe niż w taczce — zauważył Mściwój. — Małe zatrzymają się na pierwszym korzeniu.

Robert starł stopą oba koła i narysował większe.

— Więc zrobimy większe. Koła przejmą ciężar. Zamiast szorować po ziemi, kłoda pojedzie. I oto nasza silniejsza krowa i lżejsza kłoda.

Mściwój przykucnął przy rysunku i przesunął palcem wzdłuż osi.

— Sosnowa pęknie. Musi być dębowa.

* * *

Weszli do chłodnego spichlerza. Robert wskazał worki stojące pod ścianą.

— Spójrz. Mamy tu jeszcze trochę bobu, soczewicy i tych drobnych nasion. Czy któreś z nich zdąży wydać plon, jeśli teraz je posiejemy?

Mściwój wsunął dłoń w worek i nabrał garść drobnych nasion.

— Proso. Jemu właśnie pora. Dojrzeje przed chłodami.

Wskazał soczewicę.

— Tę należało siać wcześniej, ale jeszcze powinna dać ziarno. Byle lato nie było zimne i mokre.

— A bób?

— Zostawcie na jadło albo na przyszłą wiosnę.

Wyszli na pole. Gorąca wilgoć oblepiła im twarze i ramiona. Czysty błękit mętniał pod napływającymi chmurami. Słońce wciąż paliło, lecz jego blask przygasł i zżółkł.

Spojrzeli z dumą na pas ziemi, który obsiali peluszką. Młode pędy sięgały kostek i stały gęsto w równych rzędach.

Mściwój przykucnął i rozchylił palcami pędy.

— Nigdym nie widział, by ziarno tak rzędem stało, jak żerdzie w płocie. Patrzajcie, jeszcze trochę, a ziele między nimi światła nie znajdzie. Peluszka wszystko przydusi. U nas sieje się z garści. Jedno ziarno spadnie przy drugim, inne o krok dalej. A tutaj każde ma swoje miejsce.

Mściwój podniósł się i wskazał skraj ugoru. W ciemną ziemię wrzynał się szeroki jęzor bladego piachu. Rosło na nim zaledwie kilka cienkich źdźbeł.

— Szkoda ziemi. Tyle pola, a pożytek żaden.

— Ojciec łapał się za głowę, kiedy tu przychodził — powiedział Gniewko. — Mówił, że woda naniosła piach z puszczy.

Mściwój przeszedł w poprzek łachy, licząc pod nosem.

— Dwadzieścia kroków. Tyle dobrego, że to tylko skraj.

Agnieszka nabrała garść piachu. Przesypał się między jej palcami, nie zostawiając na skórze nawet smugi.

— Spróbujemy go odzyskać, ale jeden rok nie wystarczy.

Robert spojrzał ku ciemniejącemu niebu.

— Dzisiaj go nie użyźnimy. Musimy przygotować resztę ugoru pod zasiew, zanim lunie.

— Nie ma czym oddychać — sapnął Mściwój, ocierając czoło przedramieniem. — To zły czas. Ziemia paruje nieszczęściem. W taką duchotę, kiedy wiatr zamiera, na miedzę wychodzi Ona.

— Kto taki? — zapytał Robert.

— Biała Pani — szepnął Mściwój. — Czeka na takich jak my, co w samo południe kark nad rolą zginają. Przyjdzie, złapie za gardło, w głowie namiesza, aż padniesz i już nie wstaniesz. Teraz się w cieniu siedzi, a nie z polem za bary bierze.

Spojrzała w górę, osłaniając oczy dłonią.

— Chmury odbierają Jej słońce. Spróbujmy skończyć, zanim zagrzmi.

Mściwój zerknął w górę, lecz ruszył w stronę brony. Każdy krok po wysuszonym polu wzbijał kurz, który oblepiał spocone ramiona.

— Jeszcze ten jeden raz, mała — szepnęła Agnieszka, poprawiając jarzmo.

Krasula ruszyła. Agnieszka poprowadziła ją wzdłuż ostatniego pasa ugoru.

Robert, Mściwój i Gniewko szli za broną, zbierając kłącza perzu wyciągnięte przez drewniane zęby. Pot spływał im po plecach, pył osiadał na twarzach.

Kiedy ostatni pas ugoru był czysty, odwrócili bronę zębami do góry.

Robert przywiązał do ramy pierwszy zaostrzony kołek.

— Jak daleko następny?

Agnieszka przykucnęła obok i odmierzyła rozpiętość między kciukiem a palcem wskazującym.

— Tyle. Proso w co drugi rowek, a soczewica pomiędzy — zarządziła.

— Proso też chcecie siać rzędem? Takie drobne ziarno? — Mściwój przyklęknął przy bronie. — Dwa zasiewy na jednym polu?

— Sam wiesz, jak rosną — powiedziała.

Mściwój popatrzył na oba worki.

— Proso pójdzie w górę, a soczewica wesprze się na jego łodygach. Nie położy się na ziemi — dodała.

— Więcej jadła od tego nie będzie.

— Może uda się zebrać trochę więcej niż z jednego zasiewu.

— Z tej samej ziemi? Co prawisz…? Nie zagłuszą się nawzajem?

— Zobaczymy.

Mściwój spojrzał na przygotowane kołki.

— To co drugi musi być dłuższy. Soczewicę głębiej się kładzie.

Wziął jeden z kołków i przyłożył do drugiego.

— O dwa palce.

Robert rozłożył kołki we wskazanych odstępach i przywiązał je do ramy: na przemian krótszy i dłuższy.

Ruszyli. Kołki zaczęły kreślić proste bruzdy.

Boki Krasuli pracowały szybciej niż zwykle, lecz oddech pozostawał równy.

— Jeszcze trochę, mała — szeptała Agnieszka. — Jeszcze jeden nawrót. Potem odpoczniesz.

Agnieszka wskazała rzadkie, mizerne żyto na sąsiednim zagonie.

— Spójrz na nie. Jest go mało. Z tego, co zbierzemy, połowę trzeba będzie odłożyć na następny zasiew. Co nam zostanie?

— Dlatego bór nas żywi — odburknął Mściwój.

— A my chcemy, żeby ziemia dawała więcej. Żeby bór był pomocą, nie ostatnim ratunkiem przed głodem. Pola nie powiększymy, ale możemy lepiej wykorzystać to, które mamy. Jeśli się nie zagłuszą, razem zasłonią więcej ziemi i zostawią chwastom mniej miejsca.

Gniewko znieruchomiał z dłonią pełną prosa. Pochylił się nad rowkiem. Sypał ziarno cienką strużką i co kilka kroków oglądał się, czy nie zostawił pustego miejsca.

Wiatr zamarł. Liście pobliskich olch zwisały bez ruchu. Umilkły nawet owady. Ziemia pod ich stopami była twarda i spękana. Każdy krok wzbijał siwy pył.

Kiedy rowki były gotowe, Agnieszka uwiązała Krasulę na skraju pola.

Szli we czworo, pochyleni nad rowkami. W co drugi rowek sypali proso. W pozostałych układali soczewicę, ziarno co dwa palce. Zasypywali ziarno, zagarniając ziemię bokiem stopy.

Siew nie był ciężki, lecz po kilku rzędach plecy mieli mokre. Przy każdym wdechu kurz drapał ich w gardła.

— Idzie! — zawołał Gniewko, wskazując na niebo.

Nad lasem rosła ściana chmur. U dołu niemal czarna, u góry rozlewała się szerokim, granatowym rondem.

— Chmurnik już włożył kapelusz — mruknął Mściwój.

Pierwszy grzmot przetoczył się nisko. Zadudniło im w piersiach.

— Szybciej! — krzyknął Robert ochrypłym głosem. — Jeśli teraz lunie, wypłucze proso z rowków, zanim zdążymy je przykryć!

Przyspieszyli. Mściwój przestał się odzywać. Szedł pochylony, oddychając przez otwarte usta. Gniewko nie patrzył już w niebo. Sypał ziarno w rowek, zaciskając usta.

— Ostatnie rzędy! — zawołała Agnieszka. Na skraju lasu pierwszy podmuch szarpnął koronami drzew.

Chłodne powietrze przecięło duchotę. Pył poderwał się z pola i na chwilę zasłonił im świat. Zdążyli zakryć ostatnie nasiona. Wtedy spadły pierwsze krople. Wielkie i ciężkie, wybijały ciemne plamy w pyle.

Wracali powoli, wystawiając twarze ku kroplom. Woda zmywała z nich pot i kurz. Agnieszka przeczesywała palcami mokre włosy, wyciągając źdźbła i drobne liście. Gniewko zerwał wiecheć trawy i ścierał kurz z boków Krasuli. Co kilka kroków oglądali się na świeżo obsiane zagony, ciemniejące pod deszczem.

Średnia ocena: 1.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania