Poprzednie częściCuiavia

Cuiavia. Dzień dwudziesty piąty. Po południu.

Ko­bie­ty mi­nę­ły ostat­nie obej­ścia i we­szły mię­dzy sosny. Dziwa szła obok Agniesz­ki z ko­szem przy bio­drze. Po­licz­ki miała jesz­cze czer­wo­ne.

– Mści­wój do­brze dziś pra­co­wał – rzu­ci­ła Agniesz­ka.

Dziwa wzru­szy­ła ra­mio­na­mi i trą­ci­ła stopą szysz­kę na ścież­ce.

– Każdy zdro­wy chłop pra­cu­je.

– Ro­bert po­wia­da, że zmyśl­ny z niego chłop. Nie czeka, aż mu wszyst­ko po­ka­żą.

Dziew­czy­na zer­k­nę­ła na nią spod rzęs i zaraz spu­ści­ła wzrok.

– Sama wi­dzia­łam. Naj­pierw myśli, a potem robi.

– Praca to obo­wią­zek – mruk­nę­ła Dziwa.

Agniesz­ka od­cze­ka­ła chwi­lę.

– Sły­sza­łaś, czemu od­szedł od ojca?

Dziwa za­ci­snę­ła palce na uchwy­cie kosza.

– Lu­dzie ga­da­ją róż­nie.

– A ty co sły­sza­łaś?

– Że oj­ciec go wy­gnał. Pier­wo­rod­ne­go! – Dziew­czy­na po­krę­ci­ła głową. – Nie poj­mu­ję tego. Mądry syn głu­pie­go ojca.

Agniesz­ka utkwi­ła wzrok w ko­rze­niach pod no­ga­mi, kry­jąc uśmiech.

– Dziew­ki we wsi pew­nie już go za­uwa­ży­ły.

Dziwa otwo­rzy­ła usta, lecz zaraz za­ci­snę­ła wargi, sku­biąc pal­ca­mi brzeg ko­szu­li.

– Nie pytam wię­cej – po­wie­dzia­ła Agniesz­ka.

– Słusz­nie. Sio­stry cze­ka­ją. – Przy­spie­szy­ła.

Agniesz­ka nie przy­spie­szy­ła, po­zwa­la­jąc jej odejść kilka kro­ków.

* * *

W pół­mro­ku chaty dwie star­sze sio­stry ucie­ra­ły zioła przy ni­skim stole.

– Przy­pro­wa­dzi­łam pomoc! – Dziwa we­szła pierw­sza. – Dzie­wan­na chce zo­ba­czyć, czym poimy Do­ma­ra­da.

Z ciem­ne­go kąta do­biegł niski, gar­dło­wy głos.

– Pomoc za­wsze się przy­da.

Agniesz­ka do­pie­ro teraz do­strze­gła Ja­go­dę. Sie­dzia­ła przy ścia­nie, zle­wa­jąc się z cie­niem.

– Dzię­ku­ję za za­pro­sze­nie. – Ski­nę­ła głową. – Chęt­nie po­pa­trzę. Po­mo­gę. Same wszyst­ko ro­bi­cie?

Ja­go­da prych­nę­ła i odło­ży­ła pęk ziół.

– A kto ma robić? Ro­bo­ty baby się nie boją. Go­rzej, gdy chłop za­cznie po­ma­gać. Za­wsze ino za­wa­dza.

Agniesz­ka zer­k­nę­ła na Dziwę. Dziew­czy­na wbiła wzrok w kle­pi­sko. Sio­stry po­chy­li­ły się nad zio­ła­mi, ucie­ra­jąc je szyb­ciej.

– Do cze­goś się jed­nak przy­da­ją – po­wie­dzia­ła ostroż­nie. – Choć­by do wody i drew­na.

– Drew­no sama na­rą­bię, wody córki przy­nio­są – od­par­ła, pa­trząc jej pro­sto w oczy.

Agniesz­ka prze­su­nę­ła wzro­kiem po cha­cie. Nie do­strze­gła łuku ani du­że­go ko­żu­cha.

– Sama tu wszyst­ko pro­wa­dzisz? Go­spo­da­rza nigdy nie mia­łaś?

Ja­go­da za­śmia­ła się nisko i chro­pa­wo. Córki zer­k­nę­ły na nią znad ziół. Mo­kosz i Ru­sa­ła za­chi­cho­ta­ły pod nosem.

– Go­spo­da­rza? Ja nigdy chło­pa na stałe w cha­cie nie chcia­łam. Córki chcia­łam. I to bar­dzo.

Wy­szcze­rzy­ła zęby.

– Gdy kupcy z da­le­kich stron zjeż­dża­li do osady, stę­sk­nie­ni za ba­ba­mi, wie­dzia­łam, co z tym zro­bić. Kogo długo nie­sie droga, tego długo na­ma­wiać nie trze­ba. Swo­je­go chło­pa masz, to wiesz, co im tylko po gło­wie cho­dzi.

Agniesz­ka mil­cza­ła.

– Ta – wska­za­ła brodą Mo­kosz – po Wa­re­gu, co futra ku­po­wał. Ta – ski­nę­ła na Ru­sa­łę – po kupcu z Rusi. A naj­młod­sza… – za­wie­si­ła głos przy Dzi­wie. – Po han­dla­rzu z po­łu­dnia. Przy­pra­wy woził. Każda z in­ne­go do­bre­go ziar­na.

Dziwa po­chy­li­ła głowę niżej nad ko­szem.

Agniesz­ka przez chwi­lę pa­trzy­ła na Ja­go­dę, potem par­sk­nę­ła krót­kim śmie­chem.

– To ci się siew udał, same córki z niego wy­ro­sły.

Zie­lar­ka wró­ci­ła do sor­to­wa­nia ziół, omi­ja­jąc wzro­kiem Agniesz­kę.

– Pierw­szy… syna dał.

Tłu­czek Ru­sa­ły za­trzy­mał się nad moź­dzie­rzem. Agniesz­ka unio­sła wzrok.

– Od­da­łam go go­spo­da­rzo­wi spod lasu. Same córy żony mu po­wi­ły, a on syna do ro­bo­ty po­trze­bo­wał. – Odło­ży­ła ga­łąz­kę krwaw­ni­ka. – U mnie jedna gęba mniej, u niego para rąk wię­cej.

– Matko… – krzyk­nę­ły rów­no­cze­śnie. – Któ­ren to? Gdzie on?

Mo­kosz wsta­ła gwał­tow­nie, sto­łek stuk­nął o ścia­nę. Dziwa przy­ci­snę­ła kosz do brzu­cha.

– Po­zby­łam się kło­po­tu, nim urósł. Teraz go­spo­darz ma ręce do po­mo­cy, a ja mam spo­kój. Co tu wię­cej bajać? Sia­dać i do ro­bo­ty.

Żadna się nie ru­szy­ła.

Ja­go­da się­gnę­ła po ko­lej­ną ga­łąz­kę.

Mo­kosz pierw­sza drgnę­ła.

– Mó­wi­łaś… spod lasu.

– Dosyć! Co wam po tym?

Ru­sa­ła odło­ży­ła tłu­czek.

– Do­bro­mir spod Dębu?

– Głu­piaś – syk­nę­ła Mo­kosz. – On ma sa­mych synów. Trzech.

– Bo­rzy­wój przy Mrocz­nej Po­la­nie miał same córki – rzu­ci­ła Ru­sa­ła.

– Lecz syna brak – ode­zwa­ła się Dziwa. – Matka mó­wi­ła, że go­spo­darz syna po­trze­bo­wał.

Mo­kosz po­wo­li od­wró­ci­ła głowę.

– Bo­ży­dar ma sześć córek.

– Nie szu­kaj­cie go. Nic wam po tym.

Dziwa spoj­rza­ła na Ru­sa­łę.

– I trzy żony.

– I jed­ne­go syna – do­da­ła Mo­kosz. – La­so­tę.

Ja­go­da ucie­ra­ła ja­ło­wiec, do­pó­ki nie padło imię. Wtedy unio­sła głowę. Spoj­rza­ła jed­nak nie na córki, a na Agniesz­kę.

– No… toś mnie uprze­dzi­ła, dziew­ko – po­wie­dzia­ła i cięż­ko wes­tchnę­ła. – Go­spo­da­rzo­wi potem też same córy się ro­dzi­ły. Do dziś kła­nia mi się w pas, gdy mnie widzi. Chło­pak ro­śnie silny i zdro­wy. O ni­czym nie wie. Szczę­śli­wy jest.

– Takie se baby wziął, że mu same córki dają – za­śmia­ła się Mo­kosz.

– Po praw­dzie… to ziar­no chło­pa roz­strzy­ga, czy uro­dzi się syn, czy córka – mruk­nę­ła Agniesz­ka.

– Do­brze pra­wisz! – Ja­go­da klep­nę­ła się w udo. – Syna se zro­bić nie umie, to niech teraz na po­sa­gi dla córek ha­ru­je!

Śmiech urwał się nagle. Ja­go­da odło­ży­ła tłu­czek.

– Kie­dyś i tak mu­sia­ły­ście się do­wie­dzieć. Teraz za­pa­mię­taj­cie jedno. Żeby żad­nej z was nie przy­szło do głowy szu­kać z nim zwady albo, co gor­sza, gam­rac­twa ja­kie­go.

Po­chy­li­ła się nad sto­łem.

– A już broń­cie was bo­go­wie przed le­ga­niem z nim. Plu­ga­stwo z tego, za które zie­mia prze­sta­je ro­dzić, a niebo zsyła pomór. Prze­wi­na jed­ne­go ścią­ga karę na wszyst­kich.

Wy­pro­sto­wa­ła się.

– Zro­zu­mia­ły­ście?

Nie cze­ka­ła na od­po­wiedź. Wró­ci­ła do pracy. Tłu­czek głu­cho ude­rzał o dno moź­dzie­rza. Nikt się nie ode­zwał.

– Wi­dzisz? Chłop ma rzu­cić ziar­no, a potem tylko jeść woła i za­wa­dza. Bez niego żyje się spo­koj­niej, mówię tobie.

Agniesz­ka usia­dła obok Dziwy.

– Może bez chło­pa spo­koj­niej – po­wie­dzia­ła.

Spoj­rza­ła na swoje dło­nie. Na skórę stward­nia­łą od pracy.

– Ale u nas bez Ro­ber­ta i Mści­wo­ja ro­bo­ta sta­nę­ła­by przed zimą. Sama nie po­sta­wi­ła­bym dachu, nie zwio­zła trawy, nie wy­pa­li­ła gliny. Mści­wój bę­dzie sta­wiał wła­sną chatę. A wy? – Spoj­rza­ła po sio­strach. – Też chce­cie żyć bez chło­pów?

W cha­cie za­pa­dła cisza, prze­ry­wa­na tylko trza­ska­niem ognia.

Po chwi­li Ru­sa­ła za­śmia­ła się ner­wo­wo.

– Jesz­cze żaden do nas nie za­szedł. Boją się nas.

Dziwa za­ci­snę­ła palce na brze­gu ko­szu­li.

– I do­brze, że się boją – wark­nę­ła Ja­go­da.

Jej wzrok na uła­mek se­kun­dy za­ha­czył o Dziwę.

– Moje córki, gdy ze­chcą, zwio­dą każ­de­go, któ­re­go sobie upa­trzą. Zwio­dą, by ziar­no swoje za­siał i po­szedł precz. Po­trze­bu­je­my chło­pa jak świ­nia jarz­mo.

Ru­sa­ła i Mo­kosz ski­nę­ły gło­wa­mi nie­mal rów­no­cze­śnie. Dziwa ski­nę­ła póź­niej. O jedno ude­rze­nie serca.

– Po­każ­cie, co nio­sła Dziwa dla Do­ma­ra­da – po­wie­dzia­ła Agniesz­ka.

– Do­ma­rad nie­do­ma­ga. Go­rącz­ka go pali. Dusi się, w pier­siach mu rzęzi, jakby topił się od środ­ka. Każdy ka­szel zgina go wpół. Z dnia na dzień słab­nie. Długo nie po­cią­gnie.

– Czym go le­czysz?

– Lipa i bez na zła­ma­nie go­rącz­ki. Wierz­ba na ból i go­rą­co. Nad parą z ty­mian­ku i sosny go trzy­mam. Na­cie­ram go też sa­dłem z ja­łow­cem i igli­wiem.

– Sa­dłem? – Agniesz­ka przyj­rza­ła się zie­lar­ce uważ­niej.

– Gęsim, gdy jest. Świń­skim, gdy gę­sie­go brak. Roz­cie­ram ziele, grze­ję przy ogniu i wcie­ram w pierś, żeby fleg­ma uszła. Chory lżej cią­gnie po­wie­trze po tym… albo po­wi­nien. – Ja­go­da za­ci­snę­ła usta. – U Do­ma­ra­da nie po­ma­ga na długo.

– Ro­zu­miem. – Agniesz­ka ski­nę­ła głową. – Jed­nym zbi­jasz go­rącz­kę, dru­gim otwie­rasz pierś, trze­cim uci­szasz ból, żeby chory mógł za­snąć.

Córki pod­nio­sły głowy znad stołu.

Ja­go­da przyj­rza­ła jej się uważ­niej.

– Szyb­ko miar­ku­jesz.

– Od kiedy leży? – spy­ta­ła Agniesz­ka.

– Je­le­nia po­sła­ła po mnie dzie­sięć dni temu. Już wtedy słabł od kilku dni.

– Od czego się za­czę­ło?

– Pra­wi­ła, że jed­ne­go dnia zdro­wy niby tur. Cały dzień robił przy sia­nie. Wie­czo­rem śmiał się. Zjadł całą miskę kaszy ze skwar­ka­mi, jesz­cze chle­bem za­gry­zał. Nic, a nic mu nie do­le­ga­ło. Rano chcia­ła go bu­dzić. Pło­nął ogniem, potem trząsł się z zimna, aż łóżko skrzy­pia­ło. Ledwo oczy otwo­rzył. Słowa nie wy­du­sił. Przy pró­bie wsta­nia nogi zgię­ły się pod nim niby mokre szma­ty.

Agniesz­ka długo mil­cza­ła.

– Leży pra­wie pół mie­sią­ca.

Ja­go­da odło­ży­ła zioła.

– Pra­wisz, że mo­głam pomóc, ale zwle­ka­łam?

– Nie wi­dzia­łaś go na po­cząt­ku cho­ro­by. Nikt cię nie we­zwał w pierw­szą noc. Zro­bi­łaś to, co mo­głaś z tym, co wie­dzia­łaś.

Agniesz­ka po­ło­ży­ła dłoń na jej ra­mie­niu. Ja­go­da nie strą­ci­ła jej ręki.

– Pokaż, jak wa­rzysz. Ty znasz zioła. Ja spraw­dzę, gdzie może ucie­kać moc.

Ja­go­da ski­nę­ła głową. Twarz jej stward­nia­ła.

Ru­sa­ła pod­su­nę­ła gar­nek. Dziwa do­rzu­ci­ła drew­no pod pa­le­ni­sko.

– Mo­kosz, przy­nieś korę – po­le­ci­ła Ja­go­da.

Mo­kosz po­de­szła do pęków ziół i zdję­ła wiąz­kę su­chych pasm wierz­by. Roz­ło­ży­ła je na stole. Agniesz­ka prze­su­nę­ła pal­cem po korze. Sucha, czy­sta, bez ple­śni.

Ja­go­da za­uwa­ży­ła jej spoj­rze­nie.

– Wio­sną zbie­ra­na – po­wie­dzia­ła. – Gdy sok rusza. Wtedy sama od­cho­dzi od ga­łę­zi, bez szar­pa­nia. Je­sie­nią twar­da, mar­twa, gorz­ka ina­czej.

Wzię­ła jedno pasmo i zła­ma­ła je przy uchu.

– Sły­szysz? Sucha do­brze. W cie­niu musi schnąć, nie w dymie. Po­wo­li.

Agniesz­ka ski­nę­ła głową.

– Czyli samo ze­bra­nie nie wy­star­czy. Pil­nu­jesz też su­sze­nia.

Ja­go­da prych­nę­ła.

– Robak ziele nad­gry­zie, złe su­sze­nie moc wy­li­że.

Dziwa usia­dła przy stole, ła­miąc pasma na krót­sze ka­wał­ki. W cha­cie roz­le­ga­ły się suche, ostre trza­ski. Ru­sa­ła za­wie­si­ła nad ogniem gar­nek z wodą.

Cze­ka­ły, aż woda za­cznie pod­ska­ki­wać i pluć na brze­gi. Do­pie­ro wtedy Dziwa wsy­pa­ła korę do bul­go­czą­ce­go garn­ka. Woda za­sy­cza­ła, a w po­wie­trze buch­nął obłok pary o gorz­kim za­pa­chu.

– W naj­więk­szy ogień – po­wie­dzia­ła Ja­go­da. – Niech się za­har­tu­je. Co w sobie moc kryje, to się ogniem do­by­je.

Agniesz­ka od­cze­ka­ła chwi­lę.

– Za­wsze ła­mie­cie ją tak grubo?

Ja­go­da prych­nę­ła.

– Dziec­ko, po­myśl. Utłu­kę korę na pył, wywar zmęt­nie­je niby woda z ka­łu­ży. Cho­re­mu, co ledwo dycha, pył po­dra­pie gar­dło i wy­rwie ka­szel. A czym to od­ce­dzić? Nawet przez gęste płót­no naj­drob­niej­szy pył przej­dzie. Chce­my cho­re­mu ulżyć, a nie zadać nową mękę.

– Go­to­wy wywar można od­sta­wić – po­wie­dzia­ła Agniesz­ka. – Pył opad­nie. Chory do­sta­nie czy­sty płyn z wierz­chu.

Ja­go­da spoj­rza­ła w gar­nek, potem na moź­dzierz. Po chwi­li po­trzą­snę­ła głową.

– Póki go­rą­ce, póty le­czą­ce. Kuj zdro­wie, póki le­kar­stwo go­rą­ce. Tak matka mnie uczy­ła.

– Zrób­my dwa wy­wa­ry. Jeden po two­je­mu. Drugi z drob­no utłu­czo­nej kory. Tyle samo wody, tyle samo kory i tyle samo czasu nad ogniem. Go­rycz nie powie wszyst­kie­go, ale po­ka­że, czy oba wy­cią­gi na­praw­dę się róż­nią.

Ja­go­da przez chwi­lę pa­trzy­ła na nią bez słowa.

– Pra­wisz, że można spraw­dzić?

– Można.

Ja­go­da pod­su­nę­ła jej moź­dzierz.

– To tłucz.

Wzię­ła tłu­czek. Pierw­sze ude­rze­nie po­szło krzy­wo. Dru­gie roz­gnio­tło korę, ale część wy­sko­czy­ła na stół.

Ru­sa­ła prych­nę­ła.

Ja­go­da cmok­nę­ła i po­pra­wi­ła Agniesz­ce dłoń.

– Nie chło­pa tłu­czesz, jeno korę trzesz. Nad­garst­kiem. O, tak.

Agniesz­ka ski­nę­ła głową.

– No to ucz.

Kącik ust Ja­go­dy drgnął.

– Pa­trz­cie ją, taka zmyśl­na, a tłucz­ka nie umie trzy­mać.

Dziwa przy­nio­sła z kąta gli­nia­ny dzba­nek i po­sta­wi­ła go na stole. Ciem­ne plamy wil­go­ci zna­czy­ły boki. Agniesz­ka prze­su­nę­ła pal­ca­mi po ścian­ce. Chłód i wil­goć zo­sta­ły na opusz­kach.

– Macie inny dzba­nek? Taki, który się nie poci?

Sio­stry spoj­rza­ły po sobie, potem na matkę.

– Czyli jaki? – od­par­ła Ja­go­da. – Wszyst­kie takie same. Z tej samej gliny le­pio­ne.

Agniesz­ka wska­za­ła mokry ślad na palcu.

– Ten dzba­nek pije. Jeśli pije wodę, pije też le­kar­stwo.

Ja­go­da po­de­szła bli­żej i do­tknę­ła wil­got­nej ścian­ki.

– Moc zo­sta­je w gli­nie?

– Część może zo­stać.

Ja­go­da cof­nę­ła rękę.

– A potem wy­ła­zi do na­stęp­ne­go le­kar­stwa.

Agniesz­ka ski­nę­ła głową.

– Wła­śnie tego się boję.

Ru­sa­ła przyj­rza­ła się dzban­ko­wi z nie­uf­no­ścią.

Ja­go­da za­ci­snę­ła palce na brze­gu stołu.

– Pra­wisz, że dzba­nek może osła­bić le­kar­stwo?

– Może. Nie wiem, ile. Ale może.

Agniesz­ka spoj­rza­ła na gar­nek, potem na pęk ty­mian­ku le­żą­cy przy stole.

– Może część mocy ucie­ka wam z parą.

Ja­go­da zmru­ży­ła oczy.

– Ostre za­pa­chy łatwo ula­tu­ją – wy­ja­śni­ła Agniesz­ka. – Czu­jesz ty­mia­nek, zanim go do­tkniesz. Sosnę i ja­ło­wiec też. Część mocy ucie­ka z parą.

Ru­sa­ła roz­tar­ła w pal­cach kwia­ty ty­mian­ku i po­wą­cha­ła.

– Pach­nie moc­niej, gdy się roz­gnie­cie.

– W wo­dzie część pój­dzie w parę – po­wie­dzia­ła Agniesz­ka. – W tłusz­czu zo­sta­nie dłu­żej.

Ja­go­da się­gnę­ła po grud­kę sadła le­żą­cą w misce.

– Na­cie­ram nim pierś.

– Do­brze ro­bisz. Ale można je naj­pierw zie­lem wy­peł­nić. Po­wo­li grzać z ty­mian­kiem. Nie sma­żyć. Nie przy­pa­lać. Tylko trzy­mać przy cie­ple, aż tłuszcz przej­mie za­pach. Potem prze­ce­dzić, za­mknąć i na­cie­rać cho­re­go. Za­pach bę­dzie się uwal­niał dłu­żej niż znad od­kry­te­go garn­ka.

Ja­go­da ob­ró­ci­ła sadło w pal­cach.

– Pra­wisz, że tłuszcz może trzy­mać moc ziela?

– Tę pach­ną­cą, ostrą – tak. Lipa i bez niech zo­sta­ną w wo­dzie. Wierz­ba też. Ale ty­mia­nek, sosna, ja­ło­wiec, ży­wi­ca… one pójdą le­piej w parę albo tłuszcz.

Agniesz­ka spoj­rza­ła jesz­cze raz na wil­got­ną ścian­kę.

– Ro­bert i Mści­wój chcą wy­pa­lać nowe garn­ki. Może da się zro­bić takie, które nie piją.

Dziwa drgnę­ła nie­mal nie­zau­wa­żal­nie i spu­ści­ła wzrok.

– Po­wiem im – do­da­ła Agniesz­ka. – Będą mieli nad czym my­śleć.

– A twój… umie takie zro­bić, żeby nie piły? – za­py­ta­ła Ru­sa­ła.

– Nie umie – od­par­ła. – Jesz­cze. Ale gdy do­sta­nie pro­blem, bę­dzie go gryzł, aż znaj­dzie spo­sób.

Dziwa nadal pa­trzy­ła w dło­nie. Ja­go­da zmru­ży­ła oczy.

– Dziwa, po wodę. Ro­bo­ta czeka.

– Pójdę już. – Agniesz­ka wsta­ła z zydla. – Od­pro­wa­dzisz mnie, Dziwo? Jesz­cze nie do końca pa­mię­tam tę krót­szą drogę przez las.

Gdy to mó­wi­ła, jej oczy spo­tka­ły się ze wzro­kiem Ja­go­dy.

Ja­go­da pa­trzy­ła chłod­no, bez zło­ści.

Agniesz­ka opu­ści­ła wzrok pierw­sza.

* * *

Przed chatą Cisa żo­łą­dek Ro­ber­ta ści­snął się niby przed daw­ny­mi eg­za­mi­na­mi.

Sta­rzec sie­dział na zydlu i ostrzył na ka­mie­niu dłu­gie, lekko za­krzy­wio­ne ostrze osa­dzo­ne mię­dzy dwoma uchwy­ta­mi.

– Ośnik – rzekł, nie od­ry­wa­jąc wzro­ku od ostrza, po któ­rym spły­wa­ła woda. – Inni zwą go stru­ga­czem. Dziś bę­dzie twoim naj­lep­szym przy­ja­cie­lem albo naj­gor­szym wro­giem. Za­le­ży, czy go po­słu­chasz.

Odło­żył na­rzę­dzie obok sie­bie i wziął w dło­nie wczo­raj­sze łu­czy­sko. Uło­żył je wzdłuż kozła i ścią­gnął skó­rza­nym pasem.

– Wczo­raj po­zna­łeś grzbiet łuku. Dzi­siaj za­czniesz ura­biać brzu­siec – po­wie­dział, prze­su­wa­jąc dło­nią po we­wnętrz­nej stro­nie drew­na. – Cała sztu­ka w tym, by ze­brać tyle drew­na, ile trze­ba, a nie o wiór wię­cej. Łuk musi się giąć równo na całej dłu­go­ści. Jedno ramię sztyw­niej­sze, dru­gie słab­sze – jedno bę­dzie spało, dru­gie całą ro­bo­tę dźwi­ga­ło. Aż pęk­nie.

Ro­bert ski­nął głową. Na­tych­miast ru­szy­ły ob­li­cze­nia. Roz­kład na­prę­żeń, moduł Youn­ga dla drew­na, za­sa­da dźwi­gni. W gło­wie ry­so­wał ide­al­ną krzy­wą ugię­cia.

– Naj­pierw zdej­mie­my zgrub­nie, żeby zła­pać kształt – po­wie­dział Cis. – A potem przyj­dzie czas na gła­ska­nie. Łuk w dłoni ma być gład­ki niby skóra dziew­ki po ką­pie­li. Gdy chwy­cisz go w lesie, masz dumać o na­gro­dzie, co cię w łoż­ni­cy czeka za mię­si­wo do chaty znie­sio­ne.

– Weź to. – Podał mu ośnik. – Chwyć go mocno za obie rę­ko­je­ści. Cią­gnij ku sobie, od środ­ka ra­mie­nia ku koń­co­wi. Płyt­ko. Masz zdej­mo­wać wióry cien­kie niby płót­no, nie łupać drwa.

Chwy­cił na­rzę­dzie, cięż­sze niż się spo­dzie­wał. Schy­lił się przy koźle, przy­ło­żył ostrze do brzu­ś­ca łuku i po­cią­gnął. Ostrze wcię­ło się w drew­no gwał­tow­nie, z gło­śnym chrup­nię­ciem, wy­ry­wa­jąc gruby, nie­rów­ny ka­wa­łek. Za­marł.

Cis cięż­ko wes­tchnął.

– Mó­wi­łem: cią­gnij, nie szarp. I patrz na drew­no, nie na ręce. Ono ci samo powie, któ­rę­dy iść. Wi­dzisz słoje? – Wska­zał pal­cem na linie bie­gną­ce wzdłuż drew­na. – Idź z nimi. Z nur­tem, nie pod prąd.

Spró­bo­wał po­now­nie. Sku­pił całą uwagę na sło­jach. Po­cią­gnął wol­niej, płyn­niej. Ośnik za­głę­bił się w drew­no i spod ostrza wy­su­nął się długi, cien­ki, zwi­nię­ty wiór. Ode­tchnął. O to cho­dzi­ło.

Praca szła po­wo­li, mo­no­ton­nie, a mimo to żą­da­ła nie­ustan­ne­go sku­pie­nia. Przy­zwy­cza­jo­ny do roz­wią­zy­wa­nia pro­ble­mów w umy­śle, mu­siał zmu­sić się do my­śle­nia rę­ka­mi.

Wszyst­ko w nim rwało się do po­mia­ru: za­zna­czyć, ob­li­czyć, wy­zna­czyć punk­ty kry­tycz­ne. Chciał użyć węgla, by na­ry­so­wać ide­al­ną krzy­wą, a potem po pro­stu usu­nąć nad­miar ma­te­ria­łu. Ale Cis na to nie po­zwa­lał.

– Łuk robi się okiem, nie miar­ką – po­wta­rzał. – Każdy ka­wa­łek drew­na inny. Inne słoje, inny skręt. Nie znaj­dziesz dwóch ta­kich sa­mych łuków, ni dwóch ta­kich sa­mych ludzi. Pa­trzaj i czuj, gdzie drew­no moc­niej­sze, gdzie słab­sze. Gdzie trze­ba ze­brać wię­cej, a gdzie zo­sta­wić.

Za­ci­snął zęby. Ufał sta­łym, rów­na­niom i po­wta­rzal­nym wy­ni­kom. Ośnik szar­pał, drew­no ucie­ka­ło, dło­nie sztyw­nia­ły. Ra­mio­na i plecy szyb­ko za­pie­kły tępym bólem. Pot za­le­wał mu oczy.

Za­my­ślił się. Po­cią­gnął za mocno. Ostrze zje­cha­ło i wy­bra­ło z brzu­ś­ca głę­bo­kie wcię­cie tam, gdzie drew­na po­win­no zo­stać naj­wię­cej. Znie­ru­cho­miał.

– I stało się – po­wie­dział cicho, opusz­cza­jąc na­rzę­dzie. – Ze­psu­łem. Ze­psu­łem dobre drew­no.

Cis wstał, pod­szedł i w mil­cze­niu obej­rzał szko­dę. Prze­su­nął pal­cem po nie­rów­no­ści.

Ro­bert cze­kał na wer­dykt. Za­miast tego Cis od­wró­cił łu­czy­sko i obej­rzał wy­bra­nie pod świa­tło.

– Nie ze­psu­łeś. Jenoś sobie ro­bo­ty do­ło­żył. – To wy­bra­nie trze­ba zgu­bić, zbie­ra­jąc drew­no cien­ko po dłu­go­ści. Dru­gie­go ra­mie­nia na ślepo nie tykaj. Nagnę oba, wtedy zo­ba­czy­my, gdzie zo­sta­ło za sztyw­ne. Łuk wyj­dzie lżej­szy, ale wciąż może być dobry. Może nawet lep­szy dla chło­pa­ka. Bę­dzie mu po­słusz­niej­szy.

Ro­bert spoj­rzał na wy­bra­ne miej­sce. Przy­ło­żył ostrze kilka pal­ców wcze­śniej. Po­cią­gnął kró­cej. Potem jesz­cze raz. Wiór zszedł cien­ko, bez szarp­nię­cia.

Pra­co­wa­li w mil­cze­niu do póź­ne­go po­po­łu­dnia. W warsz­ta­cie sze­le­ścił tylko ośnik skro­bią­cy drew­no. Gdy słoń­ce za­czę­ło chy­lić się ku za­cho­do­wi, Cis dał mu znak, by prze­rwał.

Odło­żył na­rzę­dzie i wy­pro­sto­wał obo­la­łe plecy. Spoj­rzał na łu­czy­sko. Na­bra­ło wy­raź­ne­go kształ­tu łuku. Smu­klej­sze i lżej­sze, no­si­ło ślady jego dłoni: nie­rów­ne po­cią­gnię­cia, po­praw­ki, jedno miej­sce ze­bra­ne zbyt głę­bo­ko.

– Teraz przyj­dzie na­gi­na­nie – po­wie­dział Cis, zdej­mu­jąc łu­czy­sko z kozła. – Łuku trze­ba słu­chać. Gdzie gada, gdzie skrzy­pi, gdzie kła­mie. Tego jesz­cze sam nie ru­szysz. Jeden ruch za dużo i po ro­bo­cie. Tu lat trze­ba, nie za­pa­łu.

Ro­bert ski­nął głową, zbyt zmę­czo­ny, by mówić. Gdy od­cho­dził, od­wró­cił się jesz­cze na chwi­lę. Cis prze­su­nął dło­nią po po­wierzch­ni nie­do­koń­czo­ne­go łuku. Po­wo­li, ostroż­nie.

Ro­bert spoj­rzał na wła­sne dło­nie. Drża­ły, bo­la­ły, pach­nia­ły su­ro­wym drew­nem.

* * *

Wie­czor­ne słoń­ce kła­dło cie­nie w po­przek ścież­ki. Szedł po­wo­li, lekko po­chy­lo­ny. Każdy krok od­zy­wał się w ple­cach i ra­mio­nach. Na widok dymu z pa­le­ni­ska uśmiech­nął się słabo.

Agniesz­ka mie­sza­ła w garn­ku, a Gniew­ko sie­dział na progu. Ski­nął im głową. Na słowa bra­kło sił.

Spoj­rzał na tacz­kę.

– Jesz­cze trawa – mruk­nął i skrzy­wił się.

– Nie trze­ba! Już zro­bio­ne! – za­wo­łał Gniew­ko, zry­wa­jąc się na równe nogi. – Mści­wój przy­wiózł całą trawę! I po­mógł do­koń­czyć ko­sze­nie. Po­ka­zał mi też lep­sze ostrze­nie sier­pa!

Mści­wój sie­dział pod ścia­ną chaty. Pod­niósł wzrok i otarł dło­nie o spodnie.

Ro­bert pod­szedł do niego.

– Mści­wo­ju, dzię­ku­ję ci. Ale… nie po­wi­nie­neś. Lu­dzie we wsi za­czną gadać. Po­wie­dzą, że za pa­rob­ka u nas ro­bisz.

Mści­wój spoj­rzał Ro­ber­to­wi pro­sto w oczy. Nie spu­ścił wzro­ku. Wstał i otrze­pał spodnie z kurzu.

– Niech ga­da­ją. Nie dla nich tu robię.

W obej­ściu za­pa­dła cisza. Ro­bert i Agniesz­ka spoj­rze­li na sie­bie krót­ko.

Ro­bert po­ło­żył mu dłoń na ra­mie­niu. Palce wciąż drża­ły po pracy.

– Dzię­ku­ję ci.

– Ja­go­da po­trze­bu­je lep­szych na­czyń – po­wie­dzia­ła Agniesz­ka. – Zioła zna. Cho­ro­by też. Ale jej garn­ki chło­ną tłuszcz i reszt­ki wy­wa­rów. Nie da się ich po­rząd­nie domyć.

Ro­bert spoj­rzał na nią spod zmę­czo­nych po­wiek. Stęk­nął, roz­ma­so­wu­jąc ra­mio­na.

– Jutro o tym po­my­śli­my, do­brze?

– Do­brze. Ale wię­cie­rzy nie mo­że­my zo­sta­wić do rana. Jagna na­pra­wi­ła stary i zro­bi­ła drugi. Za­nie­sie­cie je? Ja przy­nio­sę ziar­no na za­nę­tę.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania