Mistrz Szachownicy - Rozdział 16 - Zapamiętaj, że nie tylko siła prowadzi do zwycięstwa.

Lekcja 16 — Zapamiętaj, że nie tylko siła prowadzi do zwycięstwa.

 

Lejra oraz przedstawiciel rodziny sowy zostali wysłani przez teleport na terytorium wroga, aby wypełnić powierzoną im misję. Na miejscu zastali ciemność. Jedynie niewielka ilość światła niecałe pięćset metrów dalej oświetlało okolicę. Panującą ciszę dookoła, przerwał silny podmuch wiatru, wprawiający liście w ruch. Dziewczyna zrobiła jeden mały krok do przodu i usłyszała odgłos łamiącej się gałązki. Całkowicie utwierdziło ją to w przekonaniu, że znajdowali się w lesie.

— Dlaczego musieli w to wszystko również mnie wplątać? Masakra... — blondyn zaczął narzekać. — Miejmy już to z głowy i chodźmy w stronę światła. Może znajdziemy tam tego ogra.

— Czy zgłupiałeś do reszty? To terytorium wroga! Nie wiadomo, ilu może ich tam być, a my mamy zaczaić się tylko na jedną, dziwną kreaturę.

— Eh... — Westchnął. — Przestań się tak zamartwiać. Jak pójdziemy dać im omłot, to z pewnością któryś z nich pęknie i powie, gdzie nasz cel się znajduje. Nie mamy czasu na zastanawianie się. — Ruszył po omacku przed siebie.

— Czy ty na pewno jesteś głową rodziny? Kto normalny rusza bez żadnego planu? — Załamała się postawą tymczasowego towarzysza.

Próbowała go jeszcze przekonać, jednak nie reagował na jej argumenty. Nie mając drogi odwrotu, poszła za nim. Skradali się, sukcesywnie zbliżając się do źródła światła. Blondyn gwałtownie się zatrzymał i pociągnął dziewczynę na dół. Gdy tylko chciała zapytać o powód, zatkał jej buzie i zaczął mówić szeptem:

— Spójrz przed siebie. Mamy szczęście, że natrafiliśmy akurat na dwa cyklopy. Nie potrafią wyczuć żadnych aur, nie są zbyt inteligentne, choć niesamowicie silni — mówił z przejęciem.

— Patrząc na ich muskulaturę, sama potrafię to ostatnie wywnioskować — powiedziała z ironią. — Poza tym może nie jestem magiem, ale czytam wiele książek, więc nie musisz mi o tym mówić.

— Powinnaś być mi wdzięczna za informacje! — Obraził się niczym małe dziecko. — Zresztą to nie jest najważniejsze. Ostatnio zauważyłem, że mają niesamowicie dobry słuch.

— Słuch? Pleciesz bzdury, już by nas usłyszeli. Skup się na planie. Raczej nie wyglądasz mi na kogoś z podzielną uwagą, więc postaraj się na chwilę skoncentrować. Najpierw...

— Ktoś tu chyba mnie nie słucha. — Westchnął. — Przecież mówiłem, że są też tępi! Są zajęci wspólną rozmową, żeby cokolwiek usłyszeć!

Chłopak zmienił pozę, ponieważ nogi zaczęły mu drętwieć. Jego nieśmiertelniki na szyi obijały się o siebie, dając nieco większy hałas. Oba cyklopy przerwały rozmowę i spojrzały w stronę dochodzącego dźwięku. Jeden z nich chwycił gałąź i rzucił w stronę krzaków. Na szczęście nie trafił w miejsce, gdzie dwójka intruzów się znajdowała. Widząc, że nikt stamtąd nie wyskoczył, zaczęli dalej rozmawiać.

— A nie mówiłem, że mają dobry słuch?! — Był dumny ze swojego spostrzeżenia.

— To wszystko przez te twoje nieśmiertelniki. Weź je gdzieś wyrzuć i ustalmy plan działania, zanim będzie za późno.

— Mam jej wyrzucić?! — Wkurzył się. — Jak tak możesz mówić?! A co jeśli nastąpi apokalipsa zombi?! Jeśli mnie dopadną, to niech ludzie wiedzą, kogo później będą grzebać! Nie chcę być anonimowy! — Z każdym słowem podnosił bardziej głos.

Cyklopy tym razem nie zamierzały stać bezczynnie. Chwyciły maczugi, leżące obok i zaczęły przeszukiwać pobliskie krzaki.

— Apokalipsa zombi? Czy ty siebie słyszysz?! To jest niemożliwe, za dużo filmów się naoglądałeś!

— Tą gadkami przypominasz mi Gidola, ale nudziara z ciebie. — Przewrócił oczami. — Zaraz ci pokażę, co oznacza bycie wyluzowanym.

Przedstawiciel rodziny sowy wyszedł z ukrycia, wyjął miecz i zaczął biec na przeciwników. Pech chciał, że potknął się o wystający korzeń, tym samym wytracając mu z rąk miecz, który poleciał niedaleko niego. Na jego twarzy pojawił się strach przed zbliżającymi się cyklopami. Wodził wzrokiem na prawo i lewo, aby znaleźć coś, czym mógłby się obronić. Ku jego zdziwieniu obaj upadli na ziemie w krótkim odstępie czasowym. Nie był do końca przekonany, czy aby na pewno nie powstaną, ale mimo to nieśmiało do nich podszedł. Szukał przyczyny zaistniałej sytuacji, którą znalazł dość wysoko na ich ciele. Obaj w obrębie szyi mieli wbite strzały. Chłopak przyłożył do nich rękę i nie wyczuł pulsu. Następnie przyjrzał się strzałom. Nie wiedział, czy bardziej powinien go dziwić fakt, że nie zauważył, kiedy zostały wystrzelone czy sposób, w jaki przebiły się przez ich grubą skórę. Dotknął jednego z narzędzi zbrodni i doszło do niego, co się wydarzyło. Odwrócił się do swojej towarzyszki, gdy ta zaczęła do niego mówić.

— Nie mam pojęcia, co ty odstawiasz. Nie wierzę w to, że cię sparaliżowało, gdy tylko straciłeś miecz. Dysponujesz magią, więc broń nie jest twoją główną siłą — Załamała się.

— To było niezłe! Naładowałaś te strzały elektrycznością i poraziłaś ich układ nerwowy! — powiedział z podekscytowaniem, ale momentalnie przeszedł do bycia marudą. — Ale co my teraz zrobimy? Jak dowiemy się, gdzie jest ten głupi ogr? Musiałaś ich zabijać?

— Nie pogrywaj ze mną, uratowałam ci tyłek.

Chłopak zamknął oczy i głęboko westchnął. Jego wzrok tym razem był bardziej poważny, ale przyjemny. Szczery uśmiech nie zniknął z jego twarzy.

— Jednak nie jesteś szarą myszką, która boi się wszystkiego. Masz niezły refleks, cel i przede wszystkim spryt. Pomyliłem się co do ciebie, wybacz. — Ruszył w stronę swojego miecza. — Oczywiście, że dałbym im radę, ale chciałem zobaczyć, czy potrafisz sama z siebie coś wykrzesać. Nienawidzę tchórzy, ale ty dowiodłaś, że jesteś godna mojej pomocy. — Chwycił miecz, schował go i szedł w stronę dziewczyny. — Skoro wszystko już wyjaśnione, pozwól, że należycie przedstawię się tobie. Nazywam się Mazender Peneza. — Wyciągnął rękę, ale nastolatka nie zareagowała. — No nie bądź taka Lejro. Wypadałoby podać rękę, gdy pierwszy wyciąga ją starszy. — Nie uzyskał oczekiwanej reakcji.

— ,,Starszy?'' — pomyślała.

Lejra czuła się nieco słabo. Oparła broń o samą siebie i założyła rękawiczkę.

— Nie zamierzam znowu wpaść w kłopoty z powodu twoich nieśmiertelników. Apokalipsa nie wyskoczy ci znienacka, więc zrób coś z nimi.

— Ale przecież... — Chłopak zaczął znów się awanturować.

— Dorośnij.

— I tak już za późno.

— Co masz na myśli?

Blondyn nie odpowiedział swojej towarzyszce, jedynie zaczął wypowiadać następujące słowa:

 

,,Jam jest panem dnia i nocy,

Posiadam dwa drogowskazy.

Za dnia słońce, w nocy zaś księżyc,

Nic się przede mną nie ukryje,

Moje światło dosięgnie wszystkich.''

 

Wysunął rękę do przodu i cztery razy zmieniał jej położenie od prawej do lewej, jednocześnie pstrykał palcami. Za każdym razem pojawiało się coraz więcej światła, oświetlając tym samym ich drogę. Za czwartym pstryknięciem, oboje widzieli obszar w odległości dwóch metrów.

— Gratuluję braku mózgu. Zdajesz sobie sprawę, że teraz jesteśmy widoczni dla wszystkich?

— Zostaliśmy wykryci. Wyczuwam trzy aury w znacznej odległości od nas. Są dość silne, więc nie ma mowy, żeby nas nie wyczuli. Lepiej otwarcie do nich pójść. Co, jeśli powiadomią innych i ich liczba zwiększy się nawet pięciokrotnie? — Ruszył przed siebie.

— Znowu zamierzasz szarżować bez planu? — Lejra podążała za Mazenderem.

— Wymyśl coś.

— Czemu ja mam coś wymyślić? Sam też spróbuj! — Widziała, jak w międzyczasie chłopak wyciągnął miecz. — Czemu właściwie nosisz go przy sobie? Masz za delikatną posturę do takiej broni.

— Wszyscy mi to mówią, jakie to denerwujące! — Na jego twarzy pojawił się grymas. — Miecze są lepszą bronią podczas apokalipsy zombi, dlatego muszę się przyzwyczaić do jego ciężaru!

Dziewczyna nie wiedziała, co o tym sądzić. Była załamana jego podejściem do życia. Z drugiej strony od początku ich podróży, widziała przez chwilę także jego poważniejszą stronę. Zastanawiała się, która z tych dwóch twarzy jest prawdziwa. Oboje zatrzymali się, gdy ich oczom ukazało się trzech napastników. Oni również dysponowali własnym źródłem światła podobnym do tego, które wytworzył blondyn. Dzięki dobremu naświetleniu widać było doskonale, kto stał naprzeciwko nich. Po zewnętrznych stronach stały dwa kościotrupy, natomiast na środki stosunkowo duży gnom z twarzą kreta. Nie był ubrany zbyt schludnie, a w ręku trzymał zwiniętą kartkę. Oba szkielety zwróciły czaszki w stronę towarzysza i czekały najprawdopodobniej na jego decyzję.

— Nieznośne istoty ludzkie! Jakim prawem macie czelność stawiać nogę na naszym terytorium?! Z jakiego rozkazu działacie?!

Dziewczyna chciała już coś powiedzieć, ale Mazender ją uprzedził.

— Od kiedy to zwierzęta mówią ludzkim głosem? Dziwne z ciebie stworzenie. — Lejra spojrzała na niego gniewnym wzrokiem i wiedziała, że jej plan się nie uda.

— Nie mam zamiaru brudzić sobie rąk takimi miernotami, załatwcie ich! — zezłościł się i popchnął do przodu oba szkielety.

Jeden z nich zaczął się rozpadać i składać ponownie tym razem tworząc broń. Mazender widząc, na co się zanosiło, przyjął pozycję do walki. Dźwięk ścierającej broni rozległ się po najbliższej okolicy. Zaczęli wymieniać jeden cios za drugim.

— ,,Jest taki wątły. Skąd ta wielka siła w rękach?'' — pomyślała Lejra.

Dziewczyna, widząc obojętność trzeciego napastnika, który zaczytywał się w kartce papieru, wymierzyła strzałą w odpowiednie miejsce. Gdy tylko ją wypuściła, zaczęła biec w jego stronę. Część wytworzonego światła przez Mazendera podążyła za nią. Położyła rękę bez rękawiczki na broni i po cichu wypowiadała słowa zaklęcia. Zgodnie z jej oczekiwaniami gnom odchylił głowę do tyłu, sądząc, że to on był jej celem. Strzała wbiła się w papier i całość wylądowało w pniu drzewa. Koło nastolatki pojawiły się małe kule skondensowanej energii, które następnie wypuściła w stronę magicznej istoty. Gnom stał w miejscu, nie przejmując się za bardzo kulami. Wystawił rękę i pochłonął je. W tym czasie nastolatka dobiegła do drzewa, z trudem wyjęła strzałę i ścisnęła w dłoni kawałek papieru. Przeczytała fragment tekstu zawartego na jej zdobyczy. Po upewnieniu się, że jej podejrzenia były słuszne, schowała ją do kieszeni i przerzuciła wzrok na gnoma. Lekko zdziwiona widokiem własnych kul, które obróciły się przeciwko niej, uniknęła z trudem pierwszą z nich. Na jej ramieniu zostało dość głębokie oparzenie, przez co lekko syknęła z bólu. Starała się nie tracić koncentracji i dalej unikała kul. Gnom o twarzy kreta ewidentnie miał ubaw i co chwila przyspieszał tempo wypuszczania wytworów Lejry. Zastanawiała się, czemu tak długo zajmowało jej kompanowi, rozprawienie się z kościotrupami. Przerzuciła na chwilę wzrok w stronę chłopaka, który był w znacznej odległości od niej ze swoim przeciwnikiem. Wyglądał na lekko zmachanego. Szkielet mimo oddziaływania na niego jednego z mocniejszych zaklęć zniszczenia, rozpadał się, a w miejscu ubytków pojawiały się nowe kości.

Chwilę nieuwagi wykorzystał karzeł. W jednej chwili pojawia się przed Lejrą i zaczął ją dusić. Ofiara mimowolnie upuściła broń i zaczęła się szamotać, aby zaczerpnąć choć odrobinę powietrza. Ta chwila wydawała się dla niej wiecznością, choć w rzeczywistości po chwili poczuła mniejszy nacisk na jej krtań, czemu towarzyszyło bolesny krzyk magicznego stworzenia. Ostatecznie odsunęło się od niej, a dziedziczka zaczęła kaszleć i w pośpiechu nabierać powietrza w płuca. Nie tracąc ani chwili, chwyciła swoją broń. Spojrzała na gnoma, który powoli się rozpadał na małe kawałeczki. Ulżyło jej, że Mazender zdążył i spojrzała w jego kierunku. Ku jej zdziwieniu wciąż walczył ze szkieletem. Rozejrzała się na obie strony, ale nikogo nie zastała. Po chwili zjawił się obok niej człowiek. Zrozumiała, że rada od początku nie wierzyła w ich sukces i wysłała kogoś za nimi. Starszy mężczyzna wyciągnął rękę do dziewczyny, aby się przywitać.

— Nie waż się jej tknąć swoimi brudnymi łapskami!!! — wykrzyknął Mazender.

Lejra spojrzała w stronę blondyna. Ociekał wręcz złością i zaczął w pośpiechu rysować coś na ziemi. Dziewczyna przerzuciła wzrok na kościotrupa, który był skrępowany znanym jej zaklęciem. Małe szpilki powbijane we wszystkie kości, przytwierdziły go tym samym do ziemi. Oceniając zaawansowanie zaklęcia, zdziwiło ją, że chłopak posiadał w tak młodym wieku duże pokłady energii.

Ufając bardziej jemu niż nowo przybyłej osobie, powoli stawiała kroki w przeciwnym kierunku. Po chwili poczuła ogromne ciepło, które ogrzewało jej stopy. Spojrzała w dół, a jej oczom ukazał się okrąg, obejmujący swoją wielkością pół metra. Nie miała czasu, aby przyjrzeć mu się dokładniej i ocenić czemu służył. W jednej chwili znalazła się koło młodego Penazy, który stał przed nią w pozycji gotowej do walki. Widząc jedynie jego plecy, zauważyła, że mimowolnie cały drżał.

— Znasz się na tworzeniu portali? Musimy teraz jeden stworzyć, z nim nie mamy najmniejszych szans — szeptał do młodej dziedziczki.

— Czytałam o nich w książkach, narysowanie prowizorycznego na ziemi, nie powinno stanowić dla mnie problemu... Mazenderze, kim on w ogóle jest?

— Co tam szepczecie do siebie dzieci? — przybyły mężczyzna się uśmiechnął. — Co jest Maz? Zabrakło ci języka w buzi? Nie przywitasz się z przyjacielem rodziny?

— Zamknij się! Zdrajcy nie mają prawa głosu! Lejro, pytałaś kto to taki? Odpowiedź jest prosta. To jedna z osób, przez którą nasza rodzina jest uznawana za zdrajców, a zarazem winowajca mojej asysty w misji! — Emocje nadal nim władały.

— Minął rok, a ty nadal nic się nie zmieniłeś. Nie uważasz, że powinieneś być bardziej powściągliwy na swoim obecnym stanowisku? Może powinienem cię od nowa nauczyć dobrych manier? — Zaczął wypowiadać słowa zaklęcia.

— No to już po nas. Doskonale wie, jakie zaklęcia potrafię zrobić, a których nie znam. Jak długie to zaklęcie będzie? Jaki typ? — Jego złość przerodziła się w strach.

Przed oczami Mazendera pojawiały się urywki wspomnień, związanych bezpośrednio ze znaczącym dniem w jego rodzinie. Miał wrażenie, jakby przyglądał się samemu sobie sprzed roku, a dokładniej jego bezsilności. Gdy usłyszał szept towarzyszki, odzyskał świadomość.

— Potrafisz zrobić potężne zaklęcie ognia? — zapytała tak, aby mężczyzna ich nie słyszał.

— Znam dwa, może trzy. Czemu pytasz? To nie czas na wygłupy.

— Stwórz potężne zaklęcie ochronne z ognia. Pospiesz się z wypowiadaniem zaklęcia, bo mamy mało czasu. Poczekaj na mój znak, aby całkowicie je stworzyć.

— Ale...

— Choć raz posłuchaj mojego planu!

Chłopak spojrzał głęboko w oczy Lejry, które wyrażały dobre intencje. Uśmiechnął się do niej i postanowił jej zaufać. Wypowiadał dość cicho formułkę. Pomysłodawczyni zaczęła rysować na ziemi prowizoryczny teleport. W międzyczasie słyszała ciche szeptanie inkantacji i po raz kolejny otworzyła szeroko oczy ze zdziwienia. Ogromne pokłady magii, dały jej do zrozumienia, dlaczego Mazender został wybrany na głowę rodziny w tak młodym wieku. Mężczyzna, który przygotowywał się do ataku, nie zdawał sobie sprawy z tego, co oboje knuli i odbierał ich reakcję, jako akt desperacji. Po skończonym rysunku nastolatka zaczęła przyglądać się oponentowi.

— Mazenderze, to już teraz. Zaraz wystrzeli zaklęcie.

Chłopak zrobił w zawrotnym tempie gesty, niezbędne do aktywacji czaru. Wokół nich powstała płonąca, sześcienna bariera. Potężne smoki wodne zderzały się z zaporą, która pod ich siłą zaczęła się zmniejszać.

— Na co ty czekasz? — potrząsnęła chłopakiem, a ten oprzytomniał. — Aktywuj portal, ja nie posiadam wystarczającej energii!

Przedstawiciel rodziny sowy podszedł do narysowanego kręgu. Wziął głęboki oddech i z trudem gromadził energię.

— ,,Niezwykłe... Zbiera kolejną porcję, jednocześnie używa sporej ilość do utrzymania bariery ogniowej, skrępowania szkieletu i oświetlania drogi'' — pomyślała, po czym powiedziała na głos. — Nie mam jej zbyt dużo, ale w jakiś sposób cię wspomogę.

— Zostaw ją na później, to nie koniec bitwy.

Tylna ściana zaczęła się kruszyć, ale nastolatkowie nie przejęli się tym za bardzo. Większość ich ciał przeteleportowała się. Światło wokół nich zgasło, jedynie bijący żar ognia, pozwalał im obserwować otoczenie. Woda stopniowo wdzierała się do wnętrza ich konstrukcji, nieubłaganie zbliżając się do nich. Zanim jednak to nastąpiło, zniknęli z pola bitwy.

— Gdzie właściwie nas teleportowałeś?

— Jesteśmy na terytorium magów, spory kawałek od głównego budynku.

Lejra usłyszała brzdęk nieśmiertelników, których dźwięk coraz bardziej zniżał się ku dołowi. Czując się bezpiecznie na nowym obszarze, zapaliła światło w broni i spojrzała na licznik mocy, który znacznie ucierpiał od ostatniego ataku na gnoma. Następnie przerzuciła wzrok na chłopaka, który usiadł i sapał ze zmęczenia.

— Powiedz mi... Skąd wiedziałaś, że to typ wodnego zaklęcia?

— Czy to ważne? Najważniejsze, że wydostaliśmy się stamtąd.

— Nie bądź taka, podziel się tym sekretem ze mną. Skoro mamy tam wracać, musimy mieć pewność, że nie dojdzie do podobnej sytuacji. — Zaczął ponownie marudzić.

— Jak w takim stanie zamierzasz tam wrócić?

— Pokłady mocy powinny zaraz się zregenerować. Mamy misje do wypełnienia, a ja nie zamierzam jeszcze bardziej splamić imienia mojej rodziny. — Spuścił wzrok. — Wiesz czemu znalazłem się z tobą na misji? Czy pan Sagon mówił ci coś o wydarzeniu sprzed roku? — Młoda dziedziczka spojrzała się na niego dziwnym wzrokiem. — Ech... I tak każdy o tym wie, a ty prędzej czy później byś się dowiedziała. Jak już wspomniałem, ma to związek ze zdradą naszej rodziny. Mój tata wraz z paroma magami podlegającymi nam oraz osobami bezpośrednio związanymi z naszą rodziną zdradził nas, a co za tym idzie również całą naszą społeczność. Od jakiegoś czasu spędzał więcej czasu nad książkami, ale nie sądziłem, że to w tym celu... Nie mam pojęcia, czemu dumny mag z taką łatwością zhańbił własne nazwisko. Chyba największą przykrość zrobił dziadkowi, który pokładał w nim wielkie nadzieje. Obecnie wiemy, że przebywa nigdzie indziej jak w tym sektorze, do którego nas wysłali. — Spoważniał. — Powiedz mi szczerze... Jak właściwie powinienem zachować się, gdy go znowu kiedyś spotkam? Z jednej strony rozszarpałbym go przy pierwszym spotkaniu, ale wiem, że to niemożliwe. Z drugiej strony chciałbym wiedzieć, co nim kieruje w tych hańbiących decyzjach. — Lejra nic nie odpowiedziała. — Hej! Nie patrz w ten sposób na mnie, wyglądasz jak zombi! Niemożliwe... — Zaczął panikować. — Czyżby one cię gdzieś ugryzły i twoja przemiana się rozpoczęła?! Kiedy to nastąpiło?! Zrobiłaś im zdjęcie? Ech, to nie fair, też chciałem je zobaczyć! — Nadąsał się.

— ,,Zdecydowanie jest głupi... Choć te wcześniejsze wyznanie... Musi mu to mocno ciążyć na sercu'' — pomyślała, choć jej spostrzeżenia nie były nacechowane emocjonalnie.

— Powiedz coś, czyżby przemiana zajęła już twój mózg? Zostań wśród żywych Lejro! — Zaczął potrząsać dziewczyną.

— Ile razy mam ci powtarzać, że apokalipsa jest niemożliwa! — Nieco poddenerwowana zdjęła jego ręce z siebie. — Zresztą nie wiem jak ty, ale mi się nie widzi ponowny powrót do twojego znajomego. — Wyjęła wcześniej skradzioną kartkę i podała ją chłopakowi. — Co ty na to, aby dać to magom i wymyślić jakieś kłamstwo odnośnie do ogra? Myślę, że bardziej zależy im na czymś w rodzaju tego świstka papieru niż na nim. Wystarczy, że przeczytają kawałek i zrozumieją, że nie było łatwo zdobyć tę informację.

Mazender ze zdziwieniem wziął kartkę i przeczytał jej zawartość. Następnie złożył ją tak, jak trzymał ją gnom i go olśniło.

— Masz znakomity wzrok. Dostrzegłaś napis na odwrocie ,,Nowy rozkaz'' i szybko podjęłaś działanie! Jestem pod wrażeniem! — wykrzyknął podekscytowany. — Te informacje z pewnością pomogą nam wszystkim! To jest warte dziesięć razy więcej! Przekonałaś mnie tym argumentem do powrotu.

Wstał i lekko się zakołysał. Złapał się za głowę, a obraz przed jego oczami, wirował.

— ,,Szybko zmienia zdanie'' — pomyślała i zwróciła się do niego. — Usiądź, jeśli źle się czujesz. I tak za szybko to nam poszło, żeby ktokolwiek uwierzył, że dokonaliśmy tego własnymi siłami. Gdyby nie ten łut szczęścia, że trzymał w ten sposób kartkę. — Chwilę się zamyśliła. — Wiesz, w którą stronę będziemy musieli dryfować? No i ile nam to zajmie?

— Oczywiście, że wiem. Zajmie nam to z godzinę bez odpoczynku. Stworzyłbym kolejny portal, ale większość energii zużyłem na ten.

Lejra nic nie odpowiedziała. Siadła dwa metry dalej niż jej towarzysz i przyglądała się otoczeniu. Przesuwała ręce, które dzierżyły świecącą broń na wszystkie możliwe kierunki. Doszło do niej, że nic poza pustką nie znajdowało się w okolicy.

— Gdy poczujesz się wystarczająco na siłach, daj znać — odezwała się po czasie.

Mazender kiwnął tylko głową, a jego wzrok wydawał się błądzić gdzieś w myślach. Po pewnym czasie dziewczyna zrobiła się senna i nie dała rady oprzeć się opadającym powiekom.

— Lejro, Lejro. — Słyszała niezbyt wyraźnie własne imię i z niechęcią otworzyła oczy.

Czuła się zdrętwiała od spania na twardej powierzchni. Nieco rozbudzona zobaczyła, że chłopak ponownie używał zaklęcia, aby rozświetlić okolice, tym razem zasięg wynosił około metra.

— Jak długo tu jesteśmy?

— Wystarczająco długo, aby pomyśleli, że misja nie poszła nam tak łatwo.

Dziewczyna wzięła swoją broń i oboje ruszyli naprzód. Ograniczone pole widzenia nie tylko wprowadzało w stan grozy, ale także uniemożliwiało zaspokojenie ciekawości, odnośnie do potencjalnych obiektów, mijanych po drodze. Przez większość drogi Lejra musiała wysłuchiwać wielu zwariowanych przygód Mazendera. Zdecydowanie dawała mu do zrozumienia, że nie miała na to najmniejszej ochoty, ale to jeszcze bardziej nakręcało go.

— Powiedziałem już tyle o sobie. Może powiesz mi coś na swój temat? Jak właściwie mianowali cię na dziedziczkę? Nie chcę podważać decyzji pana Sagona, ale czy aby na pewno myśli racjonalnie? Nie łatwiej byłoby wystawić kogoś bardziej doświadczonego? Śmierć własnego wnuka nic go nie nauczyła? — Skierował w jej stronę falę pytań.

— Skąd mam wiedzieć, co siedzi mu w głowie? Sama zastanawiam się, czemu nie wybrał żadnego z wnuków mojej ciotki. Nie są dorośli, ale z pewnością starsi ode mnie, a przede wszystkim mogą dysponować magią.

— To przykre, że sama nie masz aż tak dobrych z nim stosunków. — Posmutniał, ale zaraz zmienił nastrój i zaczął znowu wypytywać. — Słyszałem, że wasza rodzina jest bogata. Fajnie mieszka się w waszym zamku? Byłem u was parę razy i muszę przyznać, że robi wrażenie. Jak to jest mieć w ogóle służbę na własne zawołanie?

— Raczej nie sprawia mi to radości, wolałabym swoje spokojne życie sprzed pół roku. Wcale to nie wygląda, tak jak na filmach, jeśli to masz na myśli. — Przeszły ją ciarki, gdy tylko pomyślała o pracownikach rezydencji. — Poza tym sądziłam, że ten starszy mężczyzna, który przyszedł z tobą, jest twoim służącym.

— W żadnym wypadku! Mój dziadek nie jest w dobrej kondycji, więc poprosił swojego przyjaciela, żeby zaopiekował się mną. Nie wiem, czemu zachowuje się, jakby był moją służbą, ale to mnie wkurza. — Nadąsał się.

Nastała cisza. Lejra tylko wyczekiwała, kiedy dojdą na miejsce. Gdy w oddali zobaczyła cel swojej podróży, zaczęła tracić grunt pod nogami, lewitowała nad ziemią. Dzięki temu poczuła dodatkowy zastrzyk energii, regenerujący jej zmęczone ciało.

— Spójrz, w końcu jesteśmy na miejscu! — Mazender wskazał palcem na budynek. — Skoro jesteśmy już tak blisko, mogę ci powiedzieć, co zadecydowałem. — Nastolatka nie wiedziała, jak zareagować. — Uważam, że jesteś ciekawą osobą. Od początku nie starałaś się przymilić do mnie, choć wiedziałaś, że bez mojej pomocy raczej żywa nie wyszłabyś z sektora siedemdziesiątego siódmego. Jesteś ze mną szczera i potrafisz wyrazić swoje zdanie. — Chłopak zatrzymał się, a wraz z nim młoda dziedziczka. — Może nie potrafisz zbyt wiele, ale jesteś wartościową osobą. Jako przedstawiciel rodziny Penazy, byłbym zaszczycony, jeśli zgodziłabyś się na sojusz naszych dwóch rodzin. — Uśmiechnął się i wyciągnął rękę.

Lejra nie wiedziała, co o tym sądzić. Uważała go za ekscentryka, jednak proponowany sojusz odbierała jako sukces w reprezentowaniu swojej rodziny. Niepewnie podała mu rękę.

— Naprawdę się zgadzasz? Super! Pamiętaj, ta umowa ma jeden przymusowy warunek. To tyczy się tylko ciebie, a nie pana Sagona. Nie przepadam za nim, ma tendencje do wtykania nosa w nie swoje sprawy.

— ,,Czemu mnie to nie dziwi'' — pomyślała.

Tymczasem doszli do budynku, z którego mimo późnej godziny, biła duża wiązka światła. Na zewnątrz na krześle spał starszy mężczyzna, który najprawdopodobniej cały czas wypatrywał powrotu Mazendera. Chłopak raz pstryknął palcami a światło, które im towarzyszyło przez całą drogę, zniknęło. Jak najszybciej dryfował w stronę staruszka i zaczął go budzić.

— Co pan wyrabia?! Jest chłodna noc, zaziębi się Pan na dworze! — zarzucał nierozwagę pół-śpiącemu mężczyźnie.

Lejra spojrzała na nich i bez słowa weszła do budynku. Przeszła przez korytarz, weszła na górę, aby następnie znaleźć się we własnym pokoju. Nieco zmęczona zażyła kąpieli i położyła się spać.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania