Daily Terribles - Kominiarz

Ta historia wydarzyła się nie u mnie, ale dwie gminy dalej, w godzinach późno popołudniowych, właściwie nawet wieczornych.

Zostałem wezwany do wypadku. Dzwoniący wójt narzekał, krzyczał i zawodził, że na prostej drodze wypieprzyła się ciężarówka i że mam przyjechać, bo to moja wina.

No to pojechałem, ciekaw, jakimż to cudem wywrócona ciężarówka może być moją winą. Każdy byłby ciekaw, no nie?

Zaparkowałem sobie na środku drogi, tuż obok rozwalonej wanny, z której okoliczni mieszkańcy-oportuniści wiadrami nosili jabłka pastewne, więzione z punktu A do punktu B przez kierowcę, znanego w regionie pijaka Pawła zwanego Borkiem. W tej chwili właśnie stał przy radiowozie i zarzekał się, że pijany to on może i jest, ale tego betonowego człowieka na drodze to on nie postawił, i że to nie jego wina i mają wszyscy spierdalać. Policjanci na takie słowa zareagowali z cierpliwością tak dobrze znaną wszystkim mającym władzę służbom, planując spuszczenie Borkowo wpierdolu, jak już wójt i ten śmierdzący pismak odjadą i będzie mniej świadków.

— Jaki betonowy człowiek? — spytałem Borka, gdy gliny dały mu na chwilę spokój i poszli przeganiać dziadków, ładujących już jabłka na taczki i wózki sklepowe.

— Normalnie, człowiek, nie? No, to tylko taki z betonu, kurwa. — Wskazał rozpieprzony w drobny mak front ciężarówki. A obok, początkowo wziąłem go za gapia z gatunku przejeżdżających kominiarzy, stał w nonszalanckiej pozie… on.

Podszedłem bliżej. Wyglądał jak człowiek, tylko taki dziwny jakiś. Nieproporcjonalny.

— Ty, co ty jesteś? — zapytał jakiś Seba z gatunku nie homo ale dużo sapiens.

— Co ty, kurwa, się głupio pytasz? — Wskazałem istotę. — To przecież golem jest, nie odpowie ci.

Golem! Dotarło do mnie nagle co sam, przecież, powiedziałem.

Seba nie dał się zbyć. Pchnął postać, a raczej usiłował, odbił się i zdenerwował. Pchnął mocniej.

— Ty, kurwa, co tak stoisz, kurwa, wypadki spowodyw… — Seba miał problem ze słowem. — Spodobywujesz, co?

Golem ani drgnął. Seba pofikał, poskakał dookoła, pokurwował, znudził się i poszedł w swoją stronę, powiewając ortalionem.

Postanowiłem spróbować dyplonekromancji.

— Panie Golemie, co pan tak stoisz, vis-a-vis kościoła, ruch pan stopujesz, panie kochany? — Ukłoniłem się skłonem półdworskim, zarezerwowanym dla kontaktów z matką mojej żony, Rosalie. Golem nawet odwzajemnił.

— Hoon — wydobyło się, niczym trąba jerychońska, z wewnątrz golema. Wskazał wieżę kościoła. — Hooni.

— Honi? Honi? — powtórzyłem za nim.

Golem bardzo powoli sięgnął do ust i przetarł je z siłą lawiny, zdrapując stamtąd warstwę jakiegoś czarnego świństwa.

— HOMM — uniósł rękę w stronę komina budynku parafii. — HOMMIN.

Obróciłem się w tamtą stronę. Faktycznie, coś było z kominem nie tak. Ukruszony jakiś?

— Przybyłeś, żeby naprawić komin? — spytałem.

Nie uznał za zasadne mi odpowiedzieć. Złapałem go za rękę i pociągnąłem za sobą, zmierzając w stronę parafii. Wyciągnąłem z kieszeni telefon i wykręciłem do wikarego.

— Albert, ty weź mnie posłuchaj. Macie jakiś problem z kominem?

Wysłuchałem krótkiej historii. Mieli problem jak cholera, ktoś z odzyskiwania majątków żydowskich wpadł i zaczął grozić, jakiś frajer odkupił jakiś dług, pogroził księdzu palcem, proboszcz podzwonił po znajomych z krakowskiego Kazimierza…

— ...i oto mamy golema w mieście.

— No — powiedział wikary, facet w moim wieku. Oczyma wyobraźni widziałem, jak wsadza ręce w kieszenie sutanny i wzrusza ramionami, jak to miał w zwyczaju.

— To teraz chodź i se zabierz tego kominiarza.

— Zaraz.

W końcu nie przyszedł i musiałem zaprowadzić golema pod parafię i kazać mu udawać figurę Chrystusa frasobliwego z Kielc, która miała przyjechać w przyszłym tygodniu.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • stefanklakson 8 miesięcy temu
    Nawet było ciekawie poczytać.
  • Okropny 8 miesięcy temu
    Dzięki za wizytę i komentarz, stefan.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania