Cuiavia. Dzień dwudziesty piąty. Po południu.
Kobiety minęły ostatnie obejścia i weszły między sosny. Dziwa szła obok Agnieszki z koszem przy biodrze. Policzki miała jeszcze czerwone.
– Mściwój dobrze dziś pracował – rzuciła Agnieszka.
Dziwa wzruszyła ramionami i trąciła stopą szyszkę na ścieżce.
– Każdy zdrowy chłop pracuje.
– Robert powiada, że zmyślny z niego chłop. Nie czeka, aż mu wszystko pokażą.
Dziewczyna zerknęła na nią spod rzęs i zaraz spuściła wzrok.
– Sama widziałam. Najpierw myśli, a potem robi.
– Praca to obowiązek – mruknęła Dziwa.
Agnieszka odczekała chwilę.
– Słyszałaś, czemu odszedł od ojca?
Dziwa zacisnęła palce na uchwycie kosza.
– Ludzie gadają różnie.
– A ty co słyszałaś?
– Że ojciec go wygnał. Pierworodnego! – Dziewczyna pokręciła głową. – Nie pojmuję tego. Mądry syn głupiego ojca.
Agnieszka utkwiła wzrok w korzeniach pod nogami, kryjąc uśmiech.
– Dziewki we wsi pewnie już go zauważyły.
Dziwa otworzyła usta, lecz zaraz zacisnęła wargi, skubiąc palcami brzeg koszuli.
– Nie pytam więcej – powiedziała Agnieszka.
– Słusznie. Siostry czekają. – Przyspieszyła.
Agnieszka nie przyspieszyła, pozwalając jej odejść kilka kroków.
* * *
W półmroku chaty dwie starsze siostry ucierały zioła przy niskim stole.
– Przyprowadziłam pomoc! – Dziwa weszła pierwsza. – Dziewanna chce zobaczyć, czym poimy Domarada.
Z ciemnego kąta dobiegł niski, gardłowy głos.
– Pomoc zawsze się przyda.
Agnieszka dopiero teraz dostrzegła Jagodę. Siedziała przy ścianie, zlewając się z cieniem.
– Dziękuję za zaproszenie. – Skinęła głową. – Chętnie popatrzę. Pomogę. Same wszystko robicie?
Jagoda prychnęła i odłożyła pęk ziół.
– A kto ma robić? Roboty baby się nie boją. Gorzej, gdy chłop zacznie pomagać. Zawsze ino zawadza.
Agnieszka zerknęła na Dziwę. Dziewczyna wbiła wzrok w klepisko. Siostry pochyliły się nad ziołami, ucierając je szybciej.
– Do czegoś się jednak przydają – powiedziała ostrożnie. – Choćby do wody i drewna.
– Drewno sama narąbię, wody córki przyniosą – odparła, patrząc jej prosto w oczy.
Agnieszka przesunęła wzrokiem po chacie. Nie dostrzegła łuku ani dużego kożucha.
– Sama tu wszystko prowadzisz? Gospodarza nigdy nie miałaś?
Jagoda zaśmiała się nisko i chropawo. Córki zerknęły na nią znad ziół. Mokosz i Rusała zachichotały pod nosem.
– Gospodarza? Ja nigdy chłopa na stałe w chacie nie chciałam. Córki chciałam. I to bardzo.
Wyszczerzyła zęby.
– Gdy kupcy z dalekich stron zjeżdżali do osady, stęsknieni za babami, wiedziałam, co z tym zrobić. Kogo długo niesie droga, tego długo namawiać nie trzeba. Swojego chłopa masz, to wiesz, co im tylko po głowie chodzi.
Agnieszka milczała.
– Ta – wskazała brodą Mokosz – po Waregu, co futra kupował. Ta – skinęła na Rusałę – po kupcu z Rusi. A najmłodsza… – zawiesiła głos przy Dziwie. – Po handlarzu z południa. Przyprawy woził. Każda z innego dobrego ziarna.
Dziwa pochyliła głowę niżej nad koszem.
Agnieszka przez chwilę patrzyła na Jagodę, potem parsknęła krótkim śmiechem.
– To ci się siew udał, same córki z niego wyrosły.
Zielarka wróciła do sortowania ziół, omijając wzrokiem Agnieszkę.
– Pierwszy… syna dał.
Tłuczek Rusały zatrzymał się nad moździerzem. Agnieszka uniosła wzrok.
– Oddałam go gospodarzowi spod lasu. Same córy żony mu powiły, a on syna do roboty potrzebował. – Odłożyła gałązkę krwawnika. – U mnie jedna gęba mniej, u niego para rąk więcej.
– Matko… – krzyknęły równocześnie. – Któren to? Gdzie on?
Mokosz wstała gwałtownie, stołek stuknął o ścianę. Dziwa przycisnęła kosz do brzucha.
– Pozbyłam się kłopotu, nim urósł. Teraz gospodarz ma ręce do pomocy, a ja mam spokój. Co tu więcej bajać? Siadać i do roboty.
Żadna się nie ruszyła.
Jagoda sięgnęła po kolejną gałązkę.
Mokosz pierwsza drgnęła.
– Mówiłaś… spod lasu.
– Dosyć! Co wam po tym?
Rusała odłożyła tłuczek.
– Dobromir spod Dębu?
– Głupiaś – syknęła Mokosz. – On ma samych synów. Trzech.
– Borzywój przy Mrocznej Polanie miał same córki – rzuciła Rusała.
– Lecz syna brak – odezwała się Dziwa. – Matka mówiła, że gospodarz syna potrzebował.
Mokosz powoli odwróciła głowę.
– Bożydar ma sześć córek.
– Nie szukajcie go. Nic wam po tym.
Dziwa spojrzała na Rusałę.
– I trzy żony.
– I jednego syna – dodała Mokosz. – Lasotę.
Jagoda ucierała jałowiec, dopóki nie padło imię. Wtedy uniosła głowę. Spojrzała jednak nie na córki, a na Agnieszkę.
– No… toś mnie uprzedziła, dziewko – powiedziała i ciężko westchnęła. – Gospodarzowi potem też same córy się rodziły. Do dziś kłania mi się w pas, gdy mnie widzi. Chłopak rośnie silny i zdrowy. O niczym nie wie. Szczęśliwy jest.
– Takie se baby wziął, że mu same córki dają – zaśmiała się Mokosz.
– Po prawdzie… to ziarno chłopa rozstrzyga, czy urodzi się syn, czy córka – mruknęła Agnieszka.
– Dobrze prawisz! – Jagoda klepnęła się w udo. – Syna se zrobić nie umie, to niech teraz na posagi dla córek haruje!
Śmiech urwał się nagle. Jagoda odłożyła tłuczek.
– Kiedyś i tak musiałyście się dowiedzieć. Teraz zapamiętajcie jedno. Żeby żadnej z was nie przyszło do głowy szukać z nim zwady albo, co gorsza, gamractwa jakiego.
Pochyliła się nad stołem.
– A już brońcie was bogowie przed leganiem z nim. Plugastwo z tego, za które ziemia przestaje rodzić, a niebo zsyła pomór. Przewina jednego ściąga karę na wszystkich.
Wyprostowała się.
– Zrozumiałyście?
Nie czekała na odpowiedź. Wróciła do pracy. Tłuczek głucho uderzał o dno moździerza. Nikt się nie odezwał.
– Widzisz? Chłop ma rzucić ziarno, a potem tylko jeść woła i zawadza. Bez niego żyje się spokojniej, mówię tobie.
Agnieszka usiadła obok Dziwy.
– Może bez chłopa spokojniej – powiedziała.
Spojrzała na swoje dłonie. Na skórę stwardniałą od pracy.
– Ale u nas bez Roberta i Mściwoja robota stanęłaby przed zimą. Sama nie postawiłabym dachu, nie zwiozła trawy, nie wypaliła gliny. Mściwój będzie stawiał własną chatę. A wy? – Spojrzała po siostrach. – Też chcecie żyć bez chłopów?
W chacie zapadła cisza, przerywana tylko trzaskaniem ognia.
Po chwili Rusała zaśmiała się nerwowo.
– Jeszcze żaden do nas nie zaszedł. Boją się nas.
Dziwa zacisnęła palce na brzegu koszuli.
– I dobrze, że się boją – warknęła Jagoda.
Jej wzrok na ułamek sekundy zahaczył o Dziwę.
– Moje córki, gdy zechcą, zwiodą każdego, którego sobie upatrzą. Zwiodą, by ziarno swoje zasiał i poszedł precz. Potrzebujemy chłopa jak świnia jarzmo.
Rusała i Mokosz skinęły głowami niemal równocześnie. Dziwa skinęła później. O jedno uderzenie serca.
– Pokażcie, co niosła Dziwa dla Domarada – powiedziała Agnieszka.
– Domarad niedomaga. Gorączka go pali. Dusi się, w piersiach mu rzęzi, jakby topił się od środka. Każdy kaszel zgina go wpół. Z dnia na dzień słabnie. Długo nie pociągnie.
– Czym go leczysz?
– Lipa i bez na złamanie gorączki. Wierzba na ból i gorąco. Nad parą z tymianku i sosny go trzymam. Nacieram go też sadłem z jałowcem i igliwiem.
– Sadłem? – Agnieszka przyjrzała się zielarce uważniej.
– Gęsim, gdy jest. Świńskim, gdy gęsiego brak. Rozcieram ziele, grzeję przy ogniu i wcieram w pierś, żeby flegma uszła. Chory lżej ciągnie powietrze po tym… albo powinien. – Jagoda zacisnęła usta. – U Domarada nie pomaga na długo.
– Rozumiem. – Agnieszka skinęła głową. – Jednym zbijasz gorączkę, drugim otwierasz pierś, trzecim uciszasz ból, żeby chory mógł zasnąć.
Córki podniosły głowy znad stołu.
Jagoda przyjrzała jej się uważniej.
– Szybko miarkujesz.
– Od kiedy leży? – spytała Agnieszka.
– Jelenia posłała po mnie dziesięć dni temu. Już wtedy słabł od kilku dni.
– Od czego się zaczęło?
– Prawiła, że jednego dnia zdrowy niby tur. Cały dzień robił przy sianie. Wieczorem śmiał się. Zjadł całą miskę kaszy ze skwarkami, jeszcze chlebem zagryzał. Nic, a nic mu nie dolegało. Rano chciała go budzić. Płonął ogniem, potem trząsł się z zimna, aż łóżko skrzypiało. Ledwo oczy otworzył. Słowa nie wydusił. Przy próbie wstania nogi zgięły się pod nim niby mokre szmaty.
Agnieszka długo milczała.
– Leży prawie pół miesiąca.
Jagoda odłożyła zioła.
– Prawisz, że mogłam pomóc, ale zwlekałam?
– Nie widziałaś go na początku choroby. Nikt cię nie wezwał w pierwszą noc. Zrobiłaś to, co mogłaś z tym, co wiedziałaś.
Agnieszka położyła dłoń na jej ramieniu. Jagoda nie strąciła jej ręki.
– Pokaż, jak warzysz. Ty znasz zioła. Ja sprawdzę, gdzie może uciekać moc.
Jagoda skinęła głową. Twarz jej stwardniała.
Rusała podsunęła garnek. Dziwa dorzuciła drewno pod palenisko.
– Mokosz, przynieś korę – poleciła Jagoda.
Mokosz podeszła do pęków ziół i zdjęła wiązkę suchych pasm wierzby. Rozłożyła je na stole. Agnieszka przesunęła palcem po korze. Sucha, czysta, bez pleśni.
Jagoda zauważyła jej spojrzenie.
– Wiosną zbierana – powiedziała. – Gdy sok rusza. Wtedy sama odchodzi od gałęzi, bez szarpania. Jesienią twarda, martwa, gorzka inaczej.
Wzięła jedno pasmo i złamała je przy uchu.
– Słyszysz? Sucha dobrze. W cieniu musi schnąć, nie w dymie. Powoli.
Agnieszka skinęła głową.
– Czyli samo zebranie nie wystarczy. Pilnujesz też suszenia.
Jagoda prychnęła.
– Robak ziele nadgryzie, złe suszenie moc wyliże.
Dziwa usiadła przy stole, łamiąc pasma na krótsze kawałki. W chacie rozlegały się suche, ostre trzaski. Rusała zawiesiła nad ogniem garnek z wodą.
Czekały, aż woda zacznie podskakiwać i pluć na brzegi. Dopiero wtedy Dziwa wsypała korę do bulgoczącego garnka. Woda zasyczała, a w powietrze buchnął obłok pary o gorzkim zapachu.
– W największy ogień – powiedziała Jagoda. – Niech się zahartuje. Co w sobie moc kryje, to się ogniem dobyje.
Agnieszka odczekała chwilę.
– Zawsze łamiecie ją tak grubo?
Jagoda prychnęła.
– Dziecko, pomyśl. Utłukę korę na pył, wywar zmętnieje niby woda z kałuży. Choremu, co ledwo dycha, pył podrapie gardło i wyrwie kaszel. A czym to odcedzić? Nawet przez gęste płótno najdrobniejszy pył przejdzie. Chcemy choremu ulżyć, a nie zadać nową mękę.
– Gotowy wywar można odstawić – powiedziała Agnieszka. – Pył opadnie. Chory dostanie czysty płyn z wierzchu.
Jagoda spojrzała w garnek, potem na moździerz. Po chwili potrząsnęła głową.
– Póki gorące, póty leczące. Kuj zdrowie, póki lekarstwo gorące. Tak matka mnie uczyła.
– Zróbmy dwa wywary. Jeden po twojemu. Drugi z drobno utłuczonej kory. Tyle samo wody, tyle samo kory i tyle samo czasu nad ogniem. Gorycz nie powie wszystkiego, ale pokaże, czy oba wyciągi naprawdę się różnią.
Jagoda przez chwilę patrzyła na nią bez słowa.
– Prawisz, że można sprawdzić?
– Można.
Jagoda podsunęła jej moździerz.
– To tłucz.
Wzięła tłuczek. Pierwsze uderzenie poszło krzywo. Drugie rozgniotło korę, ale część wyskoczyła na stół.
Rusała prychnęła.
Jagoda cmoknęła i poprawiła Agnieszce dłoń.
– Nie chłopa tłuczesz, jeno korę trzesz. Nadgarstkiem. O, tak.
Agnieszka skinęła głową.
– No to ucz.
Kącik ust Jagody drgnął.
– Patrzcie ją, taka zmyślna, a tłuczka nie umie trzymać.
Dziwa przyniosła z kąta gliniany dzbanek i postawiła go na stole. Ciemne plamy wilgoci znaczyły boki. Agnieszka przesunęła palcami po ściance. Chłód i wilgoć zostały na opuszkach.
– Macie inny dzbanek? Taki, który się nie poci?
Siostry spojrzały po sobie, potem na matkę.
– Czyli jaki? – odparła Jagoda. – Wszystkie takie same. Z tej samej gliny lepione.
Agnieszka wskazała mokry ślad na palcu.
– Ten dzbanek pije. Jeśli pije wodę, pije też lekarstwo.
Jagoda podeszła bliżej i dotknęła wilgotnej ścianki.
– Moc zostaje w glinie?
– Część może zostać.
Jagoda cofnęła rękę.
– A potem wyłazi do następnego lekarstwa.
Agnieszka skinęła głową.
– Właśnie tego się boję.
Rusała przyjrzała się dzbankowi z nieufnością.
Jagoda zacisnęła palce na brzegu stołu.
– Prawisz, że dzbanek może osłabić lekarstwo?
– Może. Nie wiem, ile. Ale może.
Agnieszka spojrzała na garnek, potem na pęk tymianku leżący przy stole.
– Może część mocy ucieka wam z parą.
Jagoda zmrużyła oczy.
– Ostre zapachy łatwo ulatują – wyjaśniła Agnieszka. – Czujesz tymianek, zanim go dotkniesz. Sosnę i jałowiec też. Część mocy ucieka z parą.
Rusała roztarła w palcach kwiaty tymianku i powąchała.
– Pachnie mocniej, gdy się rozgniecie.
– W wodzie część pójdzie w parę – powiedziała Agnieszka. – W tłuszczu zostanie dłużej.
Jagoda sięgnęła po grudkę sadła leżącą w misce.
– Nacieram nim pierś.
– Dobrze robisz. Ale można je najpierw zielem wypełnić. Powoli grzać z tymiankiem. Nie smażyć. Nie przypalać. Tylko trzymać przy cieple, aż tłuszcz przejmie zapach. Potem przecedzić, zamknąć i nacierać chorego. Zapach będzie się uwalniał dłużej niż znad odkrytego garnka.
Jagoda obróciła sadło w palcach.
– Prawisz, że tłuszcz może trzymać moc ziela?
– Tę pachnącą, ostrą – tak. Lipa i bez niech zostaną w wodzie. Wierzba też. Ale tymianek, sosna, jałowiec, żywica… one pójdą lepiej w parę albo tłuszcz.
Agnieszka spojrzała jeszcze raz na wilgotną ściankę.
– Robert i Mściwój chcą wypalać nowe garnki. Może da się zrobić takie, które nie piją.
Dziwa drgnęła niemal niezauważalnie i spuściła wzrok.
– Powiem im – dodała Agnieszka. – Będą mieli nad czym myśleć.
– A twój… umie takie zrobić, żeby nie piły? – zapytała Rusała.
– Nie umie – odparła. – Jeszcze. Ale gdy dostanie problem, będzie go gryzł, aż znajdzie sposób.
Dziwa nadal patrzyła w dłonie. Jagoda zmrużyła oczy.
– Dziwa, po wodę. Robota czeka.
– Pójdę już. – Agnieszka wstała z zydla. – Odprowadzisz mnie, Dziwo? Jeszcze nie do końca pamiętam tę krótszą drogę przez las.
Gdy to mówiła, jej oczy spotkały się ze wzrokiem Jagody.
Jagoda patrzyła chłodno, bez złości.
Agnieszka opuściła wzrok pierwsza.
* * *
Przed chatą Cisa żołądek Roberta ścisnął się niby przed dawnymi egzaminami.
Starzec siedział na zydlu i ostrzył na kamieniu długie, lekko zakrzywione ostrze osadzone między dwoma uchwytami.
– Ośnik – rzekł, nie odrywając wzroku od ostrza, po którym spływała woda. – Inni zwą go strugaczem. Dziś będzie twoim najlepszym przyjacielem albo najgorszym wrogiem. Zależy, czy go posłuchasz.
Odłożył narzędzie obok siebie i wziął w dłonie wczorajsze łuczysko. Ułożył je wzdłuż kozła i ściągnął skórzanym pasem.
– Wczoraj poznałeś grzbiet łuku. Dzisiaj zaczniesz urabiać brzusiec – powiedział, przesuwając dłonią po wewnętrznej stronie drewna. – Cała sztuka w tym, by zebrać tyle drewna, ile trzeba, a nie o wiór więcej. Łuk musi się giąć równo na całej długości. Jedno ramię sztywniejsze, drugie słabsze – jedno będzie spało, drugie całą robotę dźwigało. Aż pęknie.
Robert skinął głową. Natychmiast ruszyły obliczenia. Rozkład naprężeń, moduł Younga dla drewna, zasada dźwigni. W głowie rysował idealną krzywą ugięcia.
– Najpierw zdejmiemy zgrubnie, żeby złapać kształt – powiedział Cis. – A potem przyjdzie czas na głaskanie. Łuk w dłoni ma być gładki niby skóra dziewki po kąpieli. Gdy chwycisz go w lesie, masz dumać o nagrodzie, co cię w łożnicy czeka za mięsiwo do chaty zniesione.
– Weź to. – Podał mu ośnik. – Chwyć go mocno za obie rękojeści. Ciągnij ku sobie, od środka ramienia ku końcowi. Płytko. Masz zdejmować wióry cienkie niby płótno, nie łupać drwa.
Chwycił narzędzie, cięższe niż się spodziewał. Schylił się przy koźle, przyłożył ostrze do brzuśca łuku i pociągnął. Ostrze wcięło się w drewno gwałtownie, z głośnym chrupnięciem, wyrywając gruby, nierówny kawałek. Zamarł.
Cis ciężko westchnął.
– Mówiłem: ciągnij, nie szarp. I patrz na drewno, nie na ręce. Ono ci samo powie, którędy iść. Widzisz słoje? – Wskazał palcem na linie biegnące wzdłuż drewna. – Idź z nimi. Z nurtem, nie pod prąd.
Spróbował ponownie. Skupił całą uwagę na słojach. Pociągnął wolniej, płynniej. Ośnik zagłębił się w drewno i spod ostrza wysunął się długi, cienki, zwinięty wiór. Odetchnął. O to chodziło.
Praca szła powoli, monotonnie, a mimo to żądała nieustannego skupienia. Przyzwyczajony do rozwiązywania problemów w umyśle, musiał zmusić się do myślenia rękami.
Wszystko w nim rwało się do pomiaru: zaznaczyć, obliczyć, wyznaczyć punkty krytyczne. Chciał użyć węgla, by narysować idealną krzywą, a potem po prostu usunąć nadmiar materiału. Ale Cis na to nie pozwalał.
– Łuk robi się okiem, nie miarką – powtarzał. – Każdy kawałek drewna inny. Inne słoje, inny skręt. Nie znajdziesz dwóch takich samych łuków, ni dwóch takich samych ludzi. Patrzaj i czuj, gdzie drewno mocniejsze, gdzie słabsze. Gdzie trzeba zebrać więcej, a gdzie zostawić.
Zacisnął zęby. Ufał stałym, równaniom i powtarzalnym wynikom. Ośnik szarpał, drewno uciekało, dłonie sztywniały. Ramiona i plecy szybko zapiekły tępym bólem. Pot zalewał mu oczy.
Zamyślił się. Pociągnął za mocno. Ostrze zjechało i wybrało z brzuśca głębokie wcięcie tam, gdzie drewna powinno zostać najwięcej. Znieruchomiał.
– I stało się – powiedział cicho, opuszczając narzędzie. – Zepsułem. Zepsułem dobre drewno.
Cis wstał, podszedł i w milczeniu obejrzał szkodę. Przesunął palcem po nierówności.
Robert czekał na werdykt. Zamiast tego Cis odwrócił łuczysko i obejrzał wybranie pod światło.
– Nie zepsułeś. Jenoś sobie roboty dołożył. – To wybranie trzeba zgubić, zbierając drewno cienko po długości. Drugiego ramienia na ślepo nie tykaj. Nagnę oba, wtedy zobaczymy, gdzie zostało za sztywne. Łuk wyjdzie lżejszy, ale wciąż może być dobry. Może nawet lepszy dla chłopaka. Będzie mu posłuszniejszy.
Robert spojrzał na wybrane miejsce. Przyłożył ostrze kilka palców wcześniej. Pociągnął krócej. Potem jeszcze raz. Wiór zszedł cienko, bez szarpnięcia.
Pracowali w milczeniu do późnego popołudnia. W warsztacie szeleścił tylko ośnik skrobiący drewno. Gdy słońce zaczęło chylić się ku zachodowi, Cis dał mu znak, by przerwał.
Odłożył narzędzie i wyprostował obolałe plecy. Spojrzał na łuczysko. Nabrało wyraźnego kształtu łuku. Smuklejsze i lżejsze, nosiło ślady jego dłoni: nierówne pociągnięcia, poprawki, jedno miejsce zebrane zbyt głęboko.
– Teraz przyjdzie naginanie – powiedział Cis, zdejmując łuczysko z kozła. – Łuku trzeba słuchać. Gdzie gada, gdzie skrzypi, gdzie kłamie. Tego jeszcze sam nie ruszysz. Jeden ruch za dużo i po robocie. Tu lat trzeba, nie zapału.
Robert skinął głową, zbyt zmęczony, by mówić. Gdy odchodził, odwrócił się jeszcze na chwilę. Cis przesunął dłonią po powierzchni niedokończonego łuku. Powoli, ostrożnie.
Robert spojrzał na własne dłonie. Drżały, bolały, pachniały surowym drewnem.
* * *
Wieczorne słońce kładło cienie w poprzek ścieżki. Szedł powoli, lekko pochylony. Każdy krok odzywał się w plecach i ramionach. Na widok dymu z paleniska uśmiechnął się słabo.
Agnieszka mieszała w garnku, a Gniewko siedział na progu. Skinął im głową. Na słowa brakło sił.
Spojrzał na taczkę.
– Jeszcze trawa – mruknął i skrzywił się.
– Nie trzeba! Już zrobione! – zawołał Gniewko, zrywając się na równe nogi. – Mściwój przywiózł całą trawę! I pomógł dokończyć koszenie. Pokazał mi też lepsze ostrzenie sierpa!
Mściwój siedział pod ścianą chaty. Podniósł wzrok i otarł dłonie o spodnie.
Robert podszedł do niego.
– Mściwoju, dziękuję ci. Ale… nie powinieneś. Ludzie we wsi zaczną gadać. Powiedzą, że za parobka u nas robisz.
Mściwój spojrzał Robertowi prosto w oczy. Nie spuścił wzroku. Wstał i otrzepał spodnie z kurzu.
– Niech gadają. Nie dla nich tu robię.
W obejściu zapadła cisza. Robert i Agnieszka spojrzeli na siebie krótko.
Robert położył mu dłoń na ramieniu. Palce wciąż drżały po pracy.
– Dziękuję ci.
– Jagoda potrzebuje lepszych naczyń – powiedziała Agnieszka. – Zioła zna. Choroby też. Ale jej garnki chłoną tłuszcz i resztki wywarów. Nie da się ich porządnie domyć.
Robert spojrzał na nią spod zmęczonych powiek. Stęknął, rozmasowując ramiona.
– Jutro o tym pomyślimy, dobrze?
– Dobrze. Ale więcierzy nie możemy zostawić do rana. Jagna naprawiła stary i zrobiła drugi. Zaniesiecie je? Ja przyniosę ziarno na zanętę.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania