Pieśń pokoju cz.16
Tuż za progiem sabatu czekał na mnie komitet powitalny. Matrona Makrid odetchnęła z ulgą, kiedy zobaczyła Katię wychodzącą z auta o własnych siłach. Ode mnie chciała jedynie usłyszeć, co udało mi się odkryć. Rzuciłem jej kilka strzępków informacji na pożarcie. Po prawdzie sam nie wiedziałem wiele więcej, ale miałem cichą nadzieję, że nagrania odkryją więcej kart. Nie miałem na razie pomysłu na inne działania.
Wszedłem do pokoju, zamknąłem drzwi i bez zwłoki dobrałem się do pierwszej z kamer. Dźwięk SMS-a wyrwał mnie z transu.
,,Jesteś cały?"
Ciekawe, czy to realna troska, czy wytyczne przełożonej sabatu?
,,Tak. Katia nie mogła wystrzelić. Siadam do nagrań. Odezwę się później."
Przysłała emoji kciuka. Nie drążyła. Dobrze.
Otworzyłem laptopa i ściągnąłem nagranie z pierwszej kamery – tej skierowanej na Katię, ale z większego dystansu niż kamera numer dwa. Pierwsze dziesięć minut to rozkładanie kryształów i instrukcje dla Katii. Spowolniłem odtwarzanie w momencie, w którym odwróciłem się plecami do Rosjanki. Uniosła broń, wycelowała mi w głowę, po czym oddała udawany strzał z uśmiechem na twarzy.
A ja naiwnie myślałem, że się waha.
W końcu wycelowała w moje siedzenie. Obraz zamigotał. W nagraniu pojawiło się ciche buczenie. Zatrzymałem. Cofnąłem o kilka sekund i dałem dźwięk na maksa. Buczenie, niejednolity szum. Zatrzymałem i zapisałem minutę nagrania, w którym pojawiają się dźwięki. Wyłączyłem pauzę. Katia celuje nadal. Jej ramię drży, opada. Podtrzymuje drugą ręką. Widać wysiłek na jej twarzy. Najbliższy kryształ wibruje. Pył wybija w powietrze. Zatrzymałem. Zapisałem. Tuman kurzu utrzymuje się kilka sekund. Katia kaszle, zasłania twarz. Idzie do mnie. Buczenie ucicha. Nie miałem tu odpowiedniego sprzętu do analizy dźwięku. Poproszę Somę o pomoc.
Cofnąłem nagranie do momentu tuż przed poderwaniem się czerwonej kredy. Spowolniłem obraz do poklatkowej prędkości. Wcisnąłem play. Pierwsza ciekawa sprawa. Kurzawa wzbija się sekwencjami. Interwały są małe, ale widać wyraźnie, że cokolwiek wywołuje ten podmuch powietrza zaczyna się przy Rosjance i wędruje do mnie. W momencie, w którym tuman zaczyna mi się kłębić pod stopami, ewidentnie wpadam w trans. Potem wszystko niknie.
Zapisałem spostrzeżenia.
Pora na nagranie z drugiej z czterech kamer. Ta stała bardzo blisko Katii. Przewijam do momentu buczenia. Początek podobny: dźwięk, bardziej niejednorodny i nieco głośniejszy, ale nadal niewyraźny. Rosjanka unosi broń. Zatrzymałem. Zwolniłem nagranie. Play. Pył wybija w górę. Niedowierzałem własnym oczom. Stop. Jeszcze raz.
– Co do licha...?
Jeszcze raz. Zatrzymałem, kiedy fala kurzu opuszcza kadr.
Odstawiłem laptopa na stolik. Złapałem go z powrotem i puściłem nagranie jeszcze raz. Zrobiłem kilka zrzutów ekranu.
Muszę natychmiast zadzwonić do Reto.
Wysłałem mu maila z załączonymi zdjęciami.
Poczekam chwilę i dzwonię.
Pierwszy sygnał, drugi...
– Co masz?
Nie owijał w bawełnę.
– Zajrzyj na skrzynkę mailową.
Chwila ciszy.
– Huere krass!
Reto nie przeklina. Słyszałem to drugi raz w życiu. Pierwszy raz po zamachu na Somę trzy lata temu.
– Prawda. Nie wiem, co mam o tym myśleć.
– Nie mów nic mokoszankom, nie pokazuj nagrań. Rosjanom tym bardziej. Nieważne, czy Rodoverze, czy wojskowym.
– Nie jestem nowicjuszem.
– Będą naciskać.
– Nie jestem nowicjuszem – powtórzyłem z wyraźną irytacją w głosie.
Przeszedłem z tym człowiekiem przez niejedno piekło, a on zachowuje, się jakbym nagle wykluł się z jajka.
– Resztę nagrań wrzuć do chmury i wykasuj ze sprzętu. Dostęp masz tylko ty i ja. Dopisz spostrzeżenia. Jutro się odezwę.
– Zrozumiano.
Rozłączył się.
***
Ostatnie dwa nagrania nie przyniosły rewolucji, ale nie były bezużyteczne. Dziwne buczenie nie skupiało się wokół Katii, a przynajmniej ona nie stała w jego centrum. Kamery bliżej podłogi rejestrowały głośniejszy szum niż te położone wyżej. Dopisałem to do obserwacji w raporcie dla Reto. Miałem własne przemyślenia, ale nie chciałem podsuwać wniosków agentom Somy. Jak dla mnie źródło uroku leżało pod miastem. Analiza nagrań pewnie trochę potrwa, więc miałem czas, żeby pogrzebać trochę w bazach danych. Wołogosk w obecnym kształcie miał zaledwie siedemdziesiąt lat. Miasto powstało na potrzeby robotników zatrudnionych w lokalnych hutach. Potem rozrosło się, żeby wykarmić inne gałęzie przemysłu wiecznie głodnego ZSRR. Po rozpadzie region podupadł i miasto powoli pustoszało aż do 2005 roku, kiedy to firma SMNPO-Engineering postanowiła zbudować tu fabrykę sprężarek.
Danych o historii miasta znalazłem sporo, natomiast nie odkryłem niczego, co mogłoby mieć jakiekolwiek powiązanie z urokiem, który atakuje z czeluści piekielnych.
Uśmiechnąłem się. Łagodzenie frustracji żartem stanowiło mój ulubiony sposób odstresowania.
Jeżeli logiczny tok poszukiwań nie daje rezultatu, pora zdać się na szczęście. Wpisałem w wyszukiwarkę „Wołogosk, wykopaliska". Mój nieocenzurowany internet wypluł listę informacji: zapadliska naturalnych grot, szczątki neandertalczyków, stara osada – otworzyłem w osobnej zakładce do przeczytania na później – protesty przeciwko budowie schronu.
Hmm... Schron brzmiał kusząco.
Najpierw osada. Przy budowie jednego z bloków odkryto szczątki pierwotnej zabudowy. Wiek znaleziska oszacowano na czternaste stulecie. Budowę wstrzymano na czas pracy archeologów. Późniejsze wykopaliska odsłoniły niewielką osadę Słowian: kilka chałup wokół centralnego placu ze studnią. Na liście znalezionych przedmiotów widniało kilka noży, toporek, metalowe resztki po starych kufrach, ozdobach i broni. Odkryto też niewielki cmentarz za największą chatą. Wystawę można obejrzeć w Miejskim Centrum Kultury.
Ciekawe, ale mało przydatne. Przejdźmy do schronu.
,,Władze miasta podjęły inicjatywę w celu zagospodarowania poradzieckiego schronu. Radni przedstawili plan przeobrażenia niszczejącego reliktu minionej epoki w atrakcję turystyczną z muzeum historycznym w centralnej podziemnej komorze."
Minionej epoki...
Spojrzałem na datę: Styczeń 2012.
No tak, wtedy mogli jeszcze sądzić, że ta epoka minęła. Niemniej jednak miejsce godne uwagi, tym bardziej, że leży mniej więcej pod centrum miasta. Gdybym chciał rzucić urok związany ziemią i zmarłymi, to nieużywany schron stanowiłby idealne lokum. Ciekawe, czy Soma wpadnie na ten sam pomysł.
Odłożyłem laptopa.
Było już późno, a sen często przynosi nowe pomysły. Zrzuciłem ubrania i z przykrością stwierdziłem, że prysznic to dobry pomysł, ale pomysł na rano; nikt nie wejdzie mi przecież pod kołdrę. Przypominały mi się jurty na mongolskich polach i młode udaganki bardzo ciekawe egzotycznych męskich fizjonomii.
Zasnąłem w dobrym nastroju.
Wielka sala. Umarli szepczą. Pieśń tysiąca głosów. Cztery skorupy, cztery powrozy, jeden spętany. Dziecko. Pociesza, cierpi. Chce odejść. Półżywy potwór zaciska szpony na... Nie widzę. Sen ucieka. Ktoś go zmienia, wyrabia jak ciasto, steruje z cienia.
Nie!
Protest niknie w marach. Stoję. Widzę siebie. Jeden z wielu. Wspomnienie życia. Katia podnosi broń. Szepty przechodzą w krzyk. Rozkaz. Mocny, rzeczywisty, pełen życia i gniewu. Zmiata wolę. Setki rąk. Sięgają do kobiety. Oplatają jak węże. Dziecko płacze. Dłonie ciągną do ziemi. Paskudny uśmiech w białej masce.
Powiedziałam: nie!
Obraz drży, rozmywa się. Ona dalej drwi.
Purpurowa rzeka rozcina światy...
Maska znika. Kobieta zasłania twarz. Ucieka za rzekę.
Wybierz brzeg.
Waham się. Chcę wiedzieć.
Wybierz brzeg.
Obudziłem się zlany potem; nic nadzwyczajnego w moim przypadku, tyle że koszmar inny niż zwykle. Chwyciłem za telefon. Trzecia – godzina Lucyfera. Zaśmiałem się na ten przesąd, ale tylko, żeby zamaskować trwogę. Z wiekiem jeszcze przyjdzie mi wierzyć w bajki.
Zrzuciłem pościel i usiadłem na brzegu materaca.
Wizja nie była niczym niezwykłym, ale...
Spojrzałem na ścianę nad łóżkiem. Nowo zapleciony chwytacz snów wisiał bez uszczerbku tam, gdzie go zawiesiłem.
Jeżeli nie śniączka, to co? A jeśli śniączka, to czyja i która ominęłaby pułapkę, wbijając się w mój umysł z precyzją chirurga. W sumie odpowiedź nasunęła się sama i była oczywista. Pozostawało jeszcze jedno pytanie: kto mnie wyciągnął? Ten głos... Jego wspomnienie zniknęło, wyparowało. Przeraził mnie fakt, że jedna albo i dwie osoby grzebią mi w głowie, jakby przewalały ubrania w ciucholandzie.
Wziąłem telefon do ręki. Chyba potrzebowałem chwili bezmyślnego skrolowania. Dopiero teraz zobaczyłem znaczek wiadomości.
Reto. Ciekawe.
Otworzyłem treść. Zapewnił mnie, że pracują nad możliwościami i że odezwie się jutro koło południa.
Pisanie takich rzeczy kompletnie do niego nie pasowało.
Otworzyłem komputer. Folder z filmami w chmurze poprosił o hasło. Teraz wiadomość miała sens. Co druga sylaba w co drugim wyrazie. Pierwsze litery.
Wstukałem hasło. Folder uwolnił pliki. Otworzyłem nagrania z drugiej kamery, sam nie wiedziałem po co. Może w nadziei, że zobaczę coś, czego wcześniej tam nie widziałem, albo zrozumiem swój sterowany sen.
Wcisnąłem play.
Klatka po klatce. Wyłaniały się spod ziemi, wzburzając kurzawę z barwionej kredy. Zarysy dłoni i ramion wychodziły z posadzki jak ręce pątników wyciągane ku niebu. Nienaturalnie długie. Chwytały Katię jedna po drugiej. Soma wzmocniła i wyczyściła obraz. Pierwsze mgliste dłonie złapały za broń, kolejne czepiały się ubrań, włosów i skóry. Buczenie wzbierało i cichło naprzemiennie. Gdybym miał to do czegoś porównać, to postawiłbym na odgłos w komorze rezonansu magnetycznego. Dłoni przybywało. Eteryczne kształty w kurzawie oblepiały Rosjankę jak macki. Kobieta widocznie słabła. Ciarki przeszły mi po plecach.
– A potem się dziwię, że mam koszmary – westchnąłem sam do siebie.
***
Nie mogłem już zasnąć. Przeglądałem bazę danych i Internet w poszukiwaniu podobnych przypadków. Przesiewając tony wytworów ludzkiej wyobraźni i sztucznej inteligencji, natknąłem się na dwa incydenty, które wyglądały obiecująco. Pierwszy, dwadzieścia lat temu. Gorki na wschodzie Białorusi. Mężczyzna odkrywa masową mogiłę podczas pracy na polu. Potem sam zgłasza się na policję twierdząc, że jest opętany. W dalszych zeznaniach opowiada o zmarłych wyciągających ręce z grobów. Przyznał się, że szukał skarbów, ale natrafił tylko na kości, stare łachy i sporo medali. Potem okazało się, że mogiła to miejsce masowej egzekucji – i tyle. Szczątkowy wpis pod artykułem mocno sugerował, kto dokonał egzekucji. Sporo takich mogił nadal leży zakopanych przez historię. Pytanie, czy opisywane ręce wychodzące z grobu były wytworem wyobraźni czy czymś prawdziwym. Traumatyczna śmierć potrafi wiązać świadomość z miejscem zgonu, nawet jeśli za życia nie zostawiło się tam śladów. Rozstrzelanie można uznać za taki rodzaj śmierci.
Drugi przypadek. Niemiecki obóz koncentracyjny dla kobiet Ravensbruck. Nikt wtedy o tym nie mówił, niewiele jest też zapisów z tego okresu dotyczących talentów mentalnych osadzonych w obozach, ale podczas wojny sabaty często ukrywały swoje podopieczne żydowskiego pochodzenia. Prędzej czy później kończyło się to łapanką i zsyłką. Pamiętam z archiwum Somy, że jedno z większych niemieckich zgromadzeń mieściło się pod Hvel. Posiadłość została zajęta przez nazistów tuż po utworzeniu obozu niedaleko miasta. Niedługo potem w Ravensbruck zaczęło dochodzić do dziwnych incydentów. Niemieccy żołnierze zgłaszali: paskudne sny, omamy, coś opisanego jako „złe szepty", lęk, przewlekłe bóle w całym ciele, przytłaczający smutek. Najcięższe przypadki zabierano z obozu. Doszło też do kilku samobójstw i przypadków szaleństwa wśród wyższych rangą oficerów. Jeden z ciekawszych przypadków dotyczył Dorothei Binz. Po wyzwoleniu obozu Brytyjczycy zastali nazistkę skuloną wewnątrz ciemnej izolatki – jadła własne ekskrementy. Skazana na śmierć, nawet podczas egzekucji krzyczała ,,Jesteś tym, co żresz!".
Jednak mnie bardziej zainteresował inny przypadek obłąkania.
Fritz Suhren. Zastąpił Maxa Koegela, pierwszego z komendantów obozu. Koegel skarżył się na paskudne sny i „złe myśli". Po trzech latach nieudanego leczenia doktor zalecił przeniesienie. Kilka miesięcy później Suhren zaczął wspominać lekarzowi o podobnych objawach. W notatkach medycznych zachowano wpis o diabelskich mocach panoszących się wśród obozowego ,,bydła". Przez dwa lata nazista utwierdzał się w przekonaniu, że problem nie tkwi w nim, a demonach zagnieżdżonych w, jak to ujął, zachowanych zapiskach, ludzkich zgniliznach. To Fritz zezwolił na brutalne eksperymenty medyczne na więźniarkach – głównie Polkach – i sam je nadzorował. W 1945 roku zachowywał się już jak szaleniec: mówił do ścian, wybuchał agresją, strzelał do więźniarek bez powodu. Ostatni rozkaz z Berlina wykonał natychmiast, a odpowiedź na telegram dowództwa tylko potwierdziła głębię szaleństwa: ,,Nie pozwolę, żeby takie zło wydostało się na świat". Po masowej eksterminacji w komorach gazowych został w obozie jako jeden z ostatnich. Osobiście dopilnował, żeby wszystkie ciała spłonęły w krematoriach. Tylko nielicznym obozowiczkom udało się uciec przed masakrą. Niektórzy Niemcy na wieść o nadchodzących aliantach pomagali kobietom uciekać albo się ukryć. Suhrena ewakuowano wraz z ostatnim transportem. W znalezionym notatniku wspominał o trupich dłoniach wychodzących ze ścian i podłóg. Po kapitulacji Niemiec znaleziono go w grupie bezdomnych w pobliżu Hvel. Nie miał obu dłoni i majaczył, że oddał ziemi, co jej. Stracono go w 1950 za zbrodnie wojenne.
Ta historia tak mnie pochłonęła, że nawet nie zauważyłem, kiedy zaczęło świtać. Gdyby nie uporczywy sygnał połączenia, to pewnie wertowałbym kolejne witryny i dodawał zakładki na później.
Spojrzałem na ekran. Reto.
Odebrałem.
– Masz coś?
– Coś tak, ale jeszcze nie wszystko. Trzymaj ciekawość na wodzy.
– Więc po co dzwonisz z samego rana?
– Będziesz miał gości. Wołchwa Dorma doszedł do wniosku, że z ciebie wyciśnie więcej niż od nas.
– A ty uznałeś, że ma rację?
– Uznałem, że można to wykorzystać. Nic jeszcze od nas nie dostał, ale będziemy musieli mu coś dać, bo w końcu jesteśmy jedną wielką okultystyczną rodziną.
Drwina bijąca z tego stwierdzenia nie wygasła nawet po przebyciu tysięcy kilometrów, skacząc od wieży do satelity i z powrotem.
– Więc co mam rzucić wujkowi Nazarowi i cioci Makrid?
Mam nadzieję, że mój sarkazm był równie wytrwały.
– Trochę prawdy. W chmurze masz nieco zmodyfikowany plik z drugiej kamery, pierwszy zostawiłem nietknięty. Możesz im pokazać oba, a jak wujek Naz będzie bardzo nalegał, to możesz mu zgrać materiały, tylko wpierw powiedz, żeby do mnie zadzwonił, bo nie wiesz, czy możesz udostępnić takie ważne rzeczy. Obserwuj ciotuchnę Makri. Myślę, że ona wie więcej, niż nam mówi.
– A co dalej? Mam swoje domysły.
– Schron. Wiem. Badamy to. Między innymi po to masz rzucić ochłapy Rodoverze. Będzie ci potrzebne wsparcie.
– Reto. Sprawdź jeszcze, które z kobiet związanych z sabatem w Hvel, dostały się do obozu w Ravensbruck i co się dalej z nimi działo.
Chwila milczenia świadczyła o zaciekawieniu po drugiej stronie, ale dumny Szwajcar przecież nie spyta bezczelnego niewdzięcznego dezertera, co przeoczył w całej układance.
– Będzie sprawdzone.
Rozłączył się. Nie pytał – wiedział, że mu nie powiem, choćby z samej przekory. Teraz przynajmniej byłem pewien, że wszystko dokładnie posprawdza, żeby potem rzucić mi odkryciami w twarz.
Spojrzałem w stronę drzwi.
Pora na mały teatrzyk utkany z półprawd i nieszczerej szczerości. Wstydziłem się przed samym sobą, ale cholernie mi tego brakowało.
***
Przez okno zobaczyłem dwa samochody z logo BBC. Stacja telewizyjna to dobry chwyt, choć wątpię, żeby Rosjanie wpuścili na teren okupowanego miasta jakiekolwiek media poza własnymi. Niemniej jednak prosty człowiek mieszkający w zbombardowanym Wołogosku ma większe problemy na głowie niż roztrząsanie takich spraw. Przypuszczam, że Rodovera wyszła z tego samego założenia.
Zabrałem plecak z laptopem i wyszedłem z pokoju.
W lobby zastałem całą ,,rodzinę" i dwóch mężczyzn – zapewne wojskowych – przebranych za ekipę telewizyjną. Mieli nawet odpowiedni sprzęt. Matrona Makrid popijała coś z filiżanki, przysłuchując się Nazarowi, który szeptał coś nad kubkiem. Elena siedziała na uboczu wpatrzona w swój napitek, jakby z rozmarzeniem oglądała gwiazdy. Kiedy się zbliżyłem, wszyscy skierowali spojrzenia w moją stronę niczym zaalarmowane świstaki. Odwykłem od takich reakcji. Większość kolegów z komendy była raczej sceptyczna co do zasadności istnienia naszego wydziału, a jednocześnie bała się czegoś, czego nie rozumiała, więc raczej uciekali wzrokiem w nadziei, że nie podejdę, żeby się przywitać.
Wołchwa Dorma podniósł zwaliste ciało. Był naprawdę wielki.
– Właśnie na ciebie czekaliśmy, Maks.
Odezwał się po rosyjsku. Albo celowa prowokacja, albo faktycznie zapomniał. Pytanie, czy na tym etapie udawanie nadal miało sens.
Matrona Makrid dała znać Elenie, żeby ta przetłumaczyła i chyba dopiero teraz Nazar zorientował się w swoim błędzie, bo widocznie się zmieszał – albo udawał.
– Oczywiście. Przepraszam – dodał po polsku.
– Nie ma za co. Chyba już wystarczy tych szarad – odpowiedziałem po rosyjsku.
Kobiety spojrzały po sobie. Ciężko było odczytać ich emocje, ale przyjęły to raczej na chłodno. Nazar skinął głową i zaprosił mnie do stolika ustawionego między kanapami. Dopiero teraz dosięgnęła mnie moc spojrzenia Matrony. Przy tym wyrazie twarzy brodaty Dorma wyglądał jak słodki misio panda.
– Opowiadaj, Maks. Czego się dowiedziałeś?
– To Katia nie zdała raportu?
Widocznie sposępniał. Nie nawykł do lekceważących rozmówców.
– Opowiedziała ze swojej perspektywy: zdawkowo, po wojskowemu, no i bez jakichkolwiek doznań spoza zwykłych zmysłów.
– Przekazałem materiały agentom Somy. Na pewno rozpowszechnią wnioski pomiędzy członkami.
Walnął w stół.
– Nie igraj ze mną!
Zrobiło się groźnie.
Matrona Makrid ruszyła z niespodziewaną pomocą.
– Spokój. Nie będzie w tym przybytku ani gróźb! Ani przemocy!
Wołchwa Dorma obrócił wielki łeb w jej stronę, ale tylko przytaknął. Uznałem to za dobry moment, żeby rzucić cukierki.
– Nie igram z tobą. Soma ma swoje procedury. Zadzwoń do Reto. Jeżeli on mi powie, że mogę, to pokażę wszystko. Ciekawi mnie twój, a raczej wasz, punkt widzenia.
Popatrzył na mnie, jakby chciał wyczytać, czy to kolejna gierka, ale po chwili złapał za telefon. Reto nie śpieszył się z odebraniem. Jego wredny charakter idealnie pasował do wyglądu. W końcu zaczęli rozmowę – a raczej szybką wymianę krótkich zdań. Nazar podał mi telefon. Usłyszałem tylko ,,Pokaż materiały" i szwajcarski lis zakończył połączenie.
– Tylko ty, Babusja Makrid i tłumaczka – rzucił Dorma i odprawił rzekomych dźwiękowców pod wejście.
Elena nadal siedziała spokojnie, nie wykazując żadnych oznak zainteresowania tym, co się dzieje. Powoli puszczałem jedno nagranie za drugim. W materiale z kamery numer dwa wszystko było po staremu, tyle że kształty dłoni rozmyły się w pyle. Całkiem niezła robota.
Nazar wyciągnął z kieszeni pendrive'a.
Chciałem zaprotestować...
– Nawet nie próbuj! Nie będę dzwonić do tego zarozumiałego szwiejcariška. – Rzucił nośnik na blat i pchnął w moją stronę. – A teraz mów: co o tym myślisz?
– Urok działa tylko podczas odpowiedniej sekwencji zdarzeń. Moc uderza spod ziemi albo przynajmniej gromadzi się przy gruncie, zanim uderzy. Towarzyszy temu dźwięk...
– Skończ pieprzyć. To widzieliśmy. Pytam się, co o tym myślisz?
Spojrzałem na Matronę Makrid. Wyglądała na równie ciekawą moich przemyśleń – pytanie, czy z tego samego powodu?
– Moim zdaniem to pakt.
Nazar wyprostował się w siedzisku, a Matrona spąsowiała na twarzy.
– Pakt z kim? – odezwała się.
Teraz wyczułem strach. Pakty to niebezpieczna forma okultystycznych praktyk. Żeby coś dostać, musisz coś ofiarować, coś równie wartościowego.
– Nie wiem. Ale moc rzuconego uroku jest potężna. Może to być kilka albo i kilkanaście osób.
Matrona Makrid sięgnęła po wodę. Kilkanaście osób znających rytuały prawie jednoznacznie wskazywało na sabat.
Wołchwa Dorma uciekł wzrokiem na blat. Myślał, rozważał opcje, szukał odpowiedzi we wspomnieniach. Jego aura mieniła się błękitem i pachniała detergentem. Każde medium miało inny pakiet doznań na tę samą mentalną emanację. Mnie myślenie kojarzyło się z czystym fartuchem i morzem.
Zerknąłem na Elenę. Spotkaliśmy się spojrzeniami. Uśmiechnęła się delikatnie, upiła nieco herbaty i pogłaskała się po przedramieniu. Odniosłem wrażenie, że szydzi z moich teorii. Ta z pozoru skromna wdowa była w to uwikłana, tylko jeszcze nie wiedziałem, jak bardzo.
– Co planujesz? – rzucił Nazar.
Oddałem mu pendrive z nagraniami.
– Czekam na dalsze instrukcje od Somy. Planuję też pogrzebać w sieci na własną rękę. Mam kilka pomysłów, które muszę zweryfikować.
Nazar wstał od stołu. Matrona Makrid poderwała się razem z nim.
– Babusja słucha mnie teraz uważnie. Proszę, i robię to przez wzgląd na naszą znajomość, niech żadna z mokoszanek nie opuszcza sabatu do odwołania. Jeśli czegoś wam zabraknie to tylko jedna, i muszę wiedzieć wcześniej która.
Obserwowali sabat. W sumie od początku zakładano, że mokoszanki – czy to jedna, kilka, czy całe zgromadzenie – są zamieszane w to, co się dzieje.
Matrona Makrid zadarła zaczepnie głowę. Jej chuda sylwetka przypominała źdźbło trawy naprzeciw wielkiego głazu.
– Czy to groźba, Wołchwa Dormo?
– Prośba, Babusja. – Skinął głową.
– Uwzględnię ją. A co z panem, panie Maksymilianie, czy jak się pan tam nazywa naprawdę. Wolałabym, żeby pan opuścił to miejsce jak najszybciej.
Wstałem, żeby dołączyć do starcia na subtelne groźby.
– Soma o tym decyduje, ale obiecuję, że nie będę przeciągał pobytu.
Westchnęła i razem z Eleną odeszły od stołu.
Wołchwa Dorma złapał mnie za ramię.
– Chodź ze mną. – Jakoś tak podskórnie przeczuwałem, że Nazar ma większy pakiet informacji do przekazania, ale tylko mnie. – Masz niewiele czasu. Nie przerywaj. Muszę pokazać nagrania wojskowym, a oni od dawna trzymają czerwony przycisk w pogotowiu.
Pierwszy raz poczułem strach.
– No chyba nie użyją atomu. Przecież to murowana wojna światowa.
– Nie, nie atom, bardziej precyzyjnie. Tym bardziej, że dam im konkretny cel.
Zatrzymaliśmy się tuż przed wyjściem.
– Ile mam czasu?
– Nie wiem. Dzień, może dwa. Soma zabierze cię stąd, nie martw się. Nadstawiłem za to karku. – Poklepał mnie po barku jak stary przyjaciel.
– A reszta? Tu jest kilkudziesięciu cywili.
– To nie budynek jest celem, Maks. – Założył czapkę z logiem BBC. – Działaj szybko.
Przekroczył próg sabatu.
Wizja.
Krwawe oko. Krzyk wdowy. Robaki!
Rzuciłem się na Nazara. Strażnicy sięgnęli po ukrytą broń. Dorma padł na kolana. Pocisk wyrwał dziurę w kamiennej framudze wejścia. Krzyk przechodniów rozszedł się po mieście.
– Do furgonu!
Żołnierze przechwycili Wołchwa Dormę. Ja popełzłem w kierunku wejścia do Sabatu, licząc na to, że to Nazar był głównym celem. Drugi strzał zostawił krater w masce wzmocnionego pojazdu. Potężny kaliber. Słyszałem zza ściany, że furgon rusza z piskiem opon. Rosjanie nawet nie próbowali odpowiedzieć ogniem. Odważyłem się wyjrzeć zza drzwi. Kolejny świst. Z kołpaka poszły iskry. Snajper chciał ich unieruchomić, ale spudłował. Odgłos nadlatującego śmigłowca stawał się coraz wyraźniejszy.
Odsiecz. Swoją drogą ciekawe, czy urok związany z ziemią zadziałałby na dużej wysokości. Chyba nie byłem aż tak ciekawy, żeby sprawdzać na sobie.
Schowałem się za ścianę.
Przypominał mi się mężczyzna z jednego z nagrań. Ten w alejce między blokami. Miał broń; wiedział, że Rosjanin nie będzie mógł strzelić, według Somy przypominał zaginionego ukraińskiego porucznika. To mógł być ten sam człowiek.
Matrona wybiegła z korytarza, a za nią jeszcze trzy kobiety.
– Co się dzieje?
– Babcia nie podchodzi do wyjścia! Snajper – rzuciłem po ukraińsku.
Odruchowo wszystkie padły na podłogę z dala od okien. Nawyk ludzi żyjących w strefie wojny – niestety zostaje nawet po wojnie.
Poczułem telefon w kieszeni.
– Tak, Reto?
– Dorma niedługo wyjedzie z miasta. Jest bezpieczny. Dziś wieczorem wchodzimy do podziemi. Nie ma już czasu.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania