Cuiavia. Dzień dwudziesty szósty.
Od rzeki ciągnęło chłodem i zapachem mokrej ziemi. Całą trójką weszli w nurt. Wyszli na brzeg, szczękając zębami, i ruszyli do więcierzy.
Pierwszy ani drgnął. Robert zaparł pięty w piasku i pociągnął mocniej.
— Mamy coś! Duże jest!
Razem wywlekli go na piasek. Wiklina zatrzeszczała. Dwie wielkie ryby tłukły ogonami o ścianki; po srebrzystych grzbietach ciągnęły się rzędy kostnych tarczek.
Agnieszka przykucnęła.
— Jesiotry… — Przesunęła palcem nad grzbietem, nie dotykając skóry. — Spójrz, jakie okazy!
— Dobra ryba — mruknął Gniewko. — W rzece jest ich pełno. Matka piekła takie w liściach — dodał ciszej.
Przy śniadaniu Gniewko trzy razy opowiedział Mściwojowi, jak większy jesiotr omal nie wyrwał im się do rzeki. Siedzieli przy palenisku, kiedy Stanimir wszedł w obejście szybkim krokiem. Uśmiechał się szeroko.
— Dwie następne! — zawołał od płotu. — Mam dwa nowe zamówienia! Gospodarze z Tchórzewa widzieli nasze taczki i chcą takie same. Zaraz po żniwach.
Robert poderwał się z ławy i poklepał go po ramieniu.
Zaczęli liczyć, ile kolejnych zdołają sprzedać w okolicznych siołach. Agnieszka odstawiła łyżkę.
— Jagoda potrzebuje lepszych naczyń. W porowatych garnkach traci część mocy, a starego osadu nie sposób domyć.
Mściwój podrapał się po brodzie. Stanimir zerknął na stojący przy palenisku garnek.
— Garnki to garnki — mruknął Mściwój. — Zawsze takie były.
— Potrzebujemy czegoś gładkiego. Łatwego do umycia. — Westchnęła. — Całego szklanego naczynia tu nie wytopimy.
Robert obrócił glinianą misę i przesunął kciukiem po chropowatym dnie.
— Szkło to głównie krzemionka. Piasku nam nie brakuje, ale w naszym piecu go nie stopimy.
Potarła czoło.
— Nie potrzebujemy całego szklanego naczynia. Wystarczyłoby zamknąć pory. Wtedy wyciąg nie wsiąkałby w glinę, a naczynie dałoby się porządnie wymyć.
Postukał paznokciem w ściankę.
— Cienka warstwa szkliwa…
— Nie musi wyglądać pięknie. Ma tylko przylegać, nie spływać i nie pękać.
— Tyle że cienka warstwa również się nie zeszkli, jeśli nie osiągniemy odpowiedniej temperatury.
Przykucnął przy palenisku i rozgarnął patykiem szary pył.
— Musielibyśmy obniżyć temperaturę zeszklenia.
Agnieszka chwyciła go za nadgarstek. Spojrzała na popiół, potem na trzymaną przez niego misę.
— Właśnie to możemy zrobić.
Robert przeniósł wzrok na szary pył.
— Topnik…
Nabrała szczyptę popiołu.
— Tego nam nie zabraknie.
— Czekaj… ług! Tak samo jak przy mydle.
— Popiół ten sam. Tylko tym razem nie możemy wypłukać z niego wszystkiego, co rozpuszczalne. — Roześmiała się i uderzyła go w ramię. — Słuchałeś! Tam ług reagował z tłuszczem…
— A tutaj związki z popiołu pomogą zeszklić krzemionkę.
— Dokładnie. Obniżą temperaturę zeszklenia. Pytanie, czy dostatecznie. Przesiejemy popiół i zmieszamy go z drobnym piaskiem oraz odrobiną gliny. Przygotujemy kilka różnych proporcji.
Robert wytarł palce o spodnie.
— Skoro już o tym mowa… dojrzało już to twoje mydło?
Przewróciła oczami.
— Jeszcze musi leżakować. Skup się! Najpierw przygotujmy mieszankę. Potem zobaczymy.
— Dobrze. Potrzebujemy jeszcze piasku. Drobnego i możliwie czystego.
— Zwłaszcza drobnego — poprawiła go. — Im mniejsze ziarna, tym szybciej przereagują podczas wypału.
— Piasek z brzegu może się nadać, ale musimy zobaczyć, co w nim siedzi. Zaczniemy od przesiania.
Robert spojrzał na Stanimira.
— Zrobisz ramę, na którą naciągniemy worek po zbożu?
— Zrobię.
— To usunie tylko grubszy żwir, muszelki i patyki — wtrąciła Agnieszka. — Potem wypłuczemy drobny muł i resztki roślin.
Nabrała garść piasku i pozwoliła mu przesypać się między palcami.
Robert przyniósł wiadro.
— Wsypiemy przesiany piasek, zalejemy wodą i zamieszamy…
— Cięższe ziarna, także kwarc, opadną — podjęła. — Muł i szczątki zostaną w wodzie. Zlejemy ją, nalejemy świeżej i powtórzymy.
— Wiele razy — dodał Robert. — Aż woda przestanie mętnieć.
Gniewko odstawił łyżkę i podszedł do wiadra.
— Mogę to robić?
Robert kucnął przy nim.
— Możesz. Trzeba tylko pilnować, żeby nie wylać ziaren razem z wodą. To robota dla kogoś cierpliwego. Nie znudzisz się po drugim wiadrze? Najpierw zrobimy to razem. Kiedy nabierzesz wprawy, spróbujesz sam.
— Jeśli się uda. — Zatarła dłonie. — Jagoda dostanie pierwsze naczynia.
Chwyciła twarz męża w dłonie i mocno pocałowała go w usta.
— Mówiłam Jagodzie, że jesteś genialny!
— Jesteśmy — poprawił i oddał jej pocałunek.
Stanimir odchrząknął. Mściwój trzymał w palcach szczyptę popiołu.
— Czekajcie — odezwał się Mściwój. — Nie wiem, czy dobrze rozumiem. Wy chcecie pomalować garnki piaskiem i stopić go popiołem?
— Ogień potrafi stopić piach? — Stanimir przysunął się do paleniska.
— Potrafi, ale to trudne — odpowiedziała.
Mściwój strzepnął popiół z palców i ścisnął otoczak.
— Chcecie z piachu zrobić kamienną skórę…
— Zobaczymy, czy nasz piec da wystarczające gorąco — powiedział Robert.
Mściwój popatrzył na dogasające palenisko.
— Takim ogniem Swaróg kuje słońce.
* * *
— Powiedz mi, Mściwoju, umiesz lepić garnki?
— To robota dla bab. — Uniósł brwi. — Ale jeśli trzeba, ulepię.
— Jeśli garnki mają dać ci chleb, musisz lepić ich dużo. I wszystkie podobne, żeby ludzie rozpoznawali twoją rękę.
— Jak dużo? Baby ulepią dwa, trzy dziennie.
Robert uniósł kącik ust.
— A gdybyś ulepił dużo więcej?
— Żadna baba tyle nie ulepi. Choćbym się spieszył… I skąd wezmę tyle gliny?
— Jeden chłop niewiele trawy zaniesie w rękach, ale taczką Stanimira przewiezie cały stóg. Koło tak samo przy glinie pomoże.
— Mściwój miałby robić garnki na taczce? — zapytał Stanimir.
— Pokażę wam. — Narysował dwa koła, jedno nad drugim, i połączył je pionową kreską.
— Dolne będzie duże i ciężkie. Rozpędzisz je nogą. Górne, mniejsze, osadzimy na tej samej osi. Na nim glina obróci się równo pod twoimi dłońmi.
Stanimir przesunął palcem po pionowej kresce.
— Jak oś wozu postawiona dęba. Koło na dole i drugie na górze.
— Właśnie.
— Oś musi przejść przez ramę i obracać się w dwóch gniazdach. — Cieśla pogłębił paznokciem linie. — Górne gniazdo wywiercę w twardej poprzeczce. Wygładzę je i nasmaruję łojem.
— Górne tak — odparł Robert. — Ale na dolnym oprze się cały ciężar. Tam damy kamień.
— Kamień?
— Dolny koniec osi zwęzimy i zaokrąglimy. W kamieniu wybijemy płytkie gniazdo i wyszlifujemy je piaskiem. Wąski, gładki czop będzie stawiał mniejszy opór.
Stanimir dorysował dwie poprzeczki.
— Ramę zwiążę na czopy. Dolne koło zbiję z dwóch warstw dębowych desek, żeby nabrało ciężaru. Tylko oś musi być sucha i prosta.
Stanimir przeprowadził palcem od dolnego koła do górnego.
— Jeśli osadzimy ją prosto, zadziała.
— Wtedy i tuzin przestanie brzmieć jak przechwałka — powiedział Robert.
Stanimir podniósł wzrok znad rysunku.
— Ty nie masz daru w rękach, Mysłodarze. Ty masz go w głowie. A to chyba potężniejsza sztuka.
Stanimir wciąż śledził linie rysunku. Mściwój składał dłonie, jakby już formował garnek. Od płotu dobiegł chrzęst kroków na kamieniach. Do zagrody weszła Mokosz.
Pod oczami miała sine cienie. Trzymała oburącz pękaty dzbanek.
Agnieszka zerknęła na Mściwoja. Przywitał Mokosz krótkim skinieniem głowy.
A więc przejrzałaś mój plan, Jagodo.
— Witaj, Mokoszo. Co cię sprowadza?
— Jelenia po nas posłała. Matka kazała mi też zajść po ciebie.
Postawiła ostrożnie dzbanek na ziemi. — Zrobiłyśmy wywar z roztartej kory, zgodnie z twoją radą.
Robert zmarszczył brwi.
— Pomaga?
— Nie wiemy.
— Matka uwarzyła go w nowym dzbanku. Takim, w którym jeszcze nic nie warzyłyśmy.
Agnieszka przesunęła wzrokiem po chropowatej powierzchni naczynia.
— Nowy i czysty, lecz nadal porowaty. Właśnie obmyśliliśmy lepsze naczynia. Mściwój będzie…
— Nie po to przyszłam. Z Domaradem jest coraz gorzej.
— Co masz na myśli?
— Gorączka nie ustępuje. Z każdym dniem traci siły. Ledwo łapie oddech.
Podniosła dzbanek. Zacisnęła palce na uchu dzbanka.
— Chodź ze mną.
— Znacie się na chorobach lepiej ode mnie. Co jeszcze mogę zrobić?
* * *
Już w progu uderzył je słodkawy odór potu, dymu i mokrej słomy. Przy ścianie kuliło się dwoje przytulonych do siebie dzieci. W półmroku rozlegał się płytki, chrapliwy oddech. Każdy wdech kończył się mokrym rzężeniem.
Domarad leżał bez ruchu. Policzki zapadły mu się głęboko, spierzchnięte wargi posiniały. Przy posłaniu klęczała kobieta. Na widok Mokoszy skinęła głową, lecz nie oderwała dłoni od ręki męża. Dopiero po chwili dostrzegła Agnieszkę stojącą z tyłu. Zerwała się z kolan. Z jej gardła wyrwał się zduszony okrzyk.
— Przyszłaś!
Minęła Mokoszę bez spojrzenia i dopadła Agnieszki. Zacisnęła palce na jej dłoniach.
— Bogowie cię przysłali! Uratujesz go! Kura… najtłustsza. Tak mówili. Dobra dała Milusi ciepłej krwi, a ty w jeden dzień wyrwałaś ją z Nawi. Powiedz tylko, ile potrzebujesz.
Agnieszka nabrała tchu, lecz Jelenia nie dopuściła jej do słowa. Przysunęła usta do jej ucha.
— Wiem, co we wsi szeptali. Że czarami leczysz, że Milusia wyrośnie na strzygę, będzie piła ludzką krew. Ale mnie to nie obchodzi! Niech mój też się zamieni, byle żył! Ja nikomu nic nie powiem. Przysięgam na wszystkie duchy przodków! Nikt się nie dowie, ile krwi mu dałaś. Kura… Już idę zarżnąć!
Puściła Agnieszkę i ruszyła ku wyjściu.
— Sama wybiorę najtłustszą!
— Jelenio…
— Cicho! Nic nie mów. — Kobieta przyłożyła palec do ust Agnieszki. — Wiem, że pomożesz. Zaraz przyniosę.
Mokosz stała nieruchomo, ściskając naczynie z wywarem. Po chwili podeszła do przygasłego paleniska. Odgarnęła popiół i znalazła kilka żarzących się węgli. Dorzuciła dwie szczapy suchego drewna, po czym postawiła naczynie blisko ognia.
— Posłuchaj mnie. — Agnieszka zastąpiła Jeleni drogę i zacisnęła palce na jej ramieniu. — Nie zabijaj kury. Najpierw pozwól mi go zbadać.
Kobieta znieruchomiała. Spojrzała na ściskającą ją dłoń, potem na jej twarz.
Agnieszka uklękła przy posłaniu. Przyłożyła dwa palce do szyi chorego. Puls uciekał spod opuszek — szybki, ledwie wyczuwalny. Odchyliła mu powiekę, potem przyłożyła ucho do piersi. W płucach bulgotał oddech.
— Domaradzie, słyszysz mnie?
Nie zareagował.
Odwróciła się. Kobieta cofnęła się o krok.
— Nie… — wyszeptała. Głos jej się załamał. — Nie mów, że nie. Proszę… tylko nie to…
— Przepraszam. Nie umiem go uratować.
Kolana ugięły się pod kobietą. Z gardła wyrwał jej się niski, przeciągły jęk. Zmieszał się z chrapliwym oddechem męża.
Mokosz chwyciła naczynie i podeszła do posłania. Wsunęła ramię pod kark chorego, po czym uniosła mu głowę. Powieki nie drgnęły.
— Domaradzie, wypij — szepnęła, przysuwając naczynie do spierzchniętych ust.
— Tylko zwilż mu wargi — ostrzegła Agnieszka. — Jeśli nie przełknie, nie wlewaj.
Przechyliła dzbanek. Kilka kropli zwilżyło mu usta. Poruszył językiem i przełknął. Raz, potem drugi. Nagle się zakrztusił. Gwałtowny kaszel wstrząsnął jego ciałem i wyrwał z gardła mokrą wydzielinę.
Jelenia poderwała głowę. Domarad otworzył oczy. Mętność na chwilę ustąpiła. Odnalazł wzrokiem żonę.
Mokosz wciągnęła powietrze i zakryła usta dłonią.
— Bogowie…
Agnieszka dotknęła szyi Domarada. Puls nadal drżał pod palcami, słaby i nierówny.
— Jelenia…? — wychrypiał. Głos ledwie wydobył się z gardła.
Uniosła głowę. Patrzyła na męża, niezdolna wydobyć z siebie dźwięku.
Agnieszka dotknęła jej ramienia.
— Podejdź do niego. Mów.
Skinęła na dzieci.
— Podejdźcie. Ojciec was słyszy.
Jelenia przypadła do posłania.
— Domaradzie! Jam tu! Słyszysz mnie?
Mężczyzna powoli obrócił głowę. Popatrzył na nią. Uniósł dłoń. Przycisnęła ją do policzka.
— Jelenia… Dobrze mi z tobą było.
— Czekaj mnie… — wyszeptała i pocałowała go w palce.
— Będę…
Dzieci podeszły, drżąc. Chłopiec stanął przy posłaniu i wyprostował ramiona. Domarad spojrzał na syna. Oderwał dłoń od policzka żony i wyciągnął ją do chłopca.
— Synu…
Chłopiec ujął ją oburącz.
— Pilnuj matki… i siostry. Teraz tyś gospodarzem.
Chłopcu zadrżała broda. Łzy spływały mu po policzkach.
— Obiecuję, ojcze.
Córeczka kryła twarz w spódnicy matki. Domarad spojrzał na nią.
— Moja… iskierko…
Dziewczynka podeszła i pochyliła głowę. Musnął palcami jej włosy.
Jego spojrzenie wróciło do żony. Kącik ust drgnął mu w słabym uśmiechu. Zaczerpnął powietrza. Pierś uniosła się, opadła — i już się nie podniosła. Palce zsunęły się z włosów córki.
Agnieszka przyłożyła palce do jego szyi. Czekała.
Nic.
W chacie zapadła cisza. Na palenisku skwierczało drewno.
Jelenia opadła na pierś męża.
Wyszły z chaty w milczeniu. Ciepłe powietrze owiało im twarze. Agnieszka mimo to drżała. We włosach nadal czuła słodkawy odór potu i mokrej słomy. W uszach brzmiały słowa Domarada i zduszony szloch Jeleni.
Oparła plecy o chropowatą ścianę. Pierwszy raz patrzyła, jak człowiek umiera. Żołądek podszedł jej do gardła. Objęła się ramionami.
Mokosz stanęła obok. Z chaty dobiegało coraz głośniejsze zawodzenie, lecz ona wpatrywała się w dal. Palce zaciskały się na uchu dzbanka.
— On się obudził — szepnęła. — Natychmiast. Jak tylko podałam mu wywar.
Odwróciła się do Agnieszki.
— Gdybyśmy podały mu go wcześniej… — urwała. — Gdyby dostał go, kiedy tylko zaniemógł… przeżyłby?
— Ten wywar nie czyni cudów. — Agnieszka zaczerpnęła powietrza. — To, co wyciągnęłyście z kory, nie mogło zadziałać w kilka uderzeń serca. Kaszel na chwilę wyrwał go z otępienia i oczyścił gardło.
Mokosz opuściła wzrok.
— To lekarstwo nie zwalcza samej choroby. Może obniżyć gorączkę, złagodzić ból i dać choremu wytchnienie. Pomaga zachować siły, ale resztę musi zrobić jego ciało. Nie wiem, czy wcześniejsze podanie ocaliłoby Domarada. Może ulżyłoby mu w cierpieniu. Może dłużej zachowałby siły. Równie dobrze mógł umrzeć mimo wywaru.
— Czyli… — Mokosz przesunęła kciukiem po uchu dzbanka. — Walczymy z czasem.
— Nie z czasem. O czas. Domaradowi go zabrakło.
— Róbcie te nowe garnki. Nie chcę więcej tracić wywaru w glinie.
— Co teraz będzie z Jelenią i dziećmi?
— A co ma być? Ród Domarada ich nie opuści. Sioło też pomoże, dopóki chłopak nie zdoła sam gospodarzyć. — Odwróciła się i ruszyła ku lasowi.
Agnieszka została przed chatą. Słońce grzało ją w twarz, lecz nadal obejmowała się ramionami. W końcu ruszyła do domu.
Przed obejściem piętrzyła się mokra sterta rzecznego piasku. Robert i Gniewko pracowali przy niej na kolanach.
Robert uniósł głowę. Uśmiech zniknął mu z twarzy.
— Domarad?
Skinęła głową i opuściła wzrok.
Podszedł i mocno ją objął.
* * *
Usiadła ciężko na ławie. Oparła łokcie na kolanach.
Z drogi dobiegł głos Stanimira.
— Witajcie! Niesiem wam gościniec!
Ścieżką nadchodziła cała Stanimirowa rodzina. Milusia szła między rodzicami. Radomir prowadził Leszka, obejmując go ramieniem. Stanimir pchał taczkę z pękatym worem.
Robert podniósł się pierwszy. Agnieszka została na ławie.
— Co tam wieziecie?
Zatrzymał się. — Zapłata za taczki. Dzięki nim jeszcze przed zwózką mamy pełne gumno. Rozwiązał rzemień. Spomiędzy fałdów płótna osypał się jasnobrunatny pył.
Mąka. Nie ziarno, lecz gotowa mąka. Dni mozolnego obracania żaren zamknięte w jednym worku.
— Nie możemy... — zaczęła, ale przerwała jej Dobra.
Dobra przyprowadziła Milusię i położyła dłonie na jej ramionach.
— Mąż mówi o zapłacie za taczki. Ja przyszłam podziękować za Milusię. Uratowaliście nam dziecko. Tego i tak nie starczy, by spłacić ten dług.
— Dobro, nie możemy tego przyjąć. To wasz chleb.
— I wasz też — odparł Stanimir. — W tym siole za dobro płaci się dobrem. Nie róbcie nam sromoty. Przyjmijcie.
Dobra patrzyła Agnieszce prosto w oczy.
Skinęła wolno.
— Dziękujemy. Z całego serca.
Robert uścisnął dłoń Stanimira. Agnieszka objęła Dobrą.
Milusia podeszła i objęła je obie.
Agnieszka zanurzyła dłoń w mące. Drobne otręby zadrapały skórę. Kącik ust drgnął jej w słabym uśmiechu.
— Robercie, zanieś mąkę do chaty. Nanieś drewna, będę potrzebowała dużo żaru. Rozumiesz? Samego żaru!
— A ty chodź ze mną. — Chwyciła Dobrą za rękę. — Gniewko, przynieś nam wodę. Nie zaglądajcie, dopóki was nie zawołamy i oporządźcie ryby!
— Co ona... — zaczął Stanimir, kiedy Robert wrócił.
— Nie wiem. Ale dobrze, że zajęła czymś ręce. Skoro potrzebują żaru, przygotujemy drewno.
— Radomirze! Chodź, pomożesz mi. Gniewko, ty też. A ty, Mściwoju, zrobisz ryby?
Ułożyli szeroki stos z grubych szczap.
— Wy tu wszyscy… Ty, Mysłodarze, masz dar w głowie. Stanimir w rękach. A ja? Wymyślacie dla mnie koło, jakbym ułomny jaki był…
— Co ty pleciesz? — przerwał mu Stanimir. — Bez ciebie to jeno krążki i drąg. My zbudujemy koło, ale ono samo garnka nie ulepi. To twoje dłonie mają nauczyć je roboty. Pokażesz nam, czy nasz pomysł w ogóle nadaje się do gliny.
— Jak tylko Stanimir skończy, twoja robota dopiero się zacznie — dodał.
Stanimir parsknął.
Mściwój opuścił głowę, kryjąc uśmiech.
— Obyś miał rację.
Cień płotu przesunął się pod ścianę chaty.
— Ciekawe, co one tam robią? — Radomir zerknął na zamknięte drzwi.
— Nie mam pojęcia. — Robert wzruszył ramionami.
Ogień objął chrust, a potem wspiął się po grubych szczapach.
— Bierzmy się za ryby. Stanimirze, weź drugą.
Stanimir odłożył wątrobę i serce na szeroki liść. — Dla Milusi — wyjaśnił.
Podzielili ryby na duże dzwonka, natarli je solą i ziołami, owinęli liśćmi i oblepili mokrą gliną.
Kiedy zgasły ostatnie płomienie, drzwi chaty się otworzyły. Agnieszka z Dobrą wyszły z podwiniętymi rękawami. Niosły dwie gliniane misy złożone brzegami. Podeszły do ogniska.
— Skończyłyście? — zapytał Stanimir, gwałtownie wstając z kłody.
— Jeszcze nie — odpowiedziała Agnieszka. — Teraz potrzebujemy żaru.
— A co zrobiłyście w chacie? — zapytał Gniewko.
— Dowiesz się, kiedy będzie gotowe. A teraz zaproś Jagnę na obiad. Te ryby to tylko dzięki niej mamy.
Gniewko wyprostował się i zerwał na równe nogi.
— Mila! Kto pierwszy u Jagny, ten ją prosi!
Mała zapiszczała i oboje pomknęli ścieżką do wsi, ścigając się zawzięcie.
Dobra przystanęła, patrząc za biegnącą córką. Oczy zaszkliły jej się łzami.
— Za każdym razem... — szepnęła, a jej głos się załamał. Stanimir objął ją ramieniem. — Kiedy patrzę, jak biegnie, aż mnie w sercu ściska... Pomyśleć, że już mogło jej tu nie być…
— Wszyscy sobie pomagamy, Dobro.
Odwróciła się ku palenisku.
— Robercie! Rozgarnijcie żar, bym mogła włożyć w środek misę.
Razem ze Stanimirem rozsunęli pulsujące węgle, tworząc w popiele głębokie, gorące gniazdo. Agnieszka ostrożnie postawiła w nim zamknięte naczynie. Mężczyźni ułożyli obok gliniane kokony z rybami, po czym zasypali wszystko żarem.
— I teraz czekamy, aż będzie gotowe. — Otrzepała dłonie.
Wpatrywali się w kopczyk żaru.
— Co tam macie? — Stanimir zwrócił się do żony. — Chyba możesz mi powiedzieć.
Dobra zachichotała i położyła palec na ustach.
— Zobaczysz, mężu — odpowiedziała. — Ale coś mi się zdaje, że kiedy raz spróbujesz, wszyscy będziemy chcieli jeść to codziennie.
Mężczyźni wymienili zdumione spojrzenia.
— Codziennie? — mruknął, drapiąc się w brodę. — Lepsze niż kasza z okrasą?
Wkrótce ze ścieżki dobiegł radosny pisk Milusi i krzyk Gniewka:
— Idzie! Już idzie!
Dzieci wpadły do obejścia, zarumienione od biegu. Za nimi szła Jagna, spokojnym, miarowym krokiem. Ściągnęła brwi na widok całej gromady.
— Witaj, Jagno! — zawołała Agnieszka.
Robert wstał z ławy.
— Siadajcie, Jagno, proszę. Najlepsze miejsce przy żarze.
— A dajcie spokój. Nie trzeba było sobie mną głowy zawracać — mruknęła, siadając na wskazanym miejscu. — Tyle zachodu. Po co ten kłopot? Co to za święto, żeby taką biesiadę urządzać?
— Święto ryby i tajemnicy, której kobiety nie chcą nam zdradzić! — odparł Stanimir, uśmiechając się szeroko.
— Gdyby nie ty, Jagno, znowu jedlibyśmy dziś brukiew — dodała Agnieszka.
— Albo piasek Gniewka — wtrącił Mściwój.
Radomir parsknął, a pozostali mu zawtórowali.
Wzrok Jagny spoczął na Milusi, która zdążyła już złapać oddech i przytulić się do nogi matki.
— A patrzcie no na tę kruszynę… — Jagna pochyliła się ku dziewczynce. — Ledwom cię poznała. Pamiętam cię bladą jak płótno i słabą jak pisklę, co z gniazda wypadło. A teraz? Rumiana jak jabłko i w oczach ogień.
Dobra wyprostowała się i pogładziła córkę po włosach.
— Siły ma teraz za troje. — Przyciągnęła córkę do boku.
Jagna pokiwała głową z uznaniem.
— A w co wy się tak bawicie całymi dniami? — zapytała, patrząc na dzieci. — Tak pędziliście, że ledwo dech mogłam złapać.
— Biegamy! — zawołała Milusia.
Cień płotu przesunął się o kolejną stopę. Na glinianych kokonach pojawiła się siatka drobnych pęknięć. Ze szczelin syknęły cienkie strużki pary.
— Gotowe! — krzyknęła Agnieszka, wstając. — Czas na naszą ucztę. Rozgarnijcie żar. Wyjmujemy wszystko.
Robert i Mściwój poderwali się z miejsc. Chwycili dwa grube kije i wsunęli je pod dolną misę. Naczynie zachwiało się, gdy unieśli je z popiołu. Balansując ciężarem, wynieśli je z paleniska i postawili przed ogniskiem. Popiół osypał się z misy, odsłaniając poczerniałą glinę.
Dzieci przysunęły się bliżej. Robert zagrodził im drogę kijem. Rozmowy ucichły.
Agnieszka powiodła wzrokiem po zebranych i odczekała jeszcze chwilę. W końcu wzięła do rąk grubą, lnianą płachtę. Złożyła ją kilka razy, owinęła nią dłonie i chwyciła górną misę.
Podniosła ją.
Spod misy buchnęła para. Wraz z nią rozszedł się kwaśny zapach ziarna i przypieczonej mąki.
Jagna rozchyliła usta. Stanimir wciągnął powietrze i oblizał wargi.
W misie leżał wyrośnięty bochen. Skórka popękała, a jeden bok przypiekł się niemal na czarno.
— To chleb? — Mściwój pochylił się nad misą. — Dlaczego tak wyrósł?
Agnieszka roześmiała się i wypuściła długo wstrzymywane powietrze. Spojrzała na Dobrą. Ta zakryła usta dłonią.
— Chleb na zakwasie — powiedziała Agnieszka. — Pozwoliłyśmy ciastu wyrosnąć, zanim włożyłyśmy je do żaru.
— Chleb? — Stanimir zmarszczył brwi. — Ale… jak? Nasze placki nigdy tak nie rosną. U nas piecze się go płasko, na kamieniu.
— I można go upiec między misami? — zapytał Mściwój.
— Robercie, czyń honory pana domu — powiedziała. — Najpierw otwórzmy ryby.
Kiedy zjedli pierwsze dzwonka, Robert sięgnął po wciąż ciepły bochen i przełamał go oburącz. Skórka trzasnęła. Spomiędzy nierównych porów uleciała resztka pary.
Pierwszy kawałek podał Jagnie.
Jagna wyciągnęła rękę, lecz zawahała się przed dotknięciem ciepłego, pulchnego kawałka. Nie przypominał żadnego placka, jaki dotąd piekła. Nacisnęła palcem miękisz. Ugiął się, po czym powoli wrócił na miejsce.
— Córko… — Spojrzała na Agnieszkę. — Prawiłaś, że uczysz się ode mnie nowych rzeczy… ale czegoś takiego nigdy nie robiłam.
Uszczknęła odrobinę ciepłego miękiszu i włożyła do ust. Przeżuła powoli. Brwi uniosły jej się, a powieki przymknęły. — O, bogowie... — szepnęła. — Czy wam w Wyraju dane jest ucztować przy takich pysznościach?
Gdy każdy dostał po ciepłym kawałku, Robert rozłupał kolejne gliniane kokony. Odrywał kawałki ryby i nakładał każdemu na chleb. Powietrze wypełnił zapach jesiotra, ziół i ciepłego chleba.
Robert zerknął na Agnieszkę. Kącik ust drgnął mu w uśmiechu. Stanimir spróbował. Przeżuł, spojrzał na Dobrą, po czym bez słowa odłamał sobie kolejny kawałek.
Przez chwilę słychać było tylko trzask skórki, szelest liści i mlaskanie. Nikt się nie spieszył.
Nie zauważyli cieni, które zatrzymały się po drugiej stronie płotu.
Robert pierwszy podniósł wzrok. Na skraju obejścia zebrało się kilkanaścioro sąsiadów, zwabionych zapachem chleba i pieczonej ryby. Milczeli. Niektórzy skrzyżowali ramiona, inni zaciskali szczęki.
Znieruchomiał.
Dobiegły ich pierwsze szepty.
— ...znowu ucztują...
— ...i innych spraszają...
— ...skąd tyle jadła mają? Wojciechowi ciągle jadła brakowało, a u nich co kilka dni biesiada...
— ...patrzcie, jesiotry…
Jagna skrzyżowała ręce na piersi i parsknęła głośno ku obrzeżom zagrody. — A wy o czym tak gwarzycie, co?! Że im sam Weles błogosławi, czy o tym, że rusały same im ryby w więcierz naganiają?!
Robert spojrzał na Agnieszkę. Skinęła głową.
Wstał. Sięgnął po pozostałą część bochna. Ruszył ku szemrzącym sąsiadom.
— Witajcie. — Uśmiechnął się i uniósł bochen, żeby wszyscy go zobaczyli. — Gdybyśmy się was spodziewali, upieklibyśmy więcej. — Zaśmiał się krótko. — Ale podzielimy się tym, co mamy.
Odłamał kawałek i wyciągnął go ku Wojsławowi, który wspierał się na kosturze.
Starzec spoglądał to na chleb, to na Roberta. Nie wyciągnął ręki. Robert nie cofnął dłoni.
Od chaty dobiegł głos Jagny.
— No, na co czekasz, Wojsławie?! — zawołała Jagna. — Mnie nie otruli, to ciebie chyba też nie! Po co mieliby to robić, kiedy ty już jedną nogą w Nawi stoisz, co?!
Kilku sąsiadów parsknęło, lecz zaraz umilkli.
Starzec wyciągnął drżącą dłoń i wziął kawałek. Podniósł go do nosa, powąchał, po czym wsunął go do bezzębnych ust i zaczął ssać miękisz. Przełknął. Oblizał wargi i wyciągnął rękę po jeszcze.
Szepty ucichły. Kilka spojrzeń przeniosło się ze starca na bochen w dłoniach Roberta. Jedna z kobiet wysunęła przed siebie małego chłopca. Dwóch mężczyzn nie ruszyło się spod płotu.
Zaczął odłamywać małe kawałki i podawać tym, którzy podeszli.
Gdy rozdał wszystko, uniósł puste dłonie.
— Wybaczcie, że tak mało — zawołał. — Upiekliśmy tylko jeden, ale jeśli komuś smakował i chciałby więcej… — urwał. — …niech przyjdzie do nas. Agnieszka pokaże każdemu, jak upiec taki chleb.
Z tłumu dobiegł głos. — Każdemu pokaże?
— Każdemu, kto będzie chciał.
Odwrócił się. Jagna skinęła z uznaniem.
Sąsiedzi zaczęli się rozchodzić. Dojadali ostatnie okruszki. Przez chwilę słuchali oddalających się głosów.
Pierwszy odezwał się Stanimir.
— No, Dziewanno. Muszę przyznać, że ten wasz chleb smakuje lepiej niż cokolwiek, com w życiu jadł.
— Widzisz, Mściwoju, jak garnki potrafią uszczęśliwiać ludzi — roześmiała się Agnieszka.
— Dajcie spokój. — Mściwój machnął ręką. — Jeszcze żem żadnego nie uczynił.
— Najpierw taczki, co wożą tyle, że pięciu chłopów by nie uniosło, a teraz chleb, co sam rośnie w garnku — zaśmiała się Dobra.
Jagna pokręciła głową, lecz nie zdołała ukryć uśmiechu. — Strach pomyśleć, co będzie dalej.
— Dalej będzie ciężka robota — mruknął Mściwój, ale tym razem nie krył uśmiechu. — Zaczynam rozumieć. Najpierw koło, potem garnki, potem dom...
— Właśnie! — podchwycił Stanimir. — Ucztujemy, jakby cała robota była już za nami, a myśmy przecież jeszcze nawet tego waszego koła nie zaczęli strugać! Prawdę rzekłaś, żono. Teraz taki chleb będę chciał jeść każdego dnia. Pochylił się ku Dobrej i pocałował ją. Zarumieniła się i spuściła głowę. Palcami wygładziła fałdę sukni.
— Patrzcie go! Jedna uczta, a już mu żona na nowo smakuje! — zawołała Jagna.
Wszyscy wybuchnęli śmiechem.
Dzieci odsunęły się od paleniska. Leszek kreślił patykiem po piasku, a Gniewko z Milusią szeptali do siebie i rozgrzebywali popiół palcami.
Robert obserwował ich przez chwilę, po czym wstał od paleniska. Podszedł do sterty piasku. Wygrzebał z niej pięć okrągłych kamyków.
— Hej, wy tam! — zawołał do dzieci, kucając na ziemi. — Nudzi wam się?
Cała trójka podniosła głowy. Uśmiechnął się i wysypał kamyki na ubitą ziemię.
— To patrzcie. Cztery kamyki leżą na ziemi, a piąty trzymam w ręce. Podrzucam go… — Wyrzucił kamyk w powietrze. — Zanim spadnie, chwytam jeden z ziemi.
Dzieci przykucnęły wokół niego.
— Teraz podrzucam dwa. Zanim spadną, podnoszę kolejny i łapię oba. Potem podrzucę trzy i podniosę czwarty. Na końcu cztery i ostatni. Za każdym razem trudniej.
Gniewko pierwszy wyciągnął rękę.
— Ja! Ja spróbuję!
— Nie, ja pierwsza! — Milusia spróbowała odepchnąć go ramieniem.
Leszek wykorzystał ich sprzeczkę. Wsunął się między nich i zgarnął kamyki.
— Ja zaczynam!
Radomir przykucnął za bratem i wyjął mu kamienie z dłoni.
— Teraz ja. Jestem najstarszy.
— Tyś za stary! — Leszek chwycił go oburącz za nadgarstek.
Radomir roześmiał się i uniósł zaciśniętą pięść nad głowę. Brat zawisł na jego ramieniu, próbując ściągnąć ją w dół.
— Mysłodar też nie jest dzieckiem, a się bawił!
— On tylko pokazywał! Oddaj!
Gniewko uczepił się drugiego ramienia Radomira, a Milusia zaczęła ciągnąć go za kraj koszuli.
— Każdy może znaleźć sobie kamyki — zaśmiał się Robert, wskazując stertę piachu.
Dzieci z piskiem zaczęły rozgrzebywać stertę.
Dobra roześmiała się, kiedy Milusia po raz trzeci wypuściła kamyk z dłoni. Po chwili przyglądali się już wszyscy.
Słońce dotknęło wierzchołków drzew, a cień chaty przeciął obejście. Żar w palenisku przygasał. Wreszcie Jagna wstała, otrzepując spódnicę.
— Pora na mnie. Dziękuję wam za ucztę, jakiej nawet starszyzna nie pamięta.
Zaraz za nią podniósł się Stanimir z rodziną.
— I my dziękujemy. Za wszystko. Jutro z samego rana, Mściwoju, bierzemy się za to twoje koło.
Ruszyli do swoich chat. Jeszcze przez chwilę od strony ścieżki dobiegały kłótnie dzieci o kamyki, aż zagłuszył je wieczorny świergot.
Gniewko spał już w chacie. Siedzieli na ławie przed dogasającym paleniskiem. Oparła głowę o jego ramię.
— Wciąż czuję chleb i dym — powiedział.
Milczała przez chwilę.
— A ja tamtą chatę.
Objął ją mocniej.
Ostatnia głownia pękła i rozsypała się w popiele.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania