Cuiavia. Dzień dwudziesty siódmy.
W chłodnym porannym świetle kończyli śniadanie. Łyżki miarowo skrobały o dno misy. Jedli to, co zwykle — gęstą zupę z brukwi, bardziej kleik niż polewkę.
Robert wyjadł resztki i odłożył łyżkę.
— Dobra brukiew, ale wiesz, czego jej brak? — mruknął.
Uniosła wzrok i uśmiechnęła się.
— Wiem. Wczorajszego chleba.
— Choć twardej piętki, żeby nią wszystko do końca wybrać. Po wczorajszej uczcie ciężko wrócić do brukwi.
O jesiotrze milczeli. Na słowo „chleb” Gniewko oblizał wargi, a Mściwój pokiwał głową.
— Pół bochenka rozdałem.
— Dobrze zrobiłeś.
— Patrzyli na ten chleb jak na jadło z Wyraju. — Roześmiał się.
— Teraz jemy brukiew, ale wiedzą, że nie chowamy wszystkiego dla siebie.
Robert ujął jej dłoń. — Upieczesz jeszcze?
— Upiekę. I to niejeden. — Wstała i zamarła w pół kroku.
Przed wejściem do zagrody stało pięć kobiet. Szeptały, trącając się łokciami i zerkając ku chacie.
Mimowolnie przygładziła włosy. Drugą dłonią poprawiła sznur przy spodniach.
— Witajcie. Co was sprowadza tak wcześnie? Chodźcie, nie stójcie przed płotem.
Zorza weszła pierwsza.
— Witaj, Dziewanko. Bo ten twój — zerknęła na Roberta — prawił wczoraj, że jak baby chcą, to mogą przyjść. Że pokażesz, jak taki chleb czynić.
— My wczoraj jadły ten wasz chleb... — zaczęła Milena.
Świata rozłożyła dłonie.
— Pachniał, aż w nosie kręciło. A pękaty taki, jakby go coś od środka rozpierało.
Dobroniega podała Agnieszce płócienny worek.
— Pszennej przyniosłyśmy. Każda odsypała po trochu. Pokażesz?
Agnieszka otworzyła usta, lecz nie wydobyła głosu. Robert stanął obok i objął ją ramieniem.
Klasnęła w dłonie.
— Robercie, drewna! Dużo suchego drewna! Gospodynie będą chleb piekły! Potrzebujemy mocnego żaru. Wyczyść palenisko, ale nie rozpalaj. Mamy uczennice!
Sąsiadki spojrzały po sobie. Dobroniega przycisnęła worek mąki do brzucha.
— Chodźcie, chodźcie do środka.
Gniewko zachichotał. — Co jej?
— Ona to kocha.
— Robić chleb? — zdziwił się Mściwój.
— Nie, dzielić się wiedzą. — Ruszył ku palenisku.
Kobiety zamrugały, spoglądając to na Agnieszkę, to na siebie. Zorza nabrała powietrza, lecz Agnieszka ją uprzedziła.
— Wszystko wam pokażę. Upieczecie taki chleb swoim chłopom, że w łożnicy nie zdołają się wam odwdzięczyć!
Kobiety parsknęły, zasłaniając usta dłońmi, i ruszyły za nią do chaty.
Przyniosła mały garnuszek nakryty lnianą szmatką.
— Zaczynamy. To zakwas. Matka chleba. — Odkryła garnuszek. Kwaśny, lekko owocowy zapach rozszedł się po chacie.
Kobiety pochyliły się nad garnuszkiem, marszcząc nosy. W szarawej mazi pękały drobne bąble.
Świata cofnęła głowę. — Toć to zepsute! Pachnie jak skwaśniałe piwo po swadźbie.
Zorza się skrzywiła. — Albo jak mokra szmata zostawiona w kącie. Chleb z tego chcesz czynić?
Agnieszka się uśmiechnęła. — Widzicie te bąble? To żyje. Karmi się mąką, oddycha.
Spojrzały po sobie.
— Żywa mąka? — Zorza cofnęła się o krok. — Co ty prawisz, Dziewanko?
Sławomira wzruszyła ramionami.
— Skoro chleb dobry, to niechby i biesy w nim pracowały. Co mi tam. Byle dziatki i chłop głodni nie byli.
— A skąd tę matkę wziąć mamy? — zapytała Milena.
— Łatwo ją zrobić, ale potrzeba kilku dni. Mieszacie mąkę z wodą i stawiacie w ciepłym miejscu. Każdego dnia dosypujecie świeżej mąki i dolewacie wody. Kiedy pojawią się bąble i kwaśny zapach, matka się obudzi. Dziś weźmiemy moją.
— Patrzcie. Na pięć miarek mąki jedna miarka matki. — Kubkiem odmierzyła składniki. Dolała pierwszą miarkę wody, zamieszała i sięgnęła po drugą.
Milena pochyliła się nad misą.
— Tyle wody? Przecie to się w błoto zamieni! Zawsze mniej leję, jak podpłomyki robię!
— Do podpłomyków tak. Do takiego chleba trzeba więcej. Ciasto ma być miękkie i lepkie. Zobaczycie.
Wsypała kilka szczypt soli. — Możecie też dodać, co lubicie. Siemię lniane albo trochę grochu.
Sławomira zmarszczyła nos. — Groch? Przecie twardy. Zęby sobie połamiemy.
— Groch trzeba wcześniej namoczyć i ugotować. Siemię można wsypać od razu. A kto nie chce, niech da samą sól.
— A teraz najlepsza część. Tylko najpierw umyję ręce. Zorzo, polej.
Potarła dłonie, wypłukała brud spomiędzy palców i strząsnęła krople.
— Do mokrych dłoni ciasto nie lepi się tak łatwo. Teraz wyrabiamy. — Wsunęła ręce w lepką masę. Ciasto oblepiło jej palce.
— Na początku zawsze jest takie. — Roześmiała się i zgarnęła ciasto ze ścianek.
— Nie ugniatamy go. Podgarniamy od spodu, unosimy i składamy na pół.
Obróciła misę. Znów podgarnęła, uniosła i złożyła. Ciasto ciągnęło się za palcami i oblepiało ścianki. Raz po raz rozciągała je i składała na pół. Przy każdym złożeniu mlaskało mokro. Po dłuższej chwili nabrało sprężystości. Stawało się gładsze, przestało rozpływać się po misie i zebrało w jedną masę. Uderzyła w nie otwartą dłonią. Odpowiedziało głuchym klaśnięciem.
— Słyszycie? Już nie chlupie. Trzyma się razem.
Kobiety przysunęły się do misy. Zebrała ciasto obiema dłońmi, uniosła nad misę i rzuciła z powrotem.
Raz.
Drugi.
Po chacie rozszedł się mokre klaśnięcie.
— Słyszycie? Już nie chlupie. Trzyma się razem.
Sąsiadki przysunęły się.
Oburącz uniosła ciasto i cisnęła nim o dno.
Raz.
Drugi.
Po chacie rozszedł się mokry plask.
— Tak nabiera siły.
Po kolejnych złożeniach powierzchnia ciasta wygładziła się i zalśniła wilgocią.
Nadal czepiało się palców, ale odchodziło szerokimi płatami.
— Wyrabiamy je, aż zacznie się ciągnąć. Patrzcie na to.
Chwyciła skraj ciasta i rozciągnęła go między palcami. Powstała cienka błona szeroka na dłoń, nim pękła.
Milena pochyliła się nad jej dłońmi.
— Patrzaj, Dobroniego. Ciągnie się jak pęcherz! Toż to czary!
— I nie rwie się od razu! Moje rozdarłoby się jak stary wór — Dobroniega dotknęła ciasta końcem palca. — Lepkie, ale sprężyste.
— Mocne jak skóra — oceniła Sławomira.
— Teraz ciasto odpocznie, a matka napełni je bąblami. Wtedy urośnie.
— Urośnie? — Milena spojrzała na ciasto. — Musimy je jeszcze karmić, żeby jadło i rosło?
Mąka pobieliła Agnieszce włosy i policzek.
— Spokojnie. Nie trzeba go więcej karmić. — Otarła czoło przedramieniem. Z włosów posypał się biały pył.
Oprószyła mąką dno drugiej misy i przełożyła do niej ciasto. Nakryła ją płótnem. — Żeby nie obeschło. Zostawimy je pod opieką Domowika.
Dobroniega spoważniała. — Domowik? A co mu zostawisz?
Agnieszka zamrugała. — Zostawię?
— Skoro ma ciasta pilnować, darmo robić nie będzie — powiedziała Sławomira.
Agnieszka spojrzała na ciasto. — Pierwszy kawałek chleba będzie dla niego.
— To przypilnuje. — Dobroniega pokiwała głową.
Przed paleniskiem czekały chrust i suche bukowe szczapy. Kobiety zabrały się za rozpalanie.
* * *
Kiedy kobiety zniknęły w chacie, Robert i Mściwój zaczęli zbierać się do lasu.
Zatrzymali się przy Gniewku. Chłopiec stał z boku, przestępował z nogi na nogę i zerkał na nich.
— Idziesz z nami? — Robert zmarszczył brwi, ale kącik ust mu drgnął. — Ostatnio trząsłeś się na samą myśl o Leszym. A może zostajesz kosić trawę?
Chłopiec zamarł. Poza wydeptaną ścieżką mogło czaić się wszystko. Na łące niczego się o puszczy nie nauczy. A jeśli zostanie, Robert uzna, że stchórzył.
Przełknął ślinę i podniósł głowę.
— Idę.
Robert klepnął go w ramię. Gniewko zachwiał się, lecz zaraz wyprostował.
— Dobrze. Wkładaj łapcie i w drogę.
W puszczy od razu zrobiło się chłodniej. Pachniało wilgocią i butwiejącymi liśćmi. Krzewy rosły tu gęściej niż przy osadzie, a gałęzie splatały się nad ledwo widoczną ścieżką.
Mściwój szedł pierwszy. Rzadko zapuszczał się tak daleko, lecz bez wahania wybierał przejścia między drzewami. Odchylał pędy leszczyny i nie puszczał, dopóki Robert ich nie chwycił. Dopiero gdy Gniewko przeszedł, pozwalali im odskoczyć.
Niedaleko od skraju rosło kilka wysokich sosen. Konary zaczynały się wysoko, a pnie były proste.
Robert zatrzymał się przy najgrubszej i spojrzał ku koronie.
— Z tej mogłaby wyjść belka pod kalenicę.
Mściwój obszedł pozostałe.
— A z tych dwóch słupy.
— Stanimir musi je obejrzeć.
— Trafimy tu. Blisko ścieżki.
Gniewko truchtał na końcu. Gałęzie czepiały się tuniki, a suche patyki trzaskały pod łapciami. Przy każdym szeleście oglądał się przez ramię. Zaciskał zęby i przyspieszał kroku.
— Stój — syknął Mściwój i uniósł dłoń.
Gniewko zamarł z uniesioną stopą. Wstrzymał oddech.
— Patrz. Świeże tropy jelenia.
Robert przykucnął i dotknął ziemi na dnie odcisku. Lepiła się do palca. Zerknął na Gniewka i wskazał brodą Mściwoja. — Dobry z niego myśliwy?
— Z Wszeborem i Cieciradem chodziliśmy kilka razy — odpowiedział Mściwój. — Zawsze wracaliśmy z niczym.
Gniewko parsknął.
— A ja wróciłem z kuropatwą.
Mściwój zerknął na niego.
— Następnym razem weźmiemy ciebie.
Ruszyli dalej. Po chwili Mściwój uśmiechnął się i rozchylił krzewy. Między drzewami otworzyła się słoneczna polana, gęsto porośnięta malinami.
Gniewko rzucił się do krzaków. Zrywał owoce i wpychał je do ust.
— Zostaw coś dla nas. — Mściwój się roześmiał i sam sięgnął między gałęzie.
Zjedli po kilka garści i ruszyli dalej. Niedługo potem Mściwój zboczył ze ścieżki.
— Patrzcie. Tam leży sosnowy złom.
Pień zapadł się głęboko w mech. Kora odchodziła całymi płatami. Robert odłamał kawałek. Próchno rozsypało mu się w palcach w wilgotny pył.
— Zgniła.
Mściwój obszedł kłodę. Grubszy koniec przecinały głębokie, zachodzące na siebie nacięcia. Takie same ślady czerniały na korzeniach sterczących z zarośniętej paprociami jamy.
— Ktoś już zabrał co najlepsze.
Spojrzał między drzewa.
— Dalej rosną starsze sosny. Może znajdziemy następny złom.
Poszli dalej. Ścieżka zwęziła się, potem zniknęła. Mijali coraz grubsze pnie. Pod koronami ubywało światła. Mściwój stanął tak nagle, że Robert omal na niego nie wpadł.
— Na Strzyboga… — szepnął.
Rozchylił gałęzie i zrobił krok naprzód. Robert zatrzymał się obok niego. Gniewko przecisnął się między nimi i otworzył usta.
Przed nimi rozciągało się pobojowisko. Jedne drzewa runęły razem z korzeniami. Inne pękły kilka łokci nad ziemią. Poszarpane kikuty sterczały ku niebu. Od nagrzanych pni ciągnął ostry zapach żywicy i butwiejącego drewna.
Między szarymi pniami wyrósł młodnik. Brzozy przewyższały Mściwoja, sosny sięgały mu do pasa. Witki splatały się nad zwalonymi drzewami. Dalej gęstwina zasłaniała ziemię.
— Co tu się… — zaczął Robert.
Mściwój podszedł do złamanego pnia i położył dłoń na poszarpanym drewnie.
— Nie wiedziałem, że powaliło aż tyle.
Odwrócił się ku Robertowi.
— Pięć zim temu przyszła kuja, jakiej najstarsi nie pamiętali. Ptaki umilkły, bydło ryczało. Z północy nadleciały wnuki Strzyboga, a na nich przez puszczę gnały strzygi.
Przełknął ślinę.
— Myśmy leżeli na klepisku, twarzami do ziemi. Skuliłem się w kącie jak pies. Objąłem maleńką Jasną. Trzęsła się w moich ramionach. Ja też.
Popatrzył na swoje dłonie.
— Ojciec zaparł się plecami o drzwi. Strzyga szarpała nimi, aż drewno trzeszczało. Cała chata jęczała. Przez szpary wciskał się wicher. Matka osłaniała ogień własnym ciałem i szeptała, żeby nie gasł. Od gromów drżało klepisko.
— Strzygi pazurami zdzierały strzechy. Mówili, że Kwiecisz klęczał w świętym gaju i krzyczał do Peruna, by świata nie kończył.
Spojrzał na odsłonięte niebo.
— Perun gromami Welesa do Nawi zapędzał. Kiedy bił, w chacie robił się dzień. O świcie wyszliśmy. Połowa chat stała bez strzech. Bydła szukaliśmy do zmroku.
Gniewko wpatrywał się w wyrwane korzenie.
— Nic nie pamiętam.
Mściwój spojrzał na niego.
— Pewnie byłeś jeszcze przy piersi.
Chłopiec przesunął wzrokiem po splątanych pniach.
— To wszystko po bitwie bogów?
Mściwój skinął głową.
Robert przykucnął przy najbliższej sośnie i odłupał drzazgę z pękniętego pnia. Drewno pod szarą powierzchnią było twarde i ciemne. Żywica przykleiła mu drzazgę do palców.
— Strzybóg czy Perun… robotę nam ułatwił.
Podniósł się.
— Mściwoju, zapamiętaj drogę.
— Teraz już trafię.
Robert uśmiechnął się.
— Smoły nam nie zabraknie.
* * *
— Ciekawe, co teraz Mścisława gada — mruknęła Zorza. Nadęła policzki i dmuchnęła na hubkę. Czerwony punkcik rozjarzył się mocniej.
— Pewnie, żeśmy dusze biesom zaprzedały za garść mąki — odparła Milena, podsuwając suche gałązki. Płomyk objął najcieńsze.
— Albo że czarami chleb czynimy — dodała Sławomira.
— Głupia — prychnęła Dobroniega, spoglądając ku osadzie. — Jak chleb może być od biesa, skoro Domowik go pilnuje? — Mrugnęła do Agnieszki. — Mówiłam jej, żeby szła z nami. Ale ona woli swoje podpłomyki. Takie twarde, że można nimi psa przegonić.
Świata dorzuciła grubszą szczapę. — Jej strata.
Płomienie objęły bukowe szczapy. Iskry posypały się nad paleniskiem. Ciepło buchnęło na ich twarze. Kobiety odsunęły pieńki od paleniska i usiadły.
— A jak ty, Dziewanko, na to wpadłaś? — zapytała Zorza. — Żeby Domowika do ciasta zagonić?
— Z lenistwa.
Świata prychnęła. — Przy tym więcej roboty niż przy podpłomyku.
— Raz… wsypałam mąkę do misy, w której zostało trochę starego ciasta. Kilka dni stało. Ciasto, znaczy. Potem dolałam wody i… urosło.
— Z zepsutej mąki? — Milena się skrzywiła.
Dobroniega parsknęła. — Jak kogoś bogowie lubią, to mu się i wół ocieli. A tobie Domowik z lenistwa chleb zrobił.
Co jakiś czas podsuwały szczapy w ognisku. Słońce wspięło się ponad dachy. W końcu płomienie opadły, a na palenisku została gruba warstwa czerwonych węgli.
Agnieszka wstała. — Dobrze. Żar gotowy. Nasz Domowik też powinien już skończyć robotę. Chodźmy zobaczyć, co tam nawyrabiał.
Agnieszka uniosła róg tkaniny i odsłoniła ciasto.
Milena zakryła usta dłonią. — Bogowie... patrzcie!
Ciasto wypełniało naczynie po brzegi. Pod gładką, napiętą powierzchnią rysowały się drobne pęcherzyki.
— Jakim sposobem? — Świata pochyliła się i musnęła ciasto. Pod palcem został dołek, który powoli zaczął się wyrównywać. — Przecie było tego ledwo połowa!
Dobroniega zmrużyła oczy. — Jakby ktoś mąki dosypał, kiedyśmy przy ogniu siedziały.
Zorza uderzyła się dłonią w czoło.
— Świato! Dobroniego! Pojmujecie? Jak mój zwiezie worek ziarna i zmielę go, to chleba będzie jak z dwóch! — Rozłożyła szeroko ręce.
— Prawdę rzeczesz… — Świata powoli skinęła głową.
— Dwa razy więcej…
— Co to za czary, co z jednego worka dwa czynią? — zapytała Sławomira.
— Nie — powiedziała Agnieszka. — Mąki nie przybyło. Matka tylko napełniła ciasto oddechem.
— Widno Domowik i w mąkę dmuchał — uznała Sławomira.
Dobroniega pokiwała głową.
— Mąki nie więcej, ale bochen pękaty. Spor ci sprzyja, Dziewanko.
Agnieszka wzięła drugą misę, odwróciła ją dnem do góry i nakryła naczynie z ciastem.
— Rozgarnijcie żar.
Chwyciła oba naczynia i ustawiła je pośrodku paleniska.
— Przysuńcie żar i nasypcie na wierzch. Ostrożnie.
— Spali się! — Milena cofnęła się przed gorącem. — Na węgiel!
— Nie spali się. Glina osłoni ciasto.
— Zakopany jak pieczeń… — Dobroniega przyjrzała się kopcowi żaru.
— Właśnie. A teraz znowu czekamy. — Agnieszka wskazała pniaki.
— Obaczycie, baby — odezwała się Świata. — Dziś gada o biesach, a jutro zza płotu będzie zgapiała, jak chleb czynimy.
— Racibor nie puścił jej — dodała Zorza. — Dobrogosta się lęka.
— A chleba mu Dobrogost zakazał? — Agnieszka się roześmiała.
— Nie. Ale Racibor widzi, że wy z Dobrogostem się wadzicie, a sam przy nim stoi.
Agnieszka przestała się uśmiechać. — My się z nikim nie wadzimy.
— Racibor miarkuje, że skoroście Gniewka przygarnęli, to przy Kwieciszu stoicie — powiedziała Dobroniega.
— Nie rozumiem. Przecież Gniewko jest bratankiem Dobrogosta.
Dobroniega wzruszyła ramionami. — Jest. Tylko na chłopaku ciąży to, co między braćmi zaszło.
Agnieszka otworzyła usta, lecz Świata ją uprzedziła.
— Dość już, baby, tego trajkotania o chłopach. Jak Racibor resztę zębów na podpłomykach swojej baby połamie, to pojmie, co stracił.
Zaśmiały się. Świata machnęła ręką.
— Jego strata. A ich Bogusza ma chyba więcej rozumu niż oni razem.
— A ma! — podchwyciła Dobroniega. — Wcale matki nie słucha. Wczoraj widziałam, jak znowu na Lasotę Bożydarowego ślepiła.
— Chłopak za wołem już dobrze chodzi — ciągnęła Świata. — Porab z niego krzepki. A Bogusza już na wydaniu. Wie, do której chaty warto wejść. Sprytna z niej dziewka.
— Sprytna, sprytna… — Milena zasłoniła usta. — Już ona sobie wszystko obmyśliła. Lasota to jedyny syn, więc obejście po Bożydarze jemu zostanie. Miarkuje, że wejdzie do chaty i od razu będzie wielką gospodynią.
Świata prychnęła. — Taka sprytna, a nie policzyła, ile tam gąb do wykarmienia. Więcej niż u nas kur.
— Ile Bożydar ma córek? Siedem? — zapytała Dobroniega.
— Sześć bożych darów u Bożydara — odpowiedziała Zorza.
Roześmiały się.
— I trzy żony! — wydusiła Zorza.
— A każda pyskata, że nikt jej w całym opolu nie przegada — dodała Sławomira.
— Bogusza liczy, że wszystkie szybko za mąż pójdą, a ona sama z Lasotą na gospodarstwie zostanie. A ja wam mówię: nim pierwszą brukiew ugotuje, zełwy włosy jej z głowy wydrą.
— A tam, Bogusza! — Milena machnęła ręką. — Lepszą nowinę mam. Słyszałyście? Borys Wojsławowy znowu ubłagał ojca, żeby swatów do Jutrzenki posłał.
— Znowu? — Dobroniega aż się wyprostowała.
— Czwarty raz. Młody do dziewki wzdycha, ona do niego też, ale Wojsław widno inne plany ma.
— To po co swatów śle?
— Żeby Borys mu spokoju dał — prychnęła Świata. — Niby śle, ale za każdym razem o większe wiano staje.
Milena rozejrzała się i nachyliła ku kobietom.
— Teraz chce od Zbysława dwóch krów i ziemi na wyrębie. Tej, co z jego polem graniczy.
— Dwóch krów?! Przecie Zbysław ma tylko jedną!
Dobroniega pokręciła głową.
— To nie swaty. Wojsław dobrze wie, że Zbysław tyle nie ma.
— Przed Borysem udaje, że się zgodził — prychnęła Świata. — A Zbysław, choćby chciał, drugiej krowy z ziemi nie wygrzebie.
— Jutrzenka oczy wypłakała — powiedziała Milena, wpatrując się w żar. — Mówię wam, jak Wojsław nie ustąpi, młodzi razem umkną. I tyle stary cap zyska.
— I dobrze zrobią! — Świata klepnęła się w kolano. — Wydrą puszczy własny źreb i po prośbie przestaną chodzić.
— Jutrzenka pracowita — powiedziała Dobroniega. — Dobrą żonę by miał.
— Mają się ku sobie. Krowa ich nie rozdzieli! — rzuciła Świata.
— Oj, żeby się to źle nie skończyło… — westchnęła Dobroniega.
Świata obejrzała się ku osadzie. — Wojsław ponoć z Dobrogostem już się ugadał. Dobrogost przyobiecał Bogumiłę dla Borysa.
Milena aż się wyprostowała.
— Przecież to smarkula jeszcze! Ledwo od ziemi odrosła, warkoczyk ma cienki jak mysi ogon!
— Dziecko to i przyobiecać można — mruknęła Dobroniega. — Zanim do łoża dorośnie, kilka zim minie.
— A komu jeszcze jej nie obiecał? — krzyknęła Świata. — Każdego nią nęci, kiedy czegoś potrzebuje!
Agnieszka zacisnęła palce na patyku i rozgarnęła nim popiół.
— Może Dobrogost tak córkę kocha, że jeden mąż to dla niej za mało.
Milena zmarszczyła czoło. — Co ty gadasz?
Agnieszka uniosła kącik ust. — Sprawiedliwość w łożu musi być. Chłop kilka bab mieć może, a baba kilku chłopów już nie?
Świata roześmiała się pierwsza. Po chwili śmiały się wszystkie.
— A niech cię, Dziewanko! — Dobroniega otarła oczy. — Dobrze gadasz!
Śmiech ucichł, gdy spod żaru popłynął zapach pieczonego chleba.
Milena uniosła głowę i pociągnęła nosem. — Bogowie… Czujecie?
Świata zamknęła oczy. — Aż ślinka cieknie… Myślisz, że już?
— Czas zajrzeć — rzuciła Agnieszka, wstając z pniaka. Choć żar ledwie już czerwieniał pod popiołem, gdy podeszła bliżej, gorąco buchnęło jej prosto w twarz.
Wzięła długi drąg i złożone w kilka warstw lniane płótno.
— Odsuńcie się.
Końcem żerdzi odgarnęła popiół, po czym podważyła pokrywę. Z wąskiej szczeliny ze świstem wystrzelił gęsty kłąb pary, niosąc ze sobą obezwładniający zapach.
— Upiekł się! — zawołała. — Trzeba go zdjąć!
Dobroniega rozejrzała się po obejściu. — Czym? Toż to sam żar.
Milena chwyciła złożoną tkaninę, owinęła nią dłoń i zacisnęła palce na brzegu. Natychmiast syknęła i puściła. — A niech to! Parzy!
Świata chwyciła drugi drąg. — Razem! — krzyknęła do Agnieszki.
— Spali się! — Dobroniega przestąpiła z nogi na nogę. — Na węgiel się spali, jak go zaraz nie wyciągniecie!
Milena oparła dłonie na biodrach. — A gdzie te chłopy, jak ich trza?
— W lesie wiewiórki podglądają — rzuciła Świata.
Milena zaśmiała się. — A po co nam chłopy?
Świata wsunęła drąg pod brzeg. Agnieszka zrobiła to samo z drugiej strony.
— Podnoś!
— Trzymacie? — zawołała Sławomira.
— Trzymamy!
Wspólnym wysiłkiem wysunęły naczynia z żaru i przeniosły na ubitą ziemię. Odrzuciły drągi i otarły pot z czół.
— Teraz ostrożnie — powiedziała Agnieszka. Chwyciła misę przez złożone płótno. — Raz, dwa!
Odwróciła naczynie nad suknem. Bochen wypadł z głuchym stukiem. Skórkę miał ciemną, miejscami czarną. Unosiła się nad nim para. Zapach chleba mieszał się z ostrą wonią spalenizny.
Nikt się nie odezwał. Milena opuściła ręce. Świata skrzywiła usta.
— Och… bogowie… — jęknęła Milena.
Świata przykucnęła i trąciła skórkę końcem patyka. — Spalił się… — Skórka odpowiedziała suchym stukiem.
Dobroniega pokręciła głową. — Na węgiel. Mówiłam… Za długo czekałyśmy.
— To przez nas… — Milena obejrzała zaczerwienione palce. — Mogłyśmy go szybciej wyciągnąć. Tyle roboty… tyle mąki na marne.
Świata kopnęła grudkę ziemi w palenisko. — Psu na budę taki chleb!
Agnieszka przykucnęła przy bochnie. Z pęknięć w skórce uchodziła para. — Środek może być dobry.
— Dobry? — Świata wskazała bochen. — Przecie to węgiel! Czarny jak dupa biesa!
— Zajrzymy do środka. Skórka powinna być twarda, tylko nie aż tak ciemna. Najpierw musi trochę ostygnąć.
Przykucnęły wokół bochna. Kiedy przestał parzyć, Agnieszka chwyciła go, zaparła się i przełamała. Skórka pękła z głośnym trzaskiem. Z wnętrza buchnęła para.
— W środku jasny… — Milena pochyliła się nad bochnem.
Dobroniega zajrzała jej przez ramię. — I pełen dziur. Jakby go coś od środka rozepchnęło.
Świata dotknęła miękiszu opuszkiem. Ugiął się pod palcem. — I miękki…
— Skórkę przypaliłyśmy — powiedziała Agnieszka. — Następnym razem damy mniej żaru. Ale środek się udał.
— Spróbujcie. Zobaczymy, czy Spor z Domowikiem się spisali.
Dobroniega pierwsza wyciągnęła rękę. Agnieszka odłamała część i podała jej. Dobroniega odgryzła kęs i przeżuła powoli. Po chwili wyciągnęła rękę po następny kawałek. — Daj jeszcze.
Przerzucały swoje skrawki z dłoni do dłoni i dmuchały na nie.
Milena sięgnęła po kolejny kęs. Pozostałe zaraz poszły w jej ślady.
— Bogowie… — wymamrotała Milena z pełnymi ustami.
— Ani podpłomyk, ani bryja — powiedziała Sławomira. — Kwaśny, a po chwili słodkawy.
Milena obróciła kromkę ku światłu.
— A te oczy! Patrzcie, ile on ma oczu!
Agnieszka usiadła na pieńku. Patrzyła, jak chleb znika w ich ustach.
* * *
Słońce chyliło się ku zachodowi, gdy wyszli z gęstwiny na znajomą ścieżkę prowadzącą do osady. Krok mieli lżejszy niż rano. Gniewko, choć zmęczony, nie oglądał się już za siebie.
— No! — Mściwój klepnął Roberta w ramię. — Strzybóg nam dziś sprzyjał, nie ma co gadać!
— Trzeba przyprowadzić Stanimira. Obejrzy te sosny i powie, które brać.
— A jakże! Stanimir ma oko. Od razu wybierze najlepsze. On będzie znaczył, a my rąbać.
Po chwili Robert zwolnił.
— Mściwoju.
— No?
— A jak ściągniemy te pnie do obejścia?
Mściwój wzruszył ramionami.
— Jak to jak? Sami zaciągniemy.
— Nawet po ociosaniu będą ciężkie. Belka pod kalenicę będzie długa na całą chatę. We trzech jej nie ruszymy.
Mściwój podrapał się w szczękę. — O tym nie pomyślałem. Trzeba wołu albo pół wsi. — Splunął na ziemię.
Robert pokręcił głową.
— Do Dobrogosta nie ma po co iść po prośbie.
— A te sosny na smołę? — zapytał Gniewko.
— Z sosnami nie ma biedy. Smolne drewno porąbiemy na szczapy i zwieziemy taczką — odparł Mściwój.
Przy wejściu do obejścia Gniewko stanął i pociągnął nosem. — Pachnie jak wczoraj…
Robert odnalazł wzrokiem Agnieszkę. Siedziała z twarzą umorusaną sadzą i kawałkiem chleba w dłoni.
— Widzę, że chleb się udał! — zawołał.
Kobiety obejrzały się. Milena miała pełne usta, a Świata otrzepywała okruchy z palców.
Gniewko podszedł do Agnieszki, nie spuszczając wzroku z chleba.
— Głodny jestem jak wilk…
Robert wskazał resztki bochna.
— Zostawiłyście nam choć skórkę? Od samego zapachu kiszki burczą.
Agnieszka podeszła do niego i przeciągnęła mu osmolonym palcem po policzku. Podała mu nadgryzioną kromkę.
— Trzymaj, leniuchu. Następnym razem sam będziesz z ognia wyciągał.
Milena odłamała z bochna dwie pajdy i podała je Mściwojowi oraz Gniewkowi.
Gniewko wgryzł się w swoją.
Mściwój żuł powoli. — Za taki chleb sam belkę pociągnę.
Zorza podniosła pusty woreczek po mące.
— Trza wracać. Mój spyta, co cały dzień robiłam i czemu nic do chaty nie przyniosłam.
— Powiedz, że wiedzę przyniosłaś — odparła Agnieszka.
— Wiedzą gęby nie zapcha.
— Jutro zapchasz mu chlebem — rzuciła Świata.
Zaczęły otrzepywać tuniki.
Dobroniega nagle znieruchomiała. — A chleb dla Domowika?
Kobiety spojrzały po sobie. Urwały kawałki ze swoich części. Świata zebrała je w dłonie i zaniosła na próg chaty.
— Pilnowałeś ciasta. Przyjmij chleb.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania