Poprzednie części:  Cuiavia

Cuiavia. Dzień dwudziesty ósmy.

Dojadali polewkę. Gniewko skrobał łyżką po dnie misy.

— Znowu ani kawałka chleba nie zostało.

— Za to pół wsi nakarmiliśmy. — Robert odłożył łyżkę.

— Dolicz jeszcze jednego Domowika — dodała Agnieszka.

— Sosny zetniemy i okrzeszemy w lesie, ale jak zwleczemy te kłody? — mruknął Mściwój. — Świeże drewno. Jeszcze pełne wody. Ciężkie jak Niedola. Nawet we trzech ich nie przeciągniemy.

— Gryzie mnie to od wczoraj. Zostaje nam… Krasula.

— Padnie po dziesięciu krokach — prychnął Mściwój. — Krowa jest do mleka i cielaków, nie do zrywki w puszczy.

— Zgadzam się. Nasza Krasula jest za słaba, a pień za ciężki.

Mściwój i Gniewko spojrzeli po sobie.

— Skąd weźmiemy silniejszą? — zapytał Gniewko.

— A cieńszy pień nie pęknie? — dodał Mściwój.

— Nie potrzebujemy ani silniejszej krowy, ani cieńszego pnia. Sprawimy, że Krasuli wystarczy siły, a kłoda stanie się dla niej lżejsza.

— Że jak? Mamy go ociosać na wióry? — Mściwój zmarszczył brwi. — A z Krasuli wołu nie zrobisz. Kpisz z nas?

— Nie kpię.

Robert kucnął i patykiem wyrównał kawałek ziemi.

— Patrzcie. Kiedy ciągniemy kłodę, całą długością szoruje po ziemi.

Nakreślił jej zarys. Pośrodku dorysował oś i dwa koła.

— Zbudujemy dwukołowy wózek. Drągami uniesiemy pień i zawiesimy go pod osią.

— Koła muszą być większe niż w taczce — zauważył Mściwój. — Małe zatrzymają się na pierwszym korzeniu.

Robert obwiódł oba koła większymi kręgami.

— Więc zrobimy większe. Przejmą ciężar. Zamiast szorować po ziemi, bal pojedzie. Krasula okaże się silniejsza, a kłoda lżejsza.

Mściwój przykucnął przy rysunku i przesunął palcem wzdłuż osi.

— Sosnowa pęknie. Musi być dębowa.

* * *

Weszli do chłodnego spichlerza. Robert wskazał worki stojące pod ścianą.

— Spójrz. Mamy tu jeszcze trochę bobu, soczewicy i tych drobnych nasion. Czy któreś z nich zdąży wydać plon, jeśli teraz je posiejemy?

Mściwój wsunął dłoń w worek i nabrał garść.

— Proso. Jemu właśnie pora. Dojrzeje przed chłodami.

Wskazał soczewicę.

— Tę należało siać wcześniej, ale jeszcze powinna dać ziarno. Byle lato nie było zimne i mokre.

— A bób?

— Zostawcie na jadło albo na przyszłą wiosnę.

Wyszli na pole. Gorąca wilgoć oblepiła im twarze i ramiona. Czysty błękit mętniał pod napływającymi chmurami. Słońce wciąż paliło, lecz jego blask przygasł i zżółkł.

Spojrzeli z dumą na pas ziemi, który obsiali peluszką. Młode pędy sięgały kostek i stały gęsto w równych rzędach.

Mściwój przykucnął i rozchylił palcami pędy.

— Nigdym nie widział, by ziarno tak rzędem stało, jak żerdzie w płocie. Patrzajcie, jeszcze trochę, a ziele między nimi światła nie znajdzie. Peluszka wszystko przydusi. U nas sieje się z garści. Jedno ziarno spadnie przy drugim, inne o krok dalej. A tutaj każde ma swoje miejsce.

Mściwój podniósł się i wskazał skraj ugoru. W ciemną ziemię wrzynał się szeroki jęzor bladego piachu. Rosło na nim zaledwie kilka cienkich źdźbeł.

— Szkoda ziemi. Tyle pola, a pożytek żaden.

— Ojciec łapał się za głowę, kiedy tu przychodził — powiedział Gniewko. — Mówił, że woda naniosła piach z puszczy.

Mściwój przeszedł w poprzek łachy, licząc pod nosem.

— Dwadzieścia kroków. Tyle dobrego, że to tylko skraj.

Agnieszka nabrała garść piachu. Przesypał się między jej palcami, nie zostawiając na skórze nawet smugi.

— Spróbujemy go odzyskać, ale jeden rok nie wystarczy.

Robert spojrzał ku ciemniejącemu niebu.

— Dzisiaj go nie użyźnimy. Musimy przygotować resztę ugoru pod zasiew, zanim lunie.

— Nie ma czym oddychać — sapnął Mściwój, ocierając czoło przedramieniem. — To zły czas. Ziemia paruje nieszczęściem. W taką duchotę, kiedy wiatr zamiera, na miedzę wychodzi Ona.

— Kto taki? — zapytał Robert.

— Biała Pani — szepnął Mściwój. — Czeka na takich jak my, co w samo południe kark nad rolą zginają. Przyjdzie, złapie za gardło, w głowie namiesza, aż padniesz i już nie wstaniesz. Teraz się w cieniu siedzi, a nie z polem za bary bierze.

Agnieszka spojrzała w górę, osłaniając oczy dłonią.

— Chmury odbierają Jej słońce. Spróbujmy skończyć, zanim zagrzmi.

Mściwój ruszył w stronę brony. Każdy krok wzbijał kurz, który oblepiał spocone ramiona. Zerknął na niebo.

— Jeszcze ten jeden raz, mała — szepnęła Agnieszka, poprawiając jarzmo.

Krasula ruszyła. Agnieszka poprowadziła ją wzdłuż ugoru.

Robert, Mściwój i Gniewko szli za broną, zbierając kłącza perzu wyciągnięte przez zęby. Pot spływał im po plecach, pył osiadał na twarzach.

Kiedy ostatni pas był czysty, odwrócili bronę zębami do góry.

Robert przywiązał do ramy pierwszy zaostrzony kołek.

— Jak daleko następny?

Agnieszka przykucnęła i odmierzyła rozpiętość między kciukiem a palcem wskazującym.

— Tyle. Proso w co drugi rowek, a soczewica pomiędzy — zarządziła.

— Proso też chcecie siać rzędem? Takie drobne ziarno? — Mściwój przyklęknął przy bronie. — Dwa zasiewy na jednym polu?

— Sam wiesz, jak rosną — powiedziała.

Mściwój popatrzył na oba worki.

— Proso pójdzie w górę, a soczewica wesprze się na jego łodygach. Nie położy się na ziemi. Ale więcej jadła od tego nie będzie.

— Może uda się zebrać trochę więcej niż z jednego zasiewu.

— Z tej samej ziemi? Co prawisz…? Nie zagłuszą się nawzajem?

— Zobaczymy. Może razem zasłonią więcej ziemi i zostawią chwastom mniej miejsca.

Mściwój spojrzał na przygotowane kołki.

— Co drugi musi być dłuższy. Soczewicę głębiej się kładzie.

Wziął jeden z kołków i przyłożył do drugiego.

— O dwa palce.

Robert dobrał dłuższe paliki i przywiązał je do ramy na przemian z krótszymi.

Ruszyli. Kołki zaczęły kreślić proste bruzdy.

Boki Krasuli pracowały szybciej niż zwykle, lecz oddech pozostawał równy.

— Jeszcze trochę — szeptała. — Jeszcze jeden nawrót. Potem odpoczniesz.

Agnieszka wskazała rzadkie, mizerne żyto na sąsiednim zagonie.

— Spójrz na nie. Jest go mało. Z tego, co zbierzemy, połowę trzeba będzie odłożyć na następny zasiew. Co nam zostanie?

— Dlatego bór nas żywi — odburknął Mściwój.

— A my chcemy, żeby ziemia dawała więcej. Żeby bór był pomocą, nie ostatnim ratunkiem przed głodem. Pola nie powiększymy, ale możemy lepiej wykorzystać to, które mamy.

Wiatr zamarł. Liście pobliskich olch zwisały bez ruchu. Umilkły nawet owady.

Kiedy rowki były gotowe, Agnieszka uwiązała Krasulę na skraju pola.

Szli we czworo, pochyleni nad wyrysowanymi liniami. W co drugi sypali proso. W pozostałych układali soczewicę, ziarno co dwa palce. Zasypywali bruzdy, zagarniając ziemię bokiem stopy.

Gniewko sypał ziarno cienką strużką. Co kilka kroków oglądał się, czy nie zostawił pustego miejsca.

Siew nie był ciężki, lecz po kilku rzędach plecy mieli mokre. Przy każdym wdechu kurz drapał ich w gardła.

— Idzie! — zawołał Gniewko, wskazując na niebo.

Nad lasem rosła ściana chmur. U dołu niemal czarna, u góry rozlewała się szeroką granatową krawędzią.

— Chmurnik już włożył kapelusz — mruknął Mściwój.

Błysk rozświetlił pole. Chwilę później huk uderzył w piersi. Gniewko skulił się i zasłonił uszy.

— Szybciej! — krzyknął Robert ochrypłym głosem. — Jeśli teraz lunie, rozmyje nam rowki i nie dokończymy roboty!

Przyspieszyli. Mściwój przestał się odzywać. Szedł pochylony, oddychając przez otwarte usta. Gniewko nie patrzył już w niebo. Sypał ziarno zaciskając usta.

— Ostatnie rzędy! — zawołała Agnieszka. Na skraju lasu pierwszy podmuch szarpnął koronami drzew.

Chłodne powietrze przecięło duchotę. Pył poderwał się z pola i na chwilę zasłonił im świat. Zdążyli zakryć ostatnie nasiona. Wtedy spadły pierwsze krople. Wielkie i ciężkie, wybijały ciemne plamy w pyle.

Wracali powoli, wystawiając twarze ku kroplom. Woda zmywała z nich pot i kurz. Agnieszka przeczesywała palcami mokre włosy, wyciągając źdźbła i drobne liście. Gniewko zerwał wiecheć trawy i przecierał nim mokre boki Krasuli. Co kilka kroków oglądali się na świeżo obsiane zagony, ciemniejące pod deszczem.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania